Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 81 m

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

accept nowa datadaw m

 

DAVID GILMOUR - Rattle That Lock

 

(2015 Sony Music)
Autor: Włodek Kucharek
davidgilmour-rattlethatlock
Tracklist:
1.5 A.M.
2.Rattle That Lock
3.Faces Of Stone
4.A Boat Lies Waiting
5.Dancing Right In Front Of Me
6.In Any Tongue
7.Beauty
8.The Girl In The Yellow Dress
9.Today
10.And Then…
 
Skład:
David Gilmour (wokal/ gitary/ instr. klawiszowe/ fortepian/ organy Hammonda/ bas/ harmonijka basowa/ fortepian elektryczny/ sample)
Jon Carin (fortepian elektryczny, track 9)
David Crosby (wokal, track 4)
Graham Nash (wokal, track 4)
Danny Cummings (perkusja, tracks 3, 4, 5, 7, 10)
Steve DiStanislao (perkusja, tracks 2, 3, 5, 7, 9/ wokal, track 2)
Roger Eno (fortepian, tracks 4, 7)
Martin France (perkusja, track 8)
Gabriel Gilmour (fortepian, track 6)
Jools Holland (fortepiano, track 8)
Damon Iddins (akordeon, track 3/ organy parowe, track 3)
Rado Klose (gitara, track 8)
Chris Laurence (kontrabas, track 8)
The Liberty Choir (wokal, track 2)
Phil Manzanera (organy Hammonda, tracks 2, 3/ instr. klawiszowe, tracks 2, 3, 6/ gitara akustyczna, tracks 3, 9)
Louise Marshall (wokal, tracks 2, 9)
Andy Newmark (perkusja, tracks 5, 6, 10)
Eira Owen (rożek francuski, track 3)
John Parricelli (gitara, track 8)
Mica Paris (wokal, tracks 2, 9)
Guy Pratt (bas, tracks 2, 9)
Mike Rowe (fortepian elektryczny, track 9)
Polly Samson (wokal, track 9)
Yaron Stavi (bas, track 2/ kontrabas, tracks 2, 4, 5/ wokal, track 2)
Colin Stetson (saksofon, track 8)
Richard Wright (głosy, track 4)
Robert Wyatt (kornet, track 8)
Zbigniew Preisner (orkiestracja, tracks 1, 3, 5, 6, 9, 10)
 
Minęło trochę  czasu od wydania solowego albumu Davida Gilmoura, opadł kurz po ognistych dyskusjach, w których jedni chcieli powiesić „Bogu ducha winnego” Davida, inni chwalili go „pod niebiosa”. Żadna z opcji nie osiągnęła kompromisu, czyli nie doprowadziła do obiektywnej oceny zawartości płyty. Były w tej medialnej debacie głosy wyważone, w których przebijał przede wszystkim szacunek do dotychczasowego dorobku Gilmoura, ale po sprawiedliwości pojawiły się także opinie, które obróciły wniwecz całe dziedzictwo tego artysty. Gdzie leży prawda? Tego nie wie nikt. No może z wyjątkiem wąskiego grona nieomylnych.  Opozycyjne grupy „okopały” się na swoich pozycjach i żadna nie ma nawet krzty zamiaru ustąpić w bezkrwawej polemice. Tylko jeden człowiek zachował stoicki spokój, sam zainteresowany David Gilmour, który udzielił kilku, może kilkunastu wywiadów, w których starał się przedstawić rzeczową argumentację i wyjaśnić, jakie motywy kierowały jego duszą i sercem przy komponowaniu takich właśnie utworów.
Odczekałem swój czas, nie chcąc wtykać paluchów między drzwi, czytaj zwaśnione grupy, a na przełomie roku postanowiłem przedłożyć swoją opinię, która dla nikogo nie musi i nie będzie wiążąca bądź autorytatywna. Zresztą nie poczuwam się do wygłaszania prawd niezaprzeczalnych, bo ani nie jestem ekspertem, ani władcą ludzkich osądów. Ot, „szara myszka”, pisząca tekst oparty na własnych przypuszczeniach, w których słowa dyktują bardziej emocje i odczucia niż „twarda” wiedza dotycząca biografii czy dyskografii autora płyty. Świadomie czekałem na stosowny moment, bo wydaje mi się, że zabierając się za ocenę czyjegoś dzieła trzeba spełnić kilka elementarnych warunków. Po pierwsze poznać przedmiot recenzji. „Poznać” nie oznacza posłuchać raz, bądź dwa i pod wpływem impulsu sformułować swoją opinię. „Poznać” oznacza, przynajmniej dla mnie, zbudować fundament tekstu oparty na wiedzy, kim ten człowiek- w tym przypadku David Gilmour- jest, co do tej pory osiągnął, jak się zachowuje jako artysta (skromność, panie i panowie, to podstawa!), jakie były motywy stworzenia muzycznego albumu, jakie warunki realizacji projektu. Następnie należy- chyba, że się mylę- zmierzyć się w „bezpośrednim starciu” z materią muzyczną  proponowaną na dysku, czyli prozaicznie mówiąc, przesłuchać cały program płyty, nie „po łebkach”, lecz solidnie, czyli wielokrotnie. Z doświadczeń wielu ludzi wynika, że perspektywa czasowa w połączeniu z kolejnymi spotkaniami z treścią płyty pozwala na ugruntowanie swojego zdania, ale niekiedy także na jego korektę. Krytykowanie po pobieżnym przeglądzie walorów i negatywów prowadzi najczęściej do ocen niesprawiedliwych. Dlatego nigdy nie zgodzę się z opiniami, które znalazłem w różnych źródłach, że ktoś nie ma bladego pojęcia o dziedzictwie Gilmoura, zarówno tym, związanym z erą Pink Floyd, jak też solowym, a wygłasza sądy oczywiste, których nikomu nie wolno podważyć. To nie jest rzeczowa ocena, to pierdoły i mało poważne plotki. Zasada jest prosta jak konstrukcja cepa, nie wiesz, trzymaj gębę na kłódkę.
Nie mam ambicji autorytetu, który teraz i na łamach HMP ogłosi prawdy niezbite i bezdyskusyjne, ale pewną dozę przyzwoitości przy ocenie pracy innego człowieka należy zachować. Ale powróćmy do meritum, czyli muzyki, bo do tej pory mało o niej słów. Fakty są takie, że rok po roku ukazały się dwa wydawnictwa, w realizacji których paluszki „maczał” David Gilmour, najpierw w roku 2014 „The Endless River” po szyldem Pink Floyd, a w mijającym roku 2015 dzieło solowe gitarzysty. Pierwsza publikacja zespołowa „skopana” przez pewne gremia, z zarzutami typu, chcieli wyciągnąć kasę, odgrzebali w piwnicach jakieś dźwięki, starocie „popaprane”, a teraz wciskają kit, że to regularny album Floydów. Dobra, przemilczmy krytykę. Upłynęło nieco czasu i zgodnie z zapowiedziami na sklepowe półki dotarł dopiero czwarty w solowej karierze album Davida Gilmoura, cenionego kompozytora, autora tekstów i gitarzysty, faceta należącego do wąskiego grona twórców rockowych, którzy już dawno nic nikomu nie muszą udowadniać. A płyty wydają z czystej przyjemności, dla własnej satysfakcji, dla wiernych fanów. Płyta „Rattle That Lock” wyszła w tylu wersjach, że można dostać „oczopląsu” od mnogości edycji. Świadczy to- według mojej subiektywnej opinii- o profesjonalnym podejściu autora do swojej pracy i szacunku wobec fanów. Najprostszą edycją był pojedynczy CD w płóciennej oprawie z 22- stronicową książeczką. Obok niej kusi na półkach longplay winylowy z kolorową broszurą z tekstami i zdjęciami, zawierający także specjalny karnet upoważniający do pobrania wersji cyfrowej albumu. Natomiast format MP3 oferował formę standard z broszurą w wersji cyfrowej, albo deluxe z broszurą plus 4 utwory spoza albumu i 4 jam sessions połączone z 2 teledyskami. I na końcu wymienię najbardziej „spasioną” publikację deluxe, składającą się z dwóch formatów CD/ DVD albo CD/ Blu-ray, z albumem na dysku kompaktowym, oraz na DVD lub Blu- ray z dźwiękiem surround 5.1. Na płytach nadrukowano unikalne kolorowe naklejki, dodano 4 niepublikowane jam sessions i sesję ze stycznia 2007, z udziałem Ricka Wrighta. Zestaw dopełniają filmy dokumentalne, 2 teledyski, 32- stronicowa książeczka, 48- stronicowa kopia II księgi poematu „Raj utracony” Johna Miltona (w twardej oprawie), dwustronny plakat, pocztówki z klubu jazzowego Le Chat Nor oraz plektron (kostka) Davida Gilmoura. Uważam, że każdy odbiorca muzyki neutralnie stwierdzi, że odmian płyty przygotowano tyle, że są w stanie zaspokoić nawet najbardziej wyszukane gusta.
I jeszcze jedna sprawa pozamuzyczna. Proszę zwrócić uwagę na listę zaproszonych gości, którzy w różnym stopniu przyczynili się do realizacji projektu. Wśród nich nazwiska znane i bardzo znane, od weteranów, którzy tworzyli podwaliny muzyki rockowej, jak Manzanera, Crosby czy Nash albo Wyatt, przez żelazny, sprawdzony w koncertowych „bojach” skład Gilmoura w osobach Carina, Pratta czy naszego rodzimego kompozytora Zbigniewa  Preisnera, aż po koneksje rodzinne jak Polly Samson i przedstawiciel młodszego pokolenia rodziny, Gabriel. Oczywiście zawsze znajdą się „marudy”, które stwierdzą, że to wszystko przerost formy nad treścią. Ale jak już tak sądzą, to niech dalej „kiszą” się we własnym sosie.
„Rattle That Lock” trafiła do sprzedaży 18 września 2015, ale kilka miesięcy wcześniej , konkretnie 6 czerwca 2015 na imprezie Borris House Festival of Writing and Ideas w Irlandii Gilmour podał kilka szczegółów związanych z tytułem i treścią płyty, a jego żona Polly, jednocześnie autorka tekstów porównała tematykę albumu z łacińską sentencją carpe diem, pochodzącą z poezji Horacego „Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie...". W późniejszym terminie dodała informację, że przy pisaniu songów inspirowała się poematem „Raj utracony”, XVII- wiecznego angielskiego pisarza i poety Johna Miltona. Zależność między poezją Horacego i Miltona jest taka, że ten drugi wielokrotnie nawiązywał do wielkich eposów i tradycji antycznej.
Zawartość dysku podstawowego obejmuje dziesięć nagrań, w sumie nieco ponad 51 minut muzyki. Całość materiału nosi wszelkie cechy zarówno solowej twórczości Gilmoura, jak też zespołowego „testamentu” legendy Pink Floyd. Ale trudno spodziewać się rewolucji u wytrawnego artysty, którego biografia obfituje w wydarzenia wielkie i spektakularne, naznaczone piętnem indywidualnego stylu Davida jako kompozytora, jako gitarzysty i jako wokalisty. Przecież historia muzyki rockowej najlepiej zapamiętała nie rzemieślników gitarowych strun, posiadających na koncie jeden, być może nawet bardzo medialny „wyskok” artystyczny, lecz tych, którzy przez lata budowali cierpliwie swój wizerunek artystyczny, swoją jedyną w swoim rodzaju osobowość. To dzięki niej wielu wielkich mistrzów gitary stało się rozpoznawalnych już po pierwszych akordach swoje sztuki muzycznej, po pierwszym dotknięciu elektrycznych strun, przywołując śp. Gary Moore’a, Jimmy Page’a, Steve’a Hacketta, Erica Claptona, Jeffa Becka, Carlosa Santanę, Pata Metheny czy właśnie Davida Gilmoura i wielu, wielu innych. Istny Panteon. Za to jak grają, są kochani na całym świecie, tysiące spoglądają na nich z podziwem, a uścisk dłoni bądź autograf stają się wyznacznikiem sukcesu fanów. I co, nagle każdy z nich ma cały ten pieczołowicie dopracowany warsztat tworzenia riffów, konstruowania brzmienia „pierdyknąć” w kąt, zapomnieć o nim, bo nadchodzi nowe, mamy XXI wiek, istnieją nowe technologie? Jeżeli ktoś tak myśli, to „się z koniem na łeb zamienił”. Czytałem sporo pisanych wypowiedzi na temat „Rattle That Lock”, z wieloma się zgadzam, ale niektóre z nich, całkiem spora ilość, porażają ignorancją. Niektórzy recenzenci przyznają się nawet bez żenady, że im to z twórczością Floydów i Gilmoura to tak niezupełnie po drodze. Owszem znają ją, ale wyrywkowo, a ich zdaniem nie należy być przygotowanym merytorycznie z zakresu dorobku artysty, żeby wyrobić sobie w miarę obiektywną opinię na temat pojedynczej płyty. G….o prawda! Jak ktoś tak myśli, to jest kompletnym ignorantem. Ale to moja opinia, starego ramola, który być może nie rozumie współczesnego świata i pewnych zachowań, bo procesory w jego czerepie to zardzewiała i stara generacja, a na rekonstrukcję już za późno. Dlatego przejdźmy do czystej muzyki.
Zaczynamy dzień, niektórzy o „5 rano”. Dla „skowronków” to normalność, dla „sów” katastrofa. Ilu ludzi, tyle refleksji na temat wrażeń związanych z tą porą dnia. Gdyby każdy nowy dzień miał się zaczynać w nastroju pierwszego utworu albumu „5 A.M., raj na Ziemi. Spokojnie napływają dźwięki czarowane gitarą. W zasadzie to Gilmour nie gra, lecz pieści struny w tej instrumentalnej miniaturze o niesamowicie wciągającym klimacie. Na pierwszym planie MISTRZ, w tle delikatna aranżacja smyczkowa. I ten specyficzny, senny, rozmarzony motyw melodyczny. Bajka! Ta kompozycja brzmi jak poranna medytacja, atmosferyczne intro albumu, gitarowo- smyczkowe, zwiastun budzącego się dnia. Pierwsze akordy i charakterystyczne, pełne romantyzmu i melancholii brzmienie Gilmourowskiej gitary, w którym mnóstwo niebanalnego piękna. Ten sposób gry, kreowanie kolejnych dźwięków, emocjonalność, precyzja wykonania i swoistego rodzaju minimalizm to cechy, które gwarantują rozpoznawalność stylu artysty, nie tylko na jego solowych płytach, co jest oczywiste, ale przede wszystkim na albumach Pink Floyd, szczególnie tych późniejszych. Zbigniew Preisner, który wziął na siebie odpowiedzialność za przygotowanie orkiestracji, doskonale rozumie intencje gitarzysty, konstruując bardzo dyskretne partie, które doskonale uzupełniają wypowiedź Gilmoura- gitarzysty. Z jednej strony świetnie słychać smyczkowe pejzaże, z drugiej zaś strony w żaden sposób nie próbują one dominować w przestrzeni dźwięków, będąc zawsze „o krok w tył”. Partia instrumentalna Gilmoura, na tym wykwintnym tle brzmi rewelacyjnie, pozbawiona mocniejszych akcentów, bardziej ilustracyjna, pokazuje także, że artysta to w pełni dojrzały, który wykorzystując swój bagaż doświadczeń wspaniale demonstruje, jak, wykorzystując muzykę, wyrazić emocje, jak wzruszyć i rozpalić wyobraźnię. Magiczne, acz intymne trzy minuty, przekaz bez słów, ale jak wiele mówiący o wrażliwości artysty, o jego miłości do muzyki. Odbiorca, od pierwszych taktów, czuje się komfortowo, jak w muzycznym raju, otoczony barwami i mozaiką odcieni, które wyczarować potrafi tylko wielki mag. Oczywiście, naturalne podobieństwo pewnych fraz, ich właściwości, do niektórych  ścieżek „The Endless River”, czy wcześniejszego „The Division Bell” jest oczywiste i marudzenie o powtarzalności pewnych pomysłów jest tutaj zupełnie nie na miejscu. Trudno, żeby całe sekwencje nie nosiły pieczęci autora, jeżeli technika i umiejętności stanowią filary, na których zbudowano styl. I wcielanie się w postać bohatera opowiadania Franza Kafki „Przemiana” (Die Verwandlung”, 1912), po to by radykalnie zmienić siebie, inaczej skonfigurować swoją indywidualność, aby pokazać, że jest się „trendy”, wydaje się być absurdem. Występując w roli słuchacza Floydów, a zarazem Davida Gilmoura oczekuję w jego muzyce, abstrahując od nowych kierunków muzycznych, technologii, jego ducha, jego poczucia estetyki, a nie kogoś obcego. I tak traktuję też album „Rattle That Lock”, jak wizytę bliskiego mojemu sercu, dawno nie słyszanego przyjaciela.
Tytułowy song „Rattle That Song” wiąże się z pewną, myślę, że doskonale znaną, bo nagłośnioną medialnie, historią. Przypomnę więc tylko jej najważniejsze punkty. Powstał niejako przez przypadek, jako rezultat dziwnej inspiracji, odnalezionej na…..dworcu kolejowym w miejscowości Aix-en-Provence we Francji. W trakcie podróży Polly Samson i David Gilmour usłyszeli na peronie przed zapowiedzią przyjazdu pociągu tzw. dżingiel (jingle- melodyjka służąca jako przerywnik transmisji, lub tak jak w tym kontekście, zapowiedzi), który zainteresował autora, nagrany przez niego na iPhone’a. Potem okazało się, że jest to sygnał dźwiękowy stworzony przez Michaela Boumendila, a Gilmourowi posłużył jako punkt wyjścia do skomponowania piosenki. Oczywiście można zareagować obojętnym wzruszeniem ramion z komentarzem typu „Też mi coś, podniecać się takim banalnym zdarzeniem”. Ja tak nie chciałem uczynić, dlatego zacząłem intensywnie poszukiwać odpowiedzi na pytanie, co skłoniło autora, żeby na dworcu kolejowym zarejestrować mało znaczący dla większości ludzi sygnał dźwiękowy z pomysłem wykorzystania go w procesie twórczym. Wyjaśnienie znalazłem dosyć szybko w wywiadzie z Polly Samson i Davidem na łamach tygodnika „Der Spiegel”:
David Gilmour: „Jestem otwarty na wszystkie rodzaje dźwięków. Ten także zwrócił moją uwagę, więc przy pomocy mojego telefonu sporządziłem akustyczną notatkę. Stałem na peronie bezpośrednio pod głośnikiem i czekałem na następną zapowiedź”.
Polly Samson: „On tak rzeczywiście robi. Gromadzi wszystkie możliwe odgłosy”
Gilmour: „Niekiedy wykorzystuję je w swojej muzyce, niekiedy nie. Ale uważam, że to jest fajne móc je wszystkie posiadać”.
Jaki jest ten tytułowy utwór? Zaskakująco popowy. Pioruńsko melodyjny. Lekki kołyszący melodycznie, brzmieniowo łagodny, rytmiczny i elegancki z delikatnie naznaczonymi akcentami bluesowymi i żeńskimi chórkami soulowymi. Gdybym miał szukać jakiegoś odpowiednika w muzyce rockowej, to może Chris Rea ( to moje skojarzenie wynika raczej z ostatniej lektury, ponieważ nareszcie wykorzystałem czasową okazję do przeczytania trzeciej części książki Piotra Kaczkowskiego „Rozmowy trzecie”, gdzie na stronach 309- 317 znajdziemy obszerny wywiad właśnie z tym mistrzem gitary), ale „pokroić” bym się za te skojarzenia nie dał. Ale w jednym punkcie mam pewność, ten melodyjny kawałek to pop- rockowe oblicze Gilmoura, który po raz kolejny udowadnia, że tworzenie numerów tzw. „radiowych”, przychodzi mu z dużą łatwością.
„Faces Of Stone”, śliczna ballada, zbudowana na organowej płaszczyźnie, z nielicznymi akordami fortepianu na wstępie,  początkowo z partią gitary akustycznej. Fragment kapitalnie nastrojowy i melodyjny, z dużą dozą melancholii, dosyć powolny, utrzymany chwilami w stylu chanson, czyli odmiany kabaretowej piosenki francuskiej. Takie wrażenie wzmacnia „odzywający się” akordeon, oraz rozłożona w tle jak brzmieniowy dywan orkiestracja z udziałem instrumentów dętych (m.in. tuba). Wisienką na torcie są bez wątpienia wspaniałe partie gitary elektrycznej, brzmiące czyściutko jak kryształ, zabójczo melodyjne. Magiczne ponad pięć minut.
„A Boat Lies Waiting”, na wstępie ton nadawać zaczyna fortepian, aby już po kilku sekundach utworzyć duet z gitarą, na której David gra techniką sidle. Obaj członkowie instrumentarium generują plamy dźwiękowe kształtujące specyficzną nastrojowość, w której dominuje poczucie tęsknoty, słyszalne także wtedy, gdy po 2:20 do „rozgrywki” przystępują niespieszne historie wokalne Gilmoura, pełne zadumy i liryzmu. I tak „toczą” się te sekwencje, bez gwałtownych ruchów, aż do momentu łagodnego przejścia w rozdział albumu nazwany „Dancing Right In Front Of Me”, który tematycznie zajmuje się problematyką „bycia rodzicem”, utrzymany w tempie poprzednika, nie burzy klimatu całości. W punkcie 3:20 uwagę przyciąga solo fortepianowe, nieco jazzujące, nieco francuskie, klubowo- kabaretowe. Miłe dla ucha chórki, oraz powtarzalny motyw melodyczny i sporo gitarowych wejść Gilmoura, a zwieńczeniem w finale jest ponad minutowa „wariacja” autora na gitarowe struny.
Najdłuższy na płycie, niespełna 7- minutowy „In Any Tongue”, zawiera najwięcej Floydowych pierwiastków. Fantastyczne orkiestracje, szlachetne i perfekcyjnie wpasowane w rockowy charakter kompozycji, sporo patosu, podniosłego brzmienia, rockowych „zadziorów” gitary. Na granicy 3:35 radykalne spowolnienie, w którym przez chwilę dominuje fortepian, a wszystko po to, by dramaturgia osiągnęła najwyższy stopień dzięki świetnej partii solowej Gilmoura po piątej minucie.
„Beauty”, instrumentalne, bardzo malarskie wizje, bez wyrazistego wątku melodii, oraz bez klarownej struktury rytmicznej. Dopiero w części drugiej kompozycji utwór przyspiesza w wytyczonym przez bas i perkusję kierunku, nabierając w miarę upływającego czasu intensywności.
„The Girl In The Yellow Dress”, niespodziewany flirt z „miękkim” jazzem, brzmi jak utwór, którego jedynym celem jest stworzenie odpowiedniego klimatu w klubowej przestrzeni. Wszystkie komponenty, od wokalu przez perkusyjne miotełki na talerzach, kontrabas i fortepian, aż po saksofon składają się na, moim zdaniem, smooth- jazzowy charakter tego songu, w którym wszyscy członkowie instrumentarium prowadzą powolnie temat melodyczny. Pytanie, które rodzi się w tym przypadku to kwestia, czy taki dobór środków instrumentalnych, maniera wykonawcza, rytm nie kłócą się generalnie z siłą wyrazu rockowego albumu, bo wytworzone wcześniej napięcie i potencjał dynamiczny „lecą na łeb i na szyję”? Prywatnie utwór podoba mi się, ale mam wątpliwości co do spójności całości materiału, którą nie do końca można „usprawiedliwić” atrybutem „eklektyczny”. No, ale kto mistrzowi zabroni?
„Today” rozwija się powoli, ale gdy już po kilkudziesięciu sekundach nabierze właściwej sobie mocy, należy do najbardziej dynamicznych i energetycznych reprezentantów tej publikacji, począwszy od rytmu, przez zaśpiewy Davida, a skończywszy na niuansach instrumentalnych. Posiada także gustowne orkiestracje oraz wyrazistą linię melodyczną, choć nie należy do grona moich faworytów.
„And Then…” stanowi klimatyczną kontynuację  „Porannej” inauguracji wydawnictwa, spinając zgrabnie dziesięć elementów w sumie ponad 50- minutowej układanki, w której spotykamy zarówno pop rock, blues, jak też jazz i odrobinę progresji w gustownym opakowaniu.
Nie będę przeprowadzał całego procesu porównawczego z poprzednikiem dyskograficznym dysku „Rattle That Lock”, chociażby z jednego powodu, który nosi nazwę „czas”. Minęła blisko dekada, w życiu każdego człowieka to szmat czasu, a w twórczości rockowej to epoka. Przez prawie dziesięć lat zmieniają się ludzie, ich charakter, spojrzenie na twórczość własną i innych, każdy dojrzewa, zmieniają się priorytety życiowe, prawie nic nie jest tak jak wcześniej, więc trudno szukać, a jeszcze trudniej znaleźć punkty styczne pomiędzy dwoma płytami muzycznymi tego samego autora. Dlatego nie uciekając od konieczności oceny albumu posłużę się tylko jednym, subiektywnym kryterium, „podobania się”. Mnie ta muzyka raduje, pozwala na relaks, niekiedy inspiruje do przemyśleń, także tych ogólnoludzkich, zadowala moje poczucie estetyki, stąd poniższa cyferka na skali.
Ocena 5/ 6
Włodek Kucharek

143_kata_158x600 kopia.jpg 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3798550
DzisiajDzisiaj550
WczorajWczoraj548
Ten tydzieńTen tydzień1098
Ten miesiącTen miesiąc21259
WszystkieWszystkie3798550
107.21.85.250