Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

accept nowa datadaw m

 

STEVE ROTHERY - The Ghosts Of Pripyat

 

(2015 InsideOut Music)
Autor: Włodek Kucharek
steverothery-theghostsofpripyat
1.Morpheus (7:56)
2.Kendris (6:09)
3.Old Man Of The Sea (11:43)
4.White Pass (7:52)
5.Yesterday’s Hero (7:21)
6.Summer’s End (8:47)
7.The Ghosts Of Pripyat (5:33)
 
SKŁAD:
Steve Rothery (gitara/ instr. klawiszowe)
Dave Foster (gitara)
Yatim Halimi (bas)
Leon Parr (perkusja)
Riccardo Romano (instr. klawiszowe)
 
            Na wstępie krótkie wyjaśnienie porządkowe, mianowicie oficjalna data ukazania się płyty w rynkowym obiegu sygnowana nazwą dystrybutora InsideOut Music to 2 luty 2015, ale fani Marillion i uczestnicy akcji crowd- funding mają okazję nabyć ten dysk nieco wcześniej, jeszcze w roku 2014 przez sklep Marillion. Natomiast limitowana edycja ukazała się w formie trzyczęściowego, rozkładanego digipacka, w którym zawarto obok dysku z materiałem audio, także płytę DVD. Za projekt szaty graficznej odpowiedzialny był Lasse Hoile, natomiast Steve Rothery popisał się fajnym gestem wobec fanów, bo w książeczce wydrukowano nazwiska wszystkich tych, którzy poprzez swoje wpłaty współfinansowali wydawnictwo.
Już na albumie „Live In Rome” z początku roku 2014 ukazały się, obok klasyki z repertuaru Marillion, pierwsze wersje nagrań, które przeznaczone były na album solowy Steve’a. Frontpage albumu zdobi obraz autorstwa francuskiego fotografa Yann Arthus- Bertranda i przedstawia wykonane z „lotu ptaka” zdjęcie ukraińskiego miasta Prypeć. Zapewne w tym momencie wiele osób zadaje sobie pytanie, co ciekawego odkrył Steve Rothery w burej rzeczywistości ukraińskiego blokowiska, wyglądającego jak widmo. Wyjaśnieniem będzie informacja, że Prypeć jest, a zasadzie było miastem przy granicy z Białorusią, zwanym Miastem Widmo, założonym w roku 1970 jako osiedle dla pracowników elektrowni jądrowej w Czarnobylu, leżącym w odległości około 4 kilometrów od elektrowni. 27 kwietnia 1986 roku, dzień po katastrofie elektrowni atomowej w Czarnobylu podjęto decyzję o natychmiastowej ewakuacji 50 tysięcy mieszkańców. Obecnie miasto całkowicie opuszczone i zapomniane pełni funkcję skansenu z epoki radzieckiej, splądrowanego, także z rzeczy skażonych cezem- 137, który można dzisiaj zwiedzać i stał się swojego rodzaju atrakcją turystyczną. Współcześnie prowadzona jest dyskusja, głównie w kręgu historyków, którzy próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, czy ewakuacja była wówczas zasadna. Jedno jest pewne, miasto Prypeć pozostało symbolem tragedii osobistej wielu tysięcy ludzi, wtedy bardzo młodych, bo kroniki podają, że przeciętny wiek ówczesnych mieszkańców wynosił w roku 1986, 26 lat.
Zamykając temat tła historycznego i wracając do publikacji fonograficznej należy nadmienić, że album ukaże się pod egidą InsideOut Music 2 lutego 2015. Drugi czynnik, na który chciałem jeszcze raz zwrócić uwagę, to fakt, że publikacja płyty jest efektem przeprowadzonej przez gitarzystę Marillion kampanii crowd- funding, czyli zbiórki pieniędzy, datków dowolnej wysokości a conto kosztów studyjnej rejestracji materiału. Rezultat akcji przeszedł najśmielsze oczekiwania inspiratora i już po 24 godzinach cel został osiągnięty, czyli zebrano odpowiednią sumę pieniędzy na przeprowadzenie niezbędnych prac i zabiegów technicznych koniecznych w procesie wydawniczym albumu muzycznego. Niemałą rolę w akcji propagowania tej idei odegrali, obok oczywiście fanów Marillion i samego gitarzysty, zaproszeni do pracy goście- artyści, Steven Wilson z Porcupine Tree i Steve Hackett z Genesis.
Piękna to muzyka. Kto wie, czy nie jest to jedno z najbardziej wrażliwych i emocjonalnych zjawisk mijającego roku. Choć nikt nie powinien być tym faktem nadmiernie zdziwiony, bo gitarzysta Steve Rothery to jeden z dosyć wąskiej grupy romantyków gry na gitarze. A w jego sposobie gry na równych prawach współistnieją znakomita technika, talent oraz uczucia, wyrażane nawet kosztem poprawności warsztatowej. I tak jak we wcześniejszym projekcie solowym Steve’a z wokalistką Hannah Stobart pod nazwą The Wishing Tree dźwięki zarejestrowane na obu płytach miały charakter dosyć minimalistyczny, chwilami nawet ascetyczny, tak na omawianym zestawie utwory lśnią pełnym blaskiem, choć daleko im do rozmachu bądź posągowatego monumentalizmu. Rothery firmując album swoim nazwiskiem oferuje paletę wspaniałych, wysublimowanych, wręcz wyrafinowanych dźwięków rozwijanych proporcjonalnie w całe sekwencje. Autor jak ognia unika ekstremalnych rozwiązań, a każda kompozycja płynie niespiesznie i harmonijnie, przeistaczając się im bliżej finału z „brzydkiego kaczątka” w „królową łabędzi”. „The Ghosts Of Pripyat” anonsowano ze znacznym wyprzedzeniem, jednakże kilka miesięcy trwało zanim „srebrnik” trafił do rąk słuchaczy. Cierpliwość została w pełni nagrodzona, a poszczególne utwory dojrzewały jak dobre wino, by zaskoczyć aromatem klasy lux. Rezultat końcowy jest oszałamiający, miód na serca fanów epickich partii solowych na gitarę, pamiętanych z przeszłości tuzów rocka, Davida Gilmoura z PF, Steve’a Hacketta z Genesis, Andy Latimera z Camel. Każdy z rozdziałów opowieści o „Duchach Prypeci” czarując magią, elegancją wykonania, opowiada w tej trudniejszej, instrumentalnej formie (słowami chyba łatwiej wyrazić pewne treści?) zasłyszane historie. Kompozycje budowane są powoli, majestatycznie z zachowaniem kanonów rocka progresywnego, a Rothery ma do dyspozycji wystarczającą ilość czasu i przestrzeni, żeby obok wciągających melodii, zaproponować całe multum efektów gitarowych ze swojego podręcznego skarbca umiejętności. Obserwując dosyć często zachowanie gitarzysty na scenie w czasie koncertów Marillion, każdy zapewne zauważył, że cechuje go powściągliwość w dawkowaniu energii, momentami stereotypowa angielska flegmatyczność, bo Steve zawsze jest zrównoważony, sprawia wrażenie nieprzemakalnego na emocje, łagodny, o wysokim poziomie samokontroli, a od estradowych ekscesów dzielą go lata świetlne. On budując swój gitarowy świat dźwięków bazuje raczej na łagodności wykluczającej ekstremalne metody, ze zjadliwymi, ostrymi i jazgoczącymi zagrywkami, choć na ścieżkach tego albumu zdarza mu się sporadycznie odjechać w takie właśnie rejony gitarowych gwałtowności. Ta jego artystyczna osobowość bazująca na równowadze emocjonalnej znalazła znakomite odzwierciedlenie na dysku „The Ghosts Of Pripyat”. W tym miejscu nie należy także zapominać, że tematyka, którą zajął się autor muzyki trudno zaliczyć do gatunku „lekkostrawnych” czy beztroskich, w tym przypadku bardziej stosowne byłyby określenia typu ponury, elegijny, tragiczny, katastroficzny. Do tych odcieni stanu emocji artysta i współpracownicy dostosowali profil muzyki, chociaż fałszywy okazałby się pogląd, że muzyka tonie w mroku, klaustrofobicznym strachu i gęstych pokładach tajemniczości. Przeciwnie, dzięki partiom gitary, pasażom klawiszowym, dyskretnej pracy sekcji rytmicznej otacza nas raczej pogodny nastrój, zaduma nad ludzkim losem, refleksje wyrażone dźwiękami, pewna nostalgia. Wszyscy wykonawcy zbliżają się raczej do świata muzycznych ilustracji, projekcji, które powinny stanowić impuls dla wyobraźni słuchacza, skłonić do zastanowienia. Cały zespół unika hałasu, bez agresji, bez rozgłosu, tak aby zbiorowiska tonów dotarły intymnie do sfery duchowej odbiorcy. To nie jest rodzaj sztuki do nucenia czy towarzystwa w czasie jazdy samochodem, raczej do osobistej konsumpcji z przymkniętymi oczami, indywidualnie, najlepiej ze słuchawkami na uszach, aby móc dobitniej docenić walory muzyki, jej kameralne piękno, fantastyczne motywy melodyczne, muzyki, która jak „złodziejka” skrada się cicho, żeby swoim urokiem niepostrzeżenie zawładnąć naszymi zmysłami. Kto lubi nagłe zwroty akcji, przełamania rytmu w najmniej spodziewanych momentach, gwałtowne zmiany, ten po wysłuchaniu longplaya pozostanie z niczym jak rockowa sierota. Bo królestwem tej muzy jest raczej dyskretne światło a nie blask jupiterów.
Najlepsze utwory? Piekielnie trudno je wskazać, ponieważ płyta jest bardzo równa, spójna, nie zawiera fragmentów słabszych, przy słuchaniu których moglibyśmy odczuć monotonię bądź jednostajność prowadzącą do utraty zainteresowania. Nostalgiczny, liryczny, leniwie płynący „Morpheus” stanowi wstęp do tajemnic tego albumu. Z ciszy wyłania się jak rusałka łkająca, delikatna gitara na klawiszowym tle z dodatkiem efektów specjalnych w rodzaju szumu morza, elektronicznie „skrzeczących” mew. Minuty płyną powoli a w miarę odliczania pracy zegara kompozycja niepostrzeżenie przyspiesza, a gitara w dalszym ciągu kreśli swoje dźwiękowe grafiki na podłożu jednolitego pulsu rytmicznego. Z każdą upływającą sekundą brzmienie nabiera pełniejszych kształtów, bogato udrapowanych na wielowymiarowej płaszczyźnie. Krzywa dynamiki za sprawą gitary nieprzerwanie rośnie, a po czwartej minucie przestrzeń wypełnia krótka partia solowa fortepianu. Po niej w kompozycyjnych ramach króluje już tylko śliczna melodia i Stratocaster, którego struny grają pobudzane wrażliwością artysty. „Kendris” zawiera akcenty orientalne, zaznaczone rolą perkusjonaliów, ładną linię melodyczną, nieco skoczniejszy rytm daje wyraz potencjałowi energii i żywiołowości, a po trzeciej minucie utwór jak tęcza nabiera barw dźwiękowych dzięki występowi organów. Najdłuższy na płycie „Old Man Of The Sea” zwraca uwagę niepokojącym klimatem, sukcesywnie budowaną dramaturgią, szumem fal dobiegającym z drugiego planu, epizodem akordeonu, magią klawiszy. Dyrygent w osobie Steve’a Rothery buduje konsekwentnie dramaturgię kompozycji, od dosyć oszczędnego brzmienia na wstępie po rozkwit partii instrumentalnych z apogeum po piątej minucie. Systematycznie dozowany strumień dźwięków rozlewa się w szeroką rzekę, ujarzmioną na moment w części środkowej, by zaatakować ze zdwojoną siłą, której napędem obok gitary elektrycznej są także intensywne partie klawiszy oraz motoryczna praca sekcji rytmicznej z wyeksponowanymi bębnami. Oczywiście taka konstrukcja nie jest żadnym novum, raczej należy do często spotykanych rozwiązań, ale klucz tkwi w stosownym uporządkowaniu sekwencji dźwiękowych, które generowane przez członków instrumentarium nie wchodzą sobie „w paradę” lecz wzajemnie się uzupełniają tworząc monolit. „White Pass” zmienia nieco nastrojowość, przynosi dawkę mroku, a klawiszowe tło, gitarowe efekty, wstawki fortepianowe w dosyć jednostajnym rytmie kształtują wizerunek tego utworu. I gdy już się słuchaczowi wydaje, że zrozumiał do jakiego celu zmierza, w punkcie 4:25 następuje przemiana, akcja zostaje zatrzymana, aby po chwilowym zawahaniu jak „diabeł z pudełka” wyskakuje gitara tnąca przestrzeń agresywnym i przybrudzonym riffem. „Surprise!” chciałoby się powiedzieć. „Yesterday’s Hero” w konfrontacji z poprzednikiem, szczególnie jego końcową fazą ma charakter wręcz malarski, pastelowy, z delikatną perkusją i monologiem elektrycznych strun prowadzących przyjemną dla ucha melodię. Bonusem stają się także akcenty akustyczne. Ten pejzaż ulega totalnemu zakłóceniu dwie minuty przed końcem, gdy rytm znacząco przyspiesza, gitara dokłada „prądu”, dodając utworowi wigoru. Podobne założenia wykorzystano w konstruowaniu „Summer’s End”, najpierw ospały start, gdy Rothery kreśli gitarowe figury, których kontury sprawiają wrażenie nieco rozmazanych poprzez zastosowanie pogłosów. W środku przybywa ponownie decybeli, a gęste brzmienie Hammondów i perkusyjne kaskady nadają kompozycji rozpędu przyczyniając się do jej metamorfozy, od dosyć anemicznego początku po sterowaną eksplozję, a łagodność gitarowego brzmienia przeobraża się w stan na pograniczu furii. Album, trwający ponad 55 minut, kończy nagranie tytułowe, w którym autor preferuje podobną strategię rozwoju kompozycji, etap pierwszy wyróżnia się oszczędnym, akustycznym charakterem, w połowie organy w roli głównej tworzą dźwiękową kurtynę, stanowiącą kanwę występu żywych, energetycznych akordów gitary.
Steve Rothery, na co dzień gitarzysta Marillion, stworzył bardzo udany album, eksponujący paletę jego wszechstronnych umiejętności instrumentalnych, album odbiegający od dokonań macierzystej grupy. Wydawnictwo oferujące wyłącznie muzykę instrumentalną jest wartościowych aneksem do osiągnięć artysty, bardzo dojrzałym i urozmaiconym. „The Ghosts Of Pripyat” to domena gitarowych partii, takie były założenia projektu, dlatego w pełni zrozumiałym wydaje się fakt zepchnięcia do ról drugoplanowych pozostałych instrumentalistów. Jednakże bez nich muzyka na tym albumie stałaby się monotematyczna, stąd nikt nie powinien lekceważyć ich udziału w procesie twórczym.
Aneks
Steve Rothery urodzony w Anglii, rocznik 1959, jest gitarzystą cenionej grupy Marillion. Być może niewielu czytelników i słuchaczy wie, że Steve jest jedynym członkiem z oryginalnego składu. Naukę gry na gitarze zaczął w wieku 15 lat, przez lata wypracował własny styl i znany jest z czystych, inteligentnych i melodyjnych solówek. Oprócz solowego projektu The Wishing Tree współpracował z kilkoma przedstawicielami szeroko rozumianego progrocka, m.in. Jadis, Arena, Enchant, John Wesley. Rothery znany jest w środowisku z tego, że przykłada dużą wagę do staranności wykonania każdego dźwięku, odrzucając całkowicie manierę „dzikiego”, szalonego riffowania i epatowania technicznymi popisami. W licznych wywiadach wskazywał na swoje inspiracje, którymi były dzieła Jeffa Becka, Larry Carltona, w dalszej kolejności Andy Latimera i Steve’a Hacketta.
Ocena 4.5/ 6
Włodek Kucharek
 

142_sepultura158x600.gif 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png

Goście

3789910
DzisiajDzisiaj644
WczorajWczoraj573
Ten tydzieńTen tydzień644
Ten miesiącTen miesiąc12619
WszystkieWszystkie3789910
3.81.172.77