Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 76sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

PATTERN-SEEKING ANIMALS - Prehensile Tales

 

(2020 InsideOut Music)
Autor: Włodek Kucharek
 

pattern seeking animals prehensile talescba s 

Tracklist:
1. Raining Hard in Heaven (8:31)
2. Here in My Autumn (7:57)
3. Elegant Vampires (4:30)
4. Why Don't We Run? (5:09)
5. Lifeboat (17:20)
6. Soon But Not Today (12:03)
                  
Lineup:
Ted Leonard (wokal/ gitara)
John Boegehold (instr. klawiszowe)
Dave Meros (bas)
Jimmy Keegan (perkusja/ wokal)
                     
W przypadku czteroosobowej formacji Pattern- Seeking Animals skojarzenia stylistyczne biegną w kierunku dorobku fonograficznego zasłużonego dla progrocka, amerykańskiego bandu Spock’s Beard, którego muzyka cieszy uszy licznych fanów od ponad ćwierć wieku. Jednakże dorobek fonograficzny i wypracowany styl Spock’s Beard noszą przez pierwszą dekadę działalności wyraźną pieczęć autorską Neala Morse’a, artysty, który „cierpi” chyba na artystyczne ADHD, gdyż angażuje się twórczo w realizację multum rockowych projektów. Natomiast muzycy zrzeszeni w składzie zespołu Pattern- Seeking Animals pochodzą z szeroko rozumianego środowiska Spock’s Beard, niektórym z nich (Ted Leonard, Dave Meros)  fakt prowadzenia aktywności w jednym z wymienionych składów w ogóle nie przeszkadza w obecności w lineup innego zespołu. Ta uwaga dotyczy także chyba najbardziej wszechstronnego, jeśli chodzi o rodzaj aktywności twórczej, z kwartetu Pattern- Seeking Animals, Johna Boegeholda, który zajmuje się zarówno kwestiami czysto technicznymi czyli między innymi produkcją nagrań, jak też sprawami stricte muzycznymi, ponieważ należy do grona bardzo dobrych klawiszowców, potrafi także komponować nie tylko na potrzeby rocka, lecz także filmu, pozostając autorem sporej liczby soundtracków. Różnica stylistyczna w ramach Spock’s Beard Family pomiędzy wpływami Neala Morse’a a dwoma zarejestrowanymi albumami Pattern- Seeking Animals jest wyraźnie słyszalna, a jej charakter zdominował John Boegehold, autor zdecydowanej większości pomysłów zawartych na płycie „Prehensile Tales”. Utwory nabrały lekkości i melodyjności, „uciekły” od epickiego wymiaru, porzuciły wymiar progresywności (cokolwiek to znaczy), skupiając się na, to wcale nie herezja, przebojowości, łagodniejszym brzmieniu, świetnych harmoniach wokalnych, dorzucając do tego mini katalogu, perfekcję wykonawczą, ale w przypadku takich uznanych instrumentalistów, to przecież nic nadzwyczajnego. I na takie „lżejsze” postrzeganie charakteru tych nagrań nie wpływa argument długości poszczególnych kompozycji, które w dwóch punktach znacznie przekraczają dwucyfrowa granicę, pozostając jednak nadal muzycznymi obrazami, niezbyt skomplikowanymi w swojej strukturze i bardzo miłymi, przyjaznymi w odbiorze, o stonowanej kolorystyce. Dlatego poszukiwacze mocniejszych brzmień, zadziornych riffów i pędzących rytmów i rytmicznych zawijasów poczuć się mogą rozczarowani. Z drugiej strony longplay „Prehensile Tales”, pomimo blisko godzinnego czasie trwania „wchodzi” w naszą rockową duszę łatwo, lekko i przyjemnie, zdobywając swoje przyczółki już przy pierwszym przesłuchaniu. Z mojego punktu widzenia, słuchacza- amatora, rockowego hobbysty, omawiany album jest typowym przykładem „skoku w bok”, relaksu, tworzenia i grania muzyki bez „napinki”, bez celu wytyczania nowych ścieżek w historii muzyki rozrywkowej, ot fajna, nastrojowa i emocjonalnie pozytywna muza, bez przywiązywania się do konkretnych klasyfikacji stylistycznych, rock, który powstał, żeby przynosić przyjemność i miłe wrażenia estetyczne zarówno twórcom i wykonawcom, jak też drugiej stronie, czyli odbiorcom. Dlatego rozpoczynając podróż przez historie Johna Boegeholda i jego kolegów nie oczekujmy przełomowych momentów, prób wzniecania rewolucji czy propozycji innowacyjnych rozwiązań. To raczej rock oparty na tradycji, szanujący klasykę gatunku, świetnie zaaranżowany, estetycznie elegancki i subtelny, wirtuozersko zagrany i profesjonalnie wyprodukowany. Pamiętajmy, że kwartet Pattern- Seeking Animals działa raptem od dwóch lat i już ma na swoim koncie fonograficznym dwa pełnowymiarowe longplaye, wydaną w roku 2019 płytę o tytule z nazwą grupy, oraz ten najnowszy materiał „Prehensile Tales”.  Jeżeli w ogóle można pomiędzy nimi wskazać istotne różnice, to wydaje się , że debiut sprzed roku z „hakiem”, pod nowym szyldem, posiada chyba ostrzejszy i bardziej drapieżny charakter, ale to tylko subiektywna wrzutka, bo nikt w tym tekście nie ma zamiaru dokonywać analizy porównawczej poszczególnych komponentów. Jednakże warto pamiętać, że pomiędzy formalną prostotą utworów Pattern- Seeking Animals, która jest ograniczeniem świadomym, narzuconym sobie samym przez doświadczonych muzyków a często obecnym w świecie muzyki rozrywkowej prostactwem wielu innych wykonawców istnieje przepaść, nie tylko w zakresie umiejętności indywidualnych, także na polu równowagi pomiędzy „łatwością” melodyki, czy złożonością kompozycyjną. Motywy melodyczne z utworów najnowszej płyty po prostu bardzo szybko, mówiąc kolokwialnie,  wpadają w „ucho” a wskazywanie konkretnych przykładów mija się z celem, gdyż od samego początku, w każdym fragmencie „wibrują” świetne melodie, niektóre z nich zbliżają się nawet do stylistyki pop, ale kwartet nie odżegnuje się przecież od inspiracji kulturą popularną, uznając ją jako źródło warte eksploracji, o czym w wywiadzie wspomina John Boehegold. Dlatego już od pierwszych dźwięków pierwszego punktu programu albumu , czyli numeru „Raining Hard In Heaven”, naszą percepcję angażuje lekka, rewelacyjnie bujająca melodyka, wprowadzona na „salony” przestrzeni muzycznej przez rytmiczny puls basu Dave Merosa, któremu akompaniują klawisze, uzupełnione para symfonicznymi pasażami. A wokal Teda Leonarda przypomina chwilami najlepsze czasy ….Bee Gees, z harmoniami spod szyldu braci Gibb! Że co, herezje jakoweś opowiadam? No może ciut się zagalopowałem, ale ciut, ale tylko „ciut”, bo takie mam w tym miejscu skojarzenia. A może komuś przeszkadza, że ten „przebój” trwa osiem i pół minuty? No i co z tego? Jedno jest pewne, stacje radiowe ze względu na długość tego kawałka uciekać od jego prezentacji będą tam, gdzie pieprz rośnie, bo gdyby ktoś w tzw. najlepszym paśmie radiowym złamał konwencję trzyminutowych pseudo hitowych knotów , to przy tego typu średnio długim, jak na standardy kwartetu Pattern- Seeking Animals utworze, zabrakłoby zapewne czasu na reklamę środków na hemoroidy. Ale ze mnie złośliwiec, co? Ale kontynuujmy przyjemniejsze rzeczy, czyli powróćmy do rockowego materiału w wykonaniu omawianej grupy pod dyrekcją J. Boehegolda. I tak łagodnie i statecznie płyną sobie sekwencje dźwięków w „Raining Hard In Heaven”, przełamywane kapitalnymi partiami instrumentalnymi, znaczącym spowolnieniem w części środkowej części piosenki (?!), po którym znalazło się miejsce na zwięzły akapit wypełniony orkiestracją, na krótką, dynamiczną partię gitary Leonarda na melotronowym tle, na soczysty występ gitary basowej w duecie z klawiszami, a na minutę przed zakończeniem powraca także śpiew, ale w bardziej stonowanej konwencji. Słuchałem tego utworu kilkukrotnie i jeszcze mi się nie znudził, a jego przyjazna i dojrzała muzycznie aparycja przyciąga naszą uwagę. Niewiele krótsza, kolejna kompozycja „Here in My Autumn” różni się od prologu chyba tylko tym, że jest jeszcze bardziej melodyjna, bardziej wciągająca, pogodna, z kilkoma przełamaniami rytmu, mniej lub bardziej intensywnym, umiejętnie regulowanym brzmieniem, z mistrzowskimi popisami instrumentalnymi w części środkowej. A gdy po czterech minutach z sekundami odzywa się kolejna solowa „popisówa” gitary Leonarda, to gęby rozdziawiamy w niemym podziwie. To taki rock progresywny , który godzi zwolenników bardziej wyszukanych, złożonych form i tych słuchaczy, którzy lubią czasami poddać się muzycznemu relaksowi na wysokim poziomie. „Elegant Vampires” trzyma jakość „Q”, wprowadzając kilka nowości w postaci wygenerowanych partii smyczkowych, pewnej dozy symfoniczności i rytmikę zahaczającą może odrobinę momentami o ojczyznę Boba Marleya, a to za sprawą perkusyjnych dodatków autorstwa Jimmy Keegana. Atmosferę fiesty wprowadza następny, melodycznie uzależniający song, „Why Don’t We Run?”, wzbogacony akustyką gitary, rytmem do potupania i aranżacją dęciaków w tle, oraz meksykańskim klimatem partii solowej trąbki. I jak tutaj usiedzieć na miejscu, przecież każdy słuchacz przyzna, że gracja i chwytliwość tego kawałka wyrywa nas z butów i pędzimy jak opętani na scenę …taneczną. „Lifeboat” rozwija się przez ponad 17 minut swojego istnienia, oferując wiele progrockowch patentów, na przykład partie instrumentalne układające się na kilku równoległych powierzchniach, łamanie podziałów rytmicznych, zmienność tempa, łączenie klasycznych organów, melotronu, fortepianu, wiolonczeli, fletu, z bardziej nowoczesnym brzmieniem syntezatorów, sporo przestrzeni na akcenty solowe, a poprzez orkiestracje znacznie bardziej podniosły, hymniczny nastrój. Ta suita składa się, jak to zwykle w przypadku takich „długasów” bywa, z kilku powiązanych ze sobą rozdziałów muzycznych, różniących się znacząco od siebie zarówno tempem, dynamiką, jak też brzmieniowymi niuansami, ale pomysłowo i bezkolizyjnie scalonych w spójny organizm kompozycyjny. Różnorodność rozwiązań wokalno- instrumentalnych zachwyca, niektórych być może wpędzi w kompleksy, podkreślając multum inspiracji, od muzyki klasycznej przez jazz ( ta trąbka rodem z życiorysu wielkiego Louisa Armstronga) po struktury progrockowe i dodając do tego istny tygiel emocji. Kawał wspaniałej sztuki muzycznej, czyli jednym słowem: Chapeau bas! Album zamyka równie strukturalnie rozbudowany „Soon But Not Today”, na którego wstępie zaintonowana partia skrzypiec trafia nas w sam środek serducha, bo brzmi pięknie i nostalgicznie, podobnie jak cały utwór, który jednak po dwóch minutach dostaje solidnego basowo- perkusyjnego kopa i wyrywa do przodu, porzucając melancholijną nastrojowość i „wskakuje” zdecydowanie na bardziej energiczne tory, z drapieżną gitarą, ale tylko na mgnienie oka, ponieważ w tym utworze, przełom goni przełom, jedna zmiana prowokuje następną, wywołując coś w rodzaju efektu rockowego domina. Żeby to docenić i poczuć jest prosta recepta , posłuchać od pierwszej nutki po końcową ciszę, tym bardziej, że wewnątrz pojawiają się niespodziewanie wątki, które nazwałbym wodewilowymi, sporo konotacji do czasów retro, beatlesowskiego klimatu z czasów Sierżanta  Pieprza.
Miło było spędzić niespełna godzinę wśród wytrawnych dźwięków, znakomitych pomysłów melodycznych, w salonie sztuki muzycznej „zagospodarowanym” przez absolutnych profesjonalistów, których katalog indywidualnych umiejętności można na pewno obdarzyć mianem wirtuozerii. Prezentacja tego skrzącego się całą paletą muzycznych barw spektaklu stanowiła prawdziwą przyjemność, wynikającą z obcowania z kulturą wysoką, nie taką napuszoną, naukowo uzasadnioną, raczej taką swojską, ale przy tym, co moim zdaniem się wcale nie wyklucza, wyrafinowaną. Nie każdego artysty stać na stworzenie i wykonanie takiego projektu, który rekomenduje zarówno wysoki poziom artystyczny, ale wprowadza też, nie zakłócające całości, elementy luzackiej zabawy. Połączenie takich niejako rywalizujących ze sobą parametrów jakościowych, to wcale nie jest „bułka z masłem”. Kwartet Pattern- Seeking Animals nie nawołuje na rewolucyjne barykady, nie próbuje wyważać otwartych już drzwi, poruszając się z gracją i znajomością topografii po ścieżkach bardzo szeroko rozumianego rocka, „dotykając” czasami stylistyki pop, muzyki symfonicznej, jazzowej, hard rockowej, bawiąc się tymi puzzlami z bardzo dobrym efektem, bo to „słychać, widać i czuć” od pierwszego taktu. Brawo!
(4.5/ 6)
Włodek Kucharek
120_slider_ot.gif

Goście

3485555
DzisiajDzisiaj1155
WczorajWczoraj1640
Ten tydzieńTen tydzień6533
Ten miesiącTen miesiąc58391
WszystkieWszystkie3485555
34.201.18.139