Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 77sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

epicaposterz m

wardruna poster b

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

PROCOL HARUM - A Salty Dog

 

(1969 Regal Zonophone/ A&M; 2015 Remaster Esoteric Recordings/ Cherry Red Records)
Autor: Włodek Kucharek
 
 
procolharum-asaltydog 
Tracklist:
CD 1
1. A Salty Dog
2. The Milk Of Human Kindness
3. Too Much Between Us
4. The Devil Came From Kansas
5. Boredom
6. Juicy John Pink
7. Wreck Of The Hesperus
8. All This And More
9. Crucifiction Lane
10. Pilgrims Progress
 
CD 2
1. Skip Softly (My Moonbeams)
2. Wish Me Well
3. Long Gone Geek
4. Goin' Down Slow
5. Juicy John Pink
6. Crucifiction Lane
7. Skip Softly My Moonbeams / Also Sprach Zarathustra
8. The Milk of Human Kindness
9. Juicy John Pink
 
Skład:
Gary Brooker (wokal/ fortepian/ czelesta/ gitara/ dzwonki/ harmonijka ustna/ flet/ instrumenty dęte, orkiestracja, aranżacja
Matthew Fisher (organy/ marimba/ gitara akustyczna/ gitara rytmiczna/ fortepian/ flet/ wokal/ (CD1- Track 5, CD2- Track 2, 5)/ orkiestracja/ aranżacja)
Robin Trower (gitara/ gitara akustyczna/ tamburyn/ wokal CD2- Track 4)
David Knights (gitara basowa)
B. J. Wilson (perkusja/ kongi/ tabla)
Keith Reid – teksty
 
Procol Harum to jeden z tych rockowych bandów, który swoją działalnością artystyczną kształtował i zasadniczo wpłynął na przebieg historii muzyki rozrywkowej, budując jej podwaliny. Gdy w roku 1967 opublikowano singiel, na którym na płytowych rowkach zarejestrowano ponadczasowy hit „A Whiter Shade Of Pale”, nikt nie przypuszczał, że ta właśnie piosenka stanie się dla Procol Harum swoistym rodzajem katapulty do ogólnoświatowej kariery. Nikt nie miał także wtedy bladego pojęcia, że ten wspaniały utwór przetrwa na różnych nośnikach, ale co najważniejsze, także w świadomości słuchaczy, blisko 50 lat, będąc w dalszym ciągu prawdziwą perłą każdej kolekcji fonograficznej. Nikomu nie przyszło również wtedy do głowy, że sekstet (licząc Reida), a później kwintet stanie się jednym z najbardziej prominentnych przedstawicieli sztuki muzycznej w skali całego globu. Każdy, kto choć trochę poznał dzieje pop kultury wie, że Kosmos dźwięków bez udziału tej formacji byłby na pewno uboższy i jednowymiarowy. A jeżeli odbiorcy zaliczani do tzw. młodego pokolenia zachwycają się dokonaniami dzisiejszych wykonawców z pierwszych stron różnych mediów, to powinni pamiętać, że wielu z nich korzysta z dobrodziejstw kompozycyjnych Gary Brookera i jego Kolegów, którzy precyzyjnie wytyczyli szlaki niektórych gatunków muzycznych.
„A Salty Dog” to trzecie pełnowymiarowe wydawnictwo dyskograficzne zespołu, który stał się wyznacznikiem pewnych rockowych trendów, a nostalgia, a generalnie nastrojowość i brzmienie ich projekcji muzycznych stały się wzorcem dla wielu innych wykonawców, od Anathemy po Katatonię. Wymieniony album stał się w pewnym wymiarze także przełomem dla losów samej grupy, przynosząc istotne zmiany personalne. Płyta ta to jeden z nielicznych przykładów, gdzie w roli producenta wystąpił Matthew Fisher, Hammondzista kapeli, który krótko po rejestracji albumu opuścił szeregi zespołu. Także basista David Knights postanowił pójść własną drogą, rozstając się z kolegami, a jego miejsce zajął na dłuższy czas Chris Copping.
„A Salty Dog” jako longplay stanowi zróżnicowany konglomerat stylistyczny, w którym mieszają  się wpływy klasycznego rocka, bluesa, rocka symfonicznego i art rocka, a nie bez znaczenia jest także tematyka niektórych utworów, którą nazwano marynistyczną, czyli dotyczy morza i ludzi z nim związanych. Jednym z dowodów na realizację morskiej koncepcji jest inauguracja w postaci tytułowego songu, prawdziwego „kamienia szlachetnego” nie tylko w dorobku Procol Harum, ale także uwzględniając całe archiwum rocka. Wspaniała epicka pieśń wywołująca permanentnie „gęsią skórkę” także przy dwudziestym przesłuchaniu. Efekty brzmieniowe wypełnione krzykami morskiego ptactwa towarzyszą nam jako koda zarówno na początku, jak również na końcu utworu. Moim zdaniem ta kompozycja doskonale pokazuje, jak cienka granica dzieliła niektóre „piosenki” kwintetu a dojrzałe symfonie muzyki zwanej poważną. Przecież właśnie w przestrzeni poematu „A Salty Dog” dominują frazy orkiestrowe, sekwencje smyczkowe, a to co zwykło się uznawać za „rozrywkowy” rock zostało zepchnięte na absolutne peryferie. Utwór nic na tym nie stracił ze swojego szlachetnego blasku, nabrał natomiast wspaniałej epickości, wytworzył nieco mroczną atmosferę, a interpretacja wokalna Brookera ociera się o geniusz. Powolne tempo jakiegoś elegijnego marsza kroczy z arystokratyczną dystynkcją przez niecałe pięć minut, a kierunek wyznaczają niesamowite partie klawiszowe plus fortepian, oraz smyczki, wśród których wiolonczele wywołują wręcz krzyk rozpaczy, a Brooker jak posłaniec łamiącym się chwilami głosem potrafi aktorsko przekazać ten ból i smutek. Jego słowa tną ciszę jak skalpelem zabarwione tak sugestywną nostalgią, jakby zależało od tego jego życie. I ten klimat wciąga jak magnes od pierwszej sekundy każdego uczestnika misterium wywołując dosłownie emocjonalne roztrzęsienie. Obok tej pieśni nie można przejść obok, ona uzależnia swoistym pięknem ceremonii, a mówienie o niej w kategorii rozrywkowej muzy stanowi potwarz. Trudno doprawdy wymarzyć sobie bardziej perfekcyjny wstęp do programu muzycznego albumu sygnowanego przez rockowy skład. Jednocześnie wydaje się, że Procol Harum osiągnął prawdziwe mistrzostwo w promowaniu tak poważnych nastrojowo, wręcz przygnębiających, posępnych opowieści, które pomimo swojego werterowskiego nieszczęścia emanują nieskazitelnym pięknem. Gdy sięgniemy pamięcią do płytowego debiutu, to wskażemy na gigantyczny hymn w wagnerowskim duchu „Repent Walpurgis”, później na fragmenty monumentalnego dzieła „In Held Twas In I”, dostrzegając wspólne cechy muzycznej osobowości. Muzycy wykorzystywali tak wypracowaną konwencję także w przyszłości, komponując prawie na każdym longplayu swoje epopeje.
To była dopiero pierwsza część setlisty, a jak wysoko powędrowały nasze oczekiwania wobec twórców i wykonawców. Utrzymanie takiego poziomu wydaje się niemożliwe, ale jest na to sposób, zmienić stylistyczny kierunek, odejść na moment od tych wzniosłych dźwięków, lawirować pomiędzy nutami zapisanymi przez blues, balladę, tak, żeby odbiorca nie miał poczucia przesytu, żeby nie doprowadzić go do emocjonalnego wyczerpania. Dlatego zupełnie inny charakter posiada numer dwa na płycie „The Milk Of Human Kindness”. Zapachniało bluesem, a gitara Trowera cały czas na pierwszym planie kreśli elektrycznie figury brzmiące ostro, świeżo i naturalnie. Akompaniament takiego „rozklekotanego” fortepianu, organowe smugi w tle i spokojny, „roześmiany” wokal uzupełniają obraz kompozycji, której bliżej końca przybywa instrumentalnej dynamiki i rockowego poweru. Gdy słuchamy pozycji numer trzy „Too Much Between Us, czujemy się jak na emocjonalnym  rollercoasterze, wystartowaliśmy z wysokiego pułapu intensywności, czując przepływ energii, aby nagle ochłonąć, a właściwie spaść „na łeb i szyję”, ponieważ ta piosenka to wrażliwa ballada, niezwykle spokojna i łagodna w rytmie kołysanki. Dobry „wujek” Gary snuje tym swoim melancholijnym głosem kolejną opowieść w towarzystwie akustycznej gitary, klawiszowego „plumkania” i pociągłych pasaży Hammondów. Perkusji niet. Basu niet. A ładne to ci i intymne, przy całym swoim dosyć oszczędnym brzmieniu. A po chwili wypoczynku „przygrzał” „Diabeł z Kansas” („The Devil Came From Kansas”), w konfrontacji z poprzednikiem potężny, surowy, z jazgoczącą gitarą, wykazującą bluesowe inklinacje Trowera. W części środkowej partia solowa gitary, dosyć jednorodny rytm, a wokalnie odrobinę beatlesowskie zaśpiewy. W tym rozdziale albumu wylewa się rockowa surowizna, zero ozdobników, zero dźwiękowego makijażu, blues rock jaki jest, każdy słyszy. Kontrowersje może jedynie wywołać gwałtowny przeskok z pieszczącej uszy ballady do napędzanego gitarowym riffem powolnego i mocnego walca. „Boredom” oznacza kolejną przemianę. Przeważają w tym utworze brzmienia zdecydowanie akustyczne, a skoczna partia fletu, egzotyczne bębenki nadają mu nieco folkowego posmaku. Ciałem obcym, które jednak nie przeszkadza, jest „pętający” się przez cały czas ksylofon. A tak w ogóle, to w tym kawałku panuje nastrój fiesty w scenerii jakiejś karaibskiej plaży nocną porą, sporo w nim spontaniczności, odjechanego jamowania, nie grupy muzyków, a przypadkowej zbieraniny muzykujących facetów. A wszystkich zapewne dobija celowo „rozlazły”, letargiczny wokal Fishera, któremu Brooker ustąpił tym razem miejsca przed mikrofonem. Pytanie, jak ten nieco odlotowy, jarmarczny fragment pasuje do innych komponentów, szczególnie tych hymnicznych, monumentalnych? Odpowiedź: w ogóle nie pasuje! A do kompletu szaleństwa dołączymy jeszcze brzdąkającą marimbę, „szorującą” przestrzeń partię gitary akustycznej i flet, który brzmi tak, jakby był ptakiem gardłującym w okresie godowym. Odzywa się jeszcze perkusja, ale tak, jak tam- tamy nawołujące do rytualnego tańca. W samym środeczku albumu taki pasztet. Jedni po wysłuchaniu wzruszą obojętnie ramionami traktując „Boredom” jak jajcarski przerywnik w morzu powagi, inni zaś zaczną rzucać cholerami, odsądzając autorów od czci i wiary. Cóż, kwestia gustu albo prowokacja. Żeby podkreślić eklektyzm programu płyty artyści „dorzucili” następny dziwny „kamyczek” do rockowego ogródka, „Juicy John Pink”. Typowy bluesior o nieco garażowym, szorstkim brzmieniu, autorska propozycja Trowera, kompozycja na głos i gitarę elektryczną z dodatkiem partii harmonijki ustnej. Tutaj nie potrzeba być ekspertem, żeby zidentyfikować bluesowe korzenie i charakterystyczny rytm. Spoglądając pod kątem profilu stylistycznego Procol Harum, należy chyba ocenić, że ten kawałek rozmija się całkowicie z późniejszym repertuarem grupy, chociaż należy mieć na uwadze bluesowe preferencje gitarzysty prowadzącego, który wielokrotnie próbował w niektórych kompozycjach zaszczepić bliskie sobie akcenty instrumentalne. Mnie te utwór zupełnie nie pasuje nawet do tak różnorodnego towarzystwa, tym bardziej, że brzmienie Procol Harum kojarzy się raczej z bogactwem dźwięków, natomiast w przeciągu tych dwóch minut dominuje minimalizm. „Wreck Of The Hesperus” to kolejna wokalna próba Fishera, niezbyt przekonująca, według mnie słaba, bez wyrazu, z matowym głosem. Gdyby nie udane aranżacje orkiestrowe, pulsujący fortepian Brookera, zgrabna linia melodyczna, to kompozycję można by spisać na straty, ale dzięki wymienionym pierwiastkom, które znacząco ubogaciły brzmienie, nie czujemy przesadnego dyskomfortu przy „konsumpcji”. Zaraz po tym fragmencie nasze serca zdobywa „All This And More”, piękna melodycznie, z czyściutkim głosem Brookera czaruje epicką wielkością, pomimo tego, że zaliczymy ją raczej do kategorii piosenek, a nie rockowych poematów. Zestawienie wokalu z dosyć żałosnymi „jękami” w poprzednim akcie wzmacnia pytanie, po jakiego diabła koleś Fisher zabiera się za śpiewanie, jak nie potrafi dorównać swojemu koledze. Godna uwagi jest także doskonała, energetyczna, partia gitary dająca pieśni iskrę i moc. Za takie utwory fani pokochali Procol Harum, a grupa wypracowała swoją artystyczną tożsamość. „Crucifiction Lane” to piękne bluesowe kołysanie, z typowymi pasażami organów, świetnym fortepianem, utrzymane w powolnym tempie i łagodnym nastroju. Kilkanaście sekund przed upływem czwartej minuty zespół serwuje doskonałą część czysto instrumentalną z wybitną partią gitarzysty. Album zamyka „Pilgrim’s Progress”, wyróżniający się urokliwą melodią, typowymi dla PH rozciągniętymi w przestrzeni pasażami organów, klasycznie inspirowanymi, z niespodzianką po trzeciej minucie, nagłym zwrocie rytmu, nowym wątku melodycznym, z wykorzystaniem w roli instrumentu klaszczących dłoni i wokalizą chóralną.
Kilka słów na temat dysku bonusowego z edycji lux Esoteric Recordings/ Cherry Red Records. Zawartość obejmuje kilka rarytasów, między innymi utworów dotąd niepublikowanych, pochodzących z różnych sesji BBC, do tego wersje koncertowe i alternatywne miksy. Istne kłopoty bogactwa. W przypadku tego rodzaju opracowań proponowane wersje najczęściej ustępują oryginalnym nagraniom albumowym. Jednak tym razem autorom udało się tak „zmontować” zestawienie, że stało się ono pełnowartościowym uzupełnieniem rockowej klasyki z roku 1969, zarówno dla fanów zespołu, jak też dla badaczy rockowej historii. Przemyślanym i perfekcyjnie wykonanym posunięciem stała się „wypasiona” edycja bookletu z multum notatek o wysokiej wartości edukacyjno- informacyjnej, całym szeregiem starych, odkurzonych z archiwum zdjęć i licznymi wskazówkami drugiego planu, odnoszącymi się do całego albumu podstawowego, jak również do poszczególnych utworów. Łącznie z ciekawostką stanowiącą odpowiedź na pytanie, dlaczego Procol Harum odrzucił nalegania organizatorów w sprawie występu na legendarnym festiwalu Woodstock. I na koniec jeszcze jedna wzmianka niemuzyczna dotycząca okładki płyty, która stanowi pastisz logo z opakowania papierosów Player’s Navy Cut, produkowanych w XIX wieku w angielskim Nottingham.
Trzeci w dyskografii longplay Procol Harum na kolana nie powala, można też mieć zastrzeżenia do jego spójności. Z drugiej strony ten defekt złożyć można na karb poszukiwań właściwej drogi artystycznego rozwoju i wypracowania autorskiego stylu. Album „A Salty Dog” to także rodzaj kompromisu między silnymi osobowościami na linii Brooker- Trower Fisher, z których każdy posiadał własną, autonomiczną muzyczną wizję dojrzałości, do której należy dążyć. Stąd zdarza się w poszczególnych kompozycjach, że panowie ciągną stylistyczną „kołderkę” każdy w swoją stronę, nie bacząc na jednorodność materiału. Dlatego nie wszystkie propozycje przekonują mnie do końca, ale w wielu przypadkach widać już zręby stylistycznej suwerenności, umocnione na kolejnych albumach. Zaletą współczesnego wydawnictwa pod egidą Esoteric/ Cherry Red Records jest niewątpliwie staranność z jaką potraktowano materię stricte dźwiękową, jak wypolerowano brzmienie, jak przygotowano materiały informacyjne. Sądzę, że w tym zakresie więcej już osiągnąć się nie da.
Ocena 3.5/ 6
Włodek Kucharek

129_evangelist_banner158x600px.jpg 131_ot1020.gif 121_axe_crazy_baner.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3582636
DzisiajDzisiaj30
WczorajWczoraj265
Ten tydzieńTen tydzień560
Ten miesiącTen miesiąc560
WszystkieWszystkie3582636
3.238.186.43