Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

„Chęć grania bez żadnej kalkulacji” (Atrocious Filth)

           

Starsi czytelnicy na pewno pamiętają tę olsztyńską grupę dzięki kultowemu debiutowi „100% Jesus” i jej wielkiemu wkładowi w rozwój muzyki industrialnej na naszym rynku. Atrocious Filth nie była jednak dana długa i obfitująca w kolejne wydawnictwa kariera. Andrzej Choromański wyjawia dlaczego tak się stało; opowiada również jak doszło do powstania drugiego w dyskografii grupy, niezwykle udanego i otwierającego dla niej nowy rozdział, albumu „OVV”. Niedawno doczekał się on również wersji winylowej, którą z racji należytego wyeksponowania w dużym formacie efektownej szaty graficznej, śmiało można określić wersją wzorcową tego wydawnictwa.

                          

HMP: Kiedy ukazał się wasz debiutancki album „100% Jesus” zostaliście, z racji personalnych powiązań z Vader, niejako z automatu wrzuceni do metalowego worka, a w zinach podkreślano udział w Atrocious Filth Docenta i Shambo. I chociaż w połowie lat 90. metal nierzadko flirtował z rockiem alternatywnym czy industrialem, to jednak wydaje mi się, że zaliczanie was do metalowych zespołów było sporym nadużyciem i ta łatka bardzo wam wtedy ciążyła?

Andrzej Choromański: Tak było, co więcej ciąży nam to do dzisiaj. Choć może słowo „ciąży” to zbyt wiele powiedziane. Zakładaliśmy ten zespół wraz z Sławkiem „Małgiem” Jóźwiakiem i Docentem (Krzysztof Raczkowski) jako młodzi zbuntowani ludzie i choć zaliczaliśmy się wtedy do metalowców, to akurat w Atrocious Filth chcieliśmy grać jak Swans, Scorn, Godflesh, NIN, itd. Dodam, że Atrocious Filth to jedyny zespół, który współtworzył Docent, w sensie zakładał. A mówię o tym dlatego, że w tamtym okresie (jak i później) jego osoba była kojarzona głównie jako perkusista Vader. Stąd te wszystkie porównania i powiązania właśnie z tym zespołem i tym nurtem muzycznym.

To niezaprzeczalny fakt, że obok choćby Agressivy 69 czy Kinsky byliście wtedy wśród pionierów rodzimego industrialu, a „100% Jesus” szybko stał się materiałem kultowym – co więc sprawiło, że zespół rozpadł się, nie nagrywając już niczego więcej, a wasza pierwsza płyta, oryginalnie wydana tylko na kasecie, ukazała się w wersji CD dopiero po niemal 15 latach od chwili premiery?

Odpowiedź jest prosta: mimo, że bardzo chcieliśmy grać, tworzyć i funkcjonować jako zespół nie było to możliwe właśnie ze względu na coraz większą aktywność koncertową Vader. Początkowo jakoś to godziliśmy (graliśmy koncerty z automatem perkusyjnym), głównie jak w Vader był tylko Docent, ale w momencie kiedy Peter zaproponował Leszkowi (Shambo) żeby grał na basie, a on na tę propozycję przystał, możliwości mocno się nam ograniczyły. Dodam tylko, że bardzo kibicowaliśmy Peterowi i chłopakom. Nie było w tym nic z wrogiego przejęcia, czy coś w tym stylu. Raczej naturalna kolej rzeczy. Vader piął się mocno w górę, torował drogę innym polskim kapelom i do tej pory stanowi silne uderzenie rodzimego undergroundu. Niestety straciło na tym Atrocious Filth, ale taka już jest kolej rzeczy. Przetrwają najsilniejsi.  Materiał „100% Jesus” na CD  ukazał się żeby uczcić Docenta. Pewnie byśmy do tego nie wracali gdyby nie fakt, że zbyt wcześnie opuścił ten świat.

Powrotny minialbum „Moans” z roku 2016 jawił się niczym jednorazowy zryw, ale po kilku latach, w samym środku pandemicznego szaleństwa, wydaliście drugi album „OVV”. Uznaliście, że kolejnej okazji może nie być, stąd to kolejne już wznowienie działalności, zaakcentowane wydaniem następnego, długogrającego materiału?

Nic z tych rzeczy. Nie było żadnej kalkulacji czy planowania. Przestaliśmy grać około 1997 roku i każdy rozszedł się w swoją stronę. Każdy z nas uznał ten rozdział za zamknięty. O tzw. powrocie zadecydował przypadek. Po prostu spotkaliśmy się około 2013 roku na moich imieninach i stwierdziliśmy, że może pogralibyśmy jakieś próby. Ale nie jako zespół, tylko koledzy. Zrealizowaliśmy ten plan i początkowo pogrywaliśmy (bez jakichkolwiek zobowiązań) we trzech (Małeg, Maciek Iwan i ja) dla czystej przyjemności. Jednak z każdą próbą chciało nam się coraz bardziej i coraz więcej dlatego zaczęliśmy rozglądać się za bębniarzem (z wiadomych przyczyn). Szczęśliwym trafem szybko dołączył do tych prób Rafał Litwin (Slidize). I tak sobie pogrywaliśmy dla przyjemności około dwa lata. Po tym okresie emocje opadły i stwierdziłem, że zarejestrujemy to, co udało się przez ten czas stworzyć ale zrobimy to dla siebie do tzw. szuflady. Na tym etapie nie było mowy o pojawieniu się Atrocious Filth. W międzyczasie przypałętał się Jungi (Tomek Bardega), który pokrzyczał w mikrofon i tak wspólnymi siłami przy pomocy producenta Bartka Kuźniaka zarejestrowaliśmy „Moans”. Efekt na tyle nas zadowolił, że postanowiliśmy to wydać jak pełnoprawny materiał Atrocious Filth. Po wydaniu „Moans”  jakaś chemia się skończyła i znów rozeszliśmy się w swoje strony. Po kilku latach chęć grania zwyciężyła, do składu wrócił Shambo, z którym przez wiele lat nie miałem kontaktu i w zasadzie we dwóch stworzyliśmy „OVV”. A to, że „OVV” została nagrana w okresie pandemii to też czysty przypadek. Choć nie powiem, okres ten sprzyjał zamknięciu się w domach i tworzeniu oraz nagrywaniu muzyki.

Gracie teraz w zupełnie innym składzie, ale mimo tego, że wciąż jest w nim Shambo, a do tego perkusista Gerard Niemczyk, znany na przykład z Holy Death, Schismatic czy Mordor, nikt już was raczej nie zakwalifikuje metalowego nurtu. Więcej, wasze związki z industrialem również są coraz bardziej luźne, chociaż wciąż są słyszalne inspiracje wczesnymi dokonaniami Swans. Wygląda więc na to, że po prostu potrzebowaliście aż tyle czasu, żeby wypracować własną artystyczną formułę, stworzyć coś, z czego jesteście w 100 % zadowoleni i do tego wyznaczy kierunek waszych dalszych poszukiwań?

Tak jak powiedziałem wcześniej nie było w tym kalkulacji, dojrzewania, scenariusza, itp. Jedynie chęć grania. Tak się złożyło, że w sali prób zostaliśmy we dwóch z Shambem. Nie odmierzaliśmy czasu, nie stwarzaliśmy formuły jak to ma wyglądać, brzmieć, jaki gatunek, instrumentarium (może poza tym, że chcieliśmy dwa basy), nie liczyliśmy na nic. Po prostu graliśmy. Materiał na „OVV” wyszedł z nas samych, to w nas było. Kiedy zamknęliśmy set listę, ponownie zwróciłem się do Bartka Kuźniaka żeby został producentem tego materiału. Przyjął tę propozycję i za kilka miesięcy wystartowaliśmy z nagrywaniem. Sesja odbyła się w moim domu, pewne elementy dogrywaliśmy u Gerarda w Nowym Sączu, reamping gitar został zrobiony w Czyśćcu u Nihila, a nad całością pracował Bartek w swoim „studio333” w Częstochowie. I tak po siedmiu miesiącach światło dzienne ujrzało „OVV”.  Co do kierunku naszych dalszych działań, to o ile będą (mam taką nadzieję), „OVV” nie stanowi wyznacznika; wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że pójdziemy w zupełnie inną stronę. Nie zamierzam się nad tym zastanawiać w jaką?! To wyjdzie samo z siebie, z nas i z tego w jakim momencie życia będziemy i co będzie nas inspirować.

Macie też na „OVV” nowego wokalistę, znanego z grupy Nyia Tomasza Bardegę, a do tego znaczące wsparcie wspomnianego producenta Bartłomieja Kuźniaka oraz gości, wiolonczelistkę Agnieszkę Połubińską oraz wokalistę Tony'ego Kinsky'ego – chodziło o jak najpełniejsze wzbogacenie waszej palety dźwięków i poszczególnych kompozycji?

Osoby, które wymieniłeś: Agnieszka Połubińska (wiolonczela w „L”), Tony Kinsky na wokalach w dwóch utworach ( „T”, „O”) i chórki („F”) oraz Gerard (perkusja), a także Bartek wystąpili na tej produkcji gościnnie. Niemniej traktuję ich jako osoby współtworzące tę płytę, ponieważ Gerard opracował wszystkie partie perkusyjne do bazy jaką stworzyliśmy z Shambem, Tony opracował (spontanicznie podczas sesji) partie wokalne (w wymienionych utworach), Bartek (bardzo ważna postać dla tej płyty i ogólnie Atrocious Filth) prócz roli producenta stworzył tekstury pod utwory, a także wgrał saksofony.Natomiast Jungi jest z nami od „Moans”, więc to nie był jego debiut. Oficjalny na dziś skład zespołu to Jungi, Shambo i ja. I tak jak w pytaniu: chodziło o to, żeby ta produkcja była możliwie pełna, ciekawa, i przed wszystkim zagrana z przyjaciółmi. Swoisty przepływ ludzkiej energii, co osobiście w tworzeniu muzyki, ogólnie sztuce, uwielbiam najbardziej. Właśnie ten przepływ energii, spontaniczność i nieprzewidywalność, niektórych sytuacji pozwoliło ten cel uzyskać.

Dwa lata temu „OVV” ukazał się na CD oraz w wersji cyfrowej. Dostępność płyty na Spotify, iTunes czy Tidalu to teraz konieczność, ale dlaczego zależało wam aż tak na wersji winylowej tego materiału?

Z jednej strony spełnienie marzeń (może nawet chłopięcych), z drugiej namowy osób, dla których ten materiał okazał się ważny, ciekawy a chcieliby go posłuchać w wersji winylowej. Jedną z tych osób jest Łukasz Dunaj (Noise Magazine, Fabryka Hałasu), który wsparł mnie w wydaniu tego materiału, a także pierwszego materiału Nyia „Head Held High” (oba ukazały się równocześnie).

Kiedy ukazywał się „100% Jesus” winyl był w odwrocie, chociaż wiele zespołów, od Iron Maiden do totalnie podziemnych, wciąż wydawało swoją muzykę również na czarnych płytach. Kaseta to również analogowy nośnik dźwięku, ale jednak longplay to coś znacznie lepszego, wręcz magicznego i w końcu udało się wam zrealizować marzenie o posiadaniu własnego, winylowego albumu ?

Nie znam artysty, który nie chciałby mieć wydania winylowego swojego dzieła więc tak, spełniliśmy to marzenie.

Winyl jest najczęściej czarny, jednak w przypadku „OVV” wybraliście kolor biały – skąd akurat taki pomysł, klasycznie czarny krążek nie harmonizowałby lepiej z białą okładką?

Może tak by było, nie wiem? Wiem natomiast, że od razu pojawiła mi się taka wizja i żadnej innej nie brałem pod uwagę. Efekt spełnił moje oczekiwania i nie zmieniłbym zdania robiąc to raz jeszcze.

CD był wydany znacznie oszczędniej, dopiero 12” format  dał wam możliwość pełnego wyeksponowania pracy Maëlle Cadoret oraz wzbogacenia jej czy dodania bookletu?

W przypadku wydania CD chodziło mi to to, aby pozbyć się plastiku i żeby wydruk (okładka) była na „szorstkim” papierze. Wyszyło z tego eco opakowanie, które faktycznie sprawia wrażenie oszczędnego ale akurat takie podejście spowodowało, że finalnie produkcja wyszła drożej. Jestem minimalistą, a minimalizm czasami bywa drogi. Niemniej muszę przyznać: wyszło za oszczędnie. Przy drugim wydaniu CD zdecydowałem się na wstawienie plastiku i nie wygląda to już tak minimalistycznie. Natomiast winyl to faktycznie zupełnie inne możliwości i faktycznie prace Maëlle prezentują się okazale. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony z tej współpracy. Maëlle stworzyła całość grafik na ten album, łącznie z nowym logo Atrocious Filth. Pomysł na współpracę z Maëlle podsunął Bartek Kuźniak, który już wcześniej interesował się jej pracami. Trafiony pomysł i cieszę się, że Maëlle bez zastanowienia podjęła wyzwanie. Ogólnie odsyłam wszystkich do jej prac (Instagram). Posiada niepowtarzalna kreskę i wszystkie prace tworzy ręcznie, co w dzisiejszych czasach jest coraz rzadsze.

„Materiał został zremasterowany” czytamy w prasowej notce, czyli dokonaliście poprawek na potrzeby wersji winylowej, żeby zabrzmiała jak należy, bez sterylności wersji CD?

Nie do końca ta informacja jest prawdą. W ramach sesji zostały wykonane wszystkie możliwe opcje, tzn.: master CD, master winyl oraz master HD, który jest dostępny na naszym Bandcamp. Decydując się na rejestrację tego materiału od razu założyłem, że chcę wydać „OVV” w możliwie najlepszej jakości. Co do stylu, treści możemy dyskutować bo gusta każdego z nas są inne ale w kwestii produkcji uważam (nie tylko ja), że jest to jeden z najlepiej wyprodukowanych materiałów w historii polskiej niezależnej muzyki undergroundowej. To oczywiście nie jest wytyczna dla innych, konkurowanie z kimkolwiek czy coś w tym stylu. Są doskonałe płyty nagrane na „setkę” w sali prób czy garażu. Natomiast  choć raz w życiu chciałem poczuć się jak niektórzy moi idole, np. NIN, którzy mogli, mogą pozwolić sobie na takie właśnie produkcje. Dopowiem, że każda wersja (CD, winyl, HD) pod względem brzmienia różni się od siebie. Oczywiście wersja HD oferuje najwięcej. Za cały proces znów odpowiadał Bartłomiej Kuźniak (studio333).

Ten format daje też inne możliwości niż tylko ciepłe, dynamiczne brzmienie, bo można choćby zapętlić dźwięk, z czego skorzystaliście na końcu strony B – jeśli ktoś się zasłucha, to „O” może trwać wręcz w nieskończoność?
Taki był zamysł i faktycznie wersja winylowa jest „najcieplejsza”.

To limitowany nakład, tylko 333 egzemplarze – tak więc kto pierwszy ten lepszy, bo pewnie nie przewidujecie wznowienia, ten LP pozostanie więc kolekcjonerskim rarytasem?

Nigdy nie mów nigdy. Na tę chwilę nie przewidujemy jakichkolwiek dotłoczeń, ale życie pisze swoje scenariusze i może kiedyś się to zmieni. Jeśli to nastąpi, kolejne wydanie będzie z pewnością nieco inne od obecnego (może jak sugerujesz, czarny winyl).

Jesteście rozrzuceni nie tylko po kraju, ale również po świecie, tak więc koncertów Atrocious Filth pewnie nie mamy się co spodziewać, już prędzej powstanie wasz kolejny materiał studyjny?

Trafiłeś w sedno. Faktycznie jak na razie logistyka nie pozwala nam na skompletowanie stałego składu koncertowego. Do tego dochodzą bieżące obowiązki każdego z nas. Nie zamykamy jednak tej możliwości i nie stwierdzamy jednoznacznie, że nigdy nie zagramy koncertu. Wręcz przeciwnie, bardzo byśmy tego chcieli. Niemniej przed tym zdarzeniem pewnie prędzej znów wejdziemy do studia. żeby zarejestrować nowy materiał.

Wojciech Chamryk

rightslider_005.png rightslider_004.png rightslider_002.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5041728
DzisiajDzisiaj1401
WczorajWczoraj4387
Ten tydzieńTen tydzień17151
Ten miesiącTen miesiąc45379
WszystkieWszystkie5041728
3.235.172.123