Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

„Nie obawiamy się niczego” (Doomster Reich)

           

Doomster Reich nie przestaje zaskakiwać. Już w czasach debiutu doom metal w jego wydaniu był bardziej niż nieoczywisty, ale z każdą kolejną płytą łódzka grupa szła coraz dalej, nie ustając w twórczych poszukiwaniach. Na najnowszym, czwartym albumie „Blessed Beyond Morality” mamy kulminację tej postawy, czego efektem jest materiał mający coraz mniej wspólnego z konwencjonalnym metalem czy rockiem; mocarny, ale jednocześnie swobodny, nieszablonowy i stawiający przed słuchaczem spore wymagania.

                      

HMP: Pod koniec 2018 roku wydaliście trzeci album „How High Fly The Vultures”, bardzo udany i bez cienia przesady przełomowy w waszej dyskografii. Promując tę płytę zapowiadaliście, że kolejna płyta ukaże się w roku 2020 i faktycznie na jego początku weszliście do studia, ale nic z tych planów, z oczywistych względów, nie wyszło. Nie ma chyba nic bardziej irytującego niż czekanie dobre dwa lata na premierę nowego, dawno już gotowego wydawnictwa?

Rahu: Niektóre z utworów na „Blessed Beyond Morality” miały już swoje pierwsze wcielenia przed tym jak nagraliśmy „HHFTV”, które to powstało z poczucia, że mamy dużo materiału ale da się z tego zrobić oddzielne, spójniejsze numery. Wyszły z tego dwie płyty, pierwsza nagrana wręcz na chybcika w rok, a druga wykuwana przez 3 lata. Te trzy lata były nieporównywalnie bardziej męczące niż czekanie aż się ukaże ie ostatniej płyty jeszcze przed wejściem do studia. Powiedziałbym, że było to wręcz nużące, do momentu aż Michał, nasz perkusista postanowił skończyć z nami współpracę na miesiąc przed umówionym wejściem do studia.
Z powodu odejścia Michała i tak nie mieliście pełnego składu, wskutek czego podczas nagrywania „Blessed Beyond Morality” musieliście dzielić między sobą obowiązki perkusisty – tak czy siak, nie było mowy o koncertach, nie rozważaliście więc wcześniejszego wydania tej płyty, na przykład jesienią 2020 roku?

Wyjaśnię o co chodzi. Rok 2020 to jest nasz rok wejścia do studia, marzec to miesiąc. Podczas tych nagrań rejestrujemy nasze numery na setkę, oprócz wokali oraz syntezatorów. Na dniach od nagrania nastaje Pandemia, mija kilka miesięcy dziwnego czasu. Dopiero latem podejmuję pierwsze przymiarki do położenia wokali i idzie mi zdecydowanie słabo. Potrzebowałem trzech podejść, żeby zarejestrować takie wokale pod którymi mógłbym się podpisać – wszystko siedziało w głowie a może nawet bardziej w sercu, którego nie miałem do tych wymęczonych kolosów. Tak na prawdę, mieliśmy gotowy materiał chyba rok później. Cała reszta opóźnienia wynikała z tego, że byliśmy wszyscy zajęci również innymi naszymi kapelami i w ramach odświeżenia głów skupiliśmy się na nich.

Nie od dziś wiadomo, że lubicie zaskakiwać, a wasza każda kolejna płyta ma coraz mniej wspólnego z doom metalem w konwencjonalnym ujęciu. Na najnowszej poszliście jeszcze dalej – nie obawiacie się, że ten album okaże się po prostu za trudny, nieprzyswajalny dla przeciętnego fana metalu?

Nie obawiamy się niczego.

Jednocześnie możecie jednak dotrzeć teraz z waszą muzyką do znacznie szerszego grona odbiorców, zwolenników rocka progresywnego, psychodelicznego czy wręcz awangardowego, co jest niewątpliwym plusem tej sytuacji?

Myślę, że jesteśmy wciąż zbyt metalowi dla awangardowców i zbyt awangardowi dla starogwardzistów. To przykre stwierdzenie chciałbym jednak skontrastować z tym, że według mnie, pasujemy jak ulał do dewiantów, narkomanów, morderców i wariatów. Być może będziemy docierali do szerszej publiczności ale stanie się to kosztem strat dla zdrowej tkanki społeczeństwa.

Długie, rozbudowane kompozycje były od początku waszym znakiem rozpoznawczym, ale było ich najczęściej dwie lub trzy na każdej płycie, dopełnianych krótszymi. Tym razem nie ograniczaliście się już pod żadnym względem: nowa płyta to pięć utworów, trwających od 10 do blisko 14 minut. Zważywszy, że zawsze był wam bliski element improwizacji, począwszy od komponowania danego numeru, zakładam, że to nie przypadek, te ciągoty w kierunku coraz bardziej swobodnego, wymykającego się schematom grania, dały o sobie znać z jeszcze większą siłą?

Te kompozycje tak na prawdę były robione pod linijkę co do uderzenia i co do nutki, nie licząc części naszych solówek. Markizowi przy okazji uaktywnił się jakiś fetysz robienia długich numerów i można było nie raz uszłyszeć jak wykrzikiwał „Taaak!” w uniesieniu, kiedy licznik przeraczał 13min. Co do kierunku, w którym to wszystko zmierza - na początku wszystko jest arbitralne a dopiero w trakcie robienia materiału, zaczynamy wykuwać coś spójnego. Nie mamy pojęcia jaki będzie następny materiał.

Pamiętam, że na koncertach nie improwizujecie, nie wydłużacie jeszcze bardziej tych długaśnych utworów – pewnie i tak, jeśli dysponujecie na przykład trzema kwadransami czasu, macie nielichą zagwozdkę, co zagrać, zaś teraz dochodzi do tego problem wyboru czegoś z najnowszego albumu?

Nie mylisz się. Na ostatnich konceratch zdecydowaliśmy sie grać przekrojowo a nawet tworzyć medleye, żeby zmieścić esencję naszej twórczości oraz inspiracji w ścisku czasowym. Dla przykładu, gramy „The World Must Die” z EPki „Let Us Fall” połączony z „Time We Left This World Today” Hawkwind.

Do tego „Blessed Beyond Morality” śmiało można określić mianem nowego rozdziału w historii Doomster Reich, bowiem nie rezygnując z mocy metalu i surowego brzmienia, nagraliście jednocześnie płytę bardzo mroczną, dopełnioną elektroniką – klasyka to jedno, ale mamy już trzecią dekadę XXI wieku, więc ten rok 1970 czy 1975 nie może być jedyną inspiracją, warto i trzeba szukać nowych rozwiązań?

W przypadku Doomstera elektronika stanowi tylko dopełnienie i w obecnym składzie, przewiduję, że jedynie tym dopełnieniem pozostanie. Osadzenie w latach dawno minionych jest pewnym trzonem naszej tożsamości ale zawsze w kontrze szło właśnie to poszukiwanie o którym wspominasz. To poszukiwanie polega na łączeniu (pod)gatunków muzycznych, które wg. nas po prostu do siebie pasują, tak jak np. Krautrock w połączeniu z black Metalem w utworze „Rape”. Osobiście lubię poszukiwać i np. scena noise, power electronica, drone czy wszelkiej maści muzyka eksperymenalnia nie jest mi obca – myślę, że to korzystne dla zdrowia i tworzenia muzyki, która nie brzmi jak refluks po odgrzewanym kotlecie.

Nieoczywiste covery od początku były waszym kolejnym znakiem rozpoznawaczym. Na „Blessed Beyond Morality” i pod tym względem weszliście na kolejny poziom – skąd pomysł nagrania „Dachau Blues” Dona Van Vlieta/Captain Beefhearta?

Co do samej kompozycji numeru, to jest ona w pełni autorska a tekst zawiera w sobie „Dachau Blues”, plus kilka strof ode mnie. W związku z blokadą twórczą (często nie mam nic do powiedzenia), którą miałem w tamtym akurat momencie, musiałem posilić się klasykiem. Sam pomysł na wykorzystanie tego tekstu było owocem dedukcji idącej tak, że pasowałyby do tego numeru bluesowe wokale ale z drugiej strony jest też w tym numerze pewien koszmarny element, który też powinien wybrzmieć – „Dachau Blues” spełniał te warunki.

Podejście do treści i formy kompozycji jako takiej, reprezentowane przez tego artystę i producenta „Trout Mask Replica” Franka Zappę inspiruje was, poszerza wasze horyzonty, sprawia, że po ponad 10 latach istnienia Doomster Reich jest wciąż zespołem poszukującym?

Co do tego, że jesteśmy zespołem poszukującym nie mamy najmniejszych wątpliwości, udało nam się w koncu znaleźć brzmienie do pewnego stopnia unikalne. To co jeszcze istotniejsze, i warunkujące ten poszukiwawczy pęd jest odwaga. Jesteśmy przede wszystkim zespołem odważnym, nie oglądającym się na nic oprócz swojego widzimisię – nie chodzi o Zappa worship, chodzi o wcielanie w życie swoich przekonań, pragnień i wiary, po to, żeby tworzyć coś z niczego albo czerpać z innych form sztuki dla czegoś nowego. Tak uważam.

Potwierdza to również „Dachau Blues”, w oryginale krótka, trwająca niewiele ponad dwie minuty, minimalistyczna, surowa i zakręcona kompozycja. U was to ponad 11-minutowy kolos, gdzie na dobrą sprawę wersja autorska stała się punktem wyjścia do stworzenia przez was własnej, bardzo ciekawej aranżacji?

Sam riff przewodni powstał dawno, dawno temu w zagrzybionej głowie Markiza i cała froma ewoluowała przez kilka lat, gdzie każdy dodawał swoją cegiełkę do tej dzwiękowej kaźni. Nawiązanie do Beefhearta nastąpiło dużo później, w związku z doborem tekstu.

Już wcześniej miewaliście na swych płytach takich „tekściarzy” jak Witkacy czy Crowley, ale tym razem pod tym względem jest jeszcze ciekawiej. Piewca chaosu Austin Osman Spare, dekadencki Charles Baudelaire, a nawet Neron – w tej sytuacji nie było wyjścia, „oddaliście” im pole, sięgając tylko po jeden, w pełni autorski utwór, to jest „Wish You Weren’t Here”?

Mam taki niechlubny zwyczaj pisania tektsów dopiero po nagraniu numerów w studio a na domiar złego, czas w jakim przyszło mi się zmierzć z tym „zadaniem” był dla mnie osobiście nienajlepszy. Nie miałem do tego absolutnie głowy a z drugiej strony moim osobistym kluczem dla wykonania dobrej linii wokalnej jest przekonanie do tego o czym się śpiewa – stąd tak szeroka zakrojona akcja żeby czerpać z twórczości innych. Jeśli chodzi o sam wybór reszty to padło na Baudlaire’a przez to, że kiedy byłem jeszcze uczniakiem, jego twórczość była dla mnie pierwszym zetknięciem się z opiewaniem zła i brzydoty w poezji. Nie pamiętam natomiast skąd wziął się pomysł na tekst Nerona...

Domyślam się, że tekst Spare’a to efekt waszego zainteresowania jego dziełami, choćby „Focus of Life”, inne utwory również idealnie wpasowały się w tekstowy wymiar nowego albumu?

Jeśli chodzi o mnie, to twórczość Spare’a już dawno kwalifikuje się na obsesję z mojej strony, co wybrzmiewa w pełni w ZOS. „Focus of Life” nawet przetłumaczyłem na polski ale niezgodnie ze sztuką, bez udziału korektora i w związku z tym, w obecnej wersji nie udało mi się tego wydac. Cieszę się, że zwróciłeś uwagę na idealne(!) dopasowanie tych tekstów do kompozycji. Jeśli mam być szczery to sam nie spodziewałem się takiego efektu. Z reguły wchodziłem do studia z tekstem na kartce i tworzyłem aranżacje na żywo w studio i każdy take był troche. Niektóre poszły przy pierwszym podejsciu jak „Dachau Blues” czy „Rape!” a pozostałe wymagały dobrych kilku podejść zanim aranż, barwa, i cała reszta usiadła.

Kto jest u was największym molem książkowym? A może jest inaczej i wzajemnie podsuwacie sobie różne literackie perełki, nie tylko w kontekście ewentualnego wykorzystania jakiegoś tekstu na płycie?

Markiz zawzięcie czyta klasyczne opowiadania grozy jak moja babka harlequiny, to wiem na pewno. Ja przez ostani rok przeczytałem kilka pozycji, takich jak „Tao Fizyki” Fritjofa Capry, „Temple in Man” R.A. Schwaller de Lubicz, „Księgę Wychodzenia za Dnia” Mirosława Barwika, „William Blake vs. The World”, „KLF” Johna Higgsa czy „Out of Mind” Alana Wattsa. Nie wiem, czy to dużo ale prawie żadnej beletrystyki.

W pandemii nie brakowało czasu na czytanie. Zakładam też, że nie zmarnowaliście ostatnich dwóch lat, tak więc najpewniej macie już sporo materiału na kolejną płytę. Zdradzicie na koniec, czego możemy się po niej spodziewać i kiedy ujrzy światło dzienne?

Być może Cię zaskoczę, ale nie mamy jeszcze zbyt dużo materiału i nie spieszy nam się do kolejnej płyty. Obecnym dorobkiem zamierzamy zagrać więcej koncertów w nadchodzących miesiącach, a potem zobaczymy. Nic we wszechświecie nie jest konieczne.

Wojciech Chamryk

rightslider_002.png rightslider_004.png rightslider_005.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5221604
DzisiajDzisiaj506
WczorajWczoraj4357
Ten tydzieńTen tydzień12038
Ten miesiącTen miesiąc29538
WszystkieWszystkie5221604
3.238.121.7