Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

RICK WAKEMAN - Softsword (King John And The Magna Carta)

 

(1991 President; 2014 Remaster Esoteric Recordings/ Cherry Red Records)
Autor: Włodek Kucharek
rickwakeman-softsword
Tracklist:
1.Magna Carta
2.After Prayers
3.Battle Sonata
4.The Siege
5.Rochester Collage
6.The Story Of Love (King John)
7.March Of Time
8.Don’t Fly Away
9.Isabella
10.Softsword
11.Hymn Of Hope
 
Skład:
Rick Wakeman (instr. klawiszowe)
Chrissie Hammond (wokal)
David Paton (gitara/ bas)
Stuart Sawney (programowanie perkusji)
Anabel Blakeney (gemshorn- piszczałka)
 
            Muzyka na albumie „Softsword (King John And Magna Carta)” powstała niejako na zamówienie, a Wakeman podjął się skomponowania muzyki, która miała uświetnić finałowy spektakl organizowanego w Rochester w hrabstwie Kent Festiwalu zwanego Dickensiadą. To w tym mieście znakomity pisarz Charles Dickens spędził dzieciństwo, a następnie wrócił doń po latach, już jako znany pisarz. Festiwal, odbywający się w konwencji teatru na wolnym powietrzu, nie przez przypadek odbywa się na początku grudnia, gdyż Dickensowi Anglicy zawdzięczają dzisiejszy sposób obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia, a przyczyniła się do tego m.in. jego „Opowieść wigilijna”, dzięki której wróciły zapomniane tradycje. Istnieje także związek pomiędzy królem Janem bez Ziemi i miasteczkiem Rochester, mianowicie krótko przed śmiercią króla (październik 1216) jego wojska bezskutecznie oblegały zbuntowany i ufortyfikowany Rochester. Rick Wakeman tworząc muzykę zaadoptował tematy historyczne, inspirując się archiwaliami dotyczącymi XIII wieku, końcowego okresu, w którym żył i władał król Jan bez Ziemi (1166- 1216). Jego przydomek pochodzi stąd, że nie otrzymał od swojego ojca Henryka II żadnych posiadłości. Rządy Jana bez Ziemi oceniane są przez historyków niezbyt pochlebnie, lecz przyniosły jedną „zasługę”. W wyniku porażek na Kontynencie Anglia stanęła na skraju bankructwa. Ustawiczne podnoszenie podatków doprowadziło do buntu miast, szlachty i duchownych, którzy w roku 1215 wymusili na królu podpisanie Wielkiej Karty Swobód (Magna Carta), w której otrzymali gwarancje m.in. wolności handlu, a król nie mógł podwyższać podatków bez porozumienia z radą królewską. I najważniejsza informacja. Uważa się, że Wielka Karta dała początek ustrojowi Anglii i przyczyniła się do powstania parlamentu.
            Ten rys historyczny przedstawiłem między innymi po to, żeby zwrócić uwagę na historyczne odniesienia zilustrowane na płycie muzyką instrumentalno- wokalną. Prawie każdy z utworów wiąże się z wydarzeniem historycznym, na co wskazują tytuły kompozycji, począwszy od „otwieracza”, najbardziej rozbudowanej części albumu „Magna Carta”, trwającej ponad 12 minut.
            Ale zanim przystąpię do zamieszczenia kilku uwag odnośnie muzycznej zawartości wydawnictwa „Softsword”, chciałbym poświęcić kilka zdań twórczości głównego wykonawcy, kompozytora i muzyka w jednej osobie Ricka Wakemana. Te kilka informacji uważam za wstęp, przed omówieniem nie tylko tej płyty, także innych, które po technicznym „odświeżeniu” znalazły się w katalogu Esoteric Recordings. A jak zapewne Państwo zwrócą uwagę, nie będą to publikacje fonograficzne z pierwszego szeregu dyskografii Ricka Wakemana, raczej mało spektakularne i zarazem mało rozpowszechnione.
  
RICK WAKEMAN
            Dla mnie jako fana muzyki rockowej od ponad czterech dekad Rick Wakeman to ikona rocka, jeden z najbardziej rozpoznawalnych (nie z racji jego fizjonomii, lecz skomponowanych dźwięków) i szanowanych artystów, przed wszystkim XX wieku. Wirtuoz gry na instrumentach klawiszowych, autor licznych, wyśmienitych dzieł solowych oraz opoka najbardziej owocnego okresu działalności zespołu Yes. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje jego dorobku. W niezwykle obszernej dyskografii mieści się grubo ponad 100 edycji płytowych, wśród których bez trudu można znaleźć wielkie i prawdziwe dzieła sztuki muzycznej, również wydawnictwa prezentujące poziom dobry, sporo longplayów bardzo przeciętnych i niestety kilka płyt, o których sam autor i słuchacze chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Całe szczęście, że według mojej opinii, przedstawiany zbiór 11 utworów zebranych na wydawnictwie o wspólnym tytule „Softsword” nie należy do ostatniej, wymienionej przeze mnie kategorii. Ale nie jest także wybitnym osiągnięciem. Być może fakt pewnych priorytetów związanych z organizacją wzmiankowanego wyżej Festiwalu Dickensa przyczynił się do tego, że materiał, łącznie prawie 54 minuty, nie ma w sobie tej iskry, która u słuchaczy wywołuje emocje, nie potrafi pochwalić się także pozostającymi choćby na chwilę w pamięci motywami melodycznymi. Nie chciałbym w tym miejscu piętrzyć zarzutów w stosunku do omawianej publikacji, ale sądzę, że nie przysłużyły się jakości także pewne ograniczenia budżetowe, stąd pomimo wysiłków speców z Esoteric od remasteringu nie udało się wyeliminować pewnych niedociągnięć, a prawo do absolutnej ingerencji w materię stricte muzyczną posiada wyłącznie autor. Brzmienie po pewnej korekcie nadal nie powala ani głębią, ani dynamiką, choć ta ostatnia nijako z natury jest obniżona przy płytach z dominacją baterii instrumentów klawiszowych. Jednak jeden ważny element mnie wkurza, a jest nim brzmienie perkusji. Nie trzeba mieć sokolego wzroku, żeby w rubryce „Skład” wypatrzyć nazwisko Stuarta Sawneya, który zaprogramował perkusję. Tak to nie pomyłka, nie zagrał na perkusji tylko ją zaprogramował komputerowo. Sądzę, że wielu odbiorców muzyki doskonale się orientuje, co dla muzyki oznaczają bębny z kompa. Dźwiękowy asortyment  plastiku. Brak mocy, energii, jednowymiarowa dynamika, jeżeli można w tym wypadku mówić o współczynniku dynamiki. Bliżej tym bitom perkusji do disco polo, niż do sztuki muzycznej cenionego twórcy. No, ale stało się, nie ma co płakać „nad rozlanym mlekiem”, chociaż partie perkusji to na tym albumie „kotwica jakości”. Rick Wakeman nigdy nie zamykał się artystycznie w czysto rockowej formule, zawsze był otwarty na nowe wyzwania, jak na mistrza przystało, dlatego w jego katalogu wydawniczym obecna jest spora reprezentacja ścieżek muzycznych do filmów, muzyki komponowanej jako oprawa dźwiękowa wydarzeń kulturalnych, przykładów muzyki kameralnej wykonywanej wyłącznie na fortepian, oraz jako forma przeciwwagi dzieła potężne, orkiestrowe, o symfonicznym rozmachu. Do każdej z tych wymienionych kategorii można przytoczyć przykłady. Najłatwiej wskazać te najbardziej rozbudowane, wielowymiarowe, w szczególności obie części „Journey To The Centre Of The Earth”, czy słynne „Mity i legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu”, nie zapominając o bardziej oszczędnej instrumentalnie płycie „The Six Wives Of Henry VIII”. Muzykę filmową może reprezentować „White Rock” czy „G’ole!”, a indywidualne umiejętności Ricka i dosyć ascetyczne brzmienie z wykorzystaniem tylko jednego instrumentu to „Chronicles Of Man” lub „Visions” bądź „The Word And Music” z narracją byłej żony Wakemana Niny. Uzupełniając dossier Ricka należy wspomnieć, że jest on absolwentem prestiżowej Royal College Of Music, szkoły muzycznej istniejącej od roku 1882, której patronem jest królowa Anglii. Uczelnia edukuje w zakresie muzyki poważnej na poziomach od licencjatu po doktorat. Kto do tej pory nie znał fragmentów biografii Ricka Wakemana, ten powinien mieć świadomość, że to nie byle kto, lecz wszechstronnie wykształcony artysta, który swoim światem uczynił muzykę rockową, pozostawiając liczne ślady swojego talentu także w twórczości takich grup jak The Strawbs oraz Yes.
            Powróćmy do dźwięków zarejestrowanych na dysku „Softsword”. Sama tematyka muzyki połączona z wiedzą o przyczynach jej powstania musi budzić w naturalny sposób skojarzenia z największymi i najbardziej epickimi osiągnięciami kompozytora z przeszłości, czyli opowieściami napisanymi dźwiękami o królu Arturze i Henryku VIII. Dlatego słuchając muzycznych epizodów autorstwa Wakemana z życia Jana bez Ziemi, mocno osadzonych w realiach historycznych Anglii, żaden słuchacz nie potrafi chyba ukryć swojego rozczarowania. Na nic zdają się próby wprowadzenia nastroju tamtych czasów, choćby poprzez wykorzystanie instrumentu dawnego, zwanego gemshorn, który jest pewnym rodzajem piszczałki używanej powszechnie w średniowiecznej Anglii. Ciekawostką jest wzmianka potwierdzająca fakt, jak rzadki to instrument, że do współczesności nie zachował się żaden egzemplarz oryginalnego gemshorn, natomiast w archiwaliach znaleźć można rysunki konstrukcyjne, na podstawie których udało się instrument zrekonstruować. Generowane klawiszami chóry czy aranżacje orkiestrowe wydają się także być „ubogimi krewnymi” tych z albumów lat 70-tych. Płyta „Softsword” zawiera także partie wokalne, za które odpowiedzialność ponosi Chrissie Hammond, której głos barwą i delikatnością, moim skromnym zdaniem niezbyt dobrze wpasowuje się w klimat niektórych odcinków muzycznych, szczególnie tych hymnicznych, zwiastujących wielkie wydarzenia. Zniknęła też bezpowrotnie potęga partii symfonicznych, które niestety brzmią jak konfekcja muzyczna z hipermarketowego kosza, w którym miesza się „mydło i powidło”. Brakuje tej naturalnej, wręcz dynastycznej powagi, arystokratycznej podniosłości. Analizując album jako całość, bo przecież nie stanowi on zbioru pojedynczych niepowiązanych tematycznie fragmentów, można mu jeszcze zarzucić brak spójności. Nie udało Wakemanowi wypracować pewnych standardów obowiązujących wszystkie komponenty albumu, następuje znacznie rozwarstwienie stylistyczne, a szczytem wszystkiego jest „Battle Sonata”, która, o zgrozo oparta została na strukturze rytmicznej reggae !!!, a jako całość brzmi jak kiczowata melodyjka z pozytywki. W najczarniejszych snach nie podejrzewałbym Ricka Wakemana, że potrafi się „rzucić” na taki temat melodyczny i zaakceptować go, jako formę- nazwijmy to-  podkładu muzycznego stanowiącego kanwę średniowiecznych opowieści. Żartując sobie napiszę, że nie potrafię sobie wyobrazić, że w rytm tego koszmarka Jan bez Ziemi pląsa w krótkich bermudach na jamajskiej plaży ze szklaneczką rumu z lodem i cytrynką. Abstrakcja prawda? Ale sposób eksponowania melodii wywołuje takie niezdrowe, wakacyjne myśli. Zacierałem ręce z zadowolenia, zanim wysłuchałem hymnu „Magna Carta”, posiadającego suitową konstrukcję. Musiałem się obejść smakiem, a Wakeman wzniósł się tutaj najwyżej na poziom przeciętnego grajka, choć to jeden z najbardziej urozmaiconych utworów, z dobrymi partiami fortepianu, potężnymi w pierwszej fazie kompozycji bębnami nawiązującymi do scen batalistycznych, zbliżoną do klasyków Wakemana symfonicznością. Jednak od 2:30 napięcie sukcesywnie spada, wokalistka przemienia pieśń w spokojną piosenkę, a klawisze generują zbyt dużo syntetycznych dźwięków, przez to ich partie stają się mało wyraziste, sztuczne, a linia melodyczna w okolicy 5:30 jest zwyczajnie nieznośna i banalna, ponieważ zbliża się niebezpiecznie do synthie- popu. Dlatego dosyć dziwacznie brzmi powrót w punkcie 6:30 na tory bombastyczne stanowiące zapowiedź scen bitewnych. Nierówna to kompozycja, w której poprawne momenty przeplatają się z dużo słabszymi, a w części środkowej następuje repetycja motywu znanego ze wstępu. Do zaakceptowania może być także wiodący pomysł melodyczny, chociaż bez specjalnych uniesień. Ten utwór najbardziej jaskrawo nawiązuje do chwalebnej przeszłości kompozytora, ale dosyć daleko mu do jego pomnikowych dzieł. Nie będę ściemniał, że rozległą twórczość autora znam na wyrywki, ale niektóre frazy pamiętam jak przez mgłę i ich odświeżenie było tylko kwestią czasu. I doszedłem do, może błędnego wniosku, że nasz Mistrz poswawolił sobie wykorzystując swoje wcześniejsze patenty, zmienił w nich to i owo i zaprezentował jako świeżynki. Żeby nie być gołosłownym wskażę na „Rochester Collage” i tytułowy, najkrótszy w tym towarzystwie „Softsword” i na ich konotacje z niektórymi akapitami filmowego albumu „White Rock”. Zmiękczono tylko brzmienie syntezatorów, czyniąc je jednocześnie bezbarwnym. Dlatego słuchanie wymienionych kawałków, przynajmniej u mnie nie budzi większych emocji. Często przywoływane fanfary bardziej oddają charakter olimpijskiej rywalizacji („White Rock”) niż hołd dla wkraczającego na zamkowe salony króla. Oczywiście obok Ricka ekipę instrumentalno- wokalną współtworzą inny wykonawcy, którzy odtwarzają zadania nakreślone przez szefa, ale pewnych przyzwyczajeń nie daje się ad hoc zweryfikować, dlatego gitarzysta, przez lata muzyk sesyjny Alana Parsonsa, nie potrafi się pozbyć maniery znanej z płyt poprzedniego pracodawcy, a to już inny  styl, inna nastrojowość, bardziej melodyjne i niekiedy przebojowe granie. W zestawieniu z historyczną powagą burzy nieco koncepcję projektu. Jedyna dama w tej kompanii, Chrissie Hammond, prezentuje, i owszem, miły dla ucha tembr głosu, ale bliższy musicalowi, może rock operze ze znakomitą „Jesus Christ Superstar”, a to oznacza, że „kręcimy” się wokół znamienitego dorobku Andrew Lloyd Webera.
            Podsumowując stoję w rozkroku. Z jednej strony nie do końca potrafię zmierzyć się z legendą Ricka Wakemana, artysty ze wszech miar szanowanego i słusznie. Znam jego wiele dzieł, które należą do kanonu rocka, nie tylko progresywnego. Lubię niektóre jego płyty zaliczające się chyba do dziedziny kameralistyki, a zaliczam do nich te, na których w intymnej atmosferze Rick Wakeman gra sam, bez żadnego innego wsparcia. Nie zawsze przypadały mi do gustu jego albumy filmowe, ale zwalam całą winę na inne priorytety, bo „zilustrowanie” dźwiękami na przykład istoty zimowych igrzysk olimpijskich („White Rock”), albo filmu fabularnego „Crimes Of Passion” w reżyserii Kena Russella, to nieco inne wyzwania aniżeli własny album studyjny stworzony według autorskiej koncepcji. Podziwiam jego dzieła z lat 70-tych, bo zwyczajnie są muzycznymi brylantami, czymś kosmicznym w rockowym uniwersum. Z drugiej zaś strony nie rozumiem, że artysta tak ceniony postępował zgodnie z kiepską zasadą, co zarejestrował to wydał. Nie zawsze pomysły realizowane na zamówienie albo oparte o wątły koncept sprawdzają się jako produkt muzyczny, który powinien ujrzeć światło dzienne w formie płytowej. I tak jest w przypadku „Softsword”. Wystarczyłoby zadowolić organizatorów Festiwalu Dickensa, spektakl „obudować” muzyką i zapomnieć, że mam na koncie takie wydarzenie kulturalne. Wydawanie płyty z tej okazji nie musi wywoływać pozytywnych  reakcji postronnych słuchaczy. „Softsword” nadaje się do posłuchania, ale wielkich estetycznych przeżyć nie należy oczekiwać. Dosyć sprawne rzemiosło, ale nic poza tym. Sorry Rick, takie mamy realia.
Ocena 3/ 6
Włodek Kucharek
 
PS. Chciałem dać 2.5, ale ugiąłem się przed magią nazwiska, bo ja naprawdę darzę Ricka Wakemana olbrzymią atencją. Gdyby miał pisać o tych jego kamieniach milowych muzyki, to szalałbym z opisem zalet. W przypadku albumu „Softsword” chciałem być po prostu uczciwy wobec innych odbiorców muzyki. Finito! 

144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753120
DzisiajDzisiaj310
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4263
Ten miesiącTen miesiąc2861
WszystkieWszystkie3753120
54.227.97.219