Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 68sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

bullet tourchartsentry weba b

black silesia open air iii m

king crimson m

deeppurple posterb1e m

iced earth plakat m

striker summer slam m

wacken plakatd m

anathema plakatz m

roger waters plakatu m

ino rock festival plakata m

hellion metal festivalx m

primal fear plakata b

threshold european tour 2018z m

ross the boss bullet crystal viper m

ross the boss 2 plakat m

diamond head plakat m

 

BLACK SABBATH - The End - Live In Birmingham

 

(2017 Eagle Rock /Universal Music)
Autor: Włodek Kucharek
 
black sabbath live birmingham m
Tracklist:
CD 1:
1. Black Sabbath
2. Fairies Wear Boots
3. Medley: Under The Sun / Every Day Comes And Goes
4. After Forever
5. Into The Void
6. Snowblind
7. Band Intros
8. War Pigs
9. Behind The Wall Of Sleep
10. Medley: Bassically / N.I.B.
CD 2:
1. Hand Of Doom
2. Supernaut / Sabbath Bloody Sabbath / Megalomania
3. Rat Salad / Drum Solo
4. Iron Man
5. Dirty Women
6. Children of The Grave
7. Paranoid
    
Skład:
Ozzy Osbourne (wokal)
Tony Iommi (gitara)
Geezer Butler (bas)
Goście:
Tony Clufetos (perkusja)
Adam Wakeman (instr. klawiszowe/ gitara)
    
Ten tekst nie będzie przeznaczony dla tych „wrażliwców”, którzy wpadają w stany alergiczne związane ze słowami „wazeliniarza”, czyli, zgodnie z definicją zaczerpniętą ze „Słownika Języka Polskiego PWN” „osoby, która dla korzyści przesadnie komuś pochlebia i usługuje”. Wprawdzie w moim przypadku, pismaka próbującego „klecić” teksty dla HMP na tematy rockowo- muzyczne, należałoby z powyższego określenia usunąć frazę „dla korzyści”, ale to nie zmienia mojego założenia, że z przedłożonego felietonu „wypływać” będą co rusz jak wulkaniczna lawa „jęzory” pochlebstw, tysiąckrotnych podziękowań, słów pełnych pokory i atencji czyli wielkiego szacunku. Przyjmuję na siebie taką właśnie rolę, żeby wyrazić podziw i respekt, oraz oddać ostatni w historii pokłon najwyższego uznania wobec wykonawcy, rockowego bandu, który po prawie dokładnie 50 latach postanowił zejść ze sceny, pozostawiając miliony rockowych sierot na całym świecie. A moje poważanie jest tym większe, że jest to zespół bardzo bliski mojemu sercu, ponieważ mogę śmiało powiedzieć, że z ich muzyką wychowywałem się jako pacholę, najpierw w roli słuchacza strzygącego uszami przy odbiorniku radiowym w czasie trwania monofonicznej Radiowej Trójki (byłem od początku wielkim fanem „Mini- maxu” Piotra Kaczkowskiego, dla mnie prawdziwego guru rocka, z którym trwam od początku, czyli od końca roku 1968)), a później korzystającym z dziś tak oczywistego wynalazku technicznego jak stereofonia. Nieco później dosłownie katowałem istniejące już na rynku, choć jako towar deficytowy, kasety magnetofonowe, na których zapisywałem z „Trójkowych” audycji, korzystając, według współczesnych standardów technicznych, z dosyć prymitywnego sprzętu (radiomagnetofon „Jola”, produkt bydgoskiej „Eltry”),  longplaye „Królów Ciemności”, między innymi „Paranoid” czy „Master of Reality”, a premiera każdego nowego albumu tego kultowego zespołu oznaczała prawdziwe święto, trwające wiele dni, w czasie których zdarzało się, że dana „Sabbathowa” płyta zarejestrowana piracko na kasecie, „odpalana” była kilka razy dziennie. To były czasy! Ale zdaję sobie doskonale sprawę, że „to se ne vrati, panie Havranek” (wiem, że znaczenie tej frazy jest zupełnie inne, niż wynika to z potocznej analizy tych słów). Po tylu wskazówkach wiadomo już, że bohaterem tego tekstu będzie Black Sabbath.
   
Z oryginalnego składu założycielskiego na scenę w czasie ostatniego aktu legendy rocka wyszli Tony Iommi, Geezer Butler i Ozzy Osbourne, dokładnie tam, gdzie zaczynali wielką, światową karierę, w miejscu swoich narodzin, Birmingham. Zabrakło tylko perkusisty Billa Warda. Zaczynali 50 lat temu, a młodszemu pokoleniu słuchaczy zapewne nie mieści się w głowie, że tacy „dziadkowie” ( w roku 2018, Ozzy 70 lat, Tony 70 a Geezer 69!!!), potrafią tak wymiatać. Często nazywani „bogami metalu”, już pół wieku temu zdefiniowali większość subgatunków ciężkiego rocka, od hard rocka, przez heavy metal, doom po thrash. Protoplaści bardzo surowego brzmieniowo, ciężkiego grania i mrocznej atmosfery w typowym rockowym układzie kwartetu, gitara- bas- perkusja- wokal. I abstrahując od skandalizujących i wzbudzających kontrowersje momentów z życia Ozziego, światowy rozgłos przyniosła im muzyka rockowa. Już pierwszy album zatytułowany po prostu „Black Sabbath” wywindował zespół na absolutne wyżyny zasłużonej popularności wśród wiernych fanów na wszystkich kontynentach naszej planety. I na tych wysokościach pozostali do samego końca, a krytyczne uwagi zgłaszane do niektórych komponentów ich fonograficznego dziedzictwa przez tak zwanych fachowców brzmią dzisiaj, także w kontekście iście królewskiego pożegnania, śmiesznie i groteskowo. Sądzę, że każdy, komu przyjdzie do głowy wykazywać, że Ozzy i spółka są jednymi z wielu w annałach rocka, podejmuje krok samobójczy udowodnienia swojego braku kompetencji. A szaleństwo pożegnalnego tournée jest najlepszą odpowiedzią skierowaną w stronę malkontentów, solidnie udokumentowaną wieloformatowym wydawnictwem, zatytułowanym „The End (Live in Birmingham)”. Skończyli tam, gdzie zaczęli stawiać pierwsze kroki, które uczyniły z nich prekursorów ciężkiego grania, w Birmingham, doprowadzając wielopokoleniową publiczność do prawdziwej ekstazy, która osiągnęła swoje apogeum w wykonaniu finałowego „Paranoid”. Każdy, kto wykaże taki zamiar, może sprawić sobie niespodziankę nie tylko w wymiarze audio, ale także wideo, ponieważ autorzy zadbali o edycję „The End (Live in Birmingham)” praktycznie we wszystkich dostępnych formatach, od DVD i podwójnego CD po limitowane deluxe collector’s edition, złożone z pięciu dysków (3 CD, DVD i Blu-ray). Mniemam, że znajdzie się liczne grono amatorów zakupu jednej z tych wersji, ponieważ na każdym fanie rocka, niezależnie od jego rodzaju, ciąży świadomość, że to ostatni akt w karierze ikony kultury, która postanowiła zakończyć swoją bogatą działalność.
Black Sabbath stworzył swój autonomiczny, niepodrabialny styl, który następnie stał się wzorem dla setek kapel rockowych, które chciały brzmieć tak jak Ozzy i spółka. Można chyba także powiedzieć, że przez skład zespołu „przewinęło” się wielu artystów, niektórzy o ustalonej renomie, ale dla licznych obecność u boku Osbourne’a, Iommiego czu Butlera stała się wielką nobilitacją i swoistym rodzajem trampoliny, odskoczni do dalszej kariery artystycznej. Nisko grająca gitara powtarzająca motorycznie ciężkie riffy, potężna, pancerna sekcja i dramatyczny wokal Osbourne’a, wpadający niekiedy w „satanistyczne” tony (hahaha!!!), to najbardziej charakterystyczne cechy stylistyczne. Do tej szczątkowej próby definicji dodać należy jeszcze mroczny, dołujący, pełen pesymizmu nastrój i ponure teksty, z akcentami tematyki okultystycznej. Niby takie to wszystko proste, ale Black Sabbath jest tylko jeden, niepowtarzalny. Jak już wyżej wspomniałem, skład muzyków grupy, szczególnie w okresie separacji z Ozzym, uzupełniali inni, czasowo zatrudniani, wśród nich wokaliści dwaj „purpurowi” Ian Gillan, Glenn Hughes, obok nich także Tony Martin, perkusista Cozy Powell czy basista Neil Murray, oraz kilkunastu innych muzyków. Bardziej uważnemu Czytelnikowi w tym właśnie momencie zapala się w głowie czerwona lampka z pytaniem, hola, hola, a gdzie „mały człowiek z wielkim głosem”? No oczywiście trudno zapomnieć o Ronnie Jamesie Dio, którego wkład w dorobek Black Sabbath jest nie do podważenia, może nie ilościowo (raptem trzy regularne albumy), ale na pewno jakościowo, bo Dio w ekipie Sabbathów wniósł bezdyskusyjnie zupełnie nową jakość podnosząc wydatnie poziom szczególnie dwóch fonograficznych publikacji, albumów „Heaven And Hell” (1980) i „Mob Rules” (1981) (pamiętam także o nagranym po powrocie Dio „Dehumanizer” 1992).
      
Jak zapewne z tego zarysu widać, Black Sabbath wniósł wiele elementów do rozwoju muzyki rockowej i zapewne nikomu nie przyjdzie do głowy kontestować przedłożoną opinię. Pierwotnie kwartet, szczególnie w latach 70-tych wstąpił na piedestał i pomimo różnych zawirowań, bardziej plotkarskich niż stricte muzycznych, pozostał w panteonie gwiazd rocka, aż do dnia kiedy postanowił zejść ze sceny. Ostatni akt tego rozciągniętego w czasie i podzielonego na dziesiątki koncertów wydarzenia nastąpił w mieście, w którym kwartet rozpoczął start do międzynarodowej kariery, czyli w Birmingham (powtarzam to trzeci raz w pełni świadomie). „The End. Live in Birmingham” należy chyba także odczytać- choć Ozzy nie należy chyba do osobników sentymentalnych-, jako formę podziękowania fanom za wsparcie, także w chwilach, gdy obrany kierunek działalności artystycznej prowadził do kolizji najróżniejszych interesów, niesprzyjających poziomowi tworzonej muzyki.
        
Brzmienie pojedynczych uderzeń dzwonu, szum deszczu i odgłosy burzy. Tak zaistniał Black Sabbath na debiutanckim longplayu w otwierającym go utworze zatytułowanym identycznie, jak nazwa zespołu. I chyba także pożegnalny koncert nie mógł się inaczej rozpocząć. Dzwon, deszcz i burza. Tak charakterystyczne komponenty kompozycji, że każdy z zebranych słuchaczy już po sekundzie doskonale wiedział, jaki utwór zainauguruje imprezę, wywołując niebotyczny entuzjazm fanów i świadków jednocześnie spektakularnego zamknięcia kariery. „Black Sabbath”, song o delikatności walca wtoczył się majestatycznie na scenę, morderczy riff gitary Iommiego przeciął jak błyskawica mrok, a „Prince of Darkness” powoli, złowrogo, cedząc pojedyncze słowa, zaczął tworzyć mroczny klimat pożegnalnego misterium. Długo nie trzeba było czekać, żeby do wokalisty dołączył chór tysięcy gardeł zebranej publiczności. Surowizna brzmieniowa, zero ozdobników, tylko dramatyczny wokal, grzmiący bas i kaskady perkusyjnych beatów. Ale wszyscy słuchacze, zarówno ci na widowni, jak ci słuchający aktualnie płyty z nośników audio, wiedzą doskonale, że to wstęp, że za chwilę przestrzeń zdemoluje ten uczestnik tej rockowej „mszy” na razie ukryty w cieniu, Tony Iommi, dołączając do kolegów. Upiorny śmiech Ozzyego, potężne brzmienie narasta, dosłownie miażdży receptory, by dosłownie eksplodować po niespełna pięciu minutach, wywołując szaleństwo zebranych fanów. Tutaj już nie ma miejsca na żarty, potęga sekcji i elektryczna elektrownia mister Iommiego odpala swoje riffowe błyskawice, nie dając szans na głębszy oddech. A później „bogowie metalu” dają niezapomniany koncert życzeń, prezentują same diamenty ze swojego bogatego dorobku. Swojego przedstawiciela, a nawet kilku, mają najbardziej znane i szanowane pozycje dyskograficzne, a króluje w programie zdecydowanie dekada 1969- 1979. Ale przecież inaczej być nie mogło, bo to kwintesencja stylistycznej autonomii Sabbathów. Jeszcze raz, niestety ostatni, szał widowni wywołują prawdziwe kamienie milowe w biografii grupy, „Under The Sun”, (co za solówka Tonyego!! Nie jedyna!!!) „Into The Void”, „War Pigs”, „Iron Man” czy zamykający ten mega koncert „Paranoid”. Wymienianie i opisywanie kunsztu wykonawczego Mistrzów mija się chyba z celem, tak samo jak przywoływanie kolejnych tytułów, bo w tym punkcie istnieje od zawsze potężny dylemat, czym podzielić się ze słuchaczami przygotowując setlistę. Gdyby Panowie z BS postanowili na wariackich papierach wykonać „live” wszystko, z czego zasłynęli, to koncert musiałby trwać i dziesięć godzin, doprowadzając publiczność i wykonawców do kompletnego, fizycznego wyczerpania. No ale takie pomysły to iluzja i każdy nawet średnio obeznany z twórczością grupy słuchacz, wie to „w ciemno”. Musiałbym być także zdrowo „stuknięty”, żeby zabierać się za ocenę muzycznej jakości wykonania poszczególnych rozdziałów koncertu. Black Sabbath to rockowa instytucja, którą należy szanować po wsze czasy, bo tego wymaga zwykła „fanowska” przyzwoitość, a ich zasługi w tworzeniu i promowaniu sztuki muzycznej są nie do przecenienia. W trakcie tych pięćdziesięciu lat dorobili się nie tylko autorytetu wspartego bogatą dyskografią, ale także pokaźnej bibliografii, od szczegółowej analizy tekstów śpiewanych przez Ozzyego Osbourne’a, po monografie wyjaśniające swojego rodzaju ponadpokoleniowy fenomen Black Sabbath. Na pewno mają rację ci, którzy twierdzą, że Ozzy nigdy nie był „grzecznym chłopcem”, przeciwnie, wiele razy okazywał się prawdziwym mistrzem wzniecania skandali i konfliktów, ale takimi „pierdołami” zajmują się najczęściej ludzie, którzy o muzycznych osiągnięciach Black Sabbath mają pojęcie raczej mgliste. Natomiast zdobywając się na ocenę dokonań zespołu oraz solowego dorobku jego „żelaznych” członków, nie sposób nie zauważyć, że Sabbath pod koniec lat 60-tych (pamiętajmy, pierwszy winyl  z logo Black Sabbath ukazał się w październiku 1969 roku), wzniecił prawdziwą rewolucję, która zburzyła kompletnie mentalność ludzi zasiedlających naszą planetę, wywróciła do „góry nogami” standardy muzyki rozrywkowej, zatrzęsła poczuciem estetyki wielu pokoleń, wprowadzając na salony styl nazwany wtedy hard rockiem. Dopiero po kilkudziesięciu latach okazało się, że komponenty stylistyczne kompozycji formacji stały się punktem wyjścia, swoistym fundamentem, na którym zbudowano odłamy stylistyczne ciężkiego rocka. W tym zakresie Black Sabbath to prekursor, wzorzec rockowego „metra” z Sevres pod Paryżem.
     
Wracając do programu występu, trudno się nie wzruszyć, gdy z majestatem nadszedł „War Pigs” odśpiewany na tysiące głosów, gdy Ozzy „rzuca” następnymi tytułami, a te spotykają się z szalonym aplauzem publiczności. Fajnym pomysłem było przygotowanie aż czterech rozdziałów opatrzonych tytułem „Medley”, kompromis pozwalający za zaprezentowanie choćby we fragmentach większej liczby utworów z dyskografii Black Sabbath. Żeby wysłuchać w całości muzyki zawartej na albumie, należy zarezerwować sobie dwie godziny, w czasie których nie ma czasu na nudę, na jakiekolwiek mielizny, słabości. To „produkt” wysokoenergetyczny, napędzający emocje każdego słuchacza, niezależnie od wieku. Po blisko dwóch godzinach docieramy do aktu końcowego, brawurowo wykonanego „Paranoid”. Pod sceną i na widowni ekstaza. W powietrzu tysiące konfetti, na ziemi dosłownie odurzeni wspaniałością ostatniego koncertu szczęśliwcy, którym udało się nabyć bilety. Cóż można jeszcze dodać. Przychodzą mi na myśl tylko słowa zawarte w tytule legendarnego utworu The Doors; „This is the end!”.
    
Tak kończą tylko wielcy rockowej sceny, którzy chcą , żeby w sercach fanów zapamiętano ich w pełni artystycznych sił, a nie jako „klientów” odcinających kupony od dawnej sławy. I Black Sabbath tak zrobił, odszedł w sławie, pozostawiając kulturze muzycznej całe swoje fonograficzne dziedzictwo. I być może dla niektórych Czytelników Heavy Metal Pages zbyt dużo w mojej relacji egzaltacji, zbyt wiele wielkich, podniosłych słów, bo dla niektórych Black Sabbath to tylko (?) rockowy zespół. Ale proszę mi wybaczyć, dla mnie to nie tylko rockowy zespół, ponieważ ich twórczość to także kawał mojego życia i gdy spojrzę na swoją kolekcję płyt przy literze alfabetu „B”, to zwyczajnie łza mi się w oku kręci, podobnie jak łzy pojawiły się na twarzach wielu fanów w czasie tego magicznego wieczoru w Birmingham. Dlatego każdy, który uznaje siebie za fana muzyki rockowej, powinien potraktować posiadanie dokumentacji z ostatniego koncertu Black Sabbath jako mus. Bo bez tego kwartetu nie byłoby historii rocka. I to już naprawdę koniec!
(6/6)
Włodek Kucharek

120_overkill_158x600px_eu_b.gif 121_behemoth_158x600px_eu.gif 119_slayer_158x600_eu.gif 118_riotV_158x600px_eu.gif 117_anthrax_158x600px_eu.gif

Goście

1285815
DzisiajDzisiaj318
WczorajWczoraj2348
Ten tydzieńTen tydzień318
Ten miesiącTen miesiąc31466
WszystkieWszystkie1285815
54.161.40.41

powerwolf plakatz m

nightwish plakatz m

annihilator plakatz m

slayer plakatz m

batushka plakatz m