Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 76sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

richie kotzenposterz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

SEVEN REIZH - L’Albatros

 

(2018 Seven Reizh Editions)
Autor: Włodek Kucharek
 
seven-reizh-lalbatros s
Tracklist:
1.Le Pavillon Chinois (3:59)
2. Brizh (14:48)
3. Tiqit Weman (5:52)
4. Dalc'h Mad (6:55)
5. Klasker-bara (4:40)
6. Kriz (9:27)
7. Lostmarc'h (9:59)
8. Er Lein (9:30)
                 
Lineup:
Claude Mignon - gitara elektryczna, gitara akustyczna, gitara lap steel, fortepian, syntezatory, aranżacje.
Gérard Le Dortz - słowa, twórca opowieści.
                  
Goście:
Farid Aït Siameur - wokal w języku kabylskim*
Laurène Bourvon - wokal w języku angielskim i francuskim
Bleunwenn Mével - wokal w języku bretońskim **
Stefanie Théobald - wokal w języku francuskim i niemieckim
Louis Mével - wokal wspierający
Olivier Salmon - gitara elektryczna i akustyczna
Ronan Hilaireau - fortepian
Régis Huiban - akordeon
Bernard Le Dréau - saksofon tenorowy/ klarnet
Ewan Le Gallic - dudy szkockie
Loïc Bléjan - dudy irlandzkie
Bro An Aberioù - zespół grający na dudach
Gwenaël Mével - bombard- pomort ***
Gwendal Mével - flet koncertowy
Michel Hoffmann - obój
Philippe Durand - rożek
Cyrille Bonneau - duduk
Sébastien Charlier - harmonijka
Shane Lestideau - skrzypce
Jonathan Dour - skrzypce
François Pernel - harfa celtycka
Marcel Aubré - erhu ****
Mihai Trestian - cymbały
Olivier Carole - gitary basowe
Thierry Runarvot - kontrabas
Gurvan Mével - perkusja, bębny
                   
* język kabylski- afroazjatycki język używany według szacunków przez od 3 do 6 milionów Kabylów (naród berberyjski zamieszkujący Algierię i Tunezję). Język zapisywany zmodyfikowanym alfabetem łacińskim.
** język bretoński- z grupy języków celtyckich, używany w Bretanii (północno- zachodnia Francja), posługuje się nim około 200 000 osób, uznany przez państwo francuskie za tzw. język regionalny.
*** bombard/ pomort- dawny stroikowy instrument dęty drewniany z czasów średniowiecza i renesansu, spokrewniony z rodziną piszczałek.
**** erhu - chiński instrument smyczkowy z VI wieku, posiada dwie struny, a barwa dźwięku zbliżona jest do ludzkiego głosu.
                 
Uczciwie przyznam, że jakiś czas zajęło mi zastanawianie się, czy opis premierowego albumu francuskiego duetu Seven Reizh w ogóle powinien zaistnieć w przestrzeni medialnej Heavy Metal Pages. Wątpliwości mnożyły się co rusz, ale zwyciężyła myśl, że chyba warto przedstawić to muzyczne zjawisko polskim Czytelnikom, zachęcając ich do poszukiwania dźwięków, pomimo faktu, że muzyka nie ma kompletnie nic wspólnego z brzmieniem heavy, progmetalu, a niewiele stycznych z progrockiem w wydaniu retro czy neo. W zasadzie zdefiniowanie stylistyczne artystycznych kreacji projektu mija się z celem, ponieważ każdy z czterech dotychczas wydanych longplayów Francuzów (biorąc pod uwagę współpracujących muzyków to multinarodowe przedsięwzięcie) przedstawia istny kocioł najróżniejszych dźwięków, spośród których wyróżnić można te pochodzące z kultury celtyckiej, północnoafrykańskiej, arabskiej, francuskiego folku w rejonu Bretanii, muzyki klasycznej, artrocka pachnącego Camelem, brzmień symfonicznych, lekkiego jazzu, muzyki elektronicznej i gotyckiej, folkloru. Fuzja tych gatunków, a z pewnością pominąłem jeszcze kilka wpływów, tworzy urozmaiconą mieszankę, ujętą w ramy niesamowitych, porywających  nastrojów, tworzących w sumie wręcz magiczny, hipnotyczny klimat muzycznego misterium, w którym dużą rolę odgrywają bajkowe melodie. Ale zanim spróbuję, po tym wstępie, luźno dywagować na temat dzieł Seven Reizh, a pojęcie „dzieło” nie jest na pewno w tym przypadku nadużyciem, postaram się zamieścić objaśnienia do gwiazdek widocznych w szeroko rozumianym składzie instrumentarium, bo już sam fakt wykorzystania tego bogactwa „narzędzi” służących do wydawania dźwięku, wydaje się intrygujący i budzący zaciekawienie, tym bardziej, że te oryginalne i egzotyczne instrumenty nie pełnią roli li tylko ozdobników, lecz wnoszą niesamowity potencjał do kształtowania spektrum brzmienia.
                                                   
Obok tych egzotycznych składników brzmienia w kompozycjach słyszalne są także instrumenty, które nie są kojarzone z rockiem, między innymi rożek, harfa celtycka, cymbały czy obój. Zestawienie partii instrumentów klawiszowych, gitary, perkusji i basu z wymienionymi komponentami instrumentalnymi dzieł symfonicznych decyduje w dużym stopniu o oryginalności utworów, ich eklektyzmie, skojarzeniu ze źródłami muzyki dawnej. A pomimo obecności gitarowo- klawiszowych reprezentantów muzyki rockowej, trudno postawić tezę, że mamy do czynienia z tym gatunkiem sztuki muzycznej. Owszem bez problemu spotkamy partie gitar, zidentyfikujemy rytm dyktowany przez perkusję i gitarę basową, a tło niektórych utworów tworzą gęste, intensywne pasaże klawiszowe, to jednak sugestia, że tak ukształtowana charakterystyka muzyki w wykonaniu Seven Reizh należy wyłącznie do rockowego stylu byłaby nadużyciem.
                    
Pomimo przepastnych archiwów Internetu znalezienie wyczerpujących informacji o historii i dniu dzisiejszym francuskiego projektu, jego założeniach artystycznych kończy się najczęściej fiaskiem i nie mam tutaj na myśli wyłącznie źródeł informacyjnych w języku polskim. Seven Reizh to raczej byt artystyczny mało znany w Europie, śmiem twierdzić, że wręcz niszowy, ale według mojej opinii wart uwagi. Pomysł na zbudowanie zespołu to przede wszystkim historia przyjaźni i artystycznej duszy kompozytora i instrumentalisty Claude Mignona i powieściopisarza i grafika Gerarda Le Dortza. Oboje to przyjaciele z lat dzieciństwa, których połączyła pasja do muzyki i literatury, fani Pink Floyd, Genesis, Camel, ale także Petera Gabriela, Philipa Glassa, Debussy’ego i Estończyka Arvo Parta. W ich umysłach wieku już dojrzałego, obaj byli po pięćdziesiątce, narodziło się marzenie napisania i skomponowania „operowej wersji świata” śpiewanej w języku bretońskim, co podkreśla ich korzenie, więź wobec małej ojczyzny, Bretanii. Dwa pierwsze albumy, których zawartość muzyczna wywołała spory rezonans, ale raczej o zasięgu regionalnym, „Strinkadenn’Ys” (2001) oraz „Samsara” (2006), wydali własnym sumptem, ale przed rejestracją trzeciej płyty „La Barque Ailee” (2015) artyści stanęli przed prozaicznym wyzwaniem finansowania produkcji nowych nagrań. Dopisało im coś tak ulotnego jak szczęście, ponieważ znalazł się fan ich muzyki z Niemiec, który zaproponował sfinansowanie prac nad albumem, w wyniku czego Le Dortz i Mignon przystąpili do realizacji nagrań. Intensywne działania przyniosły doskonałe rezultaty w postaci trzeciego wydawnictwa fonograficznego, wspomnianego już „La Barque Ailee” oraz stworzonego siłą rozpędu czwartego albumu studyjnego „L’Albatros” z maja 2018 roku. I to ten longplay znajduje się w tym tekście w centrum uwagi, choć udało mi się po wielu trudach dotrzeć do wszystkich poprzednich płyt Seven Reizh. Każda z nich to prawdziwa perła, muzycznie absolutne mistrzostwo. Także muzyką z dysku „L’Albatros” jestem zachwycony, jej wrażliwością, pozytywnym emocjom, które ta sztuka muzyczna generuje, oryginalnym brzmieniem, ilustracyjną łagodnością i delikatnością, symbiozą dźwięków symfonicznych, akustycznych i elektrycznych, niebywałym pięknem i magiczną mocą. Ta muzyka wciąga swoją hipnotyczną siłą, nie pozwala słuchaczowi przejść obok niej obojętnie, muzyka, która według autorów czerpie inspiracje z „mieszanki wszechświatów dźwięków”.
                   
Na dysku „L’Albatros” zapisano osiem kompozycji o łącznym czasie trwania nieco przekraczającym 65 minut. Są wśród tych opowieści rozdziały krótkie, tak jak inaugurujący album czterominutowy „Le Pavillon Chinois”, a na drugim biegunie usadowiły się jak na tronie prawdziwe symfonie dźwięków, z blisko 15- minutową suitą „Brizh”. Każdy utwór  jest wymagający, bo to skomplikowana materia,  której należy słuchać w skupieniu, żeby ogarnąć multum wpływów kulturowych proponowanych przez wieloosobowy zespół, najlepiej prezentuje swoje walory w późnowieczornej ciszy, pozbawionej gwaru i odgłosów otaczającego nas świata. Struktura muzyki jest wielowymiarowa, wielowątkowa, chociaż raczej nie poskręcana w węzeł gordyjski, wystarczy słuchać uważnie. Tylko tyle i aż tyle! To muzyka, która nie znosi komercji, ucieka od przeciętności, łączy inspiracje kultury wysokiej i pop, potrafi połączyć żywioły rockowego entuzjazmu oraz klasycznej elegancji, a jej nastrój powoduje, że w czasie jej recepcji czujemy się, jakbyśmy siedzieli jak na szpilkach z uwagą wytężoną do maksimum. Każda sekwencja dźwięków przynosi zachwyt, podziw dla kunsztu kompozytorskiego i w miarę trwania muzyki zapadamy się jak w miękki fotel, który oferuje estetyczny komfort bycia sam na sam z klasowym dziełem muzycznym.  Wystarczy się tylko wsłuchać, starać się zrozumieć stworzone sekwencje dźwięków, a każdy utwór roztacza blask kamienia szlachetnego, emanując nieziemskim pięknem. Od pierwszej nutki  „Le Pavillon Chinois” czujemy, że uczestniczymy w rodzaju spektaklu, którego bohaterem jest sztuka muzyczna najwyższych lotów. Na „dzień dobry” wita nas brzmienie dziwnego instrumentu strunowego i żeńska wokaliza, przy akompaniamencie smyków. Ani śladu rocka! Rytm nabiera bardziej wyrazistego kształtu, z dźwiękowej mgły wyłania się główny temat melodyczny, prowadzony przez kilka instrumentów, między innymi dudy. W drugiej części utworu pojawiają się rozwiązania wokalno- instrumentalne bliskie dawnym klasykom Mike’a Oldfielda. Przynajmniej w tę stronę podążają moje skojarzenia. Różnica polega na egzotyce nastrojowości. Po tym wstępie następuje moim zdaniem clou programu, rewelacyjny „Brizh”, początkowo wiolonczelowo- fortepianowy, rozwijający się także wokalnie bardzo powoli, ze spora dawką partii smyczkowych. Każda kolejna minuta przynosi większą intensywność dynamiki, chociaż, przez pierwsze minuty na próżno szukać akcentów rocka. To raczej symfonika połączona z folkiem. Męskie zaśpiewy przed czwartą minutą przekierowują nasze zmysły w stronę poza europejskiego folkloru, naciera oddech północno- afrykańskich wiatrów. Jest bajecznie pięknie, delikatnie tak bardzo, że nawet słuchacz obawia się, żeby jednym niestosownym, nieskoordynowanym ruchem nie zaburzyć tej sielskiej harmonii. Czas płynie a wnętrze kompozycji wypełniają coraz to nowi goście instrumentalni, przykładowo wspaniała partia saksofonu tuż przed upływem szóstej minuty, który brzmi zachwycająco na tle smyczkowej orkiestry. Kapitalny fragment tej mini suity. Jesteśmy w połowie utworu, po wybrzmieniu saksofonu otacza nas symfoniczna aura, tło kompozycji wypełniają skrzypce i wiolonczele oraz subtelnie zaakcentowane instrumenty dęte, dołącza wokal, a bieg tego akapitu zwalnia, uzupełniając spektrum brzmienia rozlegającymi się na drugim planie pojedynczymi odgłosami bębnów. Partia akordeonu przenosi nas w wąskie, wybrukowane uliczki paryskiej dzielnicy Montmartre (ot takie skojarzenie!). A w trzynastej minucie powalający epickim wymiarem finał, z udziałem rockowych gitar i perkusji, kumulacja mocy i potęgi instrumentalnej utworu „Brizh”. Wiele pięknych kompozycji słyszałem w swoim życiu, ale to, co Seven Reizh prezentuje w rozdziale „Brizh” paraliżuje pięknem. Ciary gwarantowane!!! Emocje wibrują, cząsteczki powietrza iskrzą, czas by uspokoić atmosferę. Ale czy tak się stanie w przypadku baśniowego „Tiqit Weman”? Orientalne męskie zaśpiewy w języku kabylskim, anielski głos Stefanie Théobald, multum egzotycznych dźwięków. Kultura arabska łączy się z Irlandią, czy ktoś potrafi wyobrazić sobie tak ekstremalne współistnienie. Duet wokalny decyduje o charakterze tego utworu, folklor głosu męskiego w konfrontacji quasi operowego głosu żeńskiego. „Dalc’h Mad” to energetyczne szaleństwo w porównaniu do innych komponentów programu. Skrzypce rywalizujące z dynamiczną gitarą proszę bardzo, takie spotkanie jest możliwe. I nagle wydaje się, że dostawca energii dla rockowego instrumentarium splajtował, bo na scenie pozostaje fortepian, występ dęciaków i głosy. Ale to tylko chwilowe uspokojenie atmosfery, bo rockowa orkiestra buduje tło dla skrzypcowego szaleństwa. Prawdziwy rockowy poemat. Finał „Dalc’h Mad” wybucha feerią dźwiękowych barw, bizantyjskim bogactwem ujętym w ramy jednego utworu. Napięcie utrzymuje od samego początku w ryzach kolejny składnik tracklisty, czyli „Klasker-bara”, fortepianowe intro, smyczkowy akompaniament i operowy, czyściutki jak kryształ wokal femmale, ponownie z egzotycznymi zaśpiewami męskimi. Istna magia! Do końca programu albumu pozostały trzy części, każda z nich bliska granicy dziesięciu minut. „Kriz” to pierwszy element układanki. Senne otwarcie, elektronicznie przetworzona perkusja, akustyka gitary i woodwinds  tworzą akompaniament dla kolejnej, orientalnej wokalnej konwersacji Laurène Bourvon i Farida Aït Siameur. Sporo sampli, delikatne tło klawiszy towarzyszy słuchaczowi przez pierwsze trzy minuty, po czym pojawia się powolny rytm, oszczędna aranżacja i snująca się melodia. Radykalna zmiana  zaskakuje nas przed piątą minutą, przyspieszenie, wokalny „pojedynek” w duecie i gitara elektryczna na pierwszym instrumentalnym planie, gitara, która nieco później poprowadzi smakowitą partię solową. W kilka minut przenosimy się z krainy celtycko- arabskiej do rasowego rocka okraszonego długim występem solowym na elektryczne struny. Piękna, bardzo oryginalna  kombinacja, wyciszana w finale do ostatniej nutki. „Lostmarc’h”, na wstępie wpływy arabskie, partie smyczkowe rozmyte po całej przestrzeni oraz gęsta zawiesina bębnów, nieco później wspaniałe, rozpisane na kilka głosów partie, każda w innym języku, subtelny fortepian i akcenty instrumentów dętych drewnianych. Klimat melancholii wzmocnionej akustyką panuje przez większą część kompozycji, ale im bliżej finału, tym brzmienie staje się intensywniejsze, a do instrumentalnego spektrum  dołączają kolejno partie symfoniczne oraz elegancka, śliczna partia solowa gitary elektrycznej. Ostatnim rozdziałem opowieści jest „Er Lein”, budzący ciekawość mroczną atmosferą, wypełnioną żeńskim wokalem, gęstym klawiszowym tłem, celtyckimi śladami harfy i cymbałów z  rockowym ogniem beatów perkusyjnych i gitarowych akordów. Ale, jak to w muzycznym uniwersum Seven Reizh bywa, także tutaj nic nie jest oczywiste i co rusz ustalony na moment porządek zostaje przełamany, a to ciszą naznaczoną tylko głosem i pojedynczymi uderzeniami w klawiaturę fortepianu, a to wyeksponowaniem delikatnej, minimalistycznej partii akustyki. Wszystko to na kanwie którego to już z kolei, bajecznie pięknego motywu melodycznego. A gdy przekraczamy granice czwartej minuty rozpościerają się w naszej wyobraźni rozległe wrzosowiska celtyckich krajobrazów z….kabylskim wokalem. A partii na dudach nie powstydziłby się sam Troy Donockley. Epicki finał, który wręcz wybucha po siódmej minucie stanowi celne resume dzieła Seven Reizh.
Oceniając zawartość albumu „L’Albatros” z punktu widzenia fana, trudno nie wypowiedzieć licznych ochów i achów, pochwał w pełni zasłużonych, bo ta muzyka mogłaby startować w każdym konkursie piękności z gwarancją miejsca na tronie zwycięzców. Niesamowite bogactwo nastrojów, dziesiątki członków instrumentarium, od tych rockowo- tradycyjnych po absolutną egzotykę. Wszystkie te multinarodowe wpływy jazzu, folku, rocka, muzyki klasycznej i wielu innych skojarzeń tworzą niezwykle spójną materię, która dosłownie zabija swoim pięknem. A zachwyt nad muzyką z tej płyty wzmocnimy sami słuchając jej z wykorzystaniem słuchawek, bez których multum delikatnych jak pyłek na wietrze dźwięków umknie niepostrzeżenie naszej uwadze słuchacza. A gdy już zasiądziecie i poświęcicie swój czas, nieco ponad godzinę, wysłuchaniu propozycji francuskiego duetu Seven Reizh, będziecie oczarowani, że z dala od komercyjnego zgiełku jest ktoś, kto potrafi wykreować tych tysiące przepięknych dźwięków stanowiących istny balsam dla naszej estetyki. Jestem przekonany, że tylko drewniane ucho nie wzruszy się tymi ośmioma kompozycjami, tak oryginalnymi, pełnymi egzotyki, że aż niewiarygodne. Zróbcie wszystko, żeby dotrzeć do muzyki Seven Reizh z longplaya „L’Albatros”, a gdy już otrząśniecie się z tzw. pierwszego wrażenia, spróbujcie poczuć magię także innych albumów tego muzycznego projektu. Nikt nie będzie żałował swojej decyzji!
(6/6)
Włodek Kucharek

124_heathen_158x600px_eu.gif 126_gotthard_158x600px_eu.gif 120_destruction_158x600px_eu.gif 121_poparzeni_kawa_trzy.gif 120_slider_ot.gif 137_if_158x600px_eu.gif 122_bluespills_158x600px_eu.gif 127_amaranthe_158x600px_eu.gif 121_primalfear_158x600px_eu.gif

Goście

3429472
DzisiajDzisiaj76
WczorajWczoraj2232
Ten tydzieńTen tydzień8134
Ten miesiącTen miesiąc2308
WszystkieWszystkie3429472
3.235.105.97