Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 75sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

richie kotzenposterz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

evanescenceposterz m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

 

RAY WILSON - Upon My Life

 

(2019 Jaggy Polski)
Autor: Włodek Kucharek 
 

ray wilson upon my lifekorona s

Tracklist:
CD 1:
Come The End Of The World
Lemon Yellow Sun
Take It Slow
Ought To Be Resting
Constantly Reminded
American Beauty
Wait For Better Days
Bless Me
Show Me The Way
Rhianne
Easier That Way
She
Gypsy
Ghost
               
CD 2:
I Wait And I Pray
Another Day
Song For A Friend
Alone
Not Long Till Springtime
She's A Queen
Change
Ever The Reason
Along The Way
The Actor
Goodbye Baby Blue
First Day Of Change
Makes Me Think Of Home
On The Other Side
                        
Lineup:
Ray Wilson (wokal/ gitara akustyczna/ gitara elektryczna/ bas)
Steve Wilson (gitara akustyczna/ gitara elektryczna/ wokal)
Ali Ferguson (gitara prowadząca/ gitara elektryczna/ gitara akustyczna/ wokal)
Marcin Kajper (bas/ saksofon/ flet)
Scott Spence (gitara elektryczna/ fortepian/ instr. klawiszowe/ gitara prowadząca/ gitara akustyczna)
Mario Koszel (perkusja)
Yogi Lang (instr. klawiszowe)
Uwe Metzler (gitara prowadząca/ gitara akustyczna) gitara elektryczna/ instr. klawiszowe)
Irvine Duguid (instr. klawiszowe/ fortepian/ klawesyn)
Peter Hoff (instr. klawiszowe)
Alvin Mills (bas)
Nir Z (perkusja)
Klaus Marquardt (skrzypce)
Andrea Langenbacher (skrzypce)
Johannes Krampen (skrzypce)
Carolin Kriegbaum (altówka)
Felix Brade (wiolonczela)
Nane Calb (wiolonczela)
Ashley MacMillan (perkusja)
Lawrie MacMillan (bas/ wokal)
Darek Tarczewski (instr. klawiszowe)
Alicja Chrząszcz (skrzypce)
Barbara Szelągiewicz (skrzypce)
Sebastian Schlecht (altówka)
Philipp Timm (wiolonczela/ aranżacje smyczkowe)
Filip Wałcerz (fortepian/ instr. klawiszowe)
Karolina Waścińska-Łukanowska (altówka)
Kirstin Kroneberger (altówka)
Tesiree Priti Kaitesi (wokal)
John Haimes (bas)
Paul Holmes (instr. klawiszowe)
Gosia Mielech (wokal)
Kool Łyczek (fortepian/ instr. klawiszowe)
Brian McAlpine (akordeon)
Andy Hess (bas)
Uncle Jack (instr. klawiszowe)
Taj Wyzgowski (gitara akustyczna/ gitara prowadząca)
Adam Holzman (fortepian elektryczny Wurlitzera)
Amanda Lyon (wokal)
David Paton (bas)
Jenny Gardner (skrzypce)
Steffi Hoelk (skrzypce)
Kto zaliczający się do słuchaczy muzyki rockowej nie zna w naszym kraju Raya Wilsona? Nie dostrzegam podniesionych rąk. I nic w tym dziwnego, ponieważ postawione powyżej pytanie należy do kategorii retorycznych. Ray to przecież praktycznie obywatel tego kraju, rozpoznawalny, szanowany i lubiany. Owszem wymienione atrybuty mają matematycznie niewymierny charakter, no bo jak wypunktować szacunek wobec innej osoby albo zmierzyć jego charyzmę. Ale gdyby wśród ewentualnych czytelników trafił się ktoś z grona niedowiarków, poszukujący dowodu na popularność Wilsona w Polsce i nie tylko w kraju nad Wisłą, ten może sięgnąć bez problemu po informacje dostępne w sieci na temat ostatniej trasy koncertowej artysty zatytułowanej tak jak ten kompilacyjny album „Upon My Life”, a tam na każdym plakacie cieszący oczy profesjonalnego, zarabiającego na życie muzyka napis „Wyprzedane”, albo bardziej „po międzynarodowemu” „Sold out”. A warto nadmienić, że pierwsze miesiące roku 2020 to kilkadziesiąt występów w Niemczech, gdzie na długo przed terminem również info, ale  niemiłe dla fana, że chętni na bilety wstępu tym razem muszą „obejść się smakiem”. To nie dawne czasy PRL-u, gdy na niektóre wydarzenia kulturalne jedyna słuszna partia organizowała spędy przedstawicieli klasy robotniczej,  także studentów i uczniów, dbając o frekwencję. Współcześnie sytuacja niewyobrażalna, wręcz surrealistyczna. Dzisiaj wolna wola, na koncert muzyczny idzie ten, kto ma na to ochotę. A na koncert w wykonaniu Raya i towarzyszących jemu muzyków, pisząc kolokwialnie „tłumy walą drzwiami i oknami”. Po przedstawieniu swojej opinii o zawartości najnowszego albumu „Upon My Life” pozwolę sobie załączyć jeszcze krótką relację z koncertu, na którym miałem przyjemność niedawno być, mianowicie w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 8 lutego 2020. Obrazki z tej rockowej imprezy „live” potwierdzają tylko tezę, że Ray Wilson jako artysta, wokalista, gitarzysta, to nie anonimowy „Ktoś”, lecz znany w szerokich kręgach melodyjnej muzyki rockowej artysta, prezentujący klasę, profesjonalizm i konsekwentnie kroczący obraną drogą.  A przedłożone wydawnictwo „Upon My Life”, obejmujące dwa wypełnione po brzegi dźwiękami dyski, dokumentują najważniejsze etapy jego solowej kariery. To bardzo istotna wskazówka także dla potencjalnych słuchaczy tego zestawienia utworów, wszystkie one wybrane zostały z bogatego, autorskiego dorobku Raya, zarówno z jego płyt solowych, jak również tych z logo Stiltskin, ponieważ praktycznie przy powstawaniu każdej kompozycji zespołu Ray „maczał swoje paluszki” w procesie tworzenia i jego nazwisko widnieje w gronie współautorów. Szkot, dokonując wyboru songów z 20 lat swojej kariery sięgnął bardzo głęboko do szuflady mieszczącej jego bogaty repertuar i odkurzył nawet takie piosenki jak  „Gypsy” i „Ghost” z pierwszych lat swojej twórczości, z albumu nagranego ze składem kapeli nazwanej Cut, zatytułowanego „Millionairhead” i wydanego w roku 1999. Uogólniając można napisać, że cezurę stanowi wszystko to, co działo się w życiu artystycznym Raya Wilsona po edycji albumu Genesis „Calling All Stations” (1997) i po tym, jak zapadła definitywnie decyzja o zakończeniu działalności legendy progrocka. Bohater tego tekstu, układając listę nagrań wypełniających wydawnictwa kompilacyjne, może sobie pozwolić na „szeroki gest”, czyli na pełną swobodę, gdyż jego dorobek fonograficzny pozwoliłby zapewne na szczelne wypełnienie ram koncertowych różnymi piosenkami całego weekendu występów, odwołując się do inicjatywy Marillion wobec swoich fanów. I ta różnorodność stanowi nie lada siłę „Wilsonowych” składanek. Tym razem Ray zrezygnował w pełni świadomie z wyboru kompozycji innych autorów, odcinając się niejako od dyskograficznych dokonań Genesis i muzyków tworzących historyczny skład tego legendarnego bandu. Chociaż należy nadmienić, że koncertowa runda uświetniająca jubileusz Raya obejmuje także wybrane interpretacje z projektu Genesis Classic. Songów tego artysty słucha się zawsze z wielką przyjemnością, niezależnie od okoliczności, w których przychodzi nam „odpalić” odtwarzacz, w którym zagościła płyta z nazwiskiem artysty i mniemam z przekonaniem graniczącym z pewnością, że taka postawa dotyczy nie tylko niżej podpisanego, ale wielu sympatyków, dla których muzyka w wykonaniu Wilsona stanowi zawsze pewien rodzaj pełnego emocji spektaklu, w którym królują piękne melodie, charyzmatyczny i wręcz magiczny głos. Niezależnie od sytuacji, w której sięgniemy czy to po piosenki z rockowym zadziorem, czy może z akustyczną łagodnością, lub nasączone beztroskim entuzjazmem albo intymną nostalgią i refleksyjnymi przemyśleniami, wyróżniają się one niesamowitym potencjałem melodycznym, oryginalnością, kunsztowną aranżacją, instrumentalną perfekcją i niezwykłym ciepłem, emocjonalnością. W tych utworach nie ma ani krzty biznesowego profesjonalizmu, duchowego chłodu, dystansu wobec odbiorcy, bo Wilson wielokroć śpiewa o sprawach, których sam doświadczył, które przeżył, dlatego jest w tym bardzo prawdziwy, autentyczny, on nie gra swoich ról, nie przybiera piarowych póz, jest po prostu i aż sobą. I to się czuje słuchając piosenek Raya z płyty, takie odczucia mają słuchacze jego koncertów, między innymi dlatego panuje na nich taka spontaniczność, atmosfera luzackiego spotkania z dobrym, niewidzianym od jakiegoś czasu kumplem, z którym można pogadać o wszystkim, pożartować, który nie tworzy sztucznych barier, sztywniackiej atmosfery. Bo taki jest Ray i jego muzyka, która swoim pięknem, melodyjnością jawi się nie jako przedmiot chłodnej kalkulacji, trafiając do „obróbki” do ludzkiego mózgu, lecz dociera bezpośrednio do duszy, serca, wyzwalając mnóstwo pozytywnej energii. Tak się dzieje zarówno w trakcie kolejnego słuchania repertuaru z wydawnictwa „Upon My Life”, jak też w czasie delektowania się tą muzyką w warunkach koncertowych. Fajne jest również to, a piszę w tym miejscu o swoich odczuciach z przeświadczeniem, że są one zbieżne z tym, jak żyje ta muzyka w duszach innych, że ona nie kończy się z chwilą wybrzmienia ostatniego dźwięku, że jej główne myśli pozostają z nami na następne minuty, godziny, przypominając się w różnych życiowych epizodach, raz w czasie jazdy samochodem, raz przy wykonywaniu banalnych, codziennych czynności, gdzieś tam w zakamarkach naszego umysłu, czekając cierpliwie na stosowną okazję, żeby się przypomnieć, powrócić w formie frazy, którą zanucimy, podśpiewując pod nosem. Wiele z tych kawałków to przeboje w dobrym rozumieniu tego słowa, proste piosenki, które brzmią naturalnie, posiadają niesztampowy motyw melodyczny, energię i klarowne brzmienie, jakże inne od tego medialnego zalewu plastikowej, chińskiej konfekcji, piszczących syntezatorków i topornych, sklonowanych  patentów melodycznych. „Upon My Life” wyróżnia się kilkoma cechami: po pierwsze, zawiera reprezentatywny wybór songów z dwóch dekad twórczości solowej Raya, Cut  i Stiltskin, po drugie, posiada przejrzystą strukturę, czyli z numerem jeden na każdym dysku znajdziecie po jednej nowej piosence, „Come The End Of The World” oraz „I Wait And I Pray” (nie będę „rozbierał” laboratoryjnie na cząsteczki pracy wokalnego duetu Gosi Mielech i Raya Wilsona, bo w sieciowych przekazach zarejestrowano każdy ich oddech), w sumie na każdym dysku znalazło się miejsce dla 14 utworów. Po trzecie, płyty różnią się zdecydowanie swoją nastrojowością, na którą niewątpliwy wpływ wywarło opracowanie instrumentalne, pierwsza, bardziej dynamiczna, elektryczna, rockowo zadziorna, druga bardziej refleksyjna, chwilami pełna zadumy, akustyczna, spokojniejsza, choć nie mniej emocjonalna. A więc, jeżeli u kogoś charakter słuchanej muzyki ma bezpośrednie przełożenie na nastrój danej chwili, albo na odwrót, wybór jest jednoznaczny, ale towarzysząc Rayowi w jego podróży do przeszłości magiczne chwile przeżywamy w obu odsłonach jego „pamiętnika”. Bohater opowieści głosem potrafi zaczarować każdego, zarówno szepcząc, jak też krzycząc, przyjmując postawę wielkiego romantyka, przed którym miękną serca wszystkich panien w okolicy, jak również swojskiego, rockowego rozrabiaki, przyjaciela, który w trudnych chwilach rozumie i udziela wsparcia, oraz kumpla z „podwórka”, kompana, z którym fajnie spędzić czas przy szklaneczce whisky czy kufelku piwa. I takie są to piosenki od radosnych i tanecznych po zadumane i melancholijne. Ta muzyka służy każdej okoliczności, potrafi być plastrem miodu i wyciszyć rozedrgane ludzkie wnętrze z jednej strony, ale bez trudu naładuje nas pozytywną energią, dając kopa i krzycząc „Rusz tyłek!”. Na zakończenie chciałbym przeprosić, bo co to za tandetna recenzja. Zamiast rzeczowych informacji, detali i szczegółowych opinii o riffach, gitarowych eskapadach, saksofonowych popisach, frazach smyczkowych i perkusyjnych beatach, tytułowych przykładach opowiadam o sentymentalnych odczuciach, romantyzmie, nostalgii, emocjach i przeżyciach estetycznych pod wpływem muzyki Raya Wilsona. Cóż, tak odbieram 28- utworową podróż szkockiego barda, jego, w pewnym sensie rozliczenie z 20- letnim okresem artystycznego żywota. A ponieważ w roli anonimowego słuchacza towarzyszę Rayowi cały ten czas, wydaje mi się, że rozumiem jego rozterki, życiowe zakręty, upadki i sukcesy. Tylko ja nie potrafię tak pięknie jak on piosenkami, muzyką, dźwiękami opisać swoich doświadczeń, wzruszeń, przeżyć. Każdego, kto lubi rockowy wizerunek Raya Wilsona, nie potrzeba przekonywać do wysłuchania tych ponad 20 songów. Inni, którym obca sztuka muzyczna w wykonaniu tego artysty, proponuję, żeby wykazali się odrobiną zaufania wobec sądów i opinii przedstawionych w tym tekście i spróbowali zajrzeć na strony tej autorskiej księgi, zawierającej 28 rozdziałów, których zapoznanie zajmie Wam nieco ponad dwie godziny. Warto spędzić ten czas w świecie muzyki wykreowanej przez Raya, żeby docenić jej walory, zaprzyjaźnić się z nią i pozostać jej fanem. Dzięki niej świat wydaje się piękniejszy i mądrzejszy. (5/6)
Włodek Kucharek
PS. W punkcie „lineup” lista artystów zaangażowanych we współpracę z Rayem Wilsonem  jest wyjątkowo „tasiemcowa”, ale wynika to z prostego założenia, że przygotowując repertuar podsumowujący dwie dekady jego aktywności artystycznej grono osób, które podzieliły się ze słuchaczami swoim talentem muzycznym musi być bardzo szerokie. Tym bardziej, że Ray Wilson wielokrotnie już udowadniał, że jest człowiekiem otwartym i nie zamyka się w wąskim kręgu najbardziej zaufanych współpracowników.
120_destruction_158x600px_eu.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3247316
DzisiajDzisiaj78
WczorajWczoraj2320
Ten tydzieńTen tydzień5344
Ten miesiącTen miesiąc33921
WszystkieWszystkie3247316
34.229.119.29