Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 75sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

metalmaniaa 210x297 hmp m

within temptation evanescencezz m

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

helloweenn 210x297 hmp m

mystic festivalzz m

 

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

 

(2020 Epic Records/Sony Music)
Autor: Grzegorz Cyga 
 

ozzyosbourne-ordinaryman s

Tracklist:
Straight To Hell
All My Life
Goodbye
Ordinary Man
Under The Graveyard
Eat Me
Today Is The End
Scary Little Green Men
Holy For Tonight
It’s A Raid
Take What You Want
              
Lineup:
Ozzy Osbourne – śpiew
Andrew Watt – gitara, produkcja
Duff McKagan – bas
Chad Smith – perkusja
                   
Gościnnie:
Slash – gitara solowa
Tom Morello – gitara solowa
Charlie Puth – instrumenty klawiszowe
Elton John – pianino, śpiew
Post Malone – śpiew
Scott Travis – śpiew
              
To niewiarygodne, ale minęło już 50 lat, odkąd powstał metal. Każdy z nas wie, że to zasługa Black Sabbath tworzonego m.in. przez Tony’ego Iommiego i Ozzy’ego Osbourne’a.
Ten drugi właśnie dzisiaj wydał dwunasty album solowy, pierwszy od dziesięciu lat i prawdopodobnie ostatni w jego karierze. Muzyk od dłuższego czasu ma problemy ze zdrowiem na tyle poważne, że regularnie odwołuje zaplanowane koncerty. Dlatego w najnowszych tekstach nie ukrywa, że „Ordinary Man” to pożegnanie. Aczkolwiek kilkukrotnie próbuje wyjść poza schemat i napisać, np. o kanibalizmie, lecz skutki są żenujące.
Album składa się z 11 kompozycji, z czego 10 jest premierowych, ponieważ „Take What You Want” zostało już wcześniej zaprezentowane przez Posta Malone’a. Nie dziwię się, że Ozzy umieścił ten kawałek na swojej płycie, ponieważ to właśnie dzięki niemu zawdzięczamy to, że Brytyjczyk zdecydował się nagrać jeszcze jeden krążek. Chociaż jest to dobry utwór, szkoda, że został umieszczony w niezmienionej formie. Miałem szczerą nadzieję, że doczekamy się alternatywnej wersji z większą ilością wokali Ozzy’ego, lecz tak się nie stało.
Z kolei poziom reszty piosenek jest dość nierówny, co było do przewidzenia ze względu na fakt, że materiał powstał zaledwie w tydzień. Jasne, nie należało się spodziewać hitów na miarę „Bark at the moon” czy „Crazy Train”, ale można było oczekiwać, że po tylu latach Ozzy da z siebie 110% i dopracuje do perfekcji wybrane pomysły.
Tymczasem te najciekawsze są co najwyżej dobre, a gdyby poświęcono im trochę więcej czasu, mogłyby być świetne. Słychać to np. w energicznym „Scary Little Green Man”, który jest najjaśniejszym punktem strony B tego wydawnictwa. Jednak trochę kuję w uszy podobna linia melodyczna zwrotek do tytułowego singla. Ten z kolei jest inspirowany „November Rain”, co podkreśla gościnna solówka Slasha. Natomiast we wcześniej wspomnianym utworze Tom Morello zarejestrował raptem kilka dźwięków efektu whammy, które można uznać za element tła, a to w moim odczuciu jest ogromnym zmarnowaniem jego potencjału. Dlatego to głównie pierwsze pięć piosenek powinny zadowolić najbardziej zniecierpliwionych fanów. Natomiast kolejne to w znakomitej większości wypełniacze, warte maksymalnie jednego przesłuchania.
Jednak największym problemem jest fatalna produkcja autorstwa Andrew Watta. Odpowiada on także za współtworzenie piosenek i nagranie gitarowych partii, w których próbował uchwycić sabbathowskiego ducha. W riffach to się w miarę udało, lecz jeżeli mówimy o solowych popisach, są co najwyżej poprawne. Krótko mówiąc — pasują do tej równie generycznej muzyki.
Współpracę z Wattem Duff McKagan podsumował krótkim zdaniem: „Andrew was on fire”. Rozumiem, że miało to brzmieć pozytywnie, ale po wysłuchaniu co zrobił z tą płytą, mam wrażenie, że przy produkcji faktycznie Amerykaninowi wszystko się paliło i waliło. I właśnie dlatego wszystkie gałki zostały ustawione na maksymalny poziom, przez co „Ordinary Man” jest mocno przesterowany, a to jest gorsze od użytego w sporych ilościach autotune’a. Niestety, ale nie potrafię znaleźć innego wytłumaczenia dla powstałej wojny głośności.
Podsumowując — Brytyjczyk wydał bardzo przeciętny materiał i po jego wysłuchaniu rozumiem, dlaczego nie chciał poświęcić kilku lat na współtworzenie kolejnej płyty Black Sabbath. Jednak w takim przypadku należy zadać pytanie — czy nie byłoby lepiej uznać dyskografię za zamkniętą, po nagraniu 10 lat temu przyzwoitego „Scream”? Myślę, że mojej odpowiedzi możecie się bez trudu domyślić.
(3/6)
Grzegorz Cyga
125_vader_158x600px_eu.gif 126_paradiselost_158x600px_eu.gif 127_sbaton_158x600px_eu.jpg

Goście

3135247
DzisiajDzisiaj130
WczorajWczoraj2528
Ten tydzieńTen tydzień7707
Ten miesiącTen miesiąc67260
WszystkieWszystkie3135247
18.207.254.88