Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 69sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

internal quiet 2018 tour poster new m 

diamond head plakat m

striker plakatzzz m

xmsf poster poland m

xdragonhammer plakat m

impaled nazarene plakata m

solstafir-kwadrat-b

nightwish plakatz m

annihilator nowy plakat m

slayer plakatz m

exodusreklama logotypy rgb m

xkreator plakat m

xmerry christless plakat m

batushka plakatz m

xhaken plakat m

ivar einar2 m

Jan Garbarek Gruop (feat. Trilok Gurtu)- Bydgoszcz - 30.05.2018

JAN GARBAREK GRUOP (feat. Trilok Gurtu) - Opera Nova - 30.05.2018

Poniższy tekst, jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, będzie pierwszą relacją na gościnnych łamach HMP z koncertu… jazzowego, czyli dojdzie do spotkania heavy metalu, obecnego w logo portalu, z jazzem. Impulsem do napisania kilkunastu zdań (oj, chyba więcej!) na ten temat stał się koncert grupy firmowanej nazwiskiem światowej sławy saksofonisty norweskiego Jana Garbarka, który odbył się w ramach cyklicznej imprezy odbywającej się rokrocznie w Bydgoszczy pod nazwą Drums Fusion. Wasz sprawozdawca nie należy do grona fachowców parających się „pisarsko” systematycznie tematyką jazzową (znacznie więcej czytam na ten temat) , ale czasami zaglądam na strony internetowe tego kierunku sztuki muzycznej, żeby mieć pogląd na najnowsze trendy i odłamy stylistyczne, wizytuję także, przyznaję, że z rzadka (głównie Jazz Festival w Bydgoszczy, październik- listopad każdego roku), koncerty zespołów odwiedzających „moje” miasto. W ostatnim czasie, około roku, zdążyłem wysłuchać występów tuzów jazzowego grania, Joshua Rodman Trio, tria Możdżer-Danielsson- Fresco czy grupy francuskiego skrzypka Jean Luc Ponty’ego. A żeby usunąć w cień wszelkie podejrzenia, wyjaśniam, że czynię tak nie ze snobizmu, lecz czystej ludzkiej ciekawości i miłości do muzyki, ale nie każdej, bo jak słyszę przypadkowo jakieś dźwięki discopolo albo hip-hopu, to dosłownie, chociaż jestem osobą z natury spokojną, „scyzoryk” w kieszeni mi się otwiera. Ponieważ należę do starszego już pokolenia słuchaczy, więc wydaje mi się, że pewien gen jazzu odziedziczyłem z epoki lat 70-tych, w których całe grupy fanów słuchających szeroko pojmowanego rocka, zajmowały się także, niejako przy okazji, ambitnym jazzem w wersji free. Moja pamięć sięga do zgrzebnych, polskich czasów, gdy na rynku ze świecą było szukać czasopism poświęconych muzyce rockowej, a przez jakiś czas jedynym kontaktem z tym gatunkiem muzycznym były wizyty na stronach szanowanego po dziś dzień periodyku „Jazz Forum”, w którym, w drodze wyjątku udostępniano łamy artykułom przedstawiającym zagadnienia związane właśnie z rockiem. Dosyć często pojawiały się także teksty analizujące w latach 60- i 70-tych zjawisko przenikania się wpływów emitowanych z jazzowego imperium na pole muzyki rozrywkowej, czyli także rocka. Dlatego do dnia dzisiejszego darzę wielką estymą, sięgając czasami na półkę po płyty wykonawców poruszających się na granicy obu gatunków, wymieniając między innymi takie tuzy jak formacja Iana Carra, Nucleus, Johna Mc Laughlina, Mahavishnu Orchestra, Chicka Corei, Return To Forever, niemieckiej grupy Passport, czy gwiazdorskiego składu Weather Report. To tylko pierwsze z brzegu przykłady, a każdy z tych składów personalnych najeżony był stuprocentowymi profesjonalistami w swoim fachu, którzy tworzyli prawdziwy Panteon sław. Zresztą mój komentarz dotyczy także artystów z naszego kraju, bo to właśnie wtedy apogeum kariery przeżywali Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski, Zbigniew Seifert czy Tomasz Stańko, wymieniając tylko niektórych, bo towarzystwo wybitnych polskich jazzmanów było tak liczne, że chcąc ich wszystkich uhonorować, należałoby ułożyć obszerny katalog nazwisk i ich dorobku.

Dużo czasu zajęło mi wyjaśnianie (ale tak to już jest z ludźmi w wieku ledwie przedemerytalnym, zrzędzą, plączą się w swoich myślach, tracą wątek, zanim uda im się wyjaśnić stosunkowo prostą kwestię), jak to się stało, że musiałem (!!!) trafić do jazzowego salonu Jana Garbarka. Zresztą mogę jeszcze nadmienić, że kolejnym gospodarzem tego „salonu”, będzie niemniej wybitny twórca co Garbarek, gitarzysta Al Di Meola, który zawita ze swoim koncertem do Filharmonii Pomorskiej, 5 grudnia 2018.  Wracając jednak do naszego głównego bohatera, czyli ikony saksofonowego grania, wspomnę, że należy on do wąskiego grona najbardziej prominentnych artystów na świecie, który szczególnie dużo kłopotów sprawia osobom parającym się zawodowo pisaniem o muzyce, gdyż trudno go zaszufladkować. Stylistycznie wielowymiarowy tworzy na granicy jazzu, world music, fusion, jazz- rocka, wkraczając na terytorium muzyki klasycznej, a nawet pop.  Kwartet Jana Garbarka zaproszony został do Bydgoszczy jako jedna z gwiazd odbywającego się od dwunastu lat w naszym mieście festiwalu sztuki perkusyjnej Drums Fusion. W tym roku odnotowaliśmy 12 edycję tej bardzo bogatej artystycznie, a chyba mało znanej w Polsce imprezy. Program Festiwalu obejmuje nie tylko koncerty, także warsztaty, w czasie których wykładowcami są prawdziwi mistrzowie gry na instrumentach perkusyjnych, również w wymiarze akademickim. W tym roku, nazwijmy to, wiodącą postacią, był wybitny Maestro perkusji ( w materiałach promocyjnych Festiwalu słusznie nazwany „perkusyjnym hipnotyzerem”) Terry Bozzio (inni tegoroczni wykonawcy to cztery wiolonczele plus perkusja czyli fińska Apocaliptyca, oraz rodzimi znakomici wykonawcy, grupa String Connection Krzesimira Dębskiego oraz grupa Krzysztofa Ścierańskiego), znany z licznych przedsięwzięć artystycznych, ale głównie ze składu zespołu Franka Zappy, czy grupy UK, gdzie wraz z Johnem Wettonem i Eddy Jobsonem dokonali małej rewolucji w rocku progresywnym. Wspomnę tylko, że w ubiegłych latach gośćmi nad Brdą byli także Dave Lombardo ze Slayera, Ian Paice z Deep Purple, czy Manu Katche z grupy Petera Gabriela, albo w ubiegłym roku perkusistka Cindy Blackman Santana (prywatnie żona Carlosa Santany).

Każdy uważny Czytelnik zacznie się być może w tym momencie zastanawiać, co wspólnego z festiwalem sztuki perkusyjnej ma saksofonista Jan Garbarek? Ano ma, ponieważ za zestawem perkusyjnym kwartetu zasiada hinduski wirtuoz perkusjonaliów Trilok Gurtu, o którym ciut więcej w dalszej części tekstu. Ot i cała zagadka rozwiązana. Jan Garbarek to muzyk- instytucja, reprezentuje jazz współczesny, chociaż w jednym z wywiadów powiedział: „Moja wczesna twórczość opiera się na tradycji jazzowej, ale tego, co teraz robię, już nie nazwałbym jazzem”. W jego grze zwraca uwagę czyste, klarowne brzmienie i ascetyczne brzmienie  saksofonu. Świetnie charakteryzuje cechy brzmienia jego saksofonu takie oto zdanie: „Pracował nad brzmieniem pół wieku, utwardził i wyostrzył, aż stało się ostre, czyste i szlachetne jak stal samurajskiego miecza”. Zanim udałem się na koncert, miałem wcześniej styczność z kompozycjami kreowanymi na scenie przez Garbarka, oglądałem w niedalekiej przeszłości dwa jego koncerty z różnych okresów w sieci, więc muzyka kwartetu, to nie była dla mnie podróż w nieznane. Oprócz tego, że lubię saksofon w muzyce od wielu lat, a zaintrygował mnie i nauczył słuchać brzmienia tego instrumentu w muzyce rockowej Mel Collins w składzie Karmazynowego Króla już w roku 1969, to dodatkowo stałem się fanem kapitalnych wątków melodycznych pochodzących z licznych utworów Jana Garbarka, które przypominają barwne ilustracje do filmów pokazujących otaczający nas świat, piękne krajobrazy i widoki natury, działając skutecznie na ludzką wyobraźnię. Tak odbieram także muzykę Garbarka i jego zespołu, która przypomina wielobarwna tęczę, z tak różnymi odcieniami, że przeciętny człowiek ma problem z ich identyfikacją. W ramach programowych jednego utworu pojawiają się super delikatne i łagodne partie instrumentalne saksofonu, ale także klawiszowe, a melodia dosłownie snuje się leniwie, rozmarzona, wprowadzając słuchacza w stan pozornego uśpienia, błogości, gdy potrafi zapomnieć o otaczającym świecie. To jedno oblicze tej wyrafinowanej sztuki muzycznej. Drugie posiada ostrzejsze rysy, chropowate dźwięki, niekiedy zimne, tnące ciszę jak skalpel, pobudzające i niespokojne, wręcz na granicy kontrolowanego chaosu. Jest jeszcze trzeci, dosłownie niesłyszalny składnik muzycznych wypowiedzi Mistrza, a jest nim cisza, niekiedy są to dwie- trzy sekundy, niekiedy ułamki sekund, ale wyraźnie zaznaczone. Wtedy występując w roli odbiorcy wstrzymujesz oddech, nie śmiesz się  poruszyć, czujesz się jak sparaliżowany, w oczekiwaniu, co nastąpi dalej. Z jednej strony te „obłoki” ciszy odprężają, relaksują, dają muzyce oddech, z drugiej zaś strony paradoksalnie budują napięcie, dramaturgię, uczą słuchacza cierpliwości przed spotkaniem nieznanego. Tak też było na koncercie w Operze Nova, 30 maja 2018, gdy wypełniona do granic możliwości (także miejsca stojące) widownia zachowywała się w tych krótkich falach ciszy jak skamieniała. Nie słychać było najmniejszego szmeru, szelestu i każdy wręcz bał się nieostrożnym ruchem przerwać, zakłócić ten stan wyczekiwania, bo u Garbarka cisza też jest muzyką. Jan Garbarek Group wystąpiła w zacnym składzie doświadczonych i wirtuozerskich artystów, dla których sztuka muzyczna nie ma żadnych tajemnic. Jak widziałem i słyszałem, co potrafi wykreować na fortepianie koncertowym Rainer Brüninghaus, to zastanawiałem się, gdzie ustawiona jest granica umiejętności i biegłości w grze na tym klasycznym instrumencie. W wykonaniu niemieckiego artysty scena dosłownie grzmiała od głębokich dźwięków, dynamika rozsadzała umysł, a rytm udzielał się ciału słuchacza. Brüninghaus dał wielokrotnie pokaz wszechstronności, kiedy zmieniał elektronikę na tradycyjne fortepianowe koncertowanie. Raz były to malarskie pasaże elektroniczne, powoli rozwijające się i przypominające pod tym względem ambientowe kreacje, znane z muzyki rockowej, które niekiedy ulegały przeobrażeniu w egzotycznie i pastelowo brzmiące smugi world music. Każdy z  muzyków obecnych na scenie dysponował swoją, kilkunastominutową solową partią, także pianista zademonstrował kunszt, w którym przebijały się echa romantyzmu, klasyki, nowoczesnego jazzu i instrumentalnej medytacji. Podobnie zmieniała się nastrojowość, od kolorowej bajki z krainy łagodności po burzowe wejścia, z grzmotami i błyskawicami. Yuri Daniel, brazylijski basista, to również profesjonalizm całą gębą. Pierwszy raz w życiu słyszałem ponad dwudziestominutową (tak mi się przynajmniej wydaje, bo poczucie czasu dla pochłoniętego słuchaniem człowieka, to pojęcie względne) partię solową na gitarę basową, z której Daniel czynił niekiedy rasowy, jazzowy kontrabas. W tym czasie pozostali członkowie opuścili estradę i zniknęli z pola widzenia. Pozostał tylko on. Wierzyć się nie chce, że skromna gitara basowa i umiejętna gra, potrafi wprowadzić blisko tysiącosobowe grono słuchaczy w stan euforii. Mistrz ceremonii udowodnił, że bas to nie tylko rytm, to także architekt projektujący  linie melodyczne, chwilami wręcz przebojowe, porywające swoją dynamiką. Śmiem twierdzić, że gdyby okoliczności były inne, to „headbanging” murowany. Perkusyjny wizjoner, Trilok Gurtu przekonał wszystkich, że muzyką jest wszystko, co nas otacza. Zagrać pękiem drewnianych (bambusowych?- nie wiem , jak nazywa się ten instrument) pałeczek, które wyglądały jak pęk kluczy, na ocynkowanym wiadrze i nadać temu kształt brzmieniowy utworu muzycznego, to absolutne mistrzostwo. Gurtu to przedstawiciel hinduskiej egzotyki w muzyce, na stałe mieszkający w Hamburgu, należy nie tylko do grona instrumentalistów- perkusjonalistów, ale także śpiewaków, co w doskonały sposób zaprezentował w popisowym utworze „Maracuja”, nawiązując dialog w Garbarkiem, który w tym wypadku pokazał kunszt gry na flecie, a nie wolno zapominać, że w CV artysty w rubryce instrumentalista wpisać należy dwie pozycje, „saksofon i flet”. Próba udowodnienia przez takiego dyletanta, jak ja, że Jan Garbarek to muzyczny geniusz, mija się z celem, gdyż nigdy nie będę partnerem w takiej dyskusji. Wiem tylko jedno, że partie saksofonu w wykonaniu Mistrza potrafią stworzyć świat magii, w którym zapomina się o tym, że żyjemy na Ziemi, a wydaje nam się, że to inna planeta, stworzona z dźwięków. Nie mam zamiaru „ściągać” informacji biograficznych z wszystkich obszernych i dostępnych źródeł, wspomnę tylko o dwóch faktach. Po pierwsze, Garbarek zaczął grać systematycznie stosunkowo późno, bo dopiero w wieku 14 lat, a stało się tak pod wpływem muzyki jazzowego guru, Johna Coltrane’a. Po drugie, jego międzynarodowa ekspansja, otwarcie na różne style muzyczne rozpoczęły się w roku 1964, kiedy los skonfrontował go ze znakomitym  trębaczem Donem Cherry. Dzięki temu zdarzeniu norweski artysta stał się bardziej uniwersalny, wyruszył w kierunku awangardy, zaczął eksplorować takie sfery muzyki jak folk, muzyka średniowieczna, klasyczna, zainteresował się także muzyką filmową. Współcześnie jego nazwisko znaleźć można na wielu płaszczyznach aktywności artystycznej, współpracy z licznymi, wybitnymi jazzmanami świata, kompozytora i wykonawcy muzyki zaprezentowanej w czasie ceremonii otwarcia i zamknięcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Lillehammer w roku 1994, na ścieżkach dźwiękowych bogatego wyboru filmów. Moderatorem wprowadzającym słuchaczy w klimat bydgoskiego koncertu, oraz tym, który wygłosił „słowo końcowe” był redaktor radiowej Trójki Piotr Metz, który w czasie swojego krótkiego, rzeczowego wystąpienia poinformował zebranych między innymi o takim fakcie, że dyskografia Garbarka zbliża się dużymi krokami do granicy 100 publikacji fonograficznych. Ta liczba potrafi także skutecznie uzmysłowić z jakim dorobkiem artystycznym mamy do czynienia w przypadku tego artysty. W czasie koncertu zwróciłem uwagę na jeszcze jeden z pozoru nieistotny szczegół, na scenie Garbarek zachowuje się niezwykle skromnie, nie dominuje w partiach instrumentalnych, jego saksofony występują raczej w roli partnera, a cały splendor wynikający z entuzjastycznej reakcji publiczności przekazuje wymownymi gestami w stronę swoich partnerów z zespołu. Występ „na żywo” Jan Garbarek Group oparty jest w przeważającej części na fragmentach improwizowanych, tematy melodyczne, które znamy z wersji studyjnych albumów w takich utworach jak „Twelve Moons”, wspaniały i przepiękny „Brother Wind March”, który zainaugurował spotkanie w bydgoskiej Operze Nova, czy „Once I Dreamt A Tree Upside Down” to wyłącznie punkt wyjścia do kreowania muzycznej rzeczywistości. Z tego powodu sugerowanie się zawartością między innymi wymienionych punktów programu koncertu mija się z celem, gdyż tworzą one wyłącznie fundament, bazę do swobodnego „żeglowania” w różnych przestrzeniach, zarówno jazzowej klasyki, po części także awangardy, także muzyki klasycznej, fusion. Generowane przez kwartet tony tworzą rozległe, wielobarwne, swoiste muzyczne „państwo”, w którym nie istnieją żadne granice, przez co muzyka ciągle zaskakuje, stanowi niespodziankę, nawet dla najważniejszych znawców jego twórczości. Zatopiony w uniwersum dźwięków odciąłem się, podobnie jak inni odbiorcy tej muzyki, od tak prozaicznych myśli, jak tytuły wykonywanych utworów. Z mojego punktu widzenia to szczegół bez znaczenia, także z tego powodu, że rozbudowane kompozycje, niekiedy przenikające się wzajemnie, dawały wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś globalną symfonią, której kształt i zawartość zależy wyłącznie od tego, co do powiedzenia mają czterej charyzmatyczni muzycy w epicentrum uwagi zebranej publiczności. Zapewne prawie każdy obecny na widowni odciął się od tak prozaicznych czynników, jak na przykład upływający czas, a dopiero po wszystkich tych wspaniałościach, część słuchaczy ze zdumieniem stwierdziła, że ta niepowtarzalna podróż zakończyła się grubo po ponad dwóch godzinach, w czasie których wszyscy czuli się jak po pobycie w rajskich ogrodach, po których rolę przewodnika przejął Jan Grabarek, Yuri Daniel, Trilok Gurtu i Rainer Brüninghaus. A ja mogę wygłosić tylko deklarację, że dalej pozostanę fanem muzyki rockowej, ale jak tylko będzie okazja przeżyć takie uniesienia jak w czasie tego koncertu, nie zmarnuję szansy.

A wszystkich tych, którzy nie wierzą, że rockowego „wariata” potrafią przekonać i zmienić jego postrzeganie świata muzyki, trudne w odbiorze i ambitne „odjazdy” z terytorium rocka, namawiam, że jeżeli tylko będzie im dane zagościć na koncercie tego nietuzinkowego artysty, gdziekolwiek na świecie, powinni wykorzystać tę możliwość przekonania się, że Wasz recenzent mówi „najprawdziwszą prawdę”.

Zwyczajem HMP jest brak oceny poziomu wizytowanych koncertów, ale gdyby taka norma była na naszych łamach obowiązująca, to moja ocena mogłaby osiągnąć wartość wyłącznie maksymalną, czyli sześć.

Włodek Kucharek

117_fever_singiel_obey_hmp.gif 115_fifthangel_158x600px_eu.gif 119_hugsja_hmp002.png 118_burningwitches_158x600px_eu.gif 116_accept_158x600px_eu.gif

Goście

1571732
DzisiajDzisiaj1509
WczorajWczoraj3051
Ten tydzieńTen tydzień1509
Ten miesiącTen miesiąc47247
WszystkieWszystkie1571732
54.221.75.68

the australian pink floyd show 2019 posterb1 m

hell over hammaburg flyer august m

xoverkill plakat m