Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

walkyrya italian metal band 111019 m-artzzz b

mh plakat b

mortis plakat m

destroyers i jaguar plakat krakow 1zzz m

praying mantis plakat m

pestilence poster oba net 1k m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

Prog In Park III - Warszawa - 12-13.07.2019

Prog In Park III - Progresja - 12-13.07.2019

Lipiec, środek wakacji, sezon urlopowy w pełni. Mówisz znajomym, że wyjeżdżasz w weekend na festiwal. I co oni widzą oczami wyobraźni? No pewnie, że te lasy i pola bezkresne, słońcem rozświetlone. Klimat rodem z Woodstock 69. Dodajesz, że do Warszawy… cisza…

Prog in Park III to dwudniowa propozycja dla fanów muzyki progresywnej lub bardzo blisko z tym stylem związanej. Po pierwszej, fantastycznej edycji, która odbyła się w amfiteatrze warszawskiego parku im. gen. Sowińskiego i drugiej, którą przytuliło w środku gorącego lata, wnętrze klubu Progresja, mieliśmy przyjemność po raz trzeci uczestniczyć w tym bardzo ciekawym przedsięwzięciu. Nie bez powodu używam słowa „przyjemność” bowiem zestaw zaproszonych wykonawców, jak i tegoroczne umiejscowienie wydarzenia, zostało przez nas przyjęte z dużą aprobatą i nawet odrobiną zaskoczenia. Tym razem fani zostali bowiem ugoszczeni na placu za klubem Progresja, który okazał się bardzo przestrzenny i całkiem nieźle przygotowany na  przyjęcie gości. I mimo wielokrotnych żartów na temat zmiany nazwy festiwalu na Prog in Parking, byliśmy bardzo zadowoleni, zarówno z ciekawej strefy gastronomicznej jak i zaplecza sanitarnego. Jeśli mogę coś poradzić organizatorom, to proponuję w przyszłym roku ustawić więcej niż jedno stoisko z merchem, ponieważ kolejka po koszulki ciągnęła się przez dobrych kilka godzin wzdłuż płotu. To zapewne zasługa bardzo ciekawych wzorów, które pojawiają się co rok na materiałach promocyjnych.

Pierwszy dzień festiwalu otwierały występy zespołów Sermon oraz Alcest, natomiast początek drugiego dnia to Bright Ophidia oraz Soen. I chociaż trudno tu nie wspomnieć o występie ostatniego z wymienionych i nie da się nie zauważyć, że była to bardzo dobra sztuka, to pozwólcie, że dziś skupimy się głównie na mocno wyczekiwanych gwiazdach.

Jako przedostatni wykonawca pierwszego dnia festiwalu zaprezentował się Fish. Artysta zgromadził pod sceną nie mniejszą publiczność niż poprzedni zespół. Mieliśmy pewne obawy czy występ Fisha nie będzie nazbyt odbiegał od innych wykonawców. W większości dominowały przecież ciężkie brzmienia, a  główna gwiazda wieczoru nie gra zbyt lekkich piosenek. Jednak to Fish, legendarny głos Marillion, zespołu, który był jednym z pierwszych neo-progresywnych wykonawców. Zatem jego występ na progresywnym festiwalu to część pewnej ciekawej układanki, która pozwala połączyć różnych stylowo artystów.

Ostatni raz Fisha widzieliśmy na żywo w październiku zeszłego roku w Starym Maneżu w Gdańsku. To był zupełnie inny koncert, inny dobór utworów. Wtedy jeszcze wielkimi krokami szykował się do wydania płyty "Weltschmerz". Teraz już wiemy, że choć miała wyjść w połowie 2019, to premierę przesunięto na początek 2020 roku.

Fish jest na scenie kwintesencją stylu i znakomitej jakości. Z przyjemnością się go słucha. Wizualnie to już starszy Pan, który szalem zasłania dodatkowe kilogramy i używa pulpitu do nut na wypadek, gdyby zapomniał tekstu. To są niuanse, bo najważniejsza tutaj była muzyka. Występ oparty został o starsze utwory. Ponad połowa koncertu to piosenki z płyt „Vigil In A Wilderness Of Mirrors” i „Internal Exile”, wydanych odpowiednio w 1990 i 1991 roku. Usłyszeliśmy: ” Internal Exile”, „Credo”, „Lucky”, a koncert otworzył utwór „Big Wedge”. Z drugiej strony Fish zaprezentował jeden z młodszych numerów, wydany na EP „A Parley with Angel” utwór „Man with A Stick”. Świetny numer, grany od blisko dwóch lat, który ma znaleźć się na „Weltschmerz”. Jeżeli cała płyta będzie tak dobra, to zapowiada się bardzo obiecujące wydawnictwo. Na koniec wybrzmiała legendarna „Lavender” z pamiętnej płyty Marillion „Misplaced Childhood”. Tym klasykiem Fish pożegnał się z publicznością.

Kiedyś, w jednym z wywiadów powiedział, że chciałby zostać ogrodnikiem, gdy zakończy już karierę muzyczną.  Mam nadzieję, że poczeka z tym hobby jeszcze jakiś czas, bo ewidentnie nie czas jeszcze na emeryturę.

fish m

Gwiazda wieczoru, szwedzki Opeth wystąpił już drugi raz na Prog In Park. Dobrze pamiętamy występ w Parku Sowińskiego dwa lata temu. Tak jak wtedy zespół rozpoczął dziś występ od „Sorceress” z wciąż ostatniego i wciąż promowanego trasą albumu o tym samym tytule. Z pierwszej płyty usłyszeliśmy dziś jeszcze „The Wilde Flowers”. Pozostałe utwory to przekrój całej twórczości zespołu - osiem kompozycji z ośmiu różnych krążków. Kompozycje „Ghost Of Perdition”, czy zagrany na końcu „Deliverance” to prawdziwe wisienki na torcie. Występy Opeth muzycznie są znakomite. Było energicznie, brzmienie potężne, a Mikael Åkerfeldt zmieniał płynnie swój wokal ze śpiewnego w growl bez najmniejszego wysiłku. To już nie pierwszy raz kiedy widzimy Opeth na żywo i nie pierwszy raz kiedy ich wstęp robi tak duże wrażenie.

Koncert był trochę podobny do tego sprzed dwóch lat. Nie zmienia to jednak faktu, że lider potrafi świetnie zjednać sobie publiczność - nawiązać z nią więź. Odpowiada spontanicznie kiedy ktoś z publiczności zaintonuje „Eeeeecho…” w stylu Freddiego Mercury lub rzuca żartem na przykład o alkoholowych wybrykach Martina Mendeza. Swoją drogą ten żart słyszeliśmy już dwa lata temu, podobnie jak wspominki o SBB. Jednak kogo to obchodzi, zabawa była dobra, koncert udany, publiczność bawiła się przyzwoicie, a kolejki do merchu pod koniec koncertu już w ogóle nie było. Prawie wszystko zostało sprzedane :)

opethpip m

Dzień drugi - Richie Kotzen - wirtuoz gitary. Skromny trzyosobowy zespół zabrzmiał na scenie festiwalowej bardzo mocno. Niewątpliwa w tym zasługa wokalu Kotzena, który wyrzuca z gardła dźwięki wypełniające dosłownie całą przestrzeń. Ktoś usłyszy w jego głosie zaśpiewy przypominające  Chrisa Cornella, ktoś inny przypomni sobie brzmienie Erica Martina z Mr. Big. Jedno jest pewne - z każdym rokiem wydaje się, że jego wokal brzmi lepiej. Na temat gry Kotzena napisano już chyba wszystko. Na żywo prezentuje swoje utwory z równie wielką pasją i prędkością jak na płytach. Fantastyczna jest jego technika gry prawą ręką, aż trudno uwierzyć, że taka ilość dźwięków wypływa z głośników bez użycia kostki. Oczywiście dłużna nie pozostaje lewa ręka, która dopełnia dzieła poprzez używanie techniki legato. Solówki zbudowane naprzemiennie z pięknych kilkudźwiękowych fraz oraz szybkich przebiegów po gryfie – fantastyczna sprawa. Podczas koncertu usłyszeliśmy „Bad Situation”, „Doin’ What the Devil Says to Do”, „Fear”, a także „Help Me”. Kotzen przyjechał na koncert z sekcją rytmiczną w składzie: Dylan Wilson (bas) i Mike Bennet (bębny). Genialni muzycy, którzy trzymali świetny groove podczas całego występu. Mając taki background Kotzen mógł robić wszystko, swobodnie oddając się gitarowym uniesieniom. Na koniec artysta zaprezentował swój ostatni singiel zatytułowany „Venom”, do którego w czerwcu powstał teledysk. Występ został bardzo ciepło przyjęty przez publiczność.

kotzen m

Dream Theater, gwiazda drugiego dnia festiwalu, miała być zwieńczeniem dwudniowej muzycznej uczty i delektowania się progresywnymi dźwiękami w różnych stylach. Zanim przyjechaliśmy na miejsce festiwalu pojawiła się myśl: „WOW - Dream Theater” pomimo tego, że już wielokrotnie widzieliśmy ich na scenie na żywo. Wchodząc na teren za Progresją trudno mi było uwierzyć, że to właśnie tu ma zagrać zespół, który wypełnił już niejedną halę na tysiące osób.

Jednak przejdźmy do rzeczy. Na ich występ patrzę przez pryzmat wybranego materiału, jak również sztuki, jaką w ich przypadku jest sama gra. Muzycznie wyglądało to znakomicie. Potężne brzmienie jakim zostaliśmy uraczeni i całkiem dobre nagłośnienie, spowodowały, że od pierwszych dźwięków poszło świetnie. Zagrali tak jak nas do tego przyzwyczaili tzn. czysto technicznie i  perfekcyjnie. Choćbym szukał na siłę pomyłek, to nie ma na nie szans. Kwartet Petrucci-Myung-Rudess-Mangini zagrał po mistrzowsku. James’a Labrie uwielbiamy za produkcje Dream Theater, projekt Mullmuzzler albo produkcje Trenta Gardnera. Jednak podczas tego występu nie błyszczał. Czasem odnosiło się wrażenie, że niektóre nuty mu uciekają. Niestety jego popisy bywają często przyćmione przez resztę zespołu - według mnie tak było i tym razem.

Wrócmy do setlisty koncertu. Krótki jak na nich, 1,5 godzinny set, w dużej części wypełniły utwory z ostatniej płyty „Distance Over Time”. Płyty wyraźnie lepszej od poprzedniczki z 2016 roku. Na festiwalu wybrzmiały: „Untethered Angel”, “Fall Into the Light”, “Barstool Warrior” i “Pale Blue Dot”. Polscy fani wiedzieli, że z okazji rocznicy płyty „Metropolis Pt.2: Scenes From A Memory” zespół wykonuje cały ten album na żywo. Niestety dzieje się tak jedynie podczas koncertów ”An Evening With…”. Stąd też wielki żal u znacznej części publiczności. Na osłodę otrzymaliśmy jedynie instrumentalny „The Dance of Eternity”, po którym wybrzmiał jak zawsze znakomity „Lie” z płyty „Awake”. Cały set zakończył „As I Am”, dynamiczny utwór o bardzo ciężkim, „mięsistym” gitarowym brzmieniu, gdzie ton nadają Petrucci z Myungiem.  Szybki koncert, szybkie pożegnanie z fanami i III edycja Prog In Park dobiegła końca.

dt m

Po drugiej nieudanej edycji festiwalu. Po tym jak ją przeniesiono z parku do klubu, kiedy Sons Of Apollo odwołali swój występ. Po tym jak tłum ludzi bawił się w przesiąkniętej potem scenerii Progresji pijąc ciepłe piwo, jedynym wyjściem organizatorów było przebicie I edycji festiwalu. Czy im się to udało? Zdecydowanie TAK. I choć parking nie jest parkiem to organizatorzy postarali się zatrzeć wspomnienie po zeszłorocznej edycji. Teraz pozostaje utrzymać wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Autorzy: Małgorzata "Margit" Bilicka &  Marcin"Crowbar" Bilicki

Zdjęcia: Małgorzata "Margit" Bilicka

126_bulletraid_baner2.gif 124_italian_metal.png 129_exhorder_158x600px_eu.gif 125_mantiz_pion.jpg 127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png

Goście

2540217
DzisiajDzisiaj2396
WczorajWczoraj3238
Ten tydzieńTen tydzień8744
Ten miesiącTen miesiąc57680
WszystkieWszystkie2540217
3.228.24.192