Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 74sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

necronomikon plakatcd m

lucifer plakatb m

plakat necromicon 210x197 hmp m

enforcer plakatcd m

foreigner plakatcd m

mystic festival 2020b m

plakat woa 2020

metalmaniaa 210x297 hmp m

helloweenn 210x297 hmp m

Uriah Heep - Poznań - 3.02.2020 [Zdjęcia]

 

Uriah Heep - Tama - 3 lutego 2020

Do pociągu, który miał mnie zawieźć do Poznania wsiadałem z pustą głową. Nie myślałem za dużo na temat tego koncertu. Żeby nie narobić sobie niepotrzebnych nadziei. Zaoszczędzić jakiegoś rozczarowania. Znam stare płyty Uriah Heep. Wracam do nich często, bo zawarta jest na nich piękna muzyka. Nigdy natomiast nie miałem przyjemności oglądać grupy na żywo. Nie wiem, być może współcześnie kojarzyli mi się z dinozaurami rocka, które jakimś dziwnym trafem jeszcze nie wyginęły. Znajomi mówili, że ostatnia płyta jest dobra. Trzyma poziom i Uriah Heep jest w formie. Nie ukrywam, że to była taka iskierka na to, że jednak może być dobrze.

Powłóczyłem się w Starym Browarze przez czas, który miałem do otwarcia drzwi klubu. TAMA ulokowana jest bardzo blisko dworca, więc miałem naprawdę sporo luzu. Zwłaszcza, że otwarta została z dobitną punktualnością. Muszę przyznać, że ludzie dopisali. Chyba mimo wszystko wciąż jest głód takiej muzyki nad Wisłą. To też dowód na to, jak piękne są wspomnienia i chęć ich podtrzymywania. Zresztą według pewnych danych koncert w Poznaniu był oficjalnie wyprzedany.

Przekrój wieku był różny. Byli i młodzi, i starsi. Choć tych drugich zdecydowanie więcej. Wiadomo – Uriah Heep właśnie obchodzi 50 lat działalności – a niektórzy pewnie dorastali razem z ich muzyką. To też zawsze przyjemnie odświeżyć sobie na żywo te najbardziej popularne kawałki. Tak, zdecydowanie. Hitów nie brakowało!

Zaczęli trochę po godzinie dwudziestej pierwszej. Od razu zwróciłem uwagę na brzmienie. W niedużej sali dźwięk rozchodził się co najmniej przyzwoicie. Stałem dość blisko sceny gdzieś mniej więcej w środku i dawno nie słyszałem na koncercie takiej selektywności. Otworzyli mocnym akcentem z nowej płyty. Materiał z „Living The Dream” reprezentowały cztery kawałki. Reszta to, wybrane zdaniem zespołu, najlepsze numery z całej kariery z naciskiem na klasyczny okres, kiedy jeszcze wokalistą był nieodżałowany David Byron. W sumie nie miałem prawa oczekiwać jakiegoś wymyślnego setu. To i tak wielka radość, że panowie dają radę nadal grać i robić to z prawdziwą pasją. Po tylu latach na scenie! Ale zaskoczenie było – jako drugi poleciał „Too Scared To Run”. Co to był za strzał! Uważam, że ten kawałek jest, po latach, jedynym, który się broni z albumu „Abominog”. Czysty heavy metal! Akustyk pokręcił trochę gałkami i brzmienie było prawie idealne. Słuchało mi się wyśmienicie i muszę przyznać, że wszelkie niepokoje poszły w las. Uriah Heep nadal ma się świetnie!

Widać, że panowie są zgrani. Tworzą jedność. Nie ma się co dziwić, wszakże tak naprawdę najmłodszy stażem jest tylko basista Dave Rimmer, będący w składzie od 2013 roku. To i tak sporo czasu. Trzon kapeli to niezmordowany i pogodny gitarzysta Mick Box. Pan Pudełeczko ciągnie ten wózek nieprzerwanie od 1969 roku i nie przejawia żadnych oznak znużenia. Sprawia wrażenie człowieka, który dopiero się rozkręca! Na perkusji Russell Gilbrook, bardzo sprawny muzyk, nadający całej machinie potężnego kopa. Pozostali dwaj dżentelmeni pomagają Boxowi od trochę ponad trzydziestu lat. Wiecznie wesoły wokalista Bernie Shaw i prawdziwy magik klawiszy – Phil Lanzon.

Nowe utwory wypadały dobrze, choć można je pomylić z… Deep Purple. Bardzo przyjemnie grają panowie na tej ostatniej płycie. Mocno, gęsto, ale troszkę purpurowo. Nie każdy też w klubie znał świeże utwory. No ale nie oszukujmy się – większość przyszła i tak usłyszeć te najbardziej znane. No i były, oczywiście, bo jakżeby nie. Trochę wytchnienia przyniósł „Rainbow Demon”, potem z furią odegrane „Gypsy”, ale opus magnum koncertu to rozciągnięty do granic, pędzący, szaleńczy, prawdziwie genialny „Look At Yourself”, podczas którego Bernie zostawił kolegów a Box, Lanzon, Gillbrook i Rimmer mieli możliwość zagrać ognisty jam! Można było tylko patrzeć i kręcić głową, bo takiego obrotu sprawy mało kto się spodziewał. Uriah Heep brzmiał potężnie!

Końcówka występu to już żelazne punkty z repertuaru. Przy największym aplauzie wieczoru zagrali „July Morning”. Ładnie wypadł, wokalnie Shaw trochę, miałem wrażenie, niedomagał. Choć może akurat się czepiam. Może też Lipcowy Poranek nie należy do moich ulubionych kawałków grupy. Jakby było „Salisbury”… Ech, marzenia ściętej głowy! Za to po chóralnych śpiewach przy „Lady In Black”, bisy rozpoczęli utworem, który z kolei bardzo lubię – „Sunrise”. Mniej poetycko, bardziej metalowo. Ciężko. Na pożegnanie Uriah Heep wrzucił piąty bieg i „Easy Livin’” zakończył piękny koncert.

Po wyjściu z klubu przywitał mnie deszcz. Zaciągnąłem się chłodnym powietrzem i przyspieszyłem kroku w kierunku dworca. Kiedy wygodnie rozsiadłem się w pociągu, moja głowa była z kolei pełna myśli. Byłem zadowolony. Mimo, że nie ma siły na to, żeby wróciły lata 70. to dzięki takim grupom jak Uriah Heep mogłem dostać ich namiastkę. Co z tego, że po „July Morning” tempo trochę siadło? Wiek jednak robi swoje. Szczerze to niejedna młoda, metalowa kapela przy tych „dziadkach” może podkulić ogon. Tak - naprawdę siedząc w przedziale dawno nie byłem tak zadowolony.

Adam Widełka

124_nightwish_158x600px_eu.gif 125_black_river_votum_anvision_martde.gif 122_velesar_reklama_hmp.png 123_burningwitches_158x600px_eu.gif 128_necronomicon_baner_hmpzzz_b.png

Goście

3010060
DzisiajDzisiaj916
WczorajWczoraj1801
Ten tydzieńTen tydzień916
Ten miesiącTen miesiąc10292
WszystkieWszystkie3010060
3.230.76.196