Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Accept, Iron Maidens, Ceti - Warszawa - 1.02.2023

ACCEPT, Iron Maidens, Ceti - Warszawa, Progresja - 1 luty 2023

Wąż przed atakiem często podpuszcza swoją ofiarę, czekając na odpowiedni moment, by wbić zęby pełne jadu. Tak było wczoraj przez pierwsze dwa kawałki reprezentujące ostatni materiał „Too Mean To Die” z 2021 roku. Dopiero gdy grupa odpaliła nieśmiertelne klasyki, ogromny gad bez litości aplikował metal w żyły publiki. Szczerze – nie oczekiwałem niczego po tym koncercie. Zwłaszcza, że skład Accept zmienił się ostatnio diametralnie, a ostatni album, kurczę, nie robił na mnie kolosalnego wrażenia. Pięknie się jednak rozczarowałem!

Dawno też nie widziałem tak ogromnej kolejki przed wejściem do Progresji. Wiatr smagał twarze, a deszcz nie ułatwiał sytuacji. W końcu udało się dostać do środka – gdzieś pod koniec krótkiego występu Ceti, będącego pierwszym przedskoczkiem tego wieczoru. Cóż, dużo nie napiszę, bo zbyt mało widziałem, ale grupa Grzegorza Kupczyka sprawiała pozytywne wrażenie. Zresztą ostatni album zły nie jest, wyraźnie powrócili do bardziej szorstkiego, hard rockowego grania. No trudno, może uda się kiedyś zobaczyć pełną sztukę.

Drugim zespołem poprzedzającym niemiecką machinę miał być… Iron Maiden! Ha, ha, prawie, prawie, bo z S na końcu. Iron Maidens to piątka uroczych niewiast, wcielających się na scenie w brytyjski zespół. I to z wszystkimi bajerami takimi jak uniform żołnierza podczas „The Trooper” czy wizyta Eddiego cyborga, celującego do wszystkich z blastera. Zabawa była przednia! Dziewczyny naprawdę dobrze odgrywają utwory Żelaznej Dziewicy. No i pozwalają sobie na strzały w postaci „Back In The Village” (!!!), „Caught Somewhere In Time” (!!!!!!) czy „Genghis Khan” (!!!!!!!!!!!!!!!!!!). Głos odmówił mi posłuszeństwa przy tym pierwszym, więc potem była już tylko powolna destrukcja. Z nowszych pojawił się „Brave New World”, ale miodem na uszy lał się „Phantom Of The Opera” czy „Wasted Years” (z wizytą Eddiego). Koniec bardzo, ale to bardzo żywiołowego koncertu to trzy klasyki – „Fear Of The Dark”, „Run To The Hills” i „The Number Of The Beast”. Młyn rozkręcił się ostry, a chóralne śpiewy publiczności dziewczyny zapamiętają pewnie na długo!

No, ale dopiero najlepsze miało być przed solidnie wypełnioną Progresją. Jak się okazało „The Best Is Yet To Come” w secie się nie znalazło, ale… Jak tylko techniczni kończyli przygotowania, za zestawem perkusyjnym należącym do Christophera Williamsa pojawiła się wielka płachta z motywem ostatniej okładki. Wielki wąż świdrował hipnotyzującym spojrzeniem. Napięcie, mimo wszystko, wyczuwalne. Pod sceną coraz ciaśniej. W końcu zgasły światła, poleciało krótkie intro płynnie przechodzące w „Zombie Apocalypse”. Było zabawnie, że podczas utworu traktującego o uzależnianiu od technologii ludzie stworzyli prawdziwy las smart fonów. Prezencja sceniczna nowych członków grupy mało acceptowa (no, może poza starym wyjadaczem Uwe Lulisem) jednak widać było, że podchodzą do grania na totalnym luzie. Swoboda aż biła ze sceny. Sami muzycy chyba też potraktowali nowe kompozycje jako lekką rozgrzewkę, bo gdy sięgnęli po „Restless And Wild” i „Midnight Mover” skala wskazująca temperaturę w klubie zbliżała się do czerwonego pola.

Rozkręcali się. Gdzieś w połowie występu Accept wszedł na wysokie obroty, nie zwalniając do samego końca. Wyborna forma wokalisty Marka Tornillo. Gość deptał po piętach widzianego ostatnio Harry Conklina, serio. Charakterystycznie wwiercał się w uszy. Z pełną mocą, czysto i bardzo swobodnie. Czuł scenę tego wieczoru, zresztą tak jak szef Wolf Hoffmann – gitarzysta uśmiechnięty, co chwilę robiący jakieś gesty i pozy z instrumentem. Koncert, mimo, że zagrany na trzy gitary (oprócz pana Wilczura byli wspomniany Lulis oraz Philip Shouse) brzmiał kapitalnie. Dźwięk, jak dla mnie, zabijał. Istna żyleta. Czym dalej w las, tym było goręcej. Medley „Demon’s Night” / „Starlight” / „Losers And Winners” / „Flash Rockin’ Man” już na dobre rozbił miernik temperatury. Potem zaraz poprawka „Breaker” i można było wynosić pierwszych rannych! Żartuję. Nikomu nic się nie stało, choć pod sceną panował prawdziwy ukrop. Świetnie zagrali rzeczy z „Blood Of The Nations” – „Teutonic Terror” czy „Pandemic” dosłownie ścięły z nóg! Jednak apogeum bardzo dobrej relacji na linii zespół-fani osiągnięto przy ultra klasykach „Fast As A Shark”, „Princess Of The Dawn” , „Metal Heart” i „Balls To The Wall”. Accept swoje nieśmiertelne numery odegrał wybornie przy wtórowaniu nienasyconej publiczności, która po przyjęciu ostatniego ciosu „I’m A Rebel”, musiała pogodzić się z tym, że to już koniec. Jeszcze tylko ukłony, walka o kostki oraz pałki, pamiątkowe fotki szczęśliwych fanów i można było powoli opuszczać główną salę klubu.

W drodze powrotnej, kiedy siedziałem na tylnym siedzeniu auta i patrzyłem na deszcz uderzający o szybę, poczułem się naprawdę dobrze. Zdałem sobie sprawę, że właśnie widziałem jeden z lepszych koncertów, a na który wcale nie miałem ciśnienia jechać. Chyba jednak fajnie jest czasem poddać wydarzeniom. Kurczę, nie żałuję ani minuty tego wieczoru!

      

Pełny set:

Zombie Apocalypse

Symphony of Pain

Restless and Wild

Midnight Mover

The Abyss

No Shelter

Overnight Sensation

Demon's Night / Starlight / Losers and Winners / Flash Rockin' Man

Breaker

The Undertaker

Shadow Soldiers

Princess of the Dawn

Fast as a Shark

Metal Heart

Teutonic Terror

Pandemic

Bisy:

Hung, Drawn and Quartered

Balls to the Wall

I'm a Rebel

rightslider_005.png rightslider_004.png rightslider_002.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5041598
DzisiajDzisiaj1271
WczorajWczoraj4387
Ten tydzieńTen tydzień17021
Ten miesiącTen miesiąc45249
WszystkieWszystkie5041598
3.235.172.123