Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

VADER: WYWIAD-RZEKA

 

Na początku był chaos… Potem kelner posprzątał wszystko ze stolika i spokojnie mogliśmy z Peterem przejść do rzeczy. Dwie bite godziny na twardym stołku i jest – wywiad-rzeka, jakiego dotąd nie było! Wreszcie udało mi się zadać Peterowi wszystkie pytania, jakie siedziały od ponad 20 lat w mojej łepetynie. Jeżeli do tej pory jeszcze czegoś nie wiedzieliście o Vader, to teraz macie szansę nadrobić te karygodne zaległości. A więc Bracia i Siostry – do lektury!

Pit: Ćwierć wieku jak z bicza trzasł! Każdy zespół ma jakąś legendę powstania: „Spotkaliśmy się w pubie i po obaleniu stu piw założyliśmy kapelę” lub „Poznaliśmy się na jakimś tam koncercie i wkrótce potem powstał nasz zespół”… Czy Vader ma taką legendę?

Peter: Paradoksalne jest to, że więcej pamiętam właśnie tych szczegółów z początku działalności zespołu niż z tego, co tak szybko dzieje się ostatnio. Wynika to pewnie z faktu, że wtedy byłem nastolatkiem o lepszej pamięci (śmiech) oraz dlatego, że dawniej na każde istotne zdarzenie trzeba było czekać czasami miesiącami i każde było na tyle ważkie, że bez niego Vader mógł nie istnieć. A zaczęło się to mniej więcej wtedy, gdy poszedłem na koncert zespołu Art-Rock i to był pierwszy koncert, jaki odbył się w Olsztynie po rozpoczęciu stanu wojennego. Był to legendarny zespół rockowy i nieprzeciętny jak na tamte czasy – wtedy strasznie niedoceniony. Byłem zaszokowany tym występem! Cały czas obserwowałem ich basistę (Andrzeja Dondalskiego – przyp. aut.) i bardzo zafascynował mnie ten instrument. I już praktycznie w następnym tygodniu – oczywiście dzięki pomocy finansowej mojej babci – kupiłem sobie gitarę basową Romeo. W ten sposób przy wsparciu książki Popławskiego „Gitara basowa” sam zacząłem w domu muzyczną edukację. Lekturę tę zakończyłem zresztą na czterech rozdziałach (śmiech), a potem sam poszedłem swoim torem. Jednym z moich kumpli w podstawówce był Darek, którego potem spotkałem po latach – pracował jako dźwiękowiec w Polsacie. Wtedy w naszych szkolnych czasach grał na perkusji i szukaliśmy jeszcze kogoś do składu, by założyć zespół. Grałem na lekko przesterowanym basie – było to w okresie mojej fascynacji Black Sabbath, ale już poznałem taki zespół jak Motorhead. Pamiętam, jak nabyłem pierwszą w moim życiu płytę winylową – była to „Aces of Spades”. W krótkim czasie umiałem ją prawie całą zagrać na basie. Strasznie mi się podobała ta agresja – to była dla mnie bardzo szybka muzyka, jak na tamte czasy. Razem jeździliśmy po Olsztynie i gdzie się tylko dało, no i graliśmy – między innymi trafiliśmy z próbami do klubu Kandelabr, gdzie ćwiczył właśnie wspomniany zespół Art-Rock. Improwizowaliśmy trochę, zahaczyliśmy o Maidenów i takie tam różne rzeczy…

Pojawia się więc żelazny temat wszystkich historii metalowych kapel – New Wave of British Heavy Metal.


Dokładnie – ale to dopiero początek tej historii. Wpadłem kiedyś na próbę jednej kapeli – nazwy teraz już nie pamiętam – i zobaczyłem gościa z plakietką okładki „British Steel” a jak zapewne pamiętasz Judas Priest był numerem jeden w tamtych czasach. Od razu nawiązała się między nami nić porozumienia i okazało się, że koleś jest gitarzystą, że ma klub, ma sprzęt i szuka muzyków do zespołu. No więc już następnego dnia puk, puk i byłem u niego w chacie. Pokazał mi takiego ręcznie robionego „polskiego” Gibsona Les Paula – oczywiście oczy mi się zaświeciły. Umówiliśmy się na próbę w klubie Mozaika, gdzie był sprzęt i w ogóle wszystko, co potrzebne do grania – Wermony, Regenty, bębny… Gość był kasiasty, bo pracował w WPHW (młodszym czytaczom wyjaśniamy: to ówczesna elitarna loża iluminatów o nazwie Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego). Zaczęliśmy wspólnie grać i już następnego tygodnia Zbyszek Wróblewski – bo tak się nazywał ten człowiek – stwierdził, że ja za dużo gram jak na gitarę basową i powinienem spróbować na zwykłej. I tak wspólnymi siłami rodziny oraz zasilając skup butelek i makulatury w niedługim czasie stałem się szczęśliwym posiadaczem sześciostrunowego instrumentu o nazwie Kosmos. W międzyczasie nasz kolega na perkusji okazał się za słaby, tym bardziej, że Zbyszek miał swojego bębniarza, Daniela. Ruszyliśmy z „Paranoid” oraz innymi coverami Sabbatów i kiedy trzeba było znaleźć nazwę dla zespołu, który się skrystalizował, to z pomocą przyszła Trylogia George’a Lucas’a – byliśmy świeżo po kinowym seansie trzeciej części Gwiezdnych Wojen i tak powstał Vader. Pomysł ten wygrał w naszym wewnętrznym konkursie, chociaż przez jakiś czas nazywaliśmy się Terror. W tym samym czasie napisaliśmy swój pierwszy utwór, który zatytułowaliśmy „Necropolis” i który brzmi bardzo podobnie, jeżeli chodzi o prostotę i konstrukcję riffu, do utworu zamykającego naszą ostatnią płytę.

Historia zatoczyła koło – symboliczny to więc tytuł dla najnowszego albumu. Do tego jeszcze dojdziemy. Ale póki co chciałem zapytać o inny zespół o podobnej nazwie – grupę Lord Vader z Bydgoszczy, który nawet wydał materiał „Goliath”. Czy na początku nie mylono was wzajemnie ze sobą?

Mylono nas ale tylko na samym początku. Gdy osiągnęliśmy sukces lokalnie, a potem zagraliśmy koncert w warszawskim Remoncie oraz pojawiliśmy się na pierwszej edycji festiwalu Metalmania w 1986 roku, to Vader zaistniał na stałe w świadomości polskich fanów. Pomógł nam w tamtych czasach Jacek Demkiewicz, który niestrudzenie promował młode kapele z Polski i zagranicy w swoich audycjach radiowych – a nie było wtedy tylu stacji prywatnych, tylko jedno radio, którego słuchała cała Polska. Występując na rozmaitych imprezach wyrobiliśmy sobie markę podziemnego zespołu. Podczas festiwalu w Jarocinie w 1986 roku, gdzie właśnie grał zespół Lord Vader, mieliśmy już tak silną grupę fanów, że ulotki, które rozrzucał ten zespół były przerywane dokładnie na pół i zostawiane w ten sposób. Wiesz, szkoda, bo oni naprawdę fajnie grali, no ale tak bywa z zespołami o podobnych nazwach. Nie wiem też, czy muzycy tej grupy nie mieli jakiegoś powinowactwa z kapelami z Olsztyna, zanim zaczęliśmy być znani – może nawet z samym zespołem Art-Rock. Ale trudno mi to stwierdzić. Usłyszeli naszą nazwę i myśleli, że może nie przetrzymamy tak długo – ale to są tylko skrawki informacji, jakie do mnie kiedyś dotarły i moje domysły – nie znam genezy nazwy tego zespołu. Chociaż paradoksalnie Lord Vader pierwszy zadebiutował na rynku wydawniczym – w 1986 roku nagrali singla „Inna Twarz” dla naszej rodzimej wytwórni Tonpress, podczas gdy my pod koniec tego roku mieliśmy jedynie nagrany materiał z koncertu, który dopiero 2 lata później wydany został jako demo „Live In Decay”.

Po tym materiale pojawiają się pierwsze przepustki zespołu Vader do światowego undergroundu – materiały „Necrolust” oraz „Morbid Reich”.

Najwięcej edycji miał „Morbid Reich” – zanim pojawił się na płycie CD jako split „Reborn In Chaos”, to wcześniej był kilka razy wydany na kasecie. Wytwórnia Hammerheart wydała go nam także na płycie winylowej w postaci picture disc – niezła gratka dla kolekcjonerów, a sam zbieram analogi, więc, wiem, co to za frajda! Teraz jest plan, by materiał ten jeszcze raz wypuścić na winylu nakładem kolekcjonerskiej firmy z Singapuru, która bardzo starannie przykłada się do edycji tego typu wydawnictw. Widziałem, jak zrobili na płycie analogowej materiał krakowskiej grupy Helias – świetna sprawa! Chociaż sam muszę się upewnić, czy dysponujemy prawami do tych nagrań, by sytuacja była czysta biznesowo i wydawca nie miał żadnych problemów z tego powodu. Jeżeli tak, to obiecuję, że jeszcze w tym roku fani będą mogli ponownie zakosztować „Morbid Reich” na czarnym krążku we wspaniałej i oryginalnej, po raz pierwszy od 1990 roku, oprawie graficznej.

Taśma „Morbid Reich” umożliwiła wam, jako pierwszemu polskiemu zespołowi, pełnowartościowy kontrakt z renomowaną wytwórnią zachodnią Earache, która w swoim katalogu miała takie legendy, jak Morbid Angel, Napalm Death, Carcass czy Bolt Thrower. To nie była żadna firma polonijna, ani bezwartościowa licencja materiału, z której zespół pochwalić się mógł jedynie płytką z logiem zachodniej wytwórni. Nie był to lichy sukces w stylu tych, jakie odtrąbiały inne polskie zespoły po targach Midem czy koncertowych „światowych” trasach w polonijnych klubach przy kotlecie. Miałem to szczęście, że historia ta działa się na moich oczach – kibicowałem wam i byłem dumny, jak chyba wszyscy fani i ludzie z rodzimego podziemia. Ale zapytam o jeden epizod z tych gorących dni, o którym zapewne wielu fanów Vader nawet nie wie – o pierwszy materiał dla Earache nagrany w kultowym studio Sunlight w Szwecji pod okiem legendarnego Tomasa Skogsberga – dźwiękowego guru szwedzkiej sceny death metal. Czy te nagrania kiedykolwiek ujrzą światło dzienne?

 

Ten materiał zapewne ujrzałby światło dzienne jako pełnoprawna sesja nagraniowa płyty „The Ultimate Incantations”, ale nie byliśmy zadowoleni z końcowego efektu brzmienia i wszystkie utwory trzeba było powtórzyć w innym studiu. Problem polegał na tym, że w Sunlight partie perkusji nagrywane były na padach – wtedy było to nowatorskie rozwiązanie techniki studyjnej. Docent grał na tych quasi-bębnach jak należy, ale szybkie partie, które są przecież kwintesencją naszej muzyki, nie były wystarczająco wyraźne i dynamiczne. Krzysiek nie mógł pokazać pełni swoich możliwości grając na takim „martwym” zestawie. Trzeba jeszcze dodać, że to były pady pierwszego typu – niezbyt doskonałe, nie miały naciągów podobnych do naturalnych bębnów, grało się na nich trochę sztucznie no i jakość sampli do tego zestawu w jego banku dźwięków pozostawiała wiele do życzenia. Może przy graniu szwedzkim – wolnym i masywnym brzmiało to super, ale przy bardzo szybkich partiach siadała dynamika i atak. Nawiązując do sedna pytania – właścicielami tych nagrań są ludzie z wytwórni Earache, z którymi rozstaliśmy się zaraz po wydaniu pierwszej płyty. Poza tym, jeśli chodzi o kontakty z tą firmą, to mieliśmy nawet problem, by wykorzystać wideoklip „Dark Age” na wydanej niedawno składance „Historia Polskiego Rocka”. Więc to nie jest taka prosta rzecz, ale z czasem prawa własności przechodzą na zespół, więc kto wie – może niedługo pochylimy się na tą sprawą…

Z kolejnych ważnych epizodów Historii pamiętam pierwszą wizytę zespołu Deicide w nieistniejącym już warszawskim klubie Fugazi – gdy złapaliśmy razem Glena Bentona przy autobusie, a potem odbyłeś z nim długą i bardzo ważną rozmowę…

Tak to bywa, że czasami te najbardziej kluczowe momenty w karierze zespołu, to nie chwile podpisywania wielkich kontraktów w świetle reflektorów, tylko ciche przyjacielskie rozmowy. Powiem ci, że to był dla mnie szok! Deicide należał wtedy absolutnie do czołówki tej muzyki, zresztą nie muszę ci mówić, co znaczył dla mnie w tym okresie – wystarczy posłuchać „The Crucified Ones”, by odnaleźć tam moją fascynację tym zespołem, jego sposobem grania z tym charakterystycznym staccato, że już o samej tematyce utworów nie wspomnę… Więc spotykam człowieka, który tyle dla mnie znaczy, przedstawiam się, a Glen na dzień dobry wali: „Cześć, kurde! Ty jesteś z zespołu Vader! Super! Zapraszam – mamy wiele do pogadania.” Potem daje mi w prezencie całe masy jakichś koszulek, płyty. Rozmawialiśmy tak długo, że straciłem rachubę czasu. Zaczyna mi opowiadać historię, jak ktoś kiedyś przyniósł nasze demo „Morbid Reich” do kultowego studia Morrisound na Tampie na Florydzie podczas ich sesji nagraniowej, chyba ktoś z Obituary i że oni byli wtedy kompletnie zafascynowani tym materiałem: „Zobaczcie, jaki zespół z Polski! Jak zasuwają!”. I w ten sposób jakby odwrotną drogą dowiedziałem się, że po trosze w nieświadomy sposób zainspirowaliśmy ten zespół, który mnie tak inspirował. Wiesz, my tu dłubaliśmy w studiu olsztyńskim na jakimś czterościeżkowym magnetofonie, a tam z drugiej strony sadzawki zafascynowany nami wielki Deicide… To było ogromne przeżycie dla mnie.

Wasza rozmowa była w jakimś stopniu punktem zwrotnym w karierze zespołu – zaowocowała między innymi wspólną trasą z Deicide po Ameryce. Czy znajdujesz w pamięci jeszcze jakieś inne „kamienie milowe” historii Vader? Ważne osoby?

Ciężko powiedzieć, ponieważ tych ważnych wydarzeń, które decydowały o tym, co się działo później, było wiele i trudno byłoby mi ocenić, które z nich z perspektywy czasu jest mniej, które bardziej znaczące. Ale z pierwszych lat działalności najważniejszy niewątpliwie był moment, kiedy spotkałem Zbyszka Wróblewskiego i powstał ten zespół a później dzięki niemu właśnie przetrwał pierwsze ciężkie chwile. Ktoś taki jak on potrafił mi silnie i bezpardonowo przemówić do rozumu, gdy byłem zakochanym nastolatkiem i przez dziewczynę praktycznie straciłbym ten zespół. On wysłał do mnie list, trzymam go nawet do dzisiaj, w którym napisał mi, że albo przyjdę na próbę – wtedy opuszczałem próby – albo się po prostu rozstaniemy. Jednak bardzo chciałem grać, mimo że to była moja pierwsza dziewczyna i wiesz, jak to bywa w tym wieku. Był to bardzo dramatyczny wybór, ale jednak poszedłem po rozum do głowy i granie zwyciężyło. Wkrótce po tym właśnie wydarzeniu nagraliśmy materiał i wystąpiliśmy na pierwszej Metalmanii – co było również istotną cezurą dla zespołu, bo zyskaliśmy uznanie w całym kraju i wyszliśmy poza lokalną scenę Olsztyna i okolic. Na pewno też wymieniłbym demo „Necrolust”, z tego względu, że pojawił się na nim nowy bębniarz – Docent, z którym do tej pory współpracowaliśmy na zasadzie pomocy. Krzysiek w tym czasie był związany z zespołem Slashing Death i fascynowało mnie to, że tak szybko gra. Kiedy złożyłem mu propozycję na stałe, powiedział, że nie ma problemu i może pogodzić swoje obowiązki także z Vader i u nas właśnie pierwszy raz grał na dwie stopy – a pierwszym utworem, jaki wspólnie zrobiliśmy był „Decapitated Saints”. Ten materiał nagraliśmy we dwójkę i to był początek dużych zmian stylistycznych – od tego momentu wszystkie kawałki śpiewałem po angielsku. W tym ciągu kolejnych zdarzeń było nagranie dema „Morbid Reich”, które z kolei dało nam kontrakt z Earache i umożliwiło debiut na zachodzie – właśnie w owym okresie między latami 1988-1990 zbiegło się ze sobą najwięcej wydarzeń, które sprawiły, że Vader przetrwał.

W wielu wywiadach z innymi kapelami rockowymi temat managementu pojawia się raczej w niepochlebnych komentarzach. Jesteście jednym z nielicznych chlubnych przykładów, obok na przykład Iron Maiden, zespołów które mają świetne relacje z managementem od samego początku współpracy. Za światowym sukcesem Vader stoi też Mariusz Kmiołek z Massive Management. Jaki jest przepis na ten sukces?

Ta współpraca jest wieloletnia, bo jest udana, a dlatego jest udana, bo jest wieloletnia. Ha! Ha! Ha! A już całkiem poważnie mówiąc prawda jest taka, że stoi za tym nasza wieloletnia przyjaźń i wzajemne zaufanie. Na tym polega siła współdziałania i lojalność. My z Mariuszem tworzymy ten zespół od lat – od pierwszego momentu, kiedy spotkaliśmy się pod Rotundą w Warszawie w 1989 roku. Mariusz wtedy wydawał pierwsze kserowane jeszcze edycje fanzinu „Thrash’em All” i chociaż już tak naprawdę na łamach tego pisma recenzował nasz koncertowe demo „Live In Decay” – z pozytywnymi opiniami zresztą – to jednak materiałem, który zdecydował o jego propozycji w naszym kierunku, był „Necrolust”. Świetnym i szybkim owocem tej współpracy była taśma „Morbid Reich”. Trwałość tego układu to jest również kwestia zrozumienia oraz podziału kompetencji i obowiązków. Ważne jest też to, że wszystko ze sobą uzgadniamy, na bieżąco konsultujemy i nie patrzymy sobie na ręce, bo każdy zna swoją robotę. Mariusz Kmiołek praktycznie jest kolejnym członkiem zespołu. Dobry manager zawsze dopnie swego i skutecznie walczy o sprawy zespołu – jeżeli ktoś mi mówi: „Macie trudnego managera”, to ja odpowiadam; „Ale właśnie dlatego jest on dobry!”. On wie, co można, czego nie można a równocześnie szanuje pracę swoją i zespołu i nie pozwoli na to, by stała nam się krzywda. Dlatego ta przygoda tak długo trwa i to jest ten klucz do sukcesu – zaufanie.

Po przejrzeniu tego, co latami zbierałem na swojej półce wyszło mi 8 płyt sesyjnych, 5 minialbumów, 3 kompilacje (w tym jedna tylko z coverami) oraz 2 materiały koncertowe. Że nie wspomnę o wydawnictwach audiowizualnych. Czy w tym obfitym dorobku masz swoje ukochane dziecko?

Dobry ojciec kocha wszystkie swoje dzieci. Ha! Ha! Ha! Akurat w tym przypadku istnieje zbieżność nazw, bo „vader” w języku holenderskim i norweskim znaczy właśnie „ojciec”. Nie, nie mam ulubionej płyty. Tym bardziej, że u mnie uruchamia się wtedy jakby z natury taki mechanizm na przekór i gdy wszyscy mówią, że przykładowo najlepszą płytą jest „De Profundis”, to ja uważam właśnie inaczej. Każda płyta, każdy materiał, każde demo to jakby kawałek mojego życia, coś, co przelałem na papier i na dźwięki. Ciężko mi to określić, nawet jeśli po latach dysponuję lepszym warsztatem, czy też jestem bardziej doświadczony jako muzyk i kompozytor. Nigdy nie wstydziłem się tego, co wcześniej tworzyłem.

Stanowiliście znaczący element portfolio takich znamienitych wytwórni jak Earache, Impact (równolegle Pavement w USA), Metal Blade czy choćby ostatnio Regain. Jak z perspektywy czasu oceniasz te kontrakty i który dał grupie najwięcej satysfakcji?

Mimo tego że każdy z tych kontraktów kończył się rozwiązaniem współpracy z różnych powodów, to jednak każda z tych firm coś zrobiła dla zespołu Vader. Nawet Regain, gdy ostatnio były takie przykre nieporozumienia, których smrodek nadal unosi się w powietrzu… Ale oni również mieli dobre intencje i dużo nam w początkowym okresie współpracy pomogli. Mieli dobre zamiary, ale tymi zamiarami mierzyli swoje możliwości i nie podołali temu. Bo problem rozwiązania umowy z Regain, to nie jest tylko problem Vader ale wielu innych zespołów – ciężko pracować z kimś, kto się z tobą nie kontaktuje i z kim miesiącami nie można się spotkać, by ustalić ważne sprawy. Tak więc w tej chwili cieszymy się nowym kontraktem i współpracą z ludźmi, którzy mają zupełnie inne nastawienie. Jestem pełen optymizmu, ale choćby ze względu na zdobyte wcześniej doświadczenia z innymi firmami, nie chcę dzielić skóry na niedźwiedziu i deklarować, że zawsze będzie super. Wiem na pewno, że będzie lepiej niż to się działo ostatnio, bo już widzę podejście ludzi z Nuclear Blast do Vadera i wiem, że dużo wcześniej byli zainteresowani współpracą, a ten kontrakt właściwie czekał na nas od kilku lat – teraz nadszedł właściwy moment ku ogromnej satysfakcji obu stron. Nie ma nic piękniejszego od tego, gdy wytwórnia cieszy się, że ma zespół z renomą. Takie „słodzenie”, jak to się mówi, jest mimo wszystko motywujące, zwłaszcza dla kogoś takiego, jak ja, kto ceni sobie dobre relacje między firmą a zespołem, a nie tylko wypełnianie jakichś kontraktowych punkcików. I wszystko jest na dobrej drodze – to będzie naprawdę współpraca na zasadzie dobrego zrozumienia – realiów, możliwości etc.

Miarę pozycji zespołu na danym rynku określa wielkość nakładów sprzedaży poszczególnych płyt. Zdobyliście na stałe jeden z najtrudniejszych i największych rynków muzycznych, jakim jest Ameryka, macie stabilną pozycję w Europie, że o krajowej scenie nie wspomnę. Jak przedstawiały się sprzedaże płyt Vader i który album osiągnął maksymalny poziom?

Na pewno sprzedaliśmy sporo płyt. Nie są to oczywiście liczby, które by powaliły na glebę jakiegoś prezesa wytwórni Warner czy Sony, ale był taki stabilny moment, gdy standardowo mieliśmy gdzieś tak pomiędzy 15 a 25 tysięcy egzemplarzy każdego tytułu na całym świecie, a płyty „Litany” czy „Revelations” nawet przekroczyły ten nakład. Oczywiście to są jedynie moje przypuszczenia, bo ja akurat tego nie śledzę i kalkulacje te wynikają po części z rozliczeń finansowych. Wiesz, nigdy się tymi sprawami nie zajmowałem, bo Vader jest zespołem, który zarabia głównie na koncertach i z tego się utrzymujemy. Wynika to z faktu, że ja z natury pokazuję siłę zespołu w graniu na żywo, a nie w pięknych produkcjach – kapela, która nie potrafi wykonać na koncercie tego, co nagrywa, nie ma racji bytu. A my to potrafiliśmy zagrać, jeżeli nie tak samo, to co najmniej jeszcze lepiej. Dlatego istnieje metal – by grać na żywo i „zabijać” muzyką ze sceny!

Schodząc na te tematy nie unikniemy pytania o kasę – było wiele plotek dotyczących waszego rocznicowego koncertu. Czy problemy finansowe i roszczenia reszty kapeli były powodem rozmontowania tak stabilnego przez wiele lat składu zespołu?

De facto zespół przestał istnieć w tej postaci po naszym jubileuszowym festiwalu. Przed koncertem Moryc (Mauser) oznajmił mi, że to będzie ostatni jego występ w Vader, ale w jego przypadku akurat się tego spodziewałem, myślałem tylko, że fakt ten nastąpi później. Podobnie było w przypadku Darka (Daray), chociaż bezpośrednio nikt mi wcześniej nie powiedział o powodach jego odejścia – dopiero później się o nich dowiedziałem. Ludzie na koncercie nie mogli widzieć tego, co działo się wtedy w zespole, bo najzwyczajniej w świecie o tym nie wiedzieli i koncert zagraliśmy tak, jak wszystkie do tej pory. A te rozmaite plotki, że to było widać, że zespół już nie istnieje itp., pojawiły się po naszym jubileuszu. Zagraliśmy prawie dwugodzinny set po wielogodzinnym maratonie wspaniałych kapel i na ten koncert czekaliśmy naprawdę sporo czasu. Gdybyśmy okazali oznaki jakiegoś zmęczenia, wynikające z naszego kiepskiego humoru, fani by to wyczuli. Jeżeli ono się pojawiło, to wynikało z takich a nie innych warunków grania, nie zaś z nastawienia, że to jakaś stypa i nikomu nie chce się już grać, bo niczego takiego nigdy w Vaderze nie było. Natomiast a propos tego silnego składu okazało się, że jednak nie był on wcale taki silny i stabilny, skoro przestał istnieć. Między innymi z tego powodu obecnie znacznie dłuższy jest okres tego, nazwijmy to, stażu i w tej chwili robię to ze względu na swoją osobę, jak i również na tę drugą stronę, czyli ludzi którzy muszą spróbować tego chleba, zanim zdecydują się na wejście w to na całego. Czy będą mieli na tyle sił, by poświęcić się zespołowi i tyle czasu spędzać poza domem. Być w zespole Vader trzeba w 100 procentach – tu nie ma możliwości bycia na pół gwizdka. Ja po prostu na to nie pozwolę, bo Vader osiągnął taki status dzięki fanom i dzięki temu, że był zawsze prawdziwy i szczery w przekazie na scenie. Żadne typowo tabloidowe sztuczki tutaj nie przejdą – plotki nie będą kreować niby-rzeczywistości o tym, jaki rzekomo jest ten zespół. Jak widzisz nawet najdoskonalszy skład może mieć jeszcze lepszą twarz i najlepszych ludzi można zastąpić jeszcze lepszymi. Wszystko zależy od tego, czy chcesz grać, czy masz w sobie tę pasję i motywację, czy czujesz nadal radochę wspólnego grania – gdy widzisz te przybite piąstki przed koncertem, to masz uczucie, że jesteś w prawdziwym zespole. Ja ci powiem, że nasz zespół w tej chwili z Reyashem, Pawłem i Wackiem – chociaż oficjalnie to się nazywa składem sesyjnych muzyków – jest bardziej zespołem, niż ten poprzedni, tak niby zgrany w okresie „Impressions In Blood” czy „Art Of War”.

A czy sam po tylu latach oddanych muzyce masz satysfakcję finansową?

Zespół Vader osiągnął pewien status, który pozwala muzykom w nim grającym utrzymać się i mimo że nie jest to jakiś status gwiazd żyjących ponad stan, to daje pewien komfort. Ja nie jestem człowiekiem, który wymaga od życia nie wiadomo czego, żeby być szczęśliwym. Znalazłem sześć lat temu swoje miejsce na ziemi – ponad stuletni dom w kompletnym zaciszu z dala od ludzi i cywilizacji. Marzyłem o takim miejscu, gdzie wreszcie mogę czuć się swobodnie. Kupiłem ten dom i teraz wszystkie wysiłki i fundusze przeznaczam na jego remont. Wolny czas, którego mam tak mało, staram się poświęcić mojej Marcie i dzieciom, a jeżeli jeszcze trochę go zostaje ponadto, uczestniczę w historycznych rekonstrukcjach bitew przy okazji świąt państwowych – jak choćby rocznic Powstania Warszawskiego. To że stać mnie na kupienie starego domu, który teraz sobie remontuję i żyję w nim razem ze swoją rodziną, jest dla mnie sporym osiągnięciem i cieszę się z tego, że mogę robić muzykę, poświęcić się jej i jednocześnie z tego utrzymać. A pieniądze to jest sprawa drugorzędna – jest to o tyle istotna kwestia, że to moja praca i moje życie, więc nie mogę powiedzieć, że mnie to nie interesuje, bo bym skłamał. Ale na pewno pieniądze nie były sprawą decydującą, jeżeli chodzi o twórczość i sens naszej działalności.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy sprawach personalnych. Przez Vader przewinęło się sporo muzyków – czy nadal masz kontakt z większością z nich?

Może nie ze wszystkimi, ale na przykład odświeżyłem sporo kontaktów z bardzo starymi muzykami, jak na przykład Grzesiek Jackowski, który grał w jednym z pierwszych składów jako Belial na naszych debiutanckich nagraniach, czy Robert Stryczewski – Rob. To są w tej chwili poważni ludzie, którzy mają swoje zajęcia – Robert jest inżynierem na wysokim stanowisku w jakimś znanym biurze. Grzesiek z kolei jest policjantem; był właściwie, bo teraz jest na emeryturze zresztą… A spotkaliśmy się z inicjatywy Jarka Szubrychta, który pisze książkę, będącą po części biografią Vadera – sprawa jest w progresie, nie jest odłożona, tylko zmieniła się koncepcja całości – i brakowało tylko Czarnego, by zebrać się w kompletnym starym składzie, jak przed pierwszą Metalmanią i powspominać tamte czasy. Ta nostalgia istnieje w każdym i jak spotykam naszych dawnych muzyków, to zawsze jest miło uścisnąć rękę i pogadać o minionych latach.

Ludzie, którzy grali na przestrzeni lat w Vader zawsze stanowili pod względem technicznym światową ekstraklasę. Zwłaszcza na początku, gdy nie było tak wiele kapel i muzyków na tym poziomie. Czy dawnymi czasy próbowano skaptować na przykład Docenta do innej kapeli, czy wiesz, że dostawał takie propozycje na trasie?


Docent był z innego pokolenia muzyków – bardziej lojalnego w stosunku do zespołu i nawet jeżeli coś takiego miało miejsce, to skoro grał z nami tak długo i nic się nie zdarzyło, to znaczy że uznał te propozycje za mało poważne. Ale to jest też tak, że praktycznie wszyscy muzycy, którzy zyskali status świetnych instrumentalistów i status pewnej ikony w tej muzyce, zyskali go już w zespole Vader. Kiedy dołączył do nas Docent, to oczywiście dysponował talentem, ale jeśli chodzi o warsztat, był daleki od ideału – w zespole uczył się grać na dwie stopy, doskonalił blasty, rozwijał przejścia. To można zauważyć, jeżeli posłuchasz jego wczesnych nagrań na „Necrolust” i „Morbid Reich”, a potem na pierwszej płycie, czy albumie „De Profundis”. Czas pomiędzy tą ostatnią płytą a „Black To The Blind” był okresem jego największej chwały i największych możliwości – on wtedy naprawdę ciężko pracował, dużo grał i to było słychać. Z drugiej strony, jeżeli nazwiesz Chomasa (China) wspaniałym instrumentalistą, to znaczy że go dobrze nie znasz – on nie był wcale jakimś fenomenalnym gitarzystą, ale był świetnym muzykiem w sensie dopasowania do zespołu i grał w Vader w okresie płyt, które są nadal uważane za wysokie osiągnięcia. W naszym zespole by grać dobrze, nie trzeba dysponować jakimś niesamowitym warsztatem – trzeba dysponować wystarczającym warsztatem, aby sobie poradzić, natomiast trzeba przede wszystkim zrozumieć samą muzykę. Trzeba zrozumieć, że to jest metal a nie coś, co ładnie odegrasz i to wszystko. Muzyk, który gra bardzo dobrze, ale nie czuje metalu, będzie zawsze gorszy od tego, który trochę gorzej paluchami przebiera, ale wie, po co stoi na scenie. Tak było właśnie z Chomasem, z Szambo i ostatnio z Novym, który wydawało się, że świetnie na koncercie gra stare kawałki, a w studiu okazało się, że nie zna ich dobrze. Ale nie zawsze było to słychać, więc nikt nie zwracał na to uwagi. Jak więc widzisz, ulegamy pewnego rodzaju iluzji i nie zawsze to, co nam się wydaje, takim faktycznie jest. Na pewno natomiast aby grać w zespole Vader, trzeba sobie na to zasłużyć i nie ma tutaj przypadkowości. Jeżeli ktoś już trafia do tego zespołu, to musi być co najmniej dobry – musi pasować do niego. A potem jest ta największa próba, czy wytrzyma, by zostać w tym zespole. To zawsze było najtrudniejsze i stąd tyle roszad personalnych w grupie.

Vader sam jako zespół udowodnił, że Polak potrafi, ale dawał szansę udowadniać to także wielokrotnie polskim realizatorom dźwiękowym. Praktycznie od drugiej płyty wszystkie materiały były realizowane już w polskich studiach nagraniowych. Ostatni materiał „Necropolis” jest pierwszym po latach wyjściem do zagranicznego studia. Tue Madsen to świetny fachowiec, a z jego „pracowni” Antfarm wyszły produkcje Gorefest, Moonspell, Kataklysm. Co skłoniło was do tej decyzji?

W przypadku nagrywania wcześniejszych materiałów nie było to takie konieczne, bo mamy ludzi w Polsce, który potrafią to robić. Ale po jakimś czasie potrzeba trochę świeżego powietrza i innego spojrzenia, stąd decyzja, żeby spróbować gdzieś indziej zmiksować ten materiał. Ja podejrzewam, że w przyszłości będę częściej korzystał z pomocy producenta, chociaż jest to zawsze obarczone pewnym ryzykiem dla twórcy takiego jak ja, który przez tyle lat w każdym szczególe decydował o finalnym efekcie nagrań. A tutaj musisz zaufać wizji innego człowieka, który bierze twoją muzykę i kleci ją po swojemu. My we dwójkę odbyliśmy przed miksem długą rozmowę, a potem Tue sam zamknął się z tym materiałem, ale na tym polega praca z producentem i u nas w Polsce nie każdy rozumie to pojęcie. Ja też musiałem się przemóc parę lat wcześniej, bo to nie jest pierwszy moment, kiedy zaufałem komuś w procesie produkcji – podczas sesji „The Art Of War” oddałem ster braciom Wiesławskim i wyszedł bardzo świeży materiał. Teraz przyszedł czas na Tue Madsena, który mnie zaskoczył z zupełnie nieoczekiwanej strony, bo spodziewałem się bardzo nowoczesnego charakteru produkcji, jego charakteru. Natomiast Tue zrobił to, o czym ja bym marzył, a czego nie przypuszczałem – mocny Vader, bardzo dynamiczny, ale troszeczkę w starym stylu, z potężnymi bębnami, gitarami, mocnym wokalem etc. Powiem ci, że gęba sama mi się śmiała, jak tego słuchałem! A jeszcze dodatkowo podpasowało to nam pod względem dynamiki – sam Tue pisał mi, że wyjątkowo jest zadowolony ze swojej pracy, co rzadko mu się zdarza i że podoba mu się to, co zrobił (śmiech). No i oczywiście Nuclear Blast – usatysfakcjonować ludzi, którzy będą decydować o tym materiale, to jest pierwszy krok do sukcesu!

Czy przez tyle lat zbierania doświadczeń w studiach nagraniowych zmienił się sposób pracy zespołu? Czy wchodzicie do studia zapięci na ostatni guzik, czy też pozwalacie sobie na improwizację i dodatkowe eksperymenty w wolnym czasie?

Nasz sposób pracy praktycznie nie zmienił się od czasu nagrywania płyty „De Profundis”. Są utwory i pomysły, które powstały przed wejściem do studia, ale tak naprawdę dużo pracy i materiału powstaje podczas sesji nagraniowej. Wchodząc do studia nie wiesz, jaką płytę z niego „wyniesiesz” – dlatego, gdy często przed każdą sesją byłem pytany w rozmaitych wywiadach, jaka to będzie płyta i próbowałem nakreślić pewien wizerunek, to później jednak okazywało się trochę inaczej. To jest ten spontan i piękna strona twórczości – ulegasz ekspresji chwili w samym studiu, szukasz tego, co cię inspiruje i zastanawiasz się, w jaki sposób to zrobisz. Ile razy przecież było tak, że zmieniałem coś, mając gotowy utwór. Są zwolennicy długiej pracy, dłubania i zmieniania, ale w sztuce często nie ma to odzwierciedlenia. Dopracowując utwór w studiu do granic perfekcji, wcale nie masz pewności, że będzie on bardziej doceniony przez odbiorcę niż kawałek, który powstał w minutę – najlepszym takim przykładem w naszym przypadku jest utwór „Carnal”, który powstał praktycznie bez poprawek a wciąż jest żelaznym punktem wszystkich koncertów. Poza tym ja jeszcze trochę inaczej na to patrzę, bo jestem także fanem tej muzyki i tworząc utwór jednocześnie go słucham oraz recenzuję z tej perspektywy – gdy mi się podoba, to jest duże prawdopodobieństwo, że spodoba się również i fanom. Nie tworzę utworów na zasadzie taśmociągu w fabryce.

Ostatnia sesja w studio była o tyle niecodzienna, że po raz pierwszy fani mieli możliwość w internecie śledzić multimedialne relacje z postępu nagrań.

To jest trochę nauka współczesnego świata – Vader to stara szkoła i po prostu zapomnieliśmy o tym, że świat idzie do przodu, że pojawiło się coś takiego jak nowe media i że jest to potężne narzędzie. I szczerze powiem, że uczyliśmy się na historii sesji Behemoth. Zespół ten bardzo sprytnie i skutecznie wykorzystał media i internet do promocji, przekazywania informacji i budowania swojego wizerunku. Natomiast myśmy jakby przegapili ten moment i tak naprawdę dopiero widząc, co się dzieje, że świat nam ucieka, zaczęliśmy teraz zwracać na to uwagę. Dość późno pojawiła się nasza oficjalna strona internetowa, filmiki i reportaże na tej stronie – coś, co może być interesujące dla fanów. Pamiętasz dawne czasy – dla nas interesujące było, jak dostałeś flyera, list, koszulkę. To była wielka rzecz! Dzisiaj to nie robi ważenia – fani oczekują czegoś więcej. Myśmy mieli stare kasety video, kopiowane wielokrotnie – trzeba było nieźle wysilić wzrok, by na mętnym obrazie z taśmy coś zauważyć, a człowiek i tak cieszył się, jak dziecko. Dzisiaj całą masę takich filmów ludzie nagrywają na telefonie i potem wstawiają na YouTube w cyfrowej jakości. Teraz trzeba fanom dać coś, co ich zainteresuje, o czym my kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć, bo nie mieliśmy wtedy takich możliwości… Chociaż paradoksalnie to myśmy zrobili na naszej scenie pierwszy internetowy raport ze studia, gdy nagrywaliśmy materiał „The Beast” i potem o tym zapomnieliśmy. Po jakimś czasie zobaczyłem raporty ze studia chłopaków z Behemoth i olśniło mnie – to wspaniała rzecz dla fanów, by zobaczyli jak wygląda praca w studiu, jak się nagrywa, z czego się korzysta w trakcie sesji, z jakich instrumentów, efektów etc. Chcemy pójść jeszcze dalej i robić reportaże z tras koncertowych w postaci krótkich zajawek co 2-3 tygodnie. Wiesz, taki multimedialny dziennik zespołu. Próbujemy odnaleźć się w tym nowoczesnym świecie i wykorzystać współczesne narzędzia multimedialne do informowania o tym , co się dzieje w Imperium.

Behemoth od ładnych paru lat sukcesywnie depcze wam po piętach. Czy widzisz jeszcze jakieś inne polskie zespoły, które w najbliższym czasie osiągną podobny status?

Jest co najmniej kilka zespołów na naszej scenie, które są tak samo dobre i zasługują na podobną pozycję, że wymienię Lost Soul, Hate, Christ Agony czy choćby, żeby nie szukać daleko, Decapitated – zespół, który stosunkowo późno zaczął, ale uderzył z taką siłą, że nie wiadomo jakby się potoczyła ich kariera, gdyby nie ów nieszczęśliwy wypadek… Myślę, że w niedługim czasie mogli ruszyć w światową trasę i osiągnąć porównywalny sukces. Natomiast niewątpliwie siła Behemotha tkwi w tym, że jego lider Nergal jest człowiekiem upartym i konsekwentnie dążącym do obranego przed wielu laty celu i tylko dlatego, że ma silny charakter, ten zespół nadal istnieje i osiąga sukcesy. Oni czekali na swój moment, pomimo wielu trudnych chwil w ich historii – i ponieważ te chwile przetrwali, są tak silni. Trafili na podatny grunt i dodatkowo inteligentnie wykorzystali to, o czym przed chwilą wspomniałem – nowoczesne media, które uczyniły ten zespół wielkim. Oczywiście głównie za tym wszystkim stoi muzyka – gdyby zespół nie obronił się w tej warstwie, nie osiągnąłby sukcesu i uznania fanów. Tylko że w dzisiejszych czasach posiadanie statusu znanego medialnie zespołu nie wynika jedynie z umiejętności technicznych na scenie czy w studiu, ale również z umiejętności sprzedania tego zespołu w mediach – a Behemoth doprowadził to do perfekcji. Są zespołem metalowym i medialnym w 100 procentach – nie tylko grają, ale i wyglądają, prezentują się jak prawdziwy zespół metalowy. Do ich muzyki jest to element niezbędny. To nie tylko trampki i gacie czy dżinsy – tu jest trochę inaczej. Chociaż ja, szczerze mówiąc, chciałbym w przypadku Behemotha czasami więcej muzyki usłyszeć, ale może wynika to z faktu, że grają oni trochę inną muzę, niż to, co ja lubię. Ale pełen szacunek dla tego, co osiągnęli, bo absolutnie na uznanie zasługują i ciężko na to zapracowali. Wiedzieli gdzie uderzyć, jak „zagrać”, do tego są świetni na scenie.

Vader jest jednym z nielicznych zespołów na scenie death-metalowej, którego kształt, poza muzykami, wykuwają osoby zauważane jedynie przez tych najbardziej dociekliwych fanów, którzy czytają wszystkie teksty i opisy na płytach – chodzi mi o tak znaczące postacie, jak Paweł Frelik, Paweł Wasilewski, Tomek Krajewski, Łukasz Szurmiński czy ostatnio Harry Maat.

Tekst jest tak samo częścią twórczości grupy Vader, jak i muzyka, chociaż na pewno w metalu słowo, mimo że ma znaczenie, to jednak nie będzie miało w takim stopniu przebicia, jak w muzyce stricte rockowej, gdzie wiedzie prym. Zwłaszcza w gatunku death jest trochę odwrotnie – tekst stanowi tło dla muzyki i może determinuje to charakter wokalizy, sposób śpiewania czy krzyczenia właściwie, gdzie tekst nie jest wyraźny. Bo w metalu zawsze większy akcent wokalnie kładziono na sposób wydobywania dźwięku, niż na treść tekstu, jaką ten dźwięk ze sobą niesie. Dlatego cieszę się, że są tacy fani, którzy nasze teksty czytają i doceniają wkład ludzi, z którymi współpracuję w ich pisaniu. I powiem ci szczerze, że są czasami chwile – tak było w przypadku tworzenia tekstów do „Necropolis” – że mam dużą motywację do pisania, mam inspirację, siadam i przelewam swoje emocje w tekst. Natomiast ludzie, których wymieniłeś robią to pewnie lepiej, dlatego, że zajmują się tylko tym – może nie zawodowo, w sensie tekściarzy profesjonalnych – ale potrafią operować słowem tak, jak ja operuję dźwiękiem. Znajdziesz na pewno różnice w tych tekstach, ale ich charakter jest podobny. Jeżeli chodzi o formę, to jest ona przyjęta już dawno, podobnie jak koncepcja, którą nakreślam – ja adaptuję tekst do muzyki, kiedy się z nim zgadzam i gdy mi pasuje i mnie również czymś inspiruje. Natomiast to, co ja widziałem w ich tekstach, obrazy które mnie inspirowały mogły być zupełnie inne od inspiracji autorów – na tym polega sztuka Vader, gdzie wyobraźnia ma pierwszoplanowe znaczenie. Nie ma możliwości zrozumienia naszej twórczości i cieszenia się nią, gdy nie masz wyobraźni.

Przybliżmy więc jeszcze fanom najnowszy efekt pracy Vader – album „Necropolis”.

Nastrojowo bardziej chciałem się może cofnąć do modelu i tematyki tekstów z pierwszej płyty. Oczywiście nie powiem, że wróciliśmy do mistyki i dawnych bogów, bo praktycznie ten temat na każdej płycie się pojawiał – on nam ciągle towarzyszy i jest jakby częścią samego Vadera, ale nie w takiej formie. Wróciłem także do atmosfery z czasów „Sothis” przez umieszczenie na płycie takich fragmentów, jak „The Seal” czy „Summoning The Futura” – elementów klimatycznych uzupełniających muzykę, których dawno nie stosowałem. A jednocześnie są one nagrane analogowo w 90% – tak jak to robiłem właśnie na „Sothis”, gdzie tymi fragmentami niemuzycznymi uzupełniałem riffy. Przykładowo materiał „Impressions In Blood” był dla odmiany przesycony elektronicznymi samplami. Teraz wróciłem do tej formy pierwotnej – nawarstwiane głosy, tworzenie potęgi poprzez samą wokalizę, sprzężenia gitar i tego rodzaju charakterystyczne elementy, które wykorzystywałem kiedyś i o nich zapomniałem, a które pięknie budują nastrój, jeżeli umiejętnie je zmontujesz.

Gdy wyszedł minialbum „The Art Of War”, rozmawialiśmy o dużym koncept albumie, którego ten materiał mógł być potencjalnym zaczątkiem – czy projekt tego dzieła o tematyce militarnej, o wielkich bitwach pancernych gdzieś leży w szufladach Petera? Pomysł ten przecież dojrzewał, zanim podjął go w takim wymiarze Marduk…
Plan stworzenia takiego koncept-albumu nie jest zarzucony, ale na pewno nie zrobię tego w takiej formie, jak „Nostradamus” Judasów, bo generalnie materiały tego rodzaju posiadają pewną spójną ideę, ale są przesytem formy – są po prostu zbyt nudne w tej długości. Obok grupy Marduk najbliżej podobnego zamysłu jest Sabaton, który wokół wojennych historii zbudował całą koncepcję zespołu. W przypadku Vader wojenny charakter tekstów wynika z moich fascynacji historią, a tematyka tych zainteresowań militarnych i pancernych znalazła swoje odbicie po raz pierwszy tak wyraźnie w utworze „Cold Demons”. Natomiast na całościowy obraz „The Art Of War” wpłynęła poza tekstami także okładka, dodatkowe ilustracje oraz video-clip promujący materiał. Gdybyś tego wszystkiego nie widział i słuchał samej muzyki, mógłbyś mieć inne wyobrażenia odnośnie inspiracji autora i inaczej odebrać te akcenty wojenne – może nie sam utwór „This Is The War”, który bezpośrednio sugeruje tematykę, ale inne teksty z tego mini-albumu. To jest właśnie najwspanialsze w Vader, że tak dużą rolę w odbiorze naszej muzyki i interpretacji tekstów odgrywa wyobraźnia słuchacza – coś, co jest inspirowane czołgami w utworze „Cold Demon”, może być odebrane mistycznie jako walka demonów. Natomiast wracając do twojego pytania – każdy nasz album w jakimś sensie jest dziełem koncepcyjnym ale najbliżej spójnej tematyki byłem na płycie „Impressions In Blood”, gdzie inspiracją każdego utworu była krew w wielu aspektach przewijających się w tekście. Do tego nałożył się projekt okładki, wszystkie zdjęcia i wewnętrzne ilustracje podkreślające motyw krwi.

To był niewątpliwie koncept-album w takim klasycznym znaczeniu.

Chciałbym spróbować stworzyć podobne spójne muzycznie i tekstowo dzieło o innej tematyce, ale myślałem jeszcze o czymś innym – nawiązując troszkę do rozszerzonej wersji wspomnianego przed chwilą materiału „The Art Of War”, na której jest utwór „Giń psie”. Mianowicie chciałbym nagrać płytę w całości śpiewaną po polsku i jeżeli wyjdzie w innej formie, to tylko ze względu na tłumaczenie. Tak jak utwór „The Wrath”, który początkowo powstał jako „Gniew Szatana”, czy też „Reign Carrion”, którego pierwowzorem był kawałek „Trupi Jad”. Numery te przypominamy właśnie w pierwotnych wersjach na aktualnej trasie koncertowej po kraju. Wcześniej udało mi się je zebrać na reminiscencyjnym albumie „XXV” – to były nasze koncertowe hiciory z ery jeszcze przed dołączeniem Docenta do zespołu, który później te kompozycje bardziej rozwinął technicznie dzięki swoim umiejętnościom. Tak naprawdę nigdy nie miałem okazji w większym wymiarze zaprezentować na scenie tych kawałków w oryginalnej postaci i z pierwotnym polskim tekstem. Gdy opublikowaliśmy utwór „Giń psie”, numer ten od razu stał się bardzo pożądany na koncertach i często graliśmy go na poprzedniej trasie – był szokiem dla wielu ludzi, bo jest kompozycją bardzo dawną, którą pamiętają tylko najstarsi Górale. Jak na ironię premierowe wydanie tego utworu ukazało się na japońskiej wersji płytki „The Art Of War”, ale tylko gdy jego tekst ukazał się na naszej stronie internetowej, numer został od razu „kupiony” przez fanów. To był powód, dla którego zdecydowałem się na przypomnienie pierwszych utworów Vader po polsku na kompilacji „XXV” i teraz na koncertach.

Na koniec luźne pytanie dygresyjne, ale może wbrew pozorom wcale nie takie absurdalne. Czy w dalszej przyszłości przewidujesz taką mianowicie sytuację – kolesie w USA idą do kina po raz pierwszy na „Gwiezdne Wojny”, siadają w fotelach i nagle pada komentarz jednego z nich: „Patrzcie, to Vader – gość, którego nazwisko George Lucas ściągnął od tego słynnego metalowego zespołu!”?

Nie, nie! Do takich bluźnierstw na pewno nigdy nie dojdzie. Ha! Ha! Ha! Chociaż powiem Ci, że gdy kiedyś jakiś fan napisał do mnie, że był na koncercie legendarnego Black Sabbath w Spodku w Katowicach i usłyszał tam cover Vadera „Black Sabbath”, to trochę mnie zmroziło. To był akurat ktoś z młodszej gwardii, kto pewnie zaczął muzyczną edukację od „Sothis” czy „Future Of The Past” i zauważył ten utwór nie kojarząc go z pierwowzorem – to dopiero było bluźnierstwo! Ale wracając do wizji przedstawionej w Twoim pytaniu – nie mamy jeszcze chyba aż takiej rozpoznawalności, by zagrozić ikonie „Gwiezdnych Wojen” i niestety w Stanach na razie nie możemy pochwalić się nawet taką promocją, jak choćby wspomniany wielokrotnie Behemoth, ale na pewno możemy poszczycić się dość liczną publicznością, która jest wystarczająco silna, by Vader mógł praktycznie co roku grać tam trasy. Nie chodzi mi o imprezy typu Ozzfest, nie jakieś festiwale, ale z rozpoznawalnością wystarczającą do tego, by występować w sporych klubach zapełnionych w zadowalającym stopniu. Nigdy też nie mieliśmy problemów prawnych z wykorzystaniem tej nazwy – jest zbieżność i zauważalna inspiracja, ale my nie nazywamy się Darth Vader, nie korzystamy z żadnego logo czy znaku zastrzeżonego prawnie.

Niemniej podobnej sławy, jak we wspomnianej fantastycznej wizji Vaderowi życzę! Myślę, że wszyscy fani czytający ten wywiad również przyłączą się do tego życzenia…

Petera wymęczył Wasz niezmordowany Pit

144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753083
DzisiajDzisiaj273
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4226
Ten miesiącTen miesiąc2824
WszystkieWszystkie3753083
54.227.97.219