Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 69sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

internal quiet 2018 tour poster new m 

diamond head plakat m

striker plakatzzz m

xmsf poster poland m

xdragonhammer plakat m

impaled nazarene plakata m

solstafir-kwadrat-b

nightwish plakatz m

annihilator nowy plakat m

slayer plakatz m

exodusreklama logotypy rgb m

xkreator plakat m

xmerry christless plakat m

batushka plakatz m

xhaken plakat m

ivar einar2 m

„Po prostu metal” (River Of Time)

– To, co gramy, ma być różnorodne i ciekawe, stąd mieszanka różnych stylów – od hard rocka, poprzez heavy i thrash, po elementy progresji. W każdej chwili możemy sięgnąć po cokolwiek i to jest właśnie fajne. Oczywiście wszystko nadal w konwencji mocno gitarowej – mówi Marcin „Velesar” Wieczorek. I faktycznie, na debiutanckiej płycie jego zespołu River Of Time mamy ostry, siarczysty metal, wystający z rozmaitych szufladek. Odpalcie więc „Revival” i poczytajcie, co ma do powiedzienia na temat długiej historii powstawania tej płyty lider grupy:

HMP: Zwykle wygląda to tak, że kiedy ma się pomysł na płytę i gotowy materiał, to powstaje ona dość szybko. W twoim przypadku było jednak zupełnie inaczej, bo pierwsze kompozycje z „Revival” powstały jeszcze w 2003 roku i miał to być solowy album, swoista odskocznia od tego, co robiłeś wtedy w Goddess Of Sin?

Marcin „Velesar” Wieczorek: Częściowo tak. Goddess Of Sin to był początek. Wszyscy byliśmy jeszcze bardzo młodzi. To był czas, kiedy słuchało się Iron Maiden, Metalliki, trochę Slayera, Malmsteena, Rhapsody, Hammerfall, Helloween, Kata itd., poza tym każdy miał swoje muzyczne inspiracje, niekoniecznie metalowe. Właściwie zaczynaliśmy dopiero swoją przygodę z metalem, bo chociaż każdy miał już jakieś doświadczenie sceniczne, to raczej z zupełnie inną muzyką. W każdym razie kompozycje w Goddess Of Sin były łatwiejsze, bardziej heavy niż thrash, nie mówiąc już o graniu progresywnym. Natomiast materiał, który sobie wymarzyłem, był znacznie trudniejszy, dojrzalszy i tak naprawdę na początku chciałem, żeby to nasze heavy, chociaż fajne, przekształciło się właśnie w coś takiego. Powiem więcej – nawet zagraliśmy jako Goddess Of Sin na kilku ostatnich koncertach pierwsze wersje „Dedication” i „Revivala”, chociaż z całkiem innym tekstem. Niestety, w 2007 roku Goddess Of Sin zawiesiło działalność, a ja stwierdziłem, że w takim razie zostaje mi tylko solowa płyta. Do tego jednak nie doszło z racji wielu innych zajęć, takich jak studia, magisterka, potem praca, przeprowadzki itd. Słowem – życie. Cały czas jednak powstawały nowe utwory. Patrząc z perspektywy czasu, cieszę się, że nie zabrałem się za to właśnie wtedy, bo dzisiaj połowę z tych kawałków wyrzuciłbym do kosza.

Fakt, że po rozpadzie tej grupy zostałeś wokalistą Radogosta też pewnie nie ułatwiał ci zadania, ale nie zrezygnowałeś całkowicie z tego pomysłu. Czekałeś na odpowiedni moment?

Radogost pochłonął mnie całkowicie. Okazało się, że folk metal, razem z całą swoją specyficzną otoczką to właśnie to, w czym się odnalazłem. Powrót do słowiańskich korzeni, teksty odnoszące się do dawnych bogów, przypominanie na nowo tego, o czym niemal się zapomniało (głównie dzięki naszemu „wspaniałemu” systemowi edukacji i ignorancji ludzi, którzy mają w tym kraju coś do powiedzenia), ale także bardzo specyficzna i niezwykle wdzięczna publiczność folk metalowa oraz społeczność rekonstruktorów – to było coś, co pokochałem. Nie myślałem wtedy o solowej płycie – nie miałem na to czasu. Radogost po długiej przerwie powrócił na scenę, mieliśmy sporo koncertów, pojawiła się płyta, słowem – było co robić.

Sytuacja rozwinęła się jednak w zupełnie innym kierunku, bo zamiast płyty solowej powstał zespół River Of Time i to z nim nagrałeś tę wymarzoną płytę – w grupie raźniej?

Wiesz, trudno nagrać płytę samemu, nie mówiąc już o koncertach (śmiech). A tak na poważnie – kiedy moja przygoda z Radogostem nagle się skończyła, nie oznaczało to bynajmniej porzucenia wszystkiego, co robiłem do tej pory. Tak naprawdę całe moje życie było związane z muzyką, bo pierwszy raz stanąłem na scenie w wieku ośmiu lat. W roku 2014 były to już 24 lata na scenie, z czego 13 w burzliwym związku z muzyką metalową, więc gdybym nie ruszył dalej, to nie mógłbym sobie spojrzeć w oczy. Różnie już bywało, ale zawsze, cokolwiek się działo, w końcu wracałem na scenę. Tym razem po prostu postanowiłem nie czekać, tylko od razu zacząć działać. Na pewien czas odłożyłem na półkę folk metal, odkurzyłem stary materiał, odmłodziłem go trochę i od tego się zaczęło. Aczkolwiek, tak jak mówisz, nie jako solowy projekt, tylko pełnoprawny zespół. Który zresztą na początku miał się nazywać zupełnie inaczej, ale to już inna historia.

Postawiłeś na sprawdzony skład, werbując do współpracy muzyków, których znałeś z Goddess Of Sin czy innych zespołów – to nie był czas na eksperymenty?

Dokładnie. Od razu postawiłem na sprawdzone osoby, z którymi mogłem być pewny przynajmniej tego, że ta płyta powstanie i że przede wszystkim będzie im się chciało grać.

Wydanie tej płyty było wciąż twoim marzeniem, czy też powoli stawało się już swego rodzaju obsesją, na zasadzie: muszę, muszę w końcu to zrobić!?

Wtedy już ani jedno, ani drugie. Po prostu chyba dojrzałem do tego, żeby ten materiał wreszcie ujrzał światło dzienne. On też musiał dojrzeć. Mimo wszystko to dość osobisty materiał, zwłaszcza w warstwie tekstowej i chyba dobrze się stało, że przeleżał te kilka czy kilkanaście lat w szufladzie. Po prostu wydaje mi się, że gdybym nagrał tę płytę wcześniej, to nie byłaby autentyczna. Zwłaszcza dla mnie samego. A na pewno teksty byłyby inne. Teraz, mając na karku tyle lat ile mam, wiele różnych doświadczeń, dziesiątki zarówno niepowodzeń, jak i mniejszych lub większych sukcesów, podchodzę zupełnie inaczej do wielu rzeczy. I to też znajduje swoje odbicie w mojej muzyce.

„Revival” czyli odrodzenie, niejako twój powrót do bardziej tradycyjnego metalu – tak można odczytywać ten tytuł?

Nie do końca, chociaż częściowo masz oczywiście rację. Bardziej jako powrót do muzyki i na scenę po rozstaniu z Radogostem. Wiele osób pytało mnie wówczas, jakie są moje dalsze plany muzyczne, więc po prostu im je zaprezentowałem, chociaż może nie tego się na początku spodziewali. W utworze tytułowym płyty jest taka fraza: „Revival of my fate – again, back to the game”. Oznacza to, że znowu wróciłem do gry, mam jeszcze wiele do powiedzenia i mam zamiar to zrobić. Tylko tyle i aż tyle.

Odnoszę wrażenie, że ta płyta jest też dla ciebie swoistą unifikacją metalowego stylu, bez szufladkowania, dokładnych klasyfikacji stylistycznych – miało być ostro, potężnie, mrocznie, ale i melodyjnie, stąd odniesienia zarówno do hard rocka, tradycyjnego metalu, ale też speed czy thrashu?

Zawsze wkurzało mnie takie szufladkowanie. Niestety, zespoły, zwłaszcza młode, często same w to wpadają, na zasadzie – skoro gramy death metal, to nagrywamy 10 kawałków maksymalnego łojenia. To nic, że wszystkie są takie same i w zasadzie mógłby to być jeden 50-minutowy utwór. Efekt jest taki, że takie płyty są po prostu nudne, nie mówiąc już o koncertach. Oczywiście nie wszyscy tak robią i sam często stykałem się i nadal stykam się na wspólnej scenie z kapelami różnych stylów metalowych, które mają naprawdę fajny i ciekawy materiał. Jednak nudnawo też bywało. W Goddess Of Sin mieliśmy często takiego pecha, że graliśmy jako ostatni zespół, podczas gdy przed nami były cztery czy pięć kapel „true death”. Po drugiej takiej kapeli można już było dostać kręćka. Ale wiesz – my byliśmy smarkaczami, to czekało się cierpliwie na tę swoją kolej. Chociaż miało to też swoje dobre strony, bo jak już wyskakiwaliśmy na końcu z tym naszym heavy, po kilku godzinach takiej młócki, to dla publiczności było to jak zimna woda w upalny dzień (śmiech). W każdym razie dla mnie to jest nie do przyjęcia. Było tak zarówno w Goddess Of Sin, jak i w River Of Time. To, co gramy, ma być różnorodne i ciekawe, stąd mieszanka różnych stylów – od hard rocka, poprzez heavy i thrash, po elementy progresji. W każdej chwili możemy sięgnąć po cokolwiek i to jest właśnie fajne. Oczywiście wszystko nadal w konwencji mocno gitarowej.

Nie pomylę się pewnie zbytnio stwierdzając, że jest mało prawdopodobne, iż utwory napisane kilkanaście lat temu trafiły na „Revival” bez jakichkolwiek poprawek czy zmian? Dopełniłeś je też pewnie nowszymi kompozycjami, nie są to wyłącznie te stare utwory?

Dobrze trafiłeś (śmiech). Tak naprawdę ja ciągle coś mieszałem w tych kawałkach przez te wszystkie lata. Żaden z nich nie jest taki, jak był na początku. I dobrze, że wreszcie zostały nagrane, bo podejrzewam, że nadal bym w nich kopał. I faktycznie – nie wszystkie są „stare”. „Revival” czy „Dedication” należą do tych kawałków, które powstały jako pierwsze. Natomiast jest też kilka zupełnie nowych, choćby „Mirror’s Edge” czy „I Hate You”. Tak naprawdę trudno było wybrać utwory na tę płytę, bo tych „starych” w ciągu kilkunastu lat pojawiło się kilkaset. Wiele z nich w ogóle nie powinno być upublicznionych i na pewno nie będą. (śmiech)

Opisany jako bonus track „Violator’s Cave” brzmi jakoś surowiej – to nagranie demo z innej sesji, czy może jakiś odrzut, który postanowiliście jednak opublikować?

Szczerze? Brzmi dokładnie tak, jak miał brzmieć. Od początku zakładaliśmy, że ten kawałek będzie zupełnie inny. I muzycznie, i właśnie brzmieniowo. Tak naprawdę to nawet nie jest metal, bardziej hard rock z lat 80. To taki nasz mały hołd dla starych czasów i początków muzyki metalowej, co zresztą często mówię ze sceny. Mam nadzieję, że brzmieniowo też udało nam się taki efekt osiągnąć. Chyba tak, skoro o to zapytałeś.

To nietypowa sytuacja, że liderem i wyłącznym autorem muzyki i tekstów jest wokalista – koledzy i koleżanka nie protestowali, nie próbowali proponować swych kompozycji, bo od początku było wiadomo, że w tej kwestii River of Time = Velesar?

Wcale nie taka nietypowa, zwłaszcza że w Goddess Of Sin byłem też gitarzystą – i w zasadzie nadal jestem (choć już znacznie rzadziej udzielam się na gitarze niż kiedyś). Podobnie jest w Radogoście, gdzie liderem jest Mussi – były/obecny wokalista, a zarazem autor utworów i tekstów (poza płytą, którą nagraliśmy razem, bo tam akurat teksty są mojego autorstwa). Tworząc River Of Time, przyszedłem z gotowym materiałem, który wszystkim się spodobał, więc też członkowie kapeli nie mieli podstaw do protestowania. Po prostu zaczęliśmy go grać. Oczywiście każdy mógł dołożyć do tych kawałków coś od siebie, zwłaszcza gitarzysta solowy i perkusista, ale w większości to ścieżki, które napisałem. W każdym razie tak jest na pierwszej płycie. Na drugiej trochę się to zmieni, ale nie chcę na razie zdradzać szczegółów. Natomiast jeszcze raz chciałbym podkreślić, że chociaż gramy moje utwory, to River Of Time to zespół, a nie Velesar. Wszyscy są tutaj równie ważni i potrzebni. Sam to mógłbym sobie najwyżej przy ognisku pograć.

Widzę jednak, że reszta składu miała jakiś twórczy wkład w materiał River Of Time, bo aranżacje poszczególnych utworów to wasze wspólne dzieło?

Różnie to bywa w różnych kapelach. Czasami ktoś przynosi riff czy ścieżkę wokalu i na tej bazie wszyscy razem tworzą utwór. U nas działa to inaczej. Jeśli już piszę kawałek, to od A do Z, czyli przynoszę pełny utwór – wszystkie ścieżki, począwszy od perkusji, poprzez obie gitary, solówki i bas, a na wokalu kończąc. Przede wszystkim po to, żeby wiedzieć, jak to zabrzmi w całości. Oczywiście, jak mówiłem wcześniej, jeśli ktoś chce coś zmienić, to może to zrobić w każdej chwili. Pod warunkiem, że będzie się to zgrywało (śmiech). Mówiąc szczerze, to sporo ułatwia, zwłaszcza że jesteśmy rozrzuceni na co dzień po różnych częściach kraju i czasami spotkanie się na próbie w pełnym składzie graniczy z cudem. A jeśli każdy dostanie wcześniej to, czego ma się nauczyć, to przychodzi z tym na próbę i po prostu gramy. Zdarza się, że gramy jakiś kawałek na próbie po raz pierwszy i w zasadzie wychodzi „od strzału”. Świetnie się tak pracuje.

Uwagę zwraca też warstwa tekstowa – nie chciałeś wykorzystywać garści oklepanych, metalowych banałów, teksty musiały niejako współgrać z muzyką, dobrze ją dopełniać?

W zasadzie łączy się to z jednym z twoich poprzednich pytań o szufladkowaniu. Te teksty też są różnorodne i opowiadają o wielu sprawach, przede wszystkim o tym, z czym się absolutnie nie zgadzam, a są to sprawy takie jak: przemoc, wojna, ćpanie, zdrada itd. Oczywiście to jest muzyka metalowa, która rządzi się swoimi prawami i poezja śpiewana nie ma tu racji bytu (śmiech). Niektóre teksty są mocne, jak w „Mirror’s Edge”, który opowiada o ludziach kreatywnych, z pomysłami, którzy właśnie za to często są gnojeni i wyśmiewani przez tych, którzy sami nie potrafią nic zrobić, bo albo nie mają talentu, albo po prostu im się nie chce. Niestety, często to obserwujemy w naszym kraju (choć nie tylko tutaj). A taki opór, a czasami wręcz wrogość, potrafi zniszczyć, nawet zabić. Ilu świetnych artystów, sportowców lub po prostu społeczników zrobiło wiele świetnych rzeczy, za co spotkali się tylko z hejtem? O tym jest ten tekst. Mówi: „Nie poddawaj się, rób swoje, przyjdzie taki moment, że wygrasz! Znowu cię zgnoili, więc chlejesz do lustra, ale dasz radę i w końcu udowodnisz, na co cię stać!”. Inny przykład to „Dedication”. Ten kawałek można zadedykować wszystkim tym, którzy kiedykolwiek zostali „zrobieni w balona” i za bezinteresowną pomoc odwdzięczono się im tylko kopem w tyłek. Jako ciekawostkę dodam, że obydwa mają też swoje polskie wersje i te właśnie śpiewam na koncertach w Polsce. Natomiast utwór tytułowy, czyli wspominany już „Revival”, to z jednej strony podziękowanie dla Anny Rice, autorki mojej ulubionej serii książkowej, czyli „Kronik Wampirów”, a z drugiej taki osobisty manifest, o czym już wspominałem.

Najczęściej po wydaniu debiutanckiej płyty każdy zespół stara się pójść za ciosem, promować ją w każdy możliwy sposób. Tymczasem u was nastąpił rozłam, bo gitarzyści Krzysztof i Adam odeszli, zakładając Ironbound – nie chciałeś iść w stronę NWOBHM, w którą ich ciągnęło?

Chłopaki założyli Ironbound i w pewnym momencie stwierdzili, że nie pogodzą dwóch kapel. Szkoda, że zrezygnowali, bo z nimi jako pierwszymi to zaczynałem, poza tym z Krzyśkiem od wielu lat chcieliśmy założyć coś wspólnego, ale mieli prawo do takiej decyzji i oczywiście uszanowałem to. Dziękuję im za ogromny wkład włożony w nagranie „Revival”, ale trzeba iść dalej. NWOBHM to nie jest jednak muzyka, jaka mi scenicznie odpowiada, no i tu już brakuje mi tej różnorodności, o której wspominałem.

Szybko jednak znaleźliście ich następców, Dawida Holonę z Keep on Rockin’ oraz Marcina Frąckowiaka, znanego choćby ze Stosu czy Percival Schuttenbach/Percival, a ułatwieniem był tu pewnie fakt, że obaj zagrali na „Revival”?

W pewnym sensie tak. Dawid był blisko zespołu w zasadzie od początku i bardzo się cieszę, że postanowił dołączyć na stałe, bo jest świetnym gitarzystą solowym, który zagra wszystko. Natomiast z Froncem znamy się kupę lat, choćby z czasów Radogosta, kiedy pojechał z nami w trasę koncertową w charakterze zastępstwa za perkusistę.

Przyznasz, że to trochę dziwna sytuacja, kiedy ktoś gra gościnnie na jakiejś płycie na perkusji, by wkrótce po tym zostać gitarzystą tego zespołu? (śmiech)

Wierz mi, nie w przypadku Fronca (śmiech). Ten koleś to człowiek-orkiestra, świetny instrumentalista i zarazem dobry kumpel. Gra na perkusji, basie, gitarze i w każdej tej roli dobrze się odnajduje. W River Of Time zwolniło się miejsce gitarzysty, więc przejął gitarę.

„Revival” ukazał się prawie rok temu i domyślam się, że jest to dla ciebie podsumowanie pewnego okresu, kiedy ta płyta przez lata była tylko w planach. Rodzi się jednak pytanie co dalej, bo skoro tworzycie cały czas, to można spodziewać się kolejnej płyty River Of Time?

W tym momencie mogę zdradzić, że materiał na drugą płytę jest już gotowy. Prawdę powiedziawszy – na kolejną też… Jedyny, ale najważniejszy problem, to niestety finanse – czyli dokładnie to samo, z czym boryka się większość polskich kapel. Nie mamy zamiaru nagrywać płyty na kolanie, a dobre studio swoje kosztuje i w tym momencie to granica nie do przeskoczenia. Płyta powstanie, ale terminu nie jestem w stanie podać. Taka już jest nasza polska rzeczywistość. „Revival” nagraliśmy całkowicie sumptem własnym, natomiast płytę udało się wydać w formie CD dzięki fanom, którzy pomogli nam w kampanii crowdfundingowej. W innym wypadku nadal by tej płyty nie było, a przynajmniej nie w formie pudełkowej. Tak więc na drugi krążek trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Aczkolwiek pojawi się w międzyczasie coś zupełnie innego, do czego już trwają przymiarki…

Niektóre z utworów z debiutu mają też polskojęzyczne wersje, np. „Dedication” – „Dedykacja” – to zapowiedź tego, że na kolejnym albumie postawisz na polskie teksty?

Raczej nie. River Of Time od samego początku było planowane jako projekt anglojęzyczny, natomiast polskie wersje kilku utworów (dokładnie trzech) to ukłon w stronę naszych polskich fanów. Te kawałki w Polsce gramy po polsku. W przypadku drugiej płyty będzie tak samo, chociaż niewykluczone, że tym razem pojawi się więcej polskich wersji.

W „Revival” śpiewasz „Again, back to the game”, czyli brakowało ci grania i teraz już nie odpuścisz, tym bardziej, że ten zespół ma potencjał i szkoda byłoby go zaprzepaścić?

River Of Time nie odpuści, chociaż ostatnio jest ciężej z koncertami. Po prostu takie czasy. Ludzie wolą słuchać Sławomira lub pograć na kompie niż pójść na koncert. Kilkanaście lat temu, nie będąc w ogóle znanym, można było pojechać zagrać koncert i mieć pewność, że będzie pełny klub. Nieraz nam się tak zdarzało z Goddess Of Sin, choćby w chorzowskiej Rampie, świetnym i od dawna nie istniejącym już niestety klubie. Teraz na koncertach pojawiają się głównie weterani. Ale nie odpuszczamy – dla nas koncert to koncert i musimy pokazać się z jak najlepszej strony, bez względu na to, czy przyjdzie 300, czy 10 osób. Fajne są koncerty na zlotach motocyklowych, a kilka zdążyliśmy już „obskoczyć” i zawsze byliśmy bardzo dobrze przyjmowani. Natomiast problemem jest to, że teraz bez kasy i znajomości niewiele można zrobić. To mocno ogranicza możliwości. Ale nie poddajemy się i mamy zamiar grać dalej. W międzyczasie mamy też inne muzyczne projekty, więc nie nudzimy się.

Wojciech Chamryk

118_burningwitches_158x600px_eu.gif 115_fifthangel_158x600px_eu.gif 119_hugsja_hmp002.png 117_fever_singiel_obey_hmp.gif 116_accept_158x600px_eu.gif

Goście

1571548
DzisiajDzisiaj1325
WczorajWczoraj3051
Ten tydzieńTen tydzień1325
Ten miesiącTen miesiąc47063
WszystkieWszystkie1571548
54.221.75.68

the australian pink floyd show 2019 posterb1 m

hell over hammaburg flyer august m

xoverkill plakat m