Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 71sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

visigoth plakatc m

anthrax plakatz m

godsmack 2019 poster m

king crimson 2019 ebiuletyn m

mystic festivalk m

wehrmacht plakat m

queensryche plakat m

wacken2019

black silesia open air festival iv m

prog in park iii m

„Własny tunel rzeczywistości” (Pinn Dropp)

– Tak naprawdę nie interesuje nas szufladkowanie, chcemy grać po prostu najlepszą muzykę jaką możemy, poruszając się w obszarach tego, co zostało zdefiniowane jako „prog”, ale też nie na siłę – mówi założyciel i lider Pinn Dropp Piotr Sym. Warszawska grupa na swym debiutanckim albumie „Perfectly Flawed” faktycznie gra progresywnego rocka w odmianie najszlachetniejszej z możliwych, a opinie, że do brylujących w świecie Collage czy Riverside już niebawem może dołączyć ta właśnie grupa mają racjonalne podstawy:

           
HMP: Historia powstania Pinn Dropp jest o tyle ciekawa, że początkowo nie był to zespół w pełnym tego słowa znaczeniu, bo tworzyłeś pierwsze utwory w pojedynkę, licząc, że zdołasz znaleźć ludzi zainteresowanych graniem takiej progresywnej muzyki?

Piotr Sym: Dokładnie tak. Szeroko pojęty rock progresywny inspirował mnie od bardzo dawna, ale nigdy wcześniej (zanim powołałem do życia Pinn Dropp) nie miałem okazji grać czy pisać muzyki w tym stylu. Wpadłem więc na pomysł założenia takiego projektu, opartego o moje kompozycje. Po napisaniu paru utworów wyczułem, że mają one potencjał i pomyślałem, że gdyby udało mi się skompletować skład, który mógłby nagrać wspomniane utwory, mogłoby wyjść z tego przedsięwzięcia coś ciekawego.

Dołączenie Dariusza Piwowarczyka było tym pierwszym przełomem, ale zdaje się, że dopiero zwerbowanie po dwóch latach wokalisty Mateusza Jagiełły było dla was punktem zwrotnym, bo we trzech mogliście już zacząć nagrywać coś więcej niż tylko demówki?

Piotr Sym: Darek był pierwszą osobą, która poważnie zaangażowała się w projekt. W zasadzie można powiedzieć, że jest on współzałożycielem Pinn Dropp i od momentu rozpoczęcia naszej współpracy projekt wszedł w kolejną fazę rozwoju. Darek pomagał mi przy aranżacjach oraz zajął się przygotowaniem nagrań demo pod kątem producenckim. Jego rola wykraczała daleko poza bycie „tylko perkusistą”. Pojawienie się Mateusza zaś, było kolejnym krokiem naprzód. Od samego początku wiedziałem, że muzyka stworzona pod szyldem Pinn Dropp nie może być wyłącznie instrumentalna.  Potrzebowaliśmy więc odpowiedniego wokalisty, którego trudno bym nam znaleźć. Przez pewien czas zaangażowaliśmy do współpracy Krzysztofa Sałapę, wokalistę znanego z pierwszej płyty zespołu Archangelica, ale dopiero pojawienie się Mateusza było prawdziwym przełomem. Odnalazł się doskonale w naszej stylistyce, napisał świetnie melodie wokalne i zajął się tekstami. Myślę, że miałem spore szczęście, że spotkałem na swojej drodze zarówno Darka, jak i Mateusza, gdyż wnieśli oni sporo do tego zespołu i nadali mojej muzyce ostateczny kształt.

Efekt to pierwsze utwory, początkowo zamieszczane w sieci, później zebrane na EP-ce „Re:Verse, Re:Treat, Re:Unite” – zainteresowanie tym materiałem sprawiło, że uwierzyliście w swoje siły i z jeszcze większą energią zabraliście się do pracy nad debiutanckim albumem?

Piotr Sym: Dokładnie tak. Chcieliśmy sprawdzić czy wzbudzimy jakieś zainteresowanie naszą muzyką, ale wówczas kiedy pojawiła się nasza EP utwory przewidziane na płytę w wersjach demo były już gotowe. Należało je po prostu nagrać, stworzyć do nich linie melodyczne, poprawić aranżacje, dobrać odpowiednie brzmienie. Kiedy tylko okazało się, że nasza muzyka wzbudziła zainteresowanie stwierdziliśmy „OK, to teraz nagramy i wydamy płytę”. To był kolejny ruch, pójście za ciosem, realizacja planu.

Rock progresywny w waszym ujęciu nie jest jednowymiarowy, bo czerpiecie zarówno od klasyków lat 70. i 80., jak też z tych nowszych, współczesnych nurtów – ograniczanie się wyłącznie to tego, co grano kiedyś byłoby czymś bezsensownym z artystycznego punktu widzenia, kwalifikując was od razu do takiego progresywnego skansenu zespołów-wyłącznie odtwórców, czego za wszelką cenę chcieliście uniknąć?

Paweł Woliński: W naszym rozumieniu muzycznej rzeczywistości, nie występuje zjawisko które można by było określić mianem „starego” lub „nowego”. To co nas inspiruje, to poszczególne muzyczne koncepty manifestujące się w historii w różnych okresach. Każda epoka muzycznego dziedzictwa charakteryzowała się odmiennym stylem czy podejściem co do opracowywania poszczególnych składowych dzieła muzycznego. Od klasycznych form pokroju sonaty, ronda, fugi aż po opracowania awangardowe pokroju „Święta wiosny’’ Strawińskiego czy logiczne łamigłówki Arnolda Schönberga, od prostego rock 'n' rolla po jazz fusion czy właśnie rock progresywny. Warto zaznaczyć, że sam termin „progresja” oznacza ciągły rozwój, zaś w terminologii muzycznej mianem progresji określa się powtórzenie danego zdania muzycznego wraz ze wzrostem wysokości tonów. Innymi słowy, naszym celem nigdy nie było i nigdy nie będzie, powielanie jakiejś określonej formuły, gdyż wyklucza to sama etymologia nazwy. Czerpiemy garściami ze wspaniałej muzycznej tradycji, przepuszczamy to jednak przez NASZ tunel rzeczywistości. Wynikiem tego są złożone zdania muzyczne, ale to do jakiego nurtu zostaną one zakwalifikowane nie należy do naszych zmartwień. 

Piotr Sym: Ludzie przeróżnie określają naszą muzykę. Dla niektórych gramy retro-symfoniczny rock progresywny, dla innych rock neoprogresywny, a jeszcze innych prog-metal. Uważam, że generalnie istnieje pewien problem z definicją tego czym jest „rockiem progresywny”. Dla jednych to muzyka odkrywcza, nowatorska, poszukująca, progresywna w każdym znaczeniu, ale do tych określeń pasuje mi chyba bardziej nazwa „muzyka awangardowa”. Dla innych, w tym również dla mnie, to raczej styl muzyki rockowej, który został zdefiniowany wyraźnie w latach 70. (wówczas była to awangarda) i ewoluując wytworzył jakby własne podgatunki, zupełnie jak metal. Tak jak mamy np. „heavy metal”, „death metal” i „thrash metal”, mamy tak samo: „symphonic prog”, „rock neoprogresywny” czy „prog-metal”. Nawet „djent” czy „post-rock” określa się mianem jakiejś tam pochodnej rocka progresywnego. Tak naprawdę nie interesuje nas szufladkowanie, chcemy grać po prostu najlepszą muzykę jaką możemy, poruszając się w obszarach tego, co zostało zdefiniowane jako „prog”, ale też nie na siłę. Sam fakt, że wykorzystujemy takie instrumenty jak melotron czy analogowe syntezatory niekoniecznie musi skazywać nas na „skansen”. Po prostu lubimy takie brzmienia.

Są jednak pewne progresywne kanony, z którymi musieliście się zmierzyć: długie, rozbudowane utwory, typowe dla gatunku kompozytorskie i aranżacyjne schematy. Jak do nich podchodzić, żeby słuchacz nie skrzywił się z niesmakiem: oj, znowu to samo, ile razy można to wszystko powtarzać?

Piotr Sym: Myślę, że z czymś takim musi zmierzyć się każdy, kto chce tworzyć własną muzykę. To tak samo, jakby zespołowi hardrockowemu powiedzieć, no ile razy można grać te same riffy, które brzmią jak np. Led Zeppelin? Jak widać można, o czym świadczy ogromna popularność pewnego zespołu kopiującego Led Zeppelin (śmiech). Tak na poważnie jednak, to moim zdaniem kluczem jest stworzenie w ramach kanonu czegoś, co od strony muzycznej jest atrakcyjne, ma pewną „klasę” oraz własny charakter. W muzyce rockowej powiedziano już wszystko. My zaś robimy kreatywny „recycling” z własnym znakiem jakości oraz własnym stylem, który zapewne będzie ewoluował na kolejnych płytach.

Pracowaliście nad „Perfectly Flawed” dość długo i warto podkreślić, że jest to wasza w pełni zespołowa produkcja, jesteście bowiem nie tylko autorami tego materiału, ale też jego realizatorami i producentami?

Piotr Sym: Tak, za nagrania oraz za miks odpowiada Darek Piwowarczyk, Mateusz zaś zrobił mastering. Jest to w pełni zespołowa produkcja.

W międzyczasie staliście się też kwartetem, dzięki akcesowi basisty Pawła Wolińskiego, co było nad wyraz korzystne, bo dzięki niemu staliście się już pełnoprawnym zespołem?

Piotr Sym: Zaangażowanie Pawła miało na celu odciążenie Mateusza, zarówno w studio, jak i w przyszłości na scenie, który oprócz tego, że jest wokalistą jest również multiinstrumentalistą. Rola Pawła w nagraniach „Perfectly Flawed” była raczej odtwórcza, jednak w przyszłości to się zmieni. Paweł pisze również własną muzykę i wspólnie pracujemy już nad nowym materiałem. Staliśmy się nie tyle pełnoprawnym zespołem, co nieco innym zespołem, gdyż każdy z nas wnosi coś do muzyki i ma wpływ na jej ostateczne brzmienie.

Zamieściliście na płycie publikowane już wcześniej utwory, ale nie poszliście na łatwiznę, bo to zupełnie nowe, poprawione wersje?

Piotr Sym: To był  pomysł Darka, który chciał, żeby na płycie utwory brzmiały jeszcze lepiej i nieco różniły się od wersji wydanych na EP. Dlatego zdecydowaliśmy się je zremiksować, niektóre partie nagrać ponownie i nieco pozmieniać aranżacje. Jednak jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię były to zmiany raczej kosmetyczne.

„Perfectly Flawed” nie jest albumem koncepcyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu, ale kilka utworów, w tym tytułowa suita, dotyczą jednego tematu, co stanowi swoistą trylogię, będącą głównym punktem programu tej płyty?

Piotr Sym: Zgadza się. W tekstach przedstawiamy losy jednej postaci, która zmaga się z  uwarunkowaniami mającymi wpływ na postrzeganie życia w ograniczony sposób, prowadząc do alienacji, wycofania, zwątpienia, agresji czy nałogów. Przekaz końcowy nie jest jednak pesymistyczny, co usłyszeć można w ostatniej części suity „Perfectly Flawed” – „Words Without Meaning”. Interpretacje jednak zostawiamy słuchaczom.
Trudniej pracuje się nad takimi rozbudowanymi utworami czy przeciwnie, możliwość stworzenia czegoś większego ułatwia pracę, bo nie trzeba ograniczać się do krótszej formy?

Piotr Sym: Tworzenie długich kompozycji daje bardzo dużo swobody i gdy nie ogranicza w dużym stopniu czas trwania utworu możesz sobie pozwolić na wiele. Gorzej jest zmieścić w trzech czy czterech minutach najlepszą muzykę, jaką możesz stworzyć.

Paweł Woliński: Co do mojej osoby, to bez wątpienia lepiej odnajduję się w formach rozbudowanych. Wynika to nawet nie tyle z chęci jasnego opowiedzenia danej muzycznej historii, lecz z logicznych uwarunkowań którymi się kieruję. Każdy muzyczny temat powinien zostać odpowiednio rozwinięty i wyeksploatowany. Ponieważ utwór muzyczny składa się z kilkudziesięciu takich tematów, wszystkie one powinny dążyć do syntezy czy korelacji między sobą, a gdy tak się stanie, zaczynamy dostrzegać spójną treść muzycznej opowieści. Większe formy pozwalają na więcej swobody co do tworzenia takich zdań i tworzenia między nimi poszczególnych związków.  

Nie znaczy to rzecz jasna, że specjalizujecie się wyłącznie w progresywnych suitach, czego potwierdzeniem jest „Kingdom of Silence” – nastrojowa piosenka, która mogłaby stać się przebojem w ambitniejszych stacjach radiowych i faktycznie cieszyła się pewnym zainteresowaniem, choćby na Rock Serwis FM?

Piotr Sym: Parę miesięcy temu Rock Serwis FM opublikował listę Top 200 najbardziej popularnych utworów w historii listy przebojów tego radia. Znaleźliśmy się na trzecim miejscu. „Kingdom Of Silence” spędził na liście Rock Serwis FM  prawie pół roku, dochodząc również do miejsca pierwszego. Nie chcemy ograniczać się do tworzenia wyłącznie utworów długich i trudnych. Inspiruje mnie również muzyka pop, a konkretnie ta bardziej ambitna, którą określam mianem „szlachetnego popu”. Mam na myśli dobrze zaaranżowane piosenkowe formy pełne emocji, świetnych harmonii oraz ładnych melodii. Taka stylistyka jest mi bliska i w przyszłości pewnie będzie stanowić część naszego stylu. Nie wstydzimy się tego. Steven Wilson ma mnóstwo utworów o zabarwieniu popowym, podobnie jak Marillion. Nie oznacza to, że tworzyć chcemy muzykę „pod radio”, zresztą taki „przebój” jak „Kingdom Of Silence” ma szanse zaistnienia, jedynie jak słusznie zauważyłeś tylko w tych ambitniejszych stacjach radiowych.

Najważniejszym utworem jest tu jednak ponad 20-minutowy „Perfectly Flawed” – kompozycja tytułowa, a nawet „sztuka wpięciu aktach według Pinn Dropp”. To wasz programowy utwór i taka wizytówka zespołu?

Piotr Sym: Ten utwór to „Pinn Dropp w pigułce”, czyli progresywnie granie z dużą dawką melodii, miejscami cięższej, miejscami lżej, czasem akustycznie - melancholijnie, czasem bardziej agresywnie. Dla mnie to nasza najważniejszy utwór oraz chyba moje największe osiągnięcie jeśli chodzi o kompozycję.

„Mamy sporo do przekazania artystycznie i chcemy dzielić się naszą muzyką z ludźmi, którzy tak jak my są pasjonatami tego rodzaju grania” mówiłeś, i tytułowa suita to potwierdza. Collage, Riverside, teraz Pinn Dropp – takie zestawienie brzmi nieźle i w dodatku ma uzasadnienie, nie będąc tylko pobożnymi życzeniami czy zaklinaniem rzeczywistości?

Piotr Sym: Sam fakt, że nasz zespół wymieniasz obok tych dwóch grup jest dla nas sporym wyróżnieniem. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że nasza płyta odbierana jest tak pozytywnie zarówno w kraju, jak i za granicą oraz, że mamy wsparcie ze strony mediów promujących tego rodzaju muzykę. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz, a jeśli jest to dobre pierwsze wrażenie, to jest już to spory sukces. Podchodzimy jednak do niego z pokorą. Jesteśmy młodym zespołem, który dopiero wchodzi na rynek i zapewne sporo jeszcze przed nami „lekcji do przerobienia” oraz różnego rodzaju przeciwności. Jesteśmy tego świadomi, gdyż na wyrobienie dobrej marki trzeba pracować latami, nagrywając przy tym sporo muzyki, dzięki której udowadnia się swoją rację bytu.

Wiąże się to jednak również ze sporą odpowiedzialnością, bo zespoły jednej, świetnej płyty to nic nowego, ale zakładam, że macie pomysły na kolejny materiał, nie ustępujący poziomem „Perfectly Flawed”?

Piotr Sym: Mamy sporo niewykorzystanych utworów, gdyż nie wszystko co napisałem do tej pory z myślą o Pinn Dropp dało się zmieścić na debiucie. Tymi kompozycjami można byłoby zapełnić  drugą płytę, ale chcemy, aby była ona od strony kompozytorskiej tworem bardziej zespołowym. Dlatego np. w pisanie nowych utworów zaangażowany jest również Paweł, o czym wspominałem. Na pewno nie nagramy „Perfectly Flawed 2”. Chcemy być zespołem, który rozwija się i z każdym albumem proponuje coś nowego, coś świeżego. Nie będzie to oznaczać, że odejdziemy zupełnie od progresywnej stylistyki.

Ten tytuł wydaje mi się zresztą dość przewrotny: idealnie wadliwy? Nie lepiej idealnie klasyczny, w tym sensie, że to w sumie progresywny/neoprogresywny kanon, ale w nowym wydaniu?

Piotr Sym: „Perfectly Classic” chyba nie brzmi tak dobrze jak „Perfectly Flawed” (śmiech). Tak bardziej na poważnie to myślę, że to dobry tytuł, gdyż nie ma w uniwersalnym znaczeniu idealnie skomponowanej muzyki, idealnie nagranej płyty. Ideały nie istnieją, są tylko projekcją naszych uwarunkowań i wyobrażeń. Nie mają umocowania w rzeczywistości, w przeciwieństwie to wad, które wydają się bardziej realne. Wszystko i wszyscy są zatem „Perfectly Flawed”, po głębszym poznaniu i doświadczeniu.

W grudniu opublikowaliście ten album w wersji cyfrowej, by po niespełna miesiącu zaprezentować wersję CD – to świadoma decyzja, bo teraz sprzedaż cyfrowa czy streaming dominują, płyty CD czy winylowe są już dla koneserów?

Piotr Sym: Niezupełnie. Nasz album obiecaliśmy wydać w 2018 roku. Prace nad płytą jednak się przedłużyły i  ostatecznie zmiksowano ją i poddano masteringowi w listopadzie. W internecie płyta pojawiła się już przed świętami jako „prezent od nas na gwiazdkę”. Ponieważ koniec grudnia nie jest pod względem marketingowym dobrym czasem na wydawanie CD, zdecydowaliśmy się zrobić premierę CD w styczniu. Zatem oficjalna data premiery „Perfectly Flawed” to 18 stycznia 2019.

Macie wydawcę, Music and More Records, a do tego konkretnego dystrybutora w postaci firmy Sonic – o niczym nie zapomnieliście, bo nie ma nic gorszego niż kartony płyt o których nikt nie wie i nie można ich nigdzie kupić?

Piotr Sym: Z dystrybucji jesteśmy bardzo zadowoleni, a nasza płyta CD znajduje coraz to nowych nabywców, głównie w Niemczech, gdzie sprzedaliśmy do tej pory więcej płyt niż w Polsce. W kraju zaś, dzięki współpracy z Sonic można ją nabyć w „dobrych sklepach muzycznych”.

Gdybyście chcieli wydać „Perfectly Flawed” na czarnym krążku musiałby być to album podwójny, z racji długości tego materiału. Myślicie o tym, czy też wersja kompaktowa będzie jedyną fizycznie istniejącą?

Piotr Sym: Przyznam się, że wydanie naszego albumu na winylu jest pomysłem bardzo kuszącym. Głównie ze względu na okładkę, czyli grafikę „Butterfly” Cezarego Skoczenia, która na wydaniu winylowym prezentowałaby się zapewne bardzo atrakcyjnie. Czy będziemy mogli pozwolić sobie na takie wydanie, okaże się w przyszłości. Z pewnością jednak jest to pomysł warty rozważenia.

Nie wszystko jednak układa się w życiu idealnie, dlatego  po niedawnym odejściu perkusisty Darka macie sytuację jak w Genesis „...And Then There Were Three...”?

Piotr Sym: Hasła „...And There Were Three” użyłem we wpisie na Facebooku, aby po prostu zakomunikować, że teraz zostało nas trzech. Jest to oczywiście aluzja do Genesis. Darek miał ogromny wpływ na brzmienie i kompozycje zespołu, lecz na ile jego wpływ porównać można do wpływu Steve’a Hacketta na płyty i kompozycje Genesis, to trudno mi ocenić. W każdym razie nie będziemy kontynuować działalności jako trio. Mamy w planach współpracę z klawiszowcem, który wspomógłby nas na koncertach i na drugiej płycie oraz oczywiście szukamy zastępcy Darka.

To poważny cios dla zespołu, ale w żadnym razie nie zamierzacie składać broni: szukacie jego zastępcy, a w tak zwanym międzyczasie zabraliście się za komponowanie nowych utworów, już z myślą o kolejnym albumie?

Piotr Sym: Tak, pracę nad utworami demo na nową płytę zaczęliśmy już w styczniu. Efektem tego jest już jeden prawie gotowy utwór napisany przeze mnie i Pawła. Dodatkowo wykorzystamy moje starsze kompozycje.
Jesteś więc optymistą, że wszystko zakończy się dobrze i już niebawem będziecie promować „Perfectly Flawed” również na koncertach?

Piotr Sym: Mamy w planach koncerty. Na razie nie chcę zdradzać szczegółów, ale być może latem tego roku będzie można zobaczyć nas na różnych festiwalach.

Wojciech Chamryk

132_deathangel_158x600px_eu.gif 128_enforcer_158x600px_eu.gif 129_vader_158x600px_eu.gif 127_grandmagus_158x600px_eu.gif 120_anthrax_banner_2.png 130_possessed_158x600px_eu.gif 131_majestica_158x600px_eu.gif

Goście

2112748
DzisiajDzisiaj760
WczorajWczoraj2164
Ten tydzieńTen tydzień2924
Ten miesiącTen miesiąc59591
WszystkieWszystkie2112748
54.242.25.198

protector plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m