Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

walkyrya italian metal band 111019 m-artzzz b

mh plakat b

mortis plakat m

destroyers i jaguar plakat krakow 1zzz m

praying mantis plakat m

pestilence poster oba net 1k m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

„Piewcy chaosu ku czci pradawnych sił” (Doomster Reich)

Doomster Reich najnowszym albumem „How High Fly The Vultures” potwierdził, że mało kto może się z nim równać w dziedzinie zakręconego heavy rocka/doom metalu o psychodelicznych i krautrockowych inspiracjach. Łódzka grupa zapowiada już na przyszły rok kolejną płytę, a póki co wzięliśmy na spytki zespołową starszyznę, czyli 3/5 składu:

                   
HMP: Nie wiedziałem o tym, że diabły chorują, a o tym, że najlepszym antidotum na ich dolegliwości jest muzyka tym bardziej nie miałem pojęcia?
Markiz: Pewnie odgłosy tortur i przemówienia zbrodniarzy ujęte w odpowiednią tonację – działają jak antidotum (śmiech). A chorują, jak słyszą kolejną stonerową kapelę wyluzowanych kolesi, pierdolącą coś na temat kozłów i zioła. Witkacy to przewidział.
Rahu: Ewentualnie dźwięki towarzyszące przemianie w człowieka w białą larwę, wijącą się spazmatycznie w objęciach przedwiecznej małpy, gdzie między echami międzygwiezdnej ciszy słychać zimny śmiech prosto w pulsujące bebechy wszechświata.
Radek: Chorują też diabły zesłane na odległą placówkę w starym młynie, gdzie pełno przeciągów i brak ciepła z infernalnej (elektro)ciepłowni. Trepifajksel, tytułowy diabeł z „Zapomnianego diabła” Jana Drdy, złapał nawet katar. Tu antidotum była ciepła wdówka! (diaboliczny śmiech)

W dodatku to żaden siarczysty death czy black, ale psychodeliczny doom – dobrze przynajmniej, że wydajecie płyty w firmie powszechnie kojarzonej z ekstremalnymi odmianami metalu? (śmiech)
Markiz: To te tonacje wibrujące w ludzkich głowach już od czasów sekty Charlesa Mansona. Nasz zespół zbiera doświadczenie diabelskiego rocka od lat 60. do dnia dzisiejszego, przekładając to na swój język – stąd ta koncepcja. Metal ogólnie powinien być ekstremalny co do muzyki, jak i tekstów. Nas wyróżnia w tym gronie mocne przywiązanie do tradycji - brzmienia rocka psychodelicznego, proto-metalu i krautrocka. Zmieszanego z bardziej ekstremalnym graniem. Nie od dziś wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach.
Radek: Każdy z naszej trzódki wcześniej lub równolegle z Doomster'em grał lub teoretycznie gra bardziej ekstremalną muzykę. Choć samo założenie, że dany zespół będzie uprawiać brutal death czy black metal, ekstremy nie czyni. Może za to zaowocować kinder metalem (śmiech). Muzyka albo ma w sobie ekstremę, albo nie – niezależnie od gatunku. Są albumy rockowe sprzed 40. i więcej lat, które są ekstremalne nawet dziś, a i niektórzy jazzmani potrafią bez wzmaka i przesteru zrobić taki „klimat”, że strach słuchać przy zgaszonym świetle. Widać Eryk uznał, że warto nam poświęcić czas i wysiłek i wydać Doomster Reich pod skrzydłami Old Temple.

Wygląda jednak na to, że ta współpraca jest korzystna dla obu stron, poza tym wyróżniacie się w katalogu Old Temple?
Markiz: To co nas wyróżnia sprecyzowałem we wcześniejszej odpowiedzi. Relacje są koleżeńskie i nam to odpowiada. Jak to wypada ze strony Eryka, należałoby jemu zadać to pytanie.
Radek: Zgadzam się z Markizem. Ponadto Eryk ma w swoim katalogu ciekawe tytuły i jeszcze się nie zawiodłem na jego rekomendacjach, niedwuznacznie popartych autorytetem Pana Markiza. (śmiech)

Ciekawe czy nieźle zakręcony Stanisław Ignacy Witkiewicz zdołałby przewidzieć, że jego tekst zostanie wykorzystany w taki właśnie sposób, bo przecież w jego czasach to jazz był dla wielu diabelską muzyką?

Markiz: Może przewidział i napisał go z myślą o nas (śmiech). Właściwie nie ma to większego znaczenia, poza tym, że jego sztuka jest idealnym dopełnieniem naszej muzyki.
Radek: Zgadza się – niechcący wyszło dobrze (śmiech). Wszelako wiadomo, że wyrób z pewnego gatunku kaktusa nie był Witkacemu obcy i może miało to wpływ na „przystawalność” jego liryka do naszej muzy?
Rahu: Sztuka Witkacego, jest sztuką przez duże kurwa „S”. Co ważniejsze, Witkiewiczowski cel tworzenia oraz sam przebieg procesu twórczego jest nam bliski. Witkacy był i pozostaje jedną ze stosunkowo nielicznych osobowości w historii, które moim zdaniem kumają o co chodzi w tym całym zajściu, które nazywamy rzeczywistością.
Aleister Crowley wydaje się bardziej oczywisty w kontekście, było nie było, metalowego zespołu?
Markiz: „Czyń swoją wolę niechaj będzie całym prawym” - ta maksyma mocno oddziałuje na moje życie. Chociaż jakbym miał komuś innemu ją przedstawić to brzmiała by tak „Czyń moją wolę niechaj będzie całym prawem”.
Radek: „I am the law” - sędzia Dredd (śmiech). Moim zdaniem Crowley jest klasykiem przez metalowych twórców wyeksploatowanym. A poza tym twórczość Witkacego nosi logo „Teraz Polska”!
Rahu: Dobrałem ten tekst, ponieważ urzekła mnie idea nagrania „ballady” w której podmiot liryczny prosi ukochaną, żeby nasrała mu do ryja.

Już poprzednim albumem „Drug Magick” spłataliście jednak niezłego psikusa zwolennikom wszelkiej maści etykietek i szufladek, a najnowsza płyta jest jeszcze mniej oczywista – domyślam się, że to w żadnym razie nie przypadek?
Markiz: Gramy tak by zadowolić diabła i nas samych. Z naszej muzyki musi wyzierać ten indywidualistyczno – buntowniczy charakter. Szufladki i etykietki ułatwiają życie tak jak stereotypy, ale najciekawsze rzeczy dla naszej muzyki pojawiają się poza nimi. Z uwagi na przywiązanie wszystkich do etykietek jesteśmy określani mianem psychodelicznego doom metalu. Mi to nie przeszkadza, ale również się z tym nie utożsamiam. W przyszłości zamierzamy jeszcze nieraz zaskoczyć i zostać mistrzem wymyku.
Radek: Największego psikusa często sprawiamy sobie sami tym jak potrafi wyewoluować dany motyw z pierwotnego pomysłu. Jednak nie ograniczamy swojej twórczości jakimiś odgórnymi założeniami, jakkolwiek górnolotnie to zdanie nie brzmi. Jak wspomniał Markiz – etykiety gatunkowe mają ułatwić orientację ewentualnemu słuchaczowi, nas jednak nie determinują ani nam nie przeszkadzają.

Takie podejście ma też niewątpliwy plus o tyle, że możecie dotrzeć ze swą muzyką do różnych słuchaczy, nie tylko jednej, hermetycznie zamkniętej na inne gatunki grupy?
Markiz: Nie wiem do kogo docieramy, ponieważ rzadko otrzymuję informację zwrotną. Jakby naszą planetę zamieszkiwały demony nie ludzie, pewnie w tej chwili byśmy byli już bardziej znani niż Ghost. Najważniejsze jest to by to Otchłań na ciebie spojrzała i my tego wzroku silnie poszukujemy.
Radek: Życzliwość Przedwiecznych jednakowoż ma dla nas spore znaczenie (śmiech). Oczywistym jest, że szufladki gatunkowe to pomoc dla słuchacza, bo gdyby miał chęć „wstrzyknąć” sobie np. techniczny death metal, to pewnie byłby zaskoczony słuchając Doomster Reich. Co nie znaczy, że mogłoby mu się nie spodobać to co słyszy.

Rahu: Ekstremalnie nie chce nam się leżeć, jak ulał w jakimś szablonie. Grozi nam w związku z tym to, co spotkało zespół Magick Grahama Bonda – jego muzyka pogranicza była zbyt jazzowa dla fanów rocka i zbyt rockowa dla fanów jazzu by przejść do „kanonu”. Gdyby nie fakt, iż chuj w to wbijamy to byłoby się czym przejmować.

Z mojego punktu widzenia ludzie niejednokrotnie z powodu uprzedzeń, ignorancji czy braku otwartości na inne dźwięki sami pozbawiają się frajdy obcowania z inną muzyką niż ta, której słuchają na co dzień – często słyszę choćby od metalowców, że nienawidzą jazzu, a fani klasycznego rocka z lat 70. reagują alergicznie na mocniejsze produkcje. Warto świadomie pakować się w takie stylistyczne getto, gdy dookoła nas jest tyle świetnej muzyki?
Markiz: To już indywidualna sprawa potencjalnego odbiorcy muzyki. Uważam, ze wyrobionych słuchaczy o szerokim wachlarzu stylistycznym, charakteryzującym indywidualny gust, jest mało na scenie, zawsze takie osoby wysoko sobie cenię i liczę się z ich zdaniem – pewnie dlatego, że sam się do takowych zaliczam (śmiech). Nieważny jest styl, tylko klimat i odczucia jakie wywołuje muzyka u określonego odbiorcy. Można mieć gust szeroki jak Mann lub wąski jak drwal, który uwielbia tylko dźwięki rąbania i piłowania. To ich sprawa, niech się zajmą rąbaniem lub radiem.
Radek: Jeden lubi heavy metal, a drugi jak ma ciepłą wodę. A ja lubię i jedno, i drugie! (śmiech). Dla mnie ważne jest, by nie bać się przyznać najpierw przed sobą, że lubię ten czy inny zespół, a potem mieć odwagę powiedzieć o tym innym. Najczęściej słuchacze młodzi wiekiem lubią przyjmować pozę die harda tego czy owego (pod)gatunku, ale nie jest to regułą (widać to po moim nastoletnim synu i jego kolegach – od King Crimson przez noise z Japonii). Uważam, że mam dużo szczęścia, że koledzy z zespołu są muzycznymi „erudytami”. Wymieniając się swoimi odkryciami poznaliśmy i poznajemy kawał super muzy – tak nowej, jak i sprzed dziesięcioleci. No normalnie kocham to, jakkolwiek metroseksualnie to nie brzmi! (śmiech)
Docierają do was głosy czy opinie świadczące o tym, że muzyka Doomster Reich faktycznie wciąga i interesuje różnych słuchaczy, potrafiących docenić jej walory bez określania czy to stoner, metal, hard rock, space/prog rock albo psychodelia?
Markiz: O dziwo czasami słyszę, że nasza muzyka podoba się fanom bardziej ekstremalnych dźwięków. Chociaż nie analizuję tego i nie zaprzątam sobie tym głowy (śmiech)
Radek: To prawda. Lubią nas też wielbiciele zespołów, których nie trawię, ale chyba „metaluchy” to nasza najbardziej stała „baza”.

Koncertowe studio Radia Łódź najwyraźniej wam przypasowało, skoro nagraliście w nim już kolejną płytę?
Markiz: Jest tam bardzo dobra akustyka, sprzęt oraz realizator – z tej strony mogę podziękować Kamilowi Bobrukiewiczowi – odpowiedzialnemu za miks i mastering naszych płyt.
Radek: W studio Radia Łódź nagrywałem z moimi poprzednimi zespołami – jeszcze w czasach analogowych taśm. Dlatego wspomniałem o nim chłopakom, Markiz uruchomił kontakty i dalej już poszło samo. Po kiego grzyba szukać po całym kraju jeśli taki „studyjny” oldschool ma się na miejscu?

Takie miejsce niejako naturalnie zachęca do jak największej naturalności nagrań, dokonywania ich w mniejszym lub większym stopniu na żywo, jeśli nie całościowo na tzw. setkę – pokusiliście się o coś takiego?
Markiz: Wszystkie materiały Doomster Reich były nagrywane na tzw. setkę, dogrywane były tylko niektóre solówki i wokale.
Radek: Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na to studio. Jest tam sporo przestrzeni i odpowiedni komfort – dla mnie to bardzo ważne. Kamil Bobrukiewicz i sposób w jaki pracuje jest bonusem, taką wisienką na torcie! (śmiech)

Poruszacie się w stylistyce na krawędzi dopracowanych aranżacji/improwizacji, dlatego nie od rzeczy będzie pytanie na ile zawartość „How High Fly The Vultures” jest efektem swobodnego podejścia do poszczególnych utworów?
Markiz: W fazie komponowania i budowania aranży często improwizujemy. Część muzyki na „How High Fly The Vultures” jest rozwinięciem tych improwizacji i wtłoczenia ich w bardziej strukturalne formy, część to gotowe riffy lub utwory które przyniosłem do sali prób ja lub Rahu, część to wynik psychodelicznych seansów.
Radek: Zawsze mile zaskakuje mnie to, jak potrafimy te „seanse” ogarnąć i złożyć do kupy, choć nieraz wymaga to sporo pracy. Lubię ten nasz „zorganizowany chaos”.
Nie brakuje tu partii mogących być świetnym punktem wyjścia do długich improwizacji podczas koncertów – to też nie przypadek?
Markiz: Poniekąd tak, ale biorąc pod uwagę średnią długość naszych utworów nie możemy zbytnio się zapędzać w rozbudowywanie na koncercie naszych kawałków, ponieważ gralibyśmy tylko dwa-trzy utwory na gigu. Z drugiej strony wszystko zależy od odpowiedniego momentu - chwili, żeby odejść w nieznane rejony.
Rahu: Mnie osobiście bardzo pociąga idea improwizacji na scenie, ale musiałby być to projekt, w którym jest to dominujący sposób grania muzyki. Największym wyzwaniem w przypadku improwizacji jest synchronizacja grających w kierunku jakiejś puenty, bo pierdolić bez końca po skalach może i byle ciumpała.

„Warhead” Venom też zrobiliście po swojemu – nagrywanie dokładnych kopii znanych utworów nie ma najmniejszego sensu?
Markiz: Chciałem zrobić ten utwór w bardziej doom wersji. Venom to jest jeden z moich faworytów. Utwór brzmi w naszej wersji jakby Venom połączył siły z Saint Vitus. (śmiech)
Radek: T-shirt „Black Metal” przywiozłem sobie z nieistniejącej już Węgierskiej Republiki Ludowej i był obiektem kultu w moim liceum (śmiech). „Warhead” nie jest moim ulubionym kawałkiem Venom, ale nasza wersja jest zaiste charakterystyczna, więc wstydu nie ma. Chętnie namówiłbym kolegów na „Manitou” bo można tam pohulać psychodelicznie!

Jest to jednak wybór nieoczywisty o tyle, że wcześniej jeśli już nagrywaliście jakieś cudze kompozycje, to jednak z tej doomowej działki, jak choćby Pentagram czy wspomniany St. Vitus?
Markiz: Zawsze to jest nasz hołd dla zespołów których muzyką jesteśmy przesiąknięci. Gatunek nie jest ważny, tylko odpowiedni nastrój i energia kompozycji. Na następnym materiale będą jednak tylko nasze autorskie utwory.
Radek: Chyba, że wydamy album trzypłytowy! Ale Eryk mógłby przez to podupaść na zdrowiu więc odpuśćmy sobie, póki co. (śmiech)

Nie ma więc co się ograniczać, stąd choćby „Midnight Of Madness” rozwija się od klimatów z lat 70. do ekstremalnego metalu, ale nadal w nieoczywistym ujęciu?
Markiz: To zasługa seansu z grzybami, podczas którego powstał zarys tego utworu, który dopracowałem już za całym zespołem. Jest to mój faworyt, brzmi jak połączenie Pentagram, Hawkwind i Mysticum. Taki odlotowy, piekielny konglomerat.
Coraz częściej można przeczytać bądź usłyszeć, że Doomster Reich to już wyjątkowe zjawisko na naszej scenie – traktujecie w związku z tym „How High Fly The Vultures” jako przełomową płytę w waszej dyskografii, czy też robicie swoje, nie oglądając się na nic ani na nikogo, stopniowo dążąc do jeszcze ciekawszych efektów waszej pracy?
Radek: Ja i perkusista Michał początkowo bardziej wierzyliśmy w „Drug Magick” niż „How High...”, a tu opinie słuchaczy i recenzentów były zgoła odwrotne! Pewnie u nas, jako twórców, w odbiorze muzyki miały znaczenie inne aspekty niż u słuchaczy „z zewnątrz”. Jestem zwolennikiem zdania się na nasz zespołowy instynkt stadny, niech dźwięki z serducha płyną do palucha (na gryfie, klawiszu i pałeczce).
Markiz: Robimy swoje, najprawdopodobniej do końca tego roku zarejestrujemy kolejny materiał, który będzie wydany w 2020 roku. Zapewniam, że materiał będzie bardziej tajemniczy, mroczny i nieprzewidywalny. Dzięki za ciekawe pytania. Piewcy chaosu ku czci pradawnych sił – Doomster Reich.

Wojciech Chamryk

125_mantiz_pion.jpg 126_bulletraid_baner2.gif 124_italian_metal.png 129_exhorder_158x600px_eu.gif 127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png

Goście

2540674
DzisiajDzisiaj2853
WczorajWczoraj3238
Ten tydzieńTen tydzień9201
Ten miesiącTen miesiąc58137
WszystkieWszystkie2540674
34.204.191.31