Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 73 sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pestilence poster oba net 1k m

torture fest vol 3 poster m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

moonspell plakat pion m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

deeppurple-poster m

plakat-b1-zpm m

heavy attack posterver final 1 m

hrllhaim plakat poster m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

pol wieku w chaosie poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

lucifer plakatb m

mystic festival 2020b m

„To wszystko jest z metalu” (Łukasz Orbitowski)

orbitowski foto aga krysiuk 4

„Pokazałem synowi nasz dom i własne książki. Przypomniałem ludzi i powiedziałem: to wszystko jest z metalu, mój mały” –  mówi Łukasz Orbitowski – pisarz, felietonista, laureat Paszportu Polityki oraz nagrody Zajdla. Znany również jako prowadzący telewizyjny program „Dezerterzy”. Człowiek, który pewnym krokiem wprowadził „koszulkę ze strasznym wzorkiem” na salony.

          

Małgorzata „Margit” Bilicka: Taką fajną historię słyszałam, która łączy mi zgrabnie dwa tematy, o których chciałabym z Tobą porozmawiać. Otóż dawno, dawno temu, za górami za lasami, a dokładniej w Krakowie, mieszkał sobie chłopak, który gdzieś pierwszy raz zobaczył okładkę do albumu zespołu metalowego…  Opowiesz mi jak to było i jaki to miało wpływ na Twoje późniejsze życie? A może i twórczość?

Łukasz Orbitowski: Bo ja wiem? Było trochę takich okładek, bo metal chłonąłem najpierw właśnie przez obraz. Oglądałem okładki kaset w budce. Myślę, że trochę bałem się tej muzyki. Może nie pierwszą, ale najważniejszą okładką była "Them" Kinga Diamonda. Przedstawiała domek na wzniesieniu, w wieżyczce paliło się światło, resztę budynku spowijała ciemność, no i to - w gruncie rzeczy tak niewiele - rozpaliło wyobraźnię. Zastanawiałem się kto mieszka w tym domu. Co tam się stało - przecież takie domy mają swoją historię. Kupiłem tę kasetę i chyba wyczułem, że tam jest jedna historia. Angielski znałem bardzo słabo. Wychwytywałem pojedyncze słowa, strzępy fraz. Potem poleciałem do wypożyczalni płyt kompaktowych. Był może 1991 rok? Wziąłem tę płytę, skserowałem okładkę i mozolnie tłumaczyłem teksty. Może to głupie, ale tak właśnie było. Strasznie do mnie przemówiły. W ogóle nie wiedziałem wcześniej, że płyta może służyć do opowiadania. Znałem już książki Kinga i Mastertona. To one, wraz z "Them" pchnęły mnie do stworzenia własnych, kulawych historii. W jakiś sposób można powiedzieć, że moja przygoda z pisaniem zaczęła się właśnie tam, pod budką z kasetami. Patrzyłem na okładkę i zacząłem sobie coś wyobrażać.

Ech, chyba większość  z nas przerabiała wyrywkowe tłumaczenie tekstów z okładek płyt. Wtedy to były prawdziwe łamigłówki. Powiem Ci, że ostatnio znalazłam jakieś swoje bazgroły z tamtych czasów. Po latach wynik tłumaczenia „Blood Ritual” nieźle mnie ubawił.  Ten Diamond zauroczył Cię na tyle, że przelałeś myśli na papier? Może do szuflady? Swoją drogą  ciekawa jestem, kto według Ciebie w tym domu mieszkał, tak na pierwszy rzut oka.

Tego już naprawdę nie pamiętam. Niewątpliwie, ten dom musiał być nawiedzony. Pamiętaj, że klimat robiło też sama nazwa wykonawcy, jego logo z nietoperzem robiło wrażenie. Nabierałem wrażenia obcowania z czymś mrocznym i niepokojącym. Wiem za to, że gdy zdobyłem te teksty zamęczałem nimi przyjaciół i znajomych. Tymi tekstami i samą muzyką. Bardzo chciałem, aby posłuchali kasety, poznali tę historię. Chciałem, aby poczuli to samo, co ja. Bylem bardzo męczący w realizowaniu tego pragnienia. Chyba na tym przykładzie zrozumiałem, że dzieło sztuki - książka, płyta - nie działa jak kable pod napięciem, że zawsze jak dotknę to dupnie mnie prąd. Tu sprawy mają się inaczej, jednego poruszy, większości nie i tak właśnie było z tym Diamondem. Chciałem dzielić się swoim doznaniem z innymi. Nie wyszło, więc postanowiłem, że poszukam ludzi, którzy czują mniej więcej tak jak ja. Byli to, oczywiście, metale. 

orbitowski foto aga krysiuk 1I tu zaczyna się temat wspólnoty. Często wspominasz, że odnalazłeś w muzyce metalowej, a właściwie wśród jej słuchaczy, swoje miejsce. Właściwie czemu człowiek potrzebuje takiego zjednoczenia?  Czy można powiedzieć, że Twoja nowa książka „Kult” również traktuje o ludzkiej potrzebie przynależności ? Wspólnego podążania w jakimś kierunku? Wiary w coś, nawet jeśli to nie jest zbyt mądre?

Prosta sprawa. Żaden człowiek nie chce być sam. To znaczy, szukamy potwierdzenia naszych emocji, gustów, potrzeb i wierzeń w oczach innych. Właśnie na tym polega wspólnota. We wspólnocie myślimy i czujemy podobnie, mamy też zbliżone cele, przynajmniej niektóre. Kiedy miałem czternaście lat szukałem odpowiedzi na pytanie: kim jestem. Pierwsza, jaką znalazłem, brzmiała: jestem metalowcem. To naprawdę nie najgorszy wybór w wypadku dziecka, którym przecież byłem. Znalazłem swoją estetykę, jakiś tam prosty światopogląd i ludzi, którzy uważali mniej więcej to samo. Teraz kiedy pytasz o "Kult", widzę jakieś podobieństwa pomiędzy naszą bandą metalowców sprzed lat, a nawiedzonymi religijnie pielgrzymami. Mieliśmy przecież swoje dogmaty, swoich świętych w osobach, nie wiem, Bruce'a Dickinsona albo Euronymousa, zbieraliśmy święte obrazki czyli kasety i płyty, wreszcie, pielgrzymowaliśmy na koncerty. Było to głupie. Było to wspaniałe i piękne. Więc chyba jednak mądre, co?

A może wszystko zależy od perspektywy? Dla kogoś życie muzyką będzie tylko buntem.  Dla innej osoby wiara w jakiegoś boga i rytuały z tym związane, będą śmieszne lub głupie.  Punktem wspólnym jest poczucie jedności i ta potrzeba jest ludzka, szczególnie gdy świat się sypie. „Kult” to opowieść o takich czasach, chociaż z zupełnie innej perspektywy. Ja pamiętam brak dostępu do płyt i wyzwiska wąsatych pijaczków  w stronę chłopaków z długimi włosami.  Wspominając kiedyś o latach 80-90 użyłeś sformułowania „wylazłem z szamba” . Co to dokładniej znaczy?

Konkretnie, wspomniałem, że jestem zbudowany z gówna. Dalej tak uważam, podoba mi się to określenie. Jestem dzieckiem VHS. Dzień w dzień wędrowałem do wypożyczalni i brałem kasetę z dwoma filmami. Były to gówniane horrory, głównie slashery z lat osiemdziesiątych, jakieś trzeciorzędne filmy sensacyjne, włoskie odpowiedniki Conana i tak dalej. Dorzućmy do tego książki, które nagle pojawiły się, kiedy miałem 12, 13 lat: powieści Mastertona, Guya Smitha, Clive Cusslera, Andre Norton i tym podobnych. Przecież to nie jest dobra literatura. Piękna, ale nie dobra. Wreszcie, ten metal, który brałem jak leci. Nawet King Diamond jest kwintesencją kiczu, a przecież w moim kaseciaku grały bandy o wiele gorsze od niego. Metal w ogóle jest dosyć gówniany, prawda? I ja pokochałem to gówno, tę muzykę, te powieści, te filmy. Mało tego, chcę wyjaśnić o co chodzi z tym gównem: ono wówczas, na początku lat 90 budziło sprzeciw tak zwanej inteligencji. Z moim gustem walczyli wykształceni rodzice, nauczyciele, nikt nie traktował tego poważnie. Pukano się w głowę. Cały czas słyszałem: kiedy przestaniesz tego słuchać? Wziąłbyś normalną książkę. A teraz, powiem nieskromnie, jestem kim jestem. Osiągnąłem to co osiągnąłem, brnąc przez ocean pogardy. Dzięki gównu.

Tego Mastertona to ja też garściami brałam. Potem mnie wzięło na Carrolla i szczerze mówiąc jeszcze do tej pory lubię czasem do niego wrócić. A Tobie co zostało z tamtych lat? Świat teraz jest mniej gówniany?

Chyba został głównie ten metal, dobra, sentymentalna miłość, która trochę ogranicza. Nie szukam nowej muzyki. Generalnie, w ostatnich dniach towarzyszy mi poczucie smutku, odchodzenia tego, co było ważne, punktów odniesień. Wczoraj zmarł Maciek Parowski, człowiek, który mnie współtworzył. Czytałem Nową Fantastykę, a potem zostałem jej felietonistą i jestem do dziś. Mam w domu egzemplarze "Funky Kovala" z serdeczną dedykacją od niego. Miałem wielkie szczęście, że mogłem go poznać i się z nim zakumplować, tak trochę, na prawach dobrego koleżeństwa. Ta śmierć uświadamia mi, że świat o którym rozmawiamy, za dekadę przestanie istnieć. Nie grzebmy chłopa, ale ile jeszcze pociągnie Graham Masterton? Carroll w ogóle jeszcze żyje? Za dekadę nie będzie grał ani Slayer, ani Iron Maiden. Nasz świat, który nas zbudował, umiera. Nie znajdę nowego, aby w nim się schronić. 

Tak, to smutna wiadomość. W życiu każdego z nas przychodzi taki moment, że śmierć przestaje być rzeźnickim obrazkiem z dekadenckich grafik, a staje się istotną jego częścią.  Wraz z odejściem kolejnej osoby, coraz bardziej czujemy jej zimny oddech na plecach. I tu pojawia się pojęcie „kryzys wieku średniego”.  Ciebie to dotyczy?

Na pewno nie w klasycznym sensie terminu. Nie kupiłem sobie porsche, nie przeskakuję z panienki na panienkę. Przeciwnie, koło czterdziestki założyłem rodzinę, razem z dziewczyną wychowujemy nasze dzieci. Zbieram winyle, czytam książki, gram na konsoli, więc jeśli idzie o styl życia, chyba postarzałem się i zostałem mieszczaninem. W pewien sposób, nie czuję upływu lat. Mam nadzieję, że zachowałem młode serce. Fizycznie jestem silniejszy i sprawniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Co się zmieniło? Mam świadomość, że mój czas jest ograniczony. Mam 42 lata i drugiej czterdziestki raczej nie będzie. Staram się rozsądniej podchodzić do własnych aktywności. Ile jeszcze powieści napiszę? Może jedną, dwie. Maksymalnie dziesięć. Więc niech będą to dobre, wartościowe książki. To samo dotyczy przedsięwzięć związanych z telewizją, filmem. A także ludzi. Chcę spędzać czas z dobrymi, wartościowymi, mądrymi ludźmi. Po prostu, szkoda mi już czasu na bzdury. 

orbitowski foto aga krysiuk 3Ale wciąż bywasz na koncertach, prawda?

Testujesz czy ciągle jestem metalem? Tak, jeżdżę. Pewno rzadziej niż bym chciał. Roboty kupa. W domu mam dwoje dzieci. Żal zostawiać rodzinę, momentami nawet nie wypada. Zwłaszcza, że i tak cały czas jeżdżę na plany filmowe, na spotkania autorskie, na dokumentacje. Więc jeśli jestem na koncercie, to niejako przy okazji. Jakiś fajny skład gra w Krakowie, akurat siedzę na miejscu, to podskoczę. Albo wyjadę gdzieś i ktoś akurat tam gra. Strasznie nudno to brzmi, co nie? Jutro jedziemy na Tormentor i Varathron na Śląsk. Wracam w nocy, po sztuce, do domu, bo od rana robota - mam okazjonalne zajęcia ze studentami. Wiele koncertów żyje we mnie: Iron Maiden, lata temu, we Wrocławiu. Maleńki koncert Absu na krakowskim skłocie. Laibach w Szwecji. 

Nie, absolutnie nie chodzi mi o test. Pojęcie "bycia metalem" jest dla mnie ogólnie nieco zabawne. Wiesz, można śmigać w czarnych ciuchach na milion koncertów rocznie, a tak na prawdę nie rozumieć o co w tym chodzi. Muzykę trzeba mieć w sercu, oddychać nią. Czasem wystarczy krótka rozmowa i wiem. Nie chodzi mi tutaj o rzucanie terminami, trudnymi nazwami i datami - raczej o tę niewidzialną nić porozumienia. Ty chyba wciąż to masz?

Tak, oczywiście. Myślę nawet, że wraz z wiekiem jestem coraz bardziej metalowcem i nie chodzi tylko o to, że maniakalnie zbieram płyty, koszulki i bywam na koncertach. Wreszcie mam na to czas. Ja dużo myślę o metalu, o emocjach, o tym, co chciałbym zobaczyć i posłuchać. Ale udało się coś ważniejszego, mianowicie ocaliliśmy naszą wspólnotę. Grupa, która powstała jakieś ćwierć wieku temu, ciągle ze sobą trzyma. Jesteśmy dorośli, starzejemy się, ale przyjaźń przetrwała. Spotykamy się na koncertach, ale przede wszystkim przy kielichu, w serdecznym gronie, u mnie w domu, albo u Leszka Wojnicza.  Mało tego, metal wciąż podsuwa mi dobrych ludzi. Weźmy chłopaków z „Noise”, ze wskazaniem na Bartka Cieślaka. Nie znalibyśmy się, nie mielibyśmy szansy na przyjaźń gdyby nie metal. Kurwa, nawet mój trener jest metalowcem. Właściwie przyjacielem, a potem trenerem. Mój syn kiedyś zapytał się mnie dlaczego tak kocham muzykę metalową. Pokazałem mu nasz dom, pokazałem własne książki, przypomniałem ludzi, którzy u nas bywają i powiedziałem: to wszystko jest z metalu, mój mały. 

A może to byłby dobry temat na książkę? Albo chociaż na tło dla jakiejś mocniej zarysowanej historii ?

Myślałem kiedyś o tym. Planowałem napisanie powieści o fikcyjnym metalowym zespole zwanym Legislathor. Start kariery ustawiłem im na połowę lat osiemdziesiątych w Polsce, wymyśliłem image, okładki i tytuły. Maskotką obecną na płytach miał być kościotrup w peruce i sędziowskiej todze. Wywijałby młotkiem zakrwawionym od wyroków śmierci, którymi by nazbyt hojnie szafował. Jeśli dobrze pamiętam, debiut Legislathora nosił tytuł "Dura lex, sed lex" a teksty składały się z fragmentów kodeksu karnego. Opowieść o chłopakach z Legislathora, polskiego Spinal Tap przegrała z Kazimierzem Domańskim i chyba dobrze się stało. Może popełnię kiedyś książkę dokumentalną o polskim metalu? Dostałem ofertę, leży na stole i czeka na podpisanie. Biję się z myślami. Widzisz, okazało się, że reprezentuję metal w mediach mainstreamowych. Cieszę się tym, ale nie wiem czy mam ochotę wchodzić w temat głębiej. Metal w Polsce ma się lepiej niż kiedykolwiek. Nie potrzebuje mainstreamu ani Orbitowskiego.

Dobrze napisany dokument, o tym jak to wszystko powstawało, może być ciekawą pozycją. Szczególnie jeśli nie jest to kolejna biografia zespołu, a raczej spojrzenie od strony dorastającego chłopaka. Ok, bardzo Ci dziękuję za czas, który dla nas znalazłeś.  Na zakończenie zapytam tylko czego powinnam Ci dziś życzyć? Spektakularnej kariery w TV? Jakiejś szaleńczo pożądanej płyty winylowej? A może po prostu odrobiny czasu dla siebie?

Mam wszystko o czym człowiek może tylko zamarzyć. Życz mi więc, żebym tego nie stracił. Albo nie zniszczył.

Małgorzata "Margit" Bilicka

Foto: Aga Krysiuk 

124_hex_cd.jpg 126_bulletraid_baner2.gif 125_heavy_attack_ad_banner.jpg 121_postmikoajki.png 123_reklama158X600.gif 128_pol-wieku-w-chaosie3.gif

Goście

2721061
DzisiajDzisiaj752
WczorajWczoraj3440
Ten tydzieńTen tydzień19497
Ten miesiącTen miesiąc23266
WszystkieWszystkie2721061
18.207.238.169