Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 73 sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

drownmyday-oraz-testergier-postare m

new pol wieku w chaosie m

the sixpounder flyer m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

sabirexm m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

lucifer plakatb m

mystic festival 2020b m

„Postapokaliptyczny metal ery smartfonów” (Killsorrow)

HMP: Kiedy rozmawialiśmy po premierze „Little Something For You To Choke” zapowiadałeś, że jeszcze w grudniu 2016 roku macie zamiar wejść do studia, bo nowych kompozycji macie istne zatrzęsienie, jest więc z czego wybierać. Konic końców nie udało się tego planu zrealizować, z różnych przyczyn?

Michał Sokół: Niestety w sytuacji, kiedy wszystko trzeba robić samemu terminy mimowolnie się przedłużają. Teraz też mamy gotowy materiał na kolejną, trzecią płytę, ale zapewne wiele nieprzewidzianych czynników wpłynie na moment wejścia do studia.

Skład zespołu wydawał się stabilny, więc ze zdziwieniem dowiedziałem się jakieś dobre dwa lata temu, że nie śpiewa już z wami Agnieszka Sokołowska. Teraz nie ma już w Killsorrow również Marcina Parandyka, odszedł też gitarzysta Paweł Sokołowski – istne, personalne trzęsienie ziemi?

Nie do końca. Agnieszka od początku śpiewała z nami gościnnie. Marcinowi musieliśmy podziękować z przyczyn czasowych – trzy zespoły, które miał na tamtą chwilę paraliżowały pracę Killsorrow. O motywach odejścia z zespołu Pawła musiałby powiedzieć ci on sam. (śmiech)

Nie ma co ukrywać, że „ścieżka kariery” w niezależnym zespole metalowym wymaga wyrzeczeń i dużej determinacji, co ma niewątpliwy wpływ na ciągłą rotację w składach wielu grup?

Polski „rynek” metalowy obecnie to jakaś zwariowana kraina. Praca na nim wymaga mnóstwa wiary i determinacji w to co się robi. Nieraz pojawiają się rozczarowania. Nie jesteśmy Ameryką, ludzie nie chodzą na koncerty tak jak 10 lat temu, wolą przykleić się do smartfonów, odpalić TV itp. Pojawiło się też bardzo dużo zespołów, teraz każdy może grać i nagrywać.

Szybko znaleźliście jednak odpowiedniego wokalistę, zapraszając do współpracy byłego frontmana VooDoo Piotra Ogonowskiego – nie obawialiście się, że może nie odnaleźć się w odmiennej stylistyce, znaliście jego możliwości?
Oczywiście, że się obawialiśmy, Piotrek zmienił stylistykę zespołu, co było nieuniknione. Marcin był zdolny w swoim zakresie screamów i growli, Piotrek przyszedł ze swoim kolejnym instrumentem – czystym śpiewaniem, dla którego trzeba było nie tylko znaleźć miejsce, ale go umiejętnie wykorzystać.

Kiedy do was dołączył materiał na „Killsorrow” był już pewnie dopięty na ostatni guzik, może już nawet w części nagrany. Pewnie nie miał więc nań wielkiego wpływu, musiał wpasować się w już dopracowane aranżacje, zaśpiewać gotowe teksty?

To nas tylko utwierdziło w przekonaniu, że to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Nie dość, że miał trochę ponad miesiąc aby przygotować linie wokalne, teksty i wczuć się w zespół, to jeszcze w trakcie całej sesji nagraniowej jechał na lekach z chorym gardłem. To była jazda!

Wykorzystaliście przede wszystkim te stworzone już jakiś czas temu utwory, gdzie czasem, tak jak w przypadku „Animal”, powstałego na bazie „Draculi”, stały się one punktem wyjścia do czegoś nowego?

Tak, w momencie pisania linii wokalnych pozostałe instrumenty były już zarejestrowane. To było chyba największe wyzwanie dla Piotrka. Odnaleźć się w utworach w których tworzeniu jeszcze nie uczestniczył.

Łatwiej nagrywa się płytę w kwartecie, nawet jeśli musiałeś sam zarejestrować wszystkie partie gitar?

To zależy. Na tą płytę większość gitar nagrywałem samodzielnie, ale wynikało to z głównie z braków czasowych. Nagrywanie samemu daje większą kontrolę nad tym co chce się uzyskać, ale druga osoba na gitarze wprowadza swój charakter do grania.

Fakt, że ponownie pracowaliście w DMP Studio Adama Drzewieckiego i z Tomaszem „Zedem” Zalewskim był tu niewątpliwym ułatwieniem?

Jest zupełnie odwrotnie niż mówisz (śmiech). Z Adasiem znamy się od lat, zagrał nam nawet na thereminie na płycie. Jednak Piotrek ma zupełnie inny charakter barwowy niż Marcin. Trzeba się było go „nauczyć” od nowa. Sprawdzić co pasuje do zespołu z jego stylu śpiewania. A Tomek Zalewski jest perfekcjonistą. Dostał od nas bardzo nierówne, żywe ścieżki instrumentów, takie na jakich nam zależało. To na pewno było utrudnienie pracy. 

Pośpiech w jakiejkolwiek pracy nie jest czymś wskazanym, a już w przypadku tej twórczej w szczególności. Domyślam się więc, że staraliście się pracować na spokojnie, skoro terminy czy wydawca was nie goniły?

Akurat w przypadku tej płyty sami sobie wybudowaliśmy presję. Praktycznie na każdym etapie pracy coś szło nie tak, więc zaczęliśmy myśleć, że może się nam nie udać dokończyć pracy. Bardzo zależało nam, żeby druga płyta w końcu się ukazała.

Czyli nowa płyta ukazałaby się szybciej, ale i tak jest nieźle, bo zmieściliście się w trzech latach, takiej obecnie standardowej przerwie wydawniczej między kolejnymi płytami?

W zasadzie tak, choć z kolejną chciałbym żeby poszło nam sprawniej. Naprawdę lubimy wydawać nowy materiał.

Zaciekawiła mnie informacja z waszej strony, że spróbowaliście zabrzmieć podczas tej sesji tak jak na żywo. Polegało to na zminimalizowaniu studyjnej obróbki dźwięku, nienakładaniu masy śladów, których później i tak nie można odtworzyć podczas koncertów, a może nagrywaniu chociaż części instrumentów, na przykład sekcji, na tzw. setkę?

Dokładnie tak jak napisałeś, instrumenty nie są równane, czy jakoś specjalnie cięte. Jest rock 'n' rollowo – po jednym śladzie na każdą gitarę, bas, naturalne bębny i dosyć surowy wokal. Chcieliśmy sprawdzić czy potrafimy. Udowodnić sobie, że moglibyśmy grać w czasach, kiedy nie dało się oszukiwać! Było to naprawdę ciężko wywalczyć z Zedem (śmiech).

Mamy więc swoisty paradoks, że przy tak rozwiniętej technologii i technice nagrań brzmieniu tak wielu współczesnych płyt można tyle zarzucić – kiedyś w studiach było niewiele sprzętu, a efekty pracy ówczesnych realizatorów, producentów i muzyków zachwycają do dziś – chcieliście osiągnąć podobne rezultaty, nie zepsuć „Killsorrow” tą cyfrową otoczką?

My jesteśmy przede wszystkim zespołem koncertowym. Płyty oddają to co robimy na żywo może w 50%. Chcieliśmy choć trochę uchwycić duszę naszych koncertów i w ten sposób zachęcić też do przychodzenia na nasze występy na żywo.

To ciekawe podejście, bo już jakiś czas temu postawiliście na postapokaliptyczny image i taką też wymowę tekstów, więc mogłoby wydawać się, że zdehumanizowane, cyfrowe, powiedzmy postindustialne brzmienie świetnie pasowałoby do takich klimatów, a tu niespodzianka, zero oczywistych rozwiązań?

W czasach postapokalipsy wszystko o czym mówisz już dawno się rozleciało, możemy sobie pozwolić tylko na surowe dźwięki! (śmiech)

To klasyczny album koncepcyjny czy raczej zbiór utworów traktujących o podobnej tematyce?

Album koncepcyjny wymagał by troszkę dłuższego uczestnictwa Piotrka w zespole, być może kolejna płyta opowie jakąś historię.

Już okładka z atomowym grzybem jasno sygnalizuje, że to, jak obecnie wyglądacie na scenie czy w klipach nie ma raczej związku z niepokojącym stanem powietrza w Krakowie – chodziło o spójność przekazu, dopełnienie warstwy słownej odpowiednią otoczką wizualną?

Lubimy eksperymenty. Osobiście uważam, że zespół istnieje dopóki się rozwija. Mam tutaj na myśli płaszczyznę zarówno muzyczną, jak i stylistyczną. To jak wygląda płyta, jak zaczyna wyglądać nasza scena jest naturalną konsekwencją rozwoju. Mamy mnóstwo pomysłów i chcemy zobaczyć jak się sprawdzą na scenie.
Latem w plenerze czy w klubie z marną wentylacją nie gra się wam pewnie zbyt komfortowo, ale jak to ktoś kiedyś powiedział: metal to nie rurki z kremem? (śmiech)

Metal to rurki wetknięte w maski gazowe (śmiech). Te stroje są jak zbroja - zanim przyzwyczailiśmy się do nich było ciężko. Zdarzyło nam się grać na dwóch festiwalach o zachodzie słońca, gdzie prawie straciliśmy przytomność. Cały czas je modernizujemy, poprawiamy tak, żeby były jak najwygodniejsze. Granie w nich wymaga wyrzeczeń, ale stroje to coś co pozwala nam wcielić się w określone postacie. Zupełnie inne niż my na co dzień. Nieraz po koncercie przebieramy się na backstage w cywilne stroje i ludzie nas nie poznają. A co do klubów – mamy swoje wiatraki. (śmiech)

Już na „Little Something For You To Choke” w obrębie deathmetalowej stylistyki graliście dość nieszablonowo, ale z „Killsorrow” weszliście zdecydowanie na wyższy poziom: kompozycje stały się znacznie dłuższe i bardziej urozmaicone, nie są też jednorodne stylistycznie, eksplorujecie bowiem różne odmiany metalu, od tego w nowocześniejszej odsłonie do bardziej tradycyjnego?

Tak jak napisałem wcześniej, chcemy się rozwijać, grać muzykę różnych kolorów. Nie sztuką jest nagrać płytę jednorodną, sztuką jest poruszać się w określonym charakterze zespołu z różnymi kompozycjami. Do tego zmierzamy, a czy nam się udaje to ocenią słuchacze. Jedno jest pewne, dopiero się rozkręcamy.

Odnoszę wrażenie, że to akces nowego wokalisty dał wam pod tym względem znacznie większe możliwości, bo Piotr dysponuje bardzo uniwersalnym głosem?

To słychać. Ludzie mnie pytają czy na płycie śpiewa kilku wokalistów. Nie, to tylko Piotrek (śmiech). No ale czego innego można spodziewać się po człowieku, dla którego idolem jest Mike Patton.

Dostrzegam w tym materiałe spory potencjał, bo nie brakuje tu również nośnych, całkiem melodyjnych utworów, jak na przykład „Hope In You”. Tymczasem firmujecie tę płytę sami –
to konieczność czy świadomy wybór, bo wcześniejsza współpraca z Art Of The Night Productions w sensie promocyjnym niewiele wam dała?

Z tego co mi wiadomo Art Of The Night Productions już nie istnieje. W moim przypadku to już trzecia wytwórnia, która nie utrzymuje się na rynku. To nie działa. Z reguły wytwórnie niezależne tworzą pasjonaci, którzy wierzą w to co robią tak jak zespoły. A to jest biznes, a nie wiara. Zespół ma przynosić zyski, wtedy warto w niego zainwestować. Zapełniać sale. My jesteśmy na rozdrożu, czy chcemy, damy radę i nadajemy się na produkt, który będzie miał popyt. Nam też musi się to opłacać, bo w przeciwnym wypadku pasja stanie się nieprzyjemnym obowiązkiem.

Jak więc postrzegacie dalsze losy zespołu? Płyta właśnie się ukazała, trafi pewnie do najbardziej zagorzałych fanów. Promowaliście ją już na koncertach, choćby podczas festiwalu „Krushfest”, będą pewnie kolejne, a co dalej?
Pokaże czas. Nam zależy głównie na tym, aby stać się rozpoznawalną marką. Być tym zespołem od postapokalipsy. Szukamy na swojej drodze człowieka, który będzie w stanie sprzedać produkt pt. Killsorrow. Bardzo trudno nam znaleźć kogoś z pasją, wiarą i możliwościami - być może ten ktoś właśnie czyta ten wywiad i odezwie się do nas.

Wojciech Chamryk

124_hex_cd.jpg 126_bulletraid_baner2.gif 122_velesar_reklama_hmp.png 123_reklama158X600.gif 127_zakk_158x600_hmp.gif

Goście

2849376
DzisiajDzisiaj1491
WczorajWczoraj1912
Ten tydzieńTen tydzień14357
Ten miesiącTen miesiąc39796
WszystkieWszystkie2849376
3.227.240.143