Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 74sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

necronomikon plakatcd m

lucifer plakatb m

plakat necromicon 210x197 hmp m

enforcer plakatcd m

foreigner plakatcd m

mystic festival 2020b m

plakat woa 2020

metalmaniaa 210x297 hmp m

helloweenn 210x297 hmp m

„Upon My Life” (Ray Wilson)

Nie będę ukrywał, że Ray Wilson jako artysta rockowy, wokalista budzi mój szacunek od wielu lat. Darzę go wielką atencją zarówno za jego bogaty dorobek fonograficzny, nie tylko za projekt Genesis Classic, ale także za ponadczasowość tego, co stworzył w karierze solowej, oraz twórczość w ramach Stiltskin. Nazwisko Raya i niepodrabialną barwę jego głosu poznałem wiele lat temu, gdy doszło do reaktywacji Genesis, zespołu, którego byłem i jestem wielkim fanem. Gdy usłyszałem nowego wokalistę grupy, po trzydziestu sekundach tytułowego utworu albumu „Calling All Stations”, to w jednej chwili wiedziałem, że to jest to, że ten facet spowoduje, że do rodzinnego albumu zdjęć dosyć szybko odejdzie fotka z Collinsem przed mikrofonem. I tak też się stało, a, pomimo faktu, że Genesis stał się po tej premierze tylko wspomnieniem, Ray Wilson pozostał w sercach fanów na dłużej. Jego pozycję wśród słuchaczy ugruntowały albumy, solowy „Change” (2003) i nagrany ze Stiltskin „She” (2006) i od ponad dwóch dekad artysta kreuje nowe kompozycje, rozwijając swoje umiejętności, czarując melodyką, rockową „iskrą” i niebanalnym głosem swoich piosenek. Ale jest jeszcze jeden „drobiazg” wyjaśniający, skąd wobec Raya tyle szacunku i względów okazywanych na każdym kroku przez odbiorców jego muzyki, o czym w szczególności można przekonać się w czasie jego występów „live”. Bo Ray to po prostu fajny człowiek, nie obnoszący się ze swoją popularnością, nie „zadzierający nosa”, daleki o lata świetlne od komercyjnego blichtru, facet, który nigdy nie ucieknie w milczeniu od autografu bądź fotki, nie odmówi wywiadu, pomimo tego, że prywatnie zapewne ma „po dziurki w nosie” tych wszystkich pytań, komentarzy i opinii. W wywiadzie poniżej znajdziecie nie tylko odpowiedzi na kwestie stricte muzyczne, także kilka szczerych wyznań na granicy prywatności. Miałem przyjemność przepytywać Wilsona po raz drugi i wiem, także na podstawie innych artykułów, że jest bardzo autentycznym rozmówcą, dlatego jestem przekonany, że następnym krokiem powinien być chyba książkowy wywiad „rzeka”, który na pewno stanowiłby zajmującą lekturę. Ale do tego czasu(?) musi nam wystarczyć tekst z licznymi pytaniami na łamach HMP. Miłej lektury!

                 

HMP: 25 lat minęło jak chwila. Czy z dzisiejszej perspektywy możesz powiedzieć, że jesteś szczęśliwym człowiekiem?

Ray Wilson: Tak, wciąż robię to, co lubię i nieźle na tym zarabiam, więc jak dla mnie jest idealnie. Nie zmieniłbym nic w swoim życiu na ten moment.

Szczęście to emocja, ale także pomyślny los. Czy fakt, że na pewnym etapie życia zostałeś frontmanem Genesis, można potraktować w kategoriach szczęścia?

Tak, to było coś niezmiernie wyjątkowego dla mnie. W tamtych czasach Genesis było jednym z najpopularniejszych zespołów na świecie, a Phil Collins był najsławniejszym i odnoszącym największe sukcesy artystą solowym na świecie. Dlatego był to dla mnie wielki zaszczyt, że zostałem poproszony o zastąpienie go w tak kultowym zespole.

Czy Ray Wilson jako kompozytor, songwriter, instrumentalista to muzyk spełniony?

Jestem bardzo zadowolony z tego, gdzie znajduję się obecnie w moim życiu. Chcę po prostu wciąż występować i tworzyć muzykę. Nie mam poza tym żadnych innych ambicji. Osiągnąłem to, co chciałem, a teraz mogę zwyczajnie cieszyć się pracą.

Muzyka jako sztuka wpływa na psychikę człowieka przez dźwięki. Czym jest ona dla Ciebie? Czy tylko formą okazywania emocji?

Odbieram muzykę jako komfort dla duszy. Zawsze jest tutaj dla Ciebie, niezależnie od tego, co dzieje się w życiu. Po każdym koncercie rozmawiam z ludźmi, robię sobie z nimi zdjęcia i daję autografy. Często słyszę, że te dwie czy trzy godziny były dla tych ludzi niesamowitą odskocznią od codzienności. Mogli wyłączyć na ten czas towarzyszącą im życiową presję i przenieść się w inne miejsce.

W tekstach swoich piosenek dzielisz się między innymi z innymi ludźmi swoimi osobistymi przeżyciami, przemyśleniami, uczuciami. Czy nie uważasz, że jest to pewna forma ekshibicjonizmu?

Myślę, że trzeba się obnażyć. Ludzie reagują na autentyczność artysty. Każdy z nas jest różny i wszyscy mamy coś innego do powiedzenia. Jeżeli fan rozumie kim i czym jesteś, to prawdopodobnie zostanie z Tobą przez całą Twoją karierę. Kluczem jest, żeby pozostać prawdziwym względem samego siebie i nie dać się ponieść sławie i nie zagubić się podczas tego procesu.

Wybacz, ale pozwolę sobie na drobną prowokację. Czy dźwięki, które tworzysz, projektujesz, wykonujesz są prawdziwe, autentyczne, czy to tylko taka gra ze słuchaczami, której celem jest komercja?

Nie uważam, że mogę być nazwany komercyjnym artystą, nawet jeśli chciałbym nim być, to myślę, że nie wiedziałbym jak. Moja kariera oparta jest bardziej na występach na żywo, niż na komercyjnych nagraniach studyjnych. Ludzie mogą oceniać mnie i zespół na podstawie naszych zdolności i naszego występu. Moim zdaniem jest to bardzo szczery sposób budowania kariery i oznacza to też, że przetrwasz dłużej w muzycznym biznesie.

Ray Wilson dorastał w szczęśliwym domu rodzinnym? Kiedy zdecydowałeś, że już najwyższy czas na samodzielność?

Było okej, ale niezbyt szczęśliwie. Moi rodzice przeszli separację, kiedy byłem młody, nie mieliśmy za dużo pieniędzy, więc spędziłem dużo czasu na przeprowadzkach z jednego miejsca w kolejne, podczas gdy mój ojczym szukał pracy. Pamiętam, że spędziłem większą część mojej młodości na bójkach, ponieważ ja i mój brat zmienialiśmy bardzo często szkoły i zawsze wyzwaniem dla mnie było dopasowanie się do innych dzieciaków w szkole. Patrząc bardziej pozytywnie, sprawiło to, że stałem się silniejszy.

W dzieciństwie byłeś dzieckiem niesfornym, niepokornym, czy raczej posłusznym i zdyscyplinowanym?

Niesfornym. Nie mogłem odnaleźć w sobie spokoju do czasu, aż miałem ponad trzydzieści lat. Życie zdecydowanie się polepszyło, bo im byłem starszy, tym więcej miałem niezależności.

Jesteś Szkotem, czyli według pewnego stereotypu, fanem piłki nożnej. Jak to się stało, że nie zostałeś piłkarzem? Fish chwali się zdjęciami z legendą szkockiego footballu, Sir Alexem Fergusonem. Członkowie szkockiego Primal Scream to fani Aston Villa. A Ray Wilson?

Grałem w piłkę nożną dla Carlisle School Boys, to było jedno z miast, w którym mieszkałem. Lata mijały, a ja zwracałem się coraz bardziej w stronę muzyki. Mimo wszystko teraz nie jestem wielkim fanem piłki nożnej. Jest zbyt dużo pieniędzy i zbyt wiele gwiazd w tym sporcie. Queen of the South to moja drużyna. Mała, lokalna drużyna z Dumfires, gdzie się urodziłem.

Kiedy stało się dla Ciebie i dla osób z Twojego środowiska jasne, że masz talent i Twoja droga zawodowa związana będzie w muzyką? Czego słuchasz, kiedy potrzebujesz spokoju i relaksu, a jaka muzyka jest dla Ciebie najlepsza, gdy jesteś wkurzony?

Moja szkoła miała wspaniały wydział muzyczny i organizowała rockowe/popowe koncerty trzy razy w roku. Mój brat, Steve, był wokalistą zanim ja nim zostałem, w metalowym zespole Prowler, którego nazwa pochodzi od piosenki Iron Maiden. Patrzyłem na niego, gdy występował, byłem niezmiernie dumny i zazdrosny. Na następnym koncercie zaśpiewałem z innym zespołem, grając kawałki Davida Bowie plus Dire Straits i Neila Younga. Jak tylko stanąłem na scenie i poczułem energię od publiczności, totalnie się uzależniłem. Od razu wiedziałem, że to moje życie. Od tamtej chwili nigdy nie oglądałem się za siebie.

Czy dzisiaj uważasz, że Twój wybór był właściwy? Wiele osób sądzi, że muzyk, artysta to ma fajne życie. Zarabia nieźle, jeździ po świecie, poznaje wielu innych ludzi? Zgadzasz się z taką opinią?

To był na pewno odpowiedni wybór dla mnie. Mam szczęście zarabiać dobrze na muzyce, ale wielu artystów nie ma takiego szczęścia. Kocham to, co robię, a to kluczowy składnik. Muzyka to moje życie.

Kiedy twoim zdaniem w Twoim życiu nastąpił przełom i pojawił się pierwszy wymierny, także finansowo, sukces? Jak postrzegasz ten stan? Czy sukces to spełnienie marzeń i pragnień?

Zawsze wierzyłem, że w końcu tam dotrę. Pracowałem z wieloma grupami od czasu, gdy skończyłem 14 lat i zawsze byłem tym, który prowadził resztę zespołu naprzód. Gdy dołączyłem do Stiltskin w 1994 r., nasz pierwszy singiel został numerem 1 w Wielkiej Brytanii i europejskiej liście MTV. To był początek mojego komercyjnego sukcesu. Po tym przyszło Genesis.

Utrzymujesz jeszcze jakieś kontakty ze swoimi starymi kumplami ze szkoły, z okolicy, gdzie dorastałeś? Masz czas, żeby czasami „obejrzeć stare kąty”?

Utrzymuję kontakt z kilkoma. Oczywiście Facebook i Instagram umożliwiają dużo częstszy kontakt, niż taki, do którego kiedykolwiek byłeś przyzwyczajony. Wielu moich szkolnych przyjaciół obecnie mieszka w różnych częściach świata. Niewielu pozostało w Dumfries, z racji tego, że to tak małe miasto.

1. listopada obchodziliśmy w Polsce dzień Wszystkich Świętych, zwany też Dniem Zmarłych. Czy w Szkocji to także czas zadumy o tych, którzy odeszli?

Nie, myślę, że to bardziej katolickie święto. Nie przypominam sobie nawet, żeby coś takiego było w Szkocji, bo jesteśmy bardziej protestanckim krajem. Nie jestem pewien, szczerze mówiąc.

Gdybyś miał wskazać nieżyjących już muzyków, którzy stanowili dla Ciebie inspirację, to jakie byłyby to nazwiska?

David Bowie zawsze był moim autorytetem numer 1. To pierwszy artysta, którego naprawdę pokochałem. Byłem również fanem Motorhead i Thin Lizzy, śmierć Lemmiego to była wielka strata. Odejście Phila Lynotta również. Uwielbiałem Thin Lizzy. Wygląda na to, że tracimy wielu świetnych artystów.

Jakiej muzyki słuchał Ray jako nastoletni chłopak? Kto miał, albo co miało największy wpływ na kształtowanie Twoich zainteresowań i Twojego gustu muzycznego?

Bowie, Motorhead, AC/DC, Thin Lizzy, Rush, Pink Floyd, Peter Gabriel...

Publiczność zna Ciebie głównie w roli wokalisty. Czasami grasz także na gitarze. Czy opanowałeś grę na jeszcze innych instrumentach? Kogo z rockowych gitarzystów wskazałbyś jako wzorzec, idola?

Gram na gitarze i na basie, głównie jednak na gitarze. Zawsze uwielbiałem Gary’ego Moore’a jako gitarzystę. Joe Bonamassa i Steve’a Hacketta oczywiście też.

Czy kiedyś spotkała Cię w życiu zarówno zawodowym, jak też osobistym porażka, o której do dziś nie potrafisz zapomnieć? Sukcesy i niepowodzenia przeżywasz w samotności czy dzielisz się nimi z całym światem?

Nauczyłem się nie żałować niczego. Oczywiście, że miałem gówniane czasy, ale zawsze starałem się mieć pozytywne podejście i uczyć się na moich błędach. Złe momenty budują twój charakter, musisz to zrozumieć i zaakceptować. Jeśli nie umiesz odpuścić i pójść dalej, całe życie będziesz nieszczęśliwy.

Twoja osobowość to introwertyk czy może ekstrawertyk?

Introwertyk w prywatnym życiu, na scenie bardziej ekstrawertyczny i otwarty.

Jesteś Szkotem z urodzenia i Polakiem z wyboru? Masz polskie obywatelstwo? Jakie cechy narodowe Polaków wkurzają Cię i dlaczego?

Jestem Szkotem/Polakiem/Europejczykiem. Kocham fakt, że mogę podróżować i grać, bez zbędnego stresu. Niestety, widzę że prawdopodobnie się to zmienia. Nie mam problemów z Polakami. Zwyczajnie widzę trochę dobrych i trochę złych ludzi, tak jak wszędzie, w każdym kraju i staram się unikać tych złych. Jeszcze nie mam polskiego obywatelstwa, ale może w przyszłości je dostanę. Mieszkam i płacę podatki tutaj i zatrudniam kilku polskich muzyków, członków ekipy i personelu, a także Szkotów i Niemców.

Ufasz ludziom czy raczej zachowujesz dystans? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby zostać przyjacielem Raya?

Ludzie pracują sobie na uzyskanie mojego zaufania. Do pewnego momentu daję ludziom kredyt zaufania, ale jestem za stary, by wierzyć, że każdy chce dla mnie dobrze. Oczywiście powinieneś dawać ludziom szansę, ale jednocześnie nie można być głupcem.

Twój brat Steven to także Twój przyjaciel? Zawdzięczasz jemu coś w życiu? A on Tobie?

Steve całe moje życie był blisko mnie. Graliśmy razem muzykę przez 36 lat. Jestem mu winien więcej niż pewnie zdaję sobie z tego sprawę. Jego wokal bardzo pasuje do mojego i muzycznie się zgadzamy. Nie da się sfabrykować takiej relacji. Jest całkowicie autentyczna.

Lubisz występować przed publicznością? Jest w Twojej biografii występ „live”, który był tak zły, że chciałbyś o nim zapomnieć? Odczuwasz jeszcze tremę przed koncertami?

Tak, granie na żywo przychodzi mi bardzo naturalnie. Zawsze tak było. Jedyny raz poczułem się przytłoczony na scenie, kiedy grałem w Glasgow z Genesis. Wszedłem na scenę, a reakcja była tak niesamowita, że łzy płynęły mi po twarzy, gdy śpiewałem. Nigdy nie czułem nic takiego ponownie. Myślę, że skala tego, co robię nagle mnie uderzyła w tamtym momencie i emocje wzięły górę. To była wspaniała noc.

Nie masz czasami dosyć tych wszystkich selfie, autografów, uśmiechów do foto, hoteli, podróży? Jak się po tym wszystkim regenerujesz?

Nie, nigdy. Po każdym koncercie stoję około godziny robiąc zdjęcia i rozdając autografy. Podróżowanie może być czasem ciężkie, ale takie jest życie. To mój wybór, że gram tak wiele występów każdego roku, nikt mnie do tego nie zmusza. Od 120 do 130 koncertów rocznie to norma w dzisiejszych czasach.

Gdybyś miał wybierać, w umiarkowanych ilościach pomiędzy szkocką whiskey, polską wódką a winem to zdecydowałbyś się na…?

Glenmorangie Whisky, wódka Belvedere, Rioja lub Muga czerwone wino

Każdy koncert to zapewne olbrzymi wysiłek fizyczny i psychiczny. Jak dbasz o dobrą kondycję?

Pływam codziennie, wtedy gdy nie podróżuję. To dla mnie jedyne ćwiczenie, które nie nadweręża mięśni, które są niezbędne do gry na gitarze. Myślę, że yoga też byłaby dobra, ale jestem na nią zbyt sztywny (śmiech).

Jesteś fanem nowych technologii, tych wszystkich komputerów, internetu, facebooka i podobnych, czy korzystasz z nich z umiarem i z samokontrolą?

W mojej branży nie da się ich uniknąć. Usiłuję je ograniczać jak tylko mogę, ale staram się też komunikować z fanami tak często, jak to możliwe. Dostaję mnóstwo próśb o zagranie konkretnych piosenek na koncertach poprzez Facebooka i Instagrama, ale też poprzez emaila i moją stronę internetową

Gdzie leży przyczyna tego, że niekiedy muzyka z płyty zaraz po premierze wydaje się przeciętna, a lata później zyskuje na wartości i postrzegana jest jako bardzo dobra lub wybitna? Tak jest moim zdaniem z albumem „Calling All Stations”.

Dużo zależy od oczekiwań i tego, z czym ludzie są zaznajomieni. "Calling All Stations" rośnie w rangę rok w rok, co jest dla mnie bardzo miłe. Gram kilka piosenek z tego albumu, a ludzie je naprawdę uwielbiają. Uważam też, że piosenki zyskują drugie życie, gdy grasz je na żywo i doskonalisz. Mają wtedy dużo więcej mocy i emocji w sobie.

Masz wyjątkową zdolność tworzenia znakomitych coverów, które w Twoim wykonaniu nie są odtwórcze, lecz nabierają nowego blasku, stając się prawdziwymi, muzycznymi perłami. Gdy po raz pierwszy usłyszałem nową interpretację „Carpet Crawlers” czy „Ripples” to byłem zszokowany, jak świeżo im odkrywczo po wielu latach brzmi ta muzyka. Jakie czynniki decydują o wyborze tego, a nie innego songu do interpretacji?

Wybieram kompozycje, które lubię i które śpiewam najlepiej. "Carpet Crawlers" bardzo pasuje do mojego głosu, "Ripples" jest po prostu świetną piosenką, którą wielu ludzi jest w stanie zaśpiewać w przyjemnej wersji. Głównym kryterium jest: czy umiem zaśpiewać tę piosenkę dobrze i czy lubię ją?

Niedawno ukazało się Twoje nowe wydawnictwo „Upon My Life”. Co szczególnego jest w tym albumie? Utwory z Twojego dorobku wybrałeś do programu tej kompilacyjnej płyty według jakiegoś klucza?

Wybrałem kawałki, o które najczęściej prosili fani podczas naszych występów na żywo. Wypróbowałem wiele list piosenek na album. Chciałem, żeby jeden kawałek płynnie przechodził w kolejny. W końcu stworzyłem dwa różne klimaty na dysku 1 i na dysku 2. Jestem z nich bardzo zadowolony, bo jest to faktyczna reprezentacja mojej pracy przez ostatnie 20 lat.

W tym roku wystąpiłeś wraz z bratem Stevem i Amandą Lyon w ramach Edinburgh International Festival. Ta impreza jako światowe zjawisko kulturowe to przegląd sztuk wszelakich, od muzyki, przez teatr do opery i baletu. Jak doszło do zaproszenia Ciebie wraz z kameralnym zespołem i dlaczego te 12 koncertów miało akustyczny charakter?

To był początek mojej solowej kariery. Tamtej nocy zagraliśmy w małym klubie przed 120 osobową publicznością. Chciałem zagrać dwu godzinny koncert, dlatego użyłem piosenek z mojego pierwszego solowego albumu, Change, Stiltskin, Genesis, i historii z mojego muzycznego życia do tamtego czasu. Wyszło bardzo dobrze. Zgaduję, że to zasługa mieszanki dobrych kawałków z trzema świetnymi głosami. Amanda jest nieprzeciętną wokalistką.

Longplay „Upon My Life” prezentuje także dwie nowe kompozycje „Come The End of the World” oraz „I Wait and I Pray”. W jednym z wywiadów mówiłeś, że ten album to Twoja „duchowa podróż”. Jakie przesłanie zawierają te dwie piosenki?

Mówią nam, żebyśmy doceniali świat, w którym żyjemy i byśmy nie zapomnieli, że mamy niezmierne szczęście cieszyć się wolnością. Budujmy mosty, nie mury, jak w sławnym powiedzeniu.

Lubię całą Twoją twórczość zarówno z płyt solowych, jak też z repertuaru Stiltskin. Ale jest jeden utwór, który zawsze wywołuje u mnie ciarki i wzruszenie, mianowicie „Makes Me Think of Home”. Wielu uznaje go za najbardziej progrockowy w Twoim dorobku. Nie kusi Cię, żeby nagrać materiał właśnie z takimi, złożonymi, wielowymiarowymi, epickimi utworami?

Lubię pisać takie piosenki od czasu do czasu, ale nie miałbym ochoty słuchać całego albumu w takim stylu. Rush "2112" dało sobie z tym bardzo dobrze radę, są też inne dobre przykłady, ale ja lubię balans długich i krótkich piosenek na płycie. To po prostu mój gust.

Ostatnie pytanie dotyczy przyszłości Stiltskin. Wprawdzie niektórzy muzycy ze składu zespołu towarzyszą Tobie w realizacji nowych nagrań firmowanych Twoim nazwiskiem, ale nie myślałeś, żeby powrócić z nowym albumem z logo grupy? Od wydania ostatniego albumu „Unfulfillment” minęło osiem lat.

Wiele zależy od Uwe Metzlera. Piszę z nim sporo piosenek i kiedy wysyła mi kawałek muzyki, jak w przypadku wielu kompozycji z albumu She, to pobudza moją kreatywność. Tak, to możliwe, z pewnością. W sercu jestem rockowym wokalistą.

Włodek Kucharek

Tłumaczenie: Kinga Dombek, Paweł Gorgol

122_velesar_reklama_hmp.png 124_nightwish_158x600px_eu.gif 123_burningwitches_158x600px_eu.gif 128_necronomicon_baner_hmpzzz_b.png

Goście

3011598
DzisiajDzisiaj473
WczorajWczoraj1981
Ten tydzieńTen tydzień2454
Ten miesiącTen miesiąc11830
WszystkieWszystkie3011598
35.175.121.230