Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 74sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

drownmyday-oraz-testergier-postare m

rhapsodyoffire-posterb1 m

necronomikon plakatcd m

sabirexm m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

lucifer plakatb m

plakat necromicon 210x197 hmp m

enforcer plakatcd m

foreigner plakatcd m

mystic festival 2020b m

metalmaniaa 210x297 hmp m

helloweenn 210x297 hmp m

„Mission Lem” (Planet Hell)

Przemysław Latacz zaskoczył debiutem Planet Hell „Mission One“, proponując nieszablonowy, progresywny death metal z tekstami zainspirowanymi twórczością Stanisława Lema i równie dopracowaną szatą graficzną. „Mission Two” to swoista kontynuacja, ale jeszcze ciekawsza, a punktem wyjścia stało się tu „Solaris”, bodaj najbardziej znana powieść naszego klasyka science-fiction. Lider Planet Hell opowiada o kulisach powstania tej płyty, zapowiadając już kolejną część, jeszcze bardziej zaskakującą:

                      

HMP: Po wydaniu „Mission One“ zapowiadałeś, że „Mission Two” będzie oparta na „Solaris” i niemal dokładnie po trzech latach doczekaliśmy się tej płyty. Zważywszy na jej poziom było to pewnie dla was spore wyzwanie, żeby nie zrobić kroku w tył w porównaniu z debiutem, a przeciwnie, nagrać coś ciekawszego, jeszcze mniej oczywistego w kontekście określonej, metalowej stylistyki?

Przemek Latacz: I tak i nie. Inspiracja kompletnym dziełem literackim determinuje nastrój i klimat poszczególnych utworów, co ułatwia sprawę. Uwielbiam Lema i czytałem „Solaris” po raz kolejny z przyjemnością i jak zwykle jak to u Lema, odkrywając coś nowego. Wiedziałem też, że „Mission Two” na pewno będzie inna, bo nie będę komponował jej sam, lecz przy udziale kolegów, jako że Planet Hell z projektu solowego stał się zespołem. Jedyna trudność polegała na tym, żeby uchwycić temat całościowo w standardowe, przyswajalne albumowe 40-45 minut, a jednocześnie nie pójść w odtwórczą adaptację, tylko w dzieło inspirowane, z tekstami otwartymi na szerszą interpretację.  

Jesteście klasyfikowani jako zespół deathmetalowy i to jest w pewnym sensie prawda, ale nie do końca, bo wydaje mi się, że czerpiąc z deathu co najlepsze, jednocześnie od niego odchodzicie – tu słowem kluczem będzie chyba określenie metal progresywny, poszukujący, nie bazujący na schematach?

Death metal jest podstawą, na której budujemy brzmienie i intensywność przekazu. Mnie osobiście zależy na tym, żeby towarzyszyła temu przestrzeń i spójność aranżacyjna. Słuchamy bardzo różnych rzeczy i w sposób zupełnie naturalny przenosimy niemetalowe patenty na nasz grunt.

Istotne jest również to, że „Mission Two” jest w sumie debiutancką płytą tego składu, bo przecież jedynkę nagraliście we trzech z producentem Dominikiem Burzymem jako perkusistą – nad nowym materiałem pracowaliście już w pełnym składzie, stąd też taki jego kształt?

Na pewno tak jest. Chłopaki wchodząc w Misję Pierwszą, wiedzieli czego się po mnie spodziewać, zaakceptowali klimat, więc zdawali sobie sprawę, że będę czuwał nad całością. Oni z kolei ratowali mnie przed wtórnymi, sprawdzonymi przeze mnie wcześniej rozwiązaniami. Tygiel ich pomysłów był dla mnie bardzo inspirujący, wiele motywów zaproponowanych przez załogę nie wymagało „uplanetowienia”. (śmiech)

Nie jesteś więc w żadnym razie satrapą-dyktatorem, dopuszczasz kolegów do komponowania i aranżowania utworów, co tylko wychodzi im na dobre? (śmiech)

Tak. To co by wyszło utworom na złe, czy to z mojej, czy z ich strony, nie wytrzymuje zwykle próby czasu – kilku prób z rzędu. Pewne rzeczy wychodzą też w studiu.

„Solaris” to chyba najbardziej znana powieść Stanisława Lema, dzieło, które przyniosło mu światową sławę. Po poprzedniej „Lemowskiej” płycie, łączącej różne wątki z jego książek uznałeś, że pora na coś większego, koncept w pełnym tego słowa znaczeniu?

Utwór inspirowany „Solaris” miał znaleźć się na „jedynce”, jednak, mimo że znałem tę powieść, to przypominając ją sobie, zrobiła wtedy na mnie piorunujące wrażenie. Może po prostu dorosłem do niej? W każdym razie uznałem, że zasługuje na osobną płytę.

Opisujesz tę historię z perspektywy Krisa Kelvina. To oczywiście nie dziwi, bo jest głównym bohaterem „Solaris”, ale ciekawi mnie czemu nie podeszliście do tematu szerzej i nie daliście szansy głosu również Harey, nie pojawił się między nimi jakiś dialog – było to w sumie możliwe, skoro na płycie udziela się twoja żona Iza?

Zależało mi bardziej na tym, żeby „Mission Two” była płytą inspirowaną „Solaris”, a nie jej adaptacją. Nie chciałem, żeby płyta była „przegadana” jak film Tarkowskiego – chodzi przecież przede wszystkim o muzykę. Abstrahując też od „Mission One”, czy „Two”, moja „Mission Lem” z jednej strony jest hołdem złożonym pisarzowi, a z drugiej taką właśnie misją zainteresowania jego twórczością odbiorców ambitnej, ale jednak ciężkiej muzyki – dlatego też postawiłem na otwartą formułę interpretacji tekstów – tak aby każdy mógł odnaleźć w tej historii część siebie, przez co całość będzie mu po prostu bliższa.  

To w sumie opowieść o miłości, chociaż nie jest ona jej głównym wątkiem – deathmetalowi ortodoksi nie protestują, że podeszliście do „Solaris” w taki właśnie sposób?

No jakoś jeszcze nie (śmiech). Mówię nieco prowokacyjnie w wywiadach o tej płycie, jako o pierwszej deathmetalowej płycie o miłości, ale naprawdę tak jest. Jedyna ortodoksyjna uwaga jaką dostałem – jeszcze przy jedynce – była od starego kumpla, twardego zawodnika i załoganta z lat 80.-90., który skinheadów rozstawiał po kątach. Cytuję „Przemo, podoba mi się, ino ty mosz za grzeczny ryj do tej muzy!” (śmiech)

Która z filmowych wersji „Solaris” bardziej do ciebie przemawia, ta starsza Tarkowskiego czy nowsza Soderbergha?

Na pewno Soderbergha, z uwagi na postać Harey, a w filmie Rhei na podstawie zgodnie z tłumaczeniem. Jej postać jest zagrana genialnie. Brakuje mi w tej adaptacji większego wyeksponowania planety, która w całości jest żywym organizmem, co jest jednym z najbardziej oryginalnych pomysłów na przedstawienie Obcego.

Zaskoczyłeś mnie też czystymi wokalami w kilku utworach – były momenty, gdzie były one wręcz konieczne i musiałeś ostro popracować, żeby osiagnąć satysfakcjonujący efekt?

W zasadzie to nie, bo już na etapie pisania tekstu wiedziałem, że będą takie miejsca. W studiu okazało się, że moja maniera Snake'a z Voivod jest momentami groteskowo przerysowana i denerwująca, więc posiłkując się opinią kolegów i realizatora, okiełznałem problematyczne końcówki.

Zaprosiliście też basistę Jędrzeja Łaciaka, z którym długo grałeś w The No-Mads. Teraz jest cenionym jazzmanem-wirtuozem, więc jego fretless okazał się idealnym wprowadzeniem w klimat „Encounter”?

Z Jędrzejem cały czas jesteśmy w kontakcie. Nawet nie grając już w The No-Mads pojawił się gościnnie w instrumentalnym utworze na ostatniej płycie „Lost Control”. Wstęp do „Encounter” jest autorstwa Tomka, drugiego gitarzysty. Jest tam dużo przestrzeni, którą początkowo chcieliśmy wypełnić samplami, na szczęście przeważył pomysł zaproszenia Jędrzeja, który zarówno dzięki profesjonalizmowi i wyjątkowej wrażliwości muzycznej, przeniósł ten utwór na wyższy poziom.  

Nowa płyta, nowe studio – czym Dominik Wawak przekonał was, że postanowiliście nagrywać w jego DMB studio?

Współpracowaliśmy już z Dominikiem przy okazji realizacji nagrania live do video „Astronauts”. Bardzo spodobała się nam też ostatnia płyta Redemptor wyprodukowana przez niego. Do tego dojazd z Katowic do Bielska-Białej jest dużo wygodniejszy dla nas, a w szczególności dla perkusisty Tomka, który mieszka w Ustroniu.
Wiele zespołów idzie teraz na łatwiznę, korzysta z dużej ilości cyfrowych narzędzi, przez co ich płyty brzmią tak samo i nie za dobrze – odsłuch „Mission Two” pokazuje jednak, że wy do nich nie należycie, zależało wam na klarownym i „waszym” soundzie?

Zgadza się, to jest w całości nasze brzmienie. Nasze były bębny i nasze wzmacniacze. Gałki we wzmakach w zasadzie w tej samej pozycji jak na próbach i koncertach. Zagadało od razu.
Brzmienie jest zrównoważone – przy całej czerni kosmicznej pustki podkreślonej elektroniką, potrzebowaliśmy cieplejszego, analogowego brzmienia gitar – uczuciowy i emocjonalny temat wiodący wymagał takiego rozwiązania.

Sporo w nim samplowanych i syntezatorowych dźwięków, przy tworzeniu których wsparł was Dominik, a bez których brzmienie płyty w takim właśnie kształcie byłoby niepełne?

Dokładnie! Mało tego – używamy ich również na koncertach – daje to niesamowity klimat i podkreśla nasz przekaz.
W ciekawy sposób podeszliście też do oprawy graficznej płyty: pewne patenty, choćby formuła captain's log, pozostały niezmienne, ale w innych nie chcieliście się powtarzać, stąd zmiany czy nawet pojawienie się barw na coverze?

Początkowo chcieliśmy bardziej podciągnąć wszystko pod „jedynkę”, ale w końcu zostawiliśmy tylko najważniejsze elementy, jak na przykład dziennik pokładowy. Wyeksponowaliśmy tym razem nasze drugie, skromniejsze logo, które lepiej prezentowało się na tle zdjęcia planety, a zaprojektowany symbol Misji Drugiej poszedł na front bookletu wewnątrz.

Zastanawiałem się czy utrzymacie format digibooka A5 przy kolejnej płycie, bo na „Mission One“ wykorzystaliście, jedyne w swoim rodzaju, prace Daniela Mroza i stąd wzięły się takie rozmiary książeczki. Do szaty graficznej „Mission Two” podeszliście zupełnie inaczej, ale te zdjęcia czy nawet okładka też wymagały większego formatu?

Dla mnie to jest taki „książkowy” format, co pasuje mi do całości. Lepiej w nim można zaprezentować nie tylko zdjęcia i grafiki, ale i też teksty – razem z polskim tłumaczeniem.

Może warto więc pomyśleć o wersjach winylowych, tym bardziej, że kompaktowy nakład debiutu jest już wyczerpany?

„Jedynka” jest wyprzedana w całości, „dwójka” jako że premiera była niedawno, jest jak najbardziej dostępna. Planujemy reedycję „jedynki” w tradycyjnym formacie jewel case, z nieco inaczej, ale równie atrakcyjnie przygotowanym bookletem. Winyle – jestem za! Czekamy na propozycje.

Przy okazji debiutu współpracowaliście z Thrashing Madness, ale za jego wersję elektroniczną odpowiadała firma Mad Lion, która teraz firmuje wszystkie wydania „Mission Two”?

Tak. Gdy „Mission Two” była na ukończeniu, dałem znać Leszkowi z Thrashing Madness, ale miał bardzo napięte i już zaklepane plany wydawnicze. Z Przemkiem z Mad Lion znam się od dawna, zawsze dobrze się współpracowało, a dodatkowo, co też nie jest bez znaczenia, organizuje koncerty. Premiera „Mission Two” miała miejsce na koncertach u boku Pestilence, a właśnie wróciliśmy z Czech, gdzie graliśmy na 20-leciu Hypnos, którego leaderem jest założyciel Krabathora.

Myślisz, że jeśli ktoś słucha tej płyty w formie cyfrowej, nie ma kontaktu z tekstami czy szatą graficzną, będzie w stanie całościowo ją zrozumieć i docenić?

Poza głównymi platformami streamingowymi, można odsłuchać płytę na naszym kanale YouTube, gdzie każdemu utworowi jest przypisana wizualizacja zawierająca czytelny tekst i odpowiadające muy zdjęcie. Wizualizacje mimo tego że są oszczędne, są bardzo atrakcyjne – zrobił je dla nas Tomek Wącirz, autor teledysku do kawałka „Experiment”, promujacego „dwójkę”.

Zapowiadałeś, że na drugim albumie również nagracie cover i miał to być kolejny utwór z dorobku Rush, ale chyba nic z tych planów nie wyszło – pewnie trudno jest dopasować cudzy numer do takiego konceptu?

Po napisaniu i ograniu ostatniego kawałka oraz odsłuchaniu całości, doszliśmy do wniosku, że koncept zamyka się naturalną klamrą i dodanie czegokolwiek na koniec, nawet po wydłużonej przerwie między utworami, zaburzy stworzony przez nas klimat. Natomiast zachęcam gorąco do przesłuchania kawałka Rush, który chodził mi po głowie podczas prac nad „Mission Two” - „Alien shore” z płyty „Counterparts”. Tekst jest bardzo solarystyczny!

Ale nic straconego, bo ponoć myślicie już o „Mission Three” i też zamierzacie zaskoczyć – może nie wyborem źródła inspiracji, bo znowu będzie to mistrz Lem, ale doborem jego kolejnej książki na pewno?

Na pewnie będzie zaskoczeniem to, że tym razem nie wczytamy się w beletrystykę, tylko w „Summa Technologiae”, która jest postrzegana jako traktat filozoficzny.

„Summa Technologiae” to w pewnych aspektach dzieło wręcz pionierskie, bo Lem przewidział w nim – we wczesnych latach 60. ubiegłego wieku! – powstanie choćby sztucznej inteligencji, ale też niełatwe w odbiorze dla przeciętnego czytelnika. Czeka was więc kolejne wyzwanie, ale też niezwykle inspirujące i ekscytujące, najpierw stworzenie tego materiału oraz połącznie tekstów i muzyki w spójną całość, aż po ich nagranie?

Zdecydowanie! Wciąż odnajdujemy wiele inspiracji w tym czego słuchamy na co dzień i często nie jest to metal. Poza tym chcę napisać teksty opisujące konkretne historie, mogące się wydarzyć we wspólnym obszarze działania człowieka i stworzonych przez niego maszyn i technologii. Podstawą będą problemy poruszone w „Summa Technologiae”, a historie prawdopodobnie będą połączone bardzo specyficzną i diaboliczną postacią narratora, ale na razie nie zdradzę więcej szczegółów.

Wojciech Chamryk

128_necronomicon_baner_hmpzzz_b.png 122_velesar_reklama_hmp.png 121_kreator_158x600px_eu.gif

Goście

2924467
DzisiajDzisiaj55
WczorajWczoraj1729
Ten tydzieńTen tydzień3755
Ten miesiącTen miesiąc49072
WszystkieWszystkie2924467
34.226.244.70