Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 75sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

metalmaniaa 210x297 hmp m

within temptation evanescencezz m

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

helloweenn 210x297 hmp m

mystic festivalzz m

 

„Klasyczne CETI na 30-lecie” (CETI)

Po udanym „Snakes Of Eden” na kolejną płytę CETI musieliśmy trochę poczekać. Zespół Grzegorza Kupczyka miał jednak problemy ze składem, bo zastąpienie perkusisty Mucka (życzymy dużo zdrowia!) okazało się prawdziwym wyzwaniem. Kiedy jednak CETI z nowym drummerem i dodatkowo drugim gitarzystą weszło w końcu do studia okazało się, że nagrało jedną z najlepszych płyt w swej ponad 30-letniej już karierze, a do tego „Oczy martwych miast”  to, tak jak przed laty, materiał zaśpiewany w całości po polsku:

                                        
HMP: Jubileusz 30-lecia świętowaliście w roku ubiegłym, ale akcentujecie go nader dobitnie dopiero teraz, wydając dziewiąty album studyjny. Można śmiało powiedzieć, że to nowe otwarcie historii zespołu, a do tego też powrót do waszych korzeni?

Grzegorz Kupczyk: Przyznam, że nie zastanawiałem się nad tym. Czy powrót? Być może, bo mimo, iż chcieliśmy ( i uważam, że nam się to udało) zrobić wszystko dużo nowocześniej, to słychać bicie serca klasycznego CETI.

Bardzo istotne w kontekście tego jubileuszu wydaje mi się również to, że działaliście w tym okresie bez żadnych przerw, regularnie wydając kolejne płyty i koncertując, a bywa, że jakaś grupa obchodzi z pompą 40 czy nawet 50-lecie, gdy miała w tym czasie przerwy w działalności od kilkunastu do nawet ponad 25 lat, co wydaje się pewnym nieporozumieniem?

Dokładnie! Jest parę takich przykładów, nawet z mojego najbliższego podwórka. Co innego obchodzić np. 40-lecie powstania zespołu, a co innego obchodzić rocznicę działalności, gdy wiadomo, że zespół nie istniał kilka lat...

„Oczy martwych miast” ukazałyby się pewnie znacznie wcześniej, gdyby nie problemy zdrowotne Mucka – straciliście przecież podporę zespołu, świetnego perkusistę grającego w CETI od drugiej płyty „Lamiastrata”?

Tak, to były poważne problemy i jak się okazało bardzo trudne do przejścia. Maria też miała problem z dłońmi, bowiem dosięgła ją klasyczna dolegliwość klawiszowców – cieśń nadgarstka i była konieczna operacja. To również uziemiło nas na kolejne kilka tygodni.

Pewną pociechą jest tu jednak fakt, że dwa utwory, akurat te singlowe, „Machina chaosu” i „Linia życia”, powstały jeszcze z udziałem Mucka?

Tak, niestety nie zdążył nagrać tych kawałków. W nagraniu brał udział już Jeremiasz. Pierwsza wersja „Machiny...” była nagrana z poprzednim bębniarzem Danielem Abramowiczem. Niestety było to nie do przyjęcia. Nagraliśmy wtedy próbnie kilka utworów w innym studio, ale od strony zarówno produkcyjnej, jak i od strony bębnów, było to absolutnie nie do zaakceptowania.

Nie mieliście więc szczęścia do następców Mucka, aż do momentu gdy na horyzoncie pojawił się Jeremiasz Baum?

Tak, to były trudne i bardzo stresujące chwile. Trzeba było wywiązać się z zawartych umów, a więc koncertów. Dzięki dużej wyrozumiałości i przyjacielskiego podejścia MMP mogliśmy także pozwolić sobie na kilkukrotne przesunięcie terminu rejestracji materiału. Dobraliśmy więc najpierw jednego – ten był jakiś niepoukładany i po kilkunastu koncertach mieliśmy już dosyć współpracy. Drugi, mimo iż go znałem (okazało się, że żeby kogoś poznać trzeba zjeść z nim przysłowiową beczkę soli) okazał się człowiekiem okropnie nieszczerym i bardzo niebezpiecznym. Wydawało się, że z nim już zostaniemy. Niestety – wyleciał z hukiem. Zespół jak jeden miał go dość. Byłem już poważnie zaniepokojony, bo wejście do zespołu po Mucku nie było łatwym krokiem dla kolejnych bębniarzy. Słuchaliśmy jeszcze później innych ludzi, ale to nie było to(!) o co nam chodziło. Bardzo pomogła nam Beata Polak polecając Jerrego, mamy wobec niej wielki dług wdzięczności.
Macie też nowego gitarzystę i jest to wydarzenie wręcz historyczne, bo jak dotąd żadna wasza płyta nie powstała z udziałem dwóch gitarzystów, nie licząc twojego wkładu – jak do tego doszło?

Nosiliśmy się z zamiarem doboru drugiego gitarzysty już chyba od trzech lat, może dłużej, ale zawsze albo nie było czasu, albo nie byliśmy przekonani w stu procentach, albo (gdy już byliśmy zdecydowani) nie było odpowiedniego kandydata. Nie byli w stanie uciągnąć pewnego poziomu, który był konieczny aby móc stanąć obok Bartiego z podniesionym czołem. W końcu nasz basista Tomek spotkał Jakuba w siłowni, gdzie razem trenują. Od słowa do słowa i zaprosiliśmy obu panów na wspólne przesłuchanie. Było fantastycznie. Decyzja mogła być tylko jedna (śmiech). Fakt, zaowocowało to kapitalnymi dźwiękami na płycie, jak i (o czym mieliśmy już okazję się przekonać) podczas koncertów. Wiele utworów odzyskało blask, ponieważ zawsze nagrywaliśmy dwie gitary, ale podczas gigów nie dało się odtworzyć w pełni walorów aranżacyjnych. Teraz nie musimy się o to martwić.

Czyli wszystko zgadza się o tyle, że tak jak przez lata bazowaliście na duecie gitarowo-klawiszowym, tak jak Deep Purple czy Rainbow, to teraz doszliście do etapu Whitesnake, dwóch gitarzystów i klawisze, więc i tak wszystko się zgadza (śmiech). Jakub jest tylko gitarzystą rytmicznym, czy gra też partie solowe?

Gra również solówki. Pięknie wypadają również duety dwugłosowe obu panów (śmiech).

Ponoć tym razem to Tomasz przejął stery jeśli chodzi o stronę kompozytorską, pozostawiając ci teksty, linie melodyczne i wpływ na aranżacje całości, a Maria też dodała coś od siebie?

Tak, Tomek zaproponował swoje kompozycje. Miał sporo w „magazynie”, a że mieliśmy poważne opóźnienie w kwestii terminu nagrań z wyżej wspomnianych powodów, przyjąłem jego propozycję. Był to (jak się okazało później) bardzo dobry ruch. Maria zawsze ma wolną rękę i zawsze dodaje od siebie: czasem mniej, czasem więcej, w zależności od tego jakie są potrzeby  np. intro do utworu „W dolinie światła” jest całkowicie jej pomysłem. To intro już buduje nastrój utworu. Dodaje mu jakby duchowości i doskonale uzupełnia warstwę tekstową.

Nie ma więc większego znaczenia kto podpisuje się pod utworami CETI, ważne jest by trzymały poziom i zostały zaakceptowane przez wszystkich muzyków?

Dokładnie. CETI to firma i wszyscy pracujemy dla jej dobra i nad tym, aby poziom wykonawczy, produkcyjny był najwyższych lotów. W naszym dobrze pojętym interesie jest, aby muzyka zawarta na płytach była na najwyższym poziomie.

Ciekawostką jest również to, że „Oczy martwych miast” są waszą pierwszą płytą od czasów
debiutanckiej „Czarnej róży”, zawierającą wyłącznie utwory w języku polskim. Wcześniej bywało tak, że materiał podstawowy, jak np. na „Shadow Of The Angel” był po angielsku, ale dopełniały go polskojęzyczne bonusy, ale od roku 1989 pierwszy raz wszystkie utwory na albumie śpiewasz po polsku – skąd ta zmiana?

W sumie od 2000 roku, ponieważ „Demony czasu” jak i „W imię prawa” to de facto płyty CETI i w takich wersjach zostały reedowane przez firmę Oskar. Kiedyś wypowiedziałem się w tym temacie, a mianowicie, że jeżeli stwierdzę, iż ludzie kupują płyty a nie kradną empetrójki, to CETI nagra płytę w wersji polskojęzycznej. Tak się wreszcie stało. Ostatnie trzy płyty sprzedawały się bardzo ładnie – dotrzymałem więc słowa. Poza tym jeżeli będziemy chcieli nagrać płytę (patrz – wydać) poza granicami Polski, to po prostu dogramy angielski tekst i już. Na razie nie ma takiej potrzeby. Jest w CETI  tyle materiału nagranego po angielsku, że w wypadku ewentualnych wyjazdów mamy co zaprezentować, a przecież dla wielu poza krajem jesteśmy czymś nowym (śmiech).

Trudno było ci przestawić się po tych wszystkich płytach zaśpiewanych po angielsku czy przeciwnie, powrót do ojczystego języka okazał się pestką?

Nie było żadnych problemów. Jedyne co musiałem zrobić, to przestawić się na inny rodzaj interpretacji. Polski język wymaga innego podejścia do wykonania. Trzeba było też użyć większej ilości synonimów, przenośni. Polski język jest bardzo niewdzięcznym środkiem przekazu w utworze rockowym. Co innego w piosence pop, ale rock kieruje się innymi formami przekazu.

Ta zmiana może również świadczyć o tym, że kładziecie większy nacisk na zaistnienia na rodzimym rynku, bo jednak wciąż polskie teksty są przyjmowane lepiej przez słuchaczy?

Stanowczo tak. Fani już od dość długiego czasu  naciskali na polskie wykonanie. Zresztą nie tylko fani. W zespole także, głównie Marysia i Tomek, byli i są zwolennikami polskich wersji językowych.

Muzycznie wracacie z kolei nie tylko do korzeni grupy, ale też archetypowego hard 'n' heavy, czerpiąc też z klasycznego rocka, a nawet bluesa?

Takie było główne założenie; w zasadzie Tomek jako kompozytor od początku sugerował takie podejście.

Ponownie pracowaliście z Mariuszem Piętką w MP Studio – jeśli coś się sprawdza i przynosi dobre rezultaty, to jakiekolwiek zmiany w tym zakresie byłyby pozbawione sensu?

Dokładnie tak! Mariusz to fenomenalny realizator i producent. Do tego wspaniały przyjaciel. Nie wyobrażam sobie nagrywania w innym studio. Nawet nie myślę o tym.

Efektowna okładka autorstwa Jerzego Kurczaka to też spore wydarzenie, bo zdaje się, że dotąd mieliście okazję współpracować tylko przy dawnych płytach Turbo?

Tak! Szefowa MMP zaproponowała nam udział Jurka w produkcji grafiki. Zapytaliśmy naszego nadwornego grafika czy nie ma nic przeciwko. Nie było problemu, więc zadziałaliśmy. Okazało się, że współpraca obu grafików okazała się rewelacyjnym pomysłem. Jurek stworzył front, a całą resztą zajął się Piotr Szafraniec.

Ta ilustracja w połączeniu z tekstem utworu „Fałszywy bóg” mogą doprowadzić niektórych do mylnych wniosków, tymczasem ten tekst ma zupełnie inną wymowę i drugie dno?

Cóż... spodziewam się reakcji idiotów czy dewotów, ale liczę też (przyznaję) na rozsądne podejście do tematu. Tekst tego utworu mówi głównie o mediach, a okładka okazała się boleśnie prorocza. Czyż może być bardziej celny przekaz jak Chrystus płaczący krwawymi łzami nad rozpadającym się światem? Nawet puzzle zamieszczone na okładce, będące przecież symbolem ładu, są tutaj w rozsypce. Czasem gdy o tym pomyślę, to aż mnie to przeraża. Ale może to nie jest zbieg okoliczności? Może nieświadome CETI miało coś przekazać? Nie wiem...

Zresztą jesteś już chyba przyzwyczajony do takich nadinterpretacji już od czasów „Kawalerii szatana” Turbo, kiedy odsądzano was od czci i wiary bez żadnego uzasadnienia?

Tak (śmiech). To chore, ale jakże „przyjazne” i swojskie (śmiech).

Okładka szczególnie okazale będzie się prezentować w 12” formacie – wzorem trzech ostatnich płyt myślicie też pewnie o edycji winylowej „Oczu martwych miast”?

Oj tak. Wtedy nabierze prawdziwej siły. Tak, ma być i wersja winylowa.

W tym wypadku fajnie zaistnieje ten podział na utwory metalowe i bardziej rockowe, które będą mogły znaleźć się na obu stronach płyty?

Tak, to będzie bardzo interesujące (śmiech).

Tu chyba od razu zakładaliście, że „Oczy martwych miast” ukażą się na winylu, bo nawet czas trwania tego materiału jest idealny, bo to niecałe 40 minut – niczego nie trzeba będzie przestawiać, rezygnować z któregoś z utworów?

Masz rację. Nauczeni doświadczeniem podeszliśmy właśnie tak do tego tematu. W wypadku poprzednich płyt trzeba było albo jakiś kawałek usunąć, albo zmienić nieco kolejność. W wypadku „Oczu martwych miast” nie trzeba nic zmieniać.

Cieszy cię ten renesans popularności analogowych nośników dźwięku, że ludzie po zachłyśnięciu cyfrowymi błyskotkami wracają do winylowych płyt czy nawet kaset magnetofonowych i szpulowych taśm?

Bardzo! Nie ma to jak chwycić w oburącz anolog. Wpatrywać się w szczegóły grafiki, a potem chłonąć ten prawdziwy dźwięk, nie spompowany i nie ściśnięty do granic absurdu.

Na 25-lecie ukazało się wznowienie „Lamiastraty” w wersji digi, a co z planowaną od lat wersją winylową? To płyta jeszcze z klasycznej epoki czarnego krążka, więc może na fali jego powrotu uda się ją wydać, choćby w minimalnym, limitowanym nakładzie?

Jest ktoś, kto chce to wydać od lat w wersji dwupłytowej bo „Lamia” jest dość długą płytą. Czekamy...

Nowy rozdział – nowe logo, czy też akurat ta okładka wymagała pewnego odświeżenia waszego dotychczasowego logotypu?

To kwestia 30-lecia zespołu. Zmieniło się tak wiele w zespole, że postanowiliśmy zmienić także logo. Niejako nawiązuje ono aktualnie do pierwszego logosa z okresu „Czarnej róży”. Naszym zdaniem to bardzo dobry pomysł i chyba jedyny dobry moment, aby tak zrobić.

Dorobiliście się też kolejnego piwa po „Wężowym”, ale przygotowanego już we współpracy z innym browarem?

Od kilku lat współpracujemy z U1 czyli poznańskim Ułan Browar. Oni właśnie zaproponowali produkcję nowego piwa CETI. Jest ono doskonałym uzupełnieniem zarówno samego wydawnictwa jak i promocji. To pils, specjalnie dla nas warzony.

Takie trunki, firmowane przez znane zespoły, mają też inny, poza walorami smakowymi, stricte kolekcjonerski aspekt, co podkreśliliście dopracowaną etykietą?

Tak, to prawda. Ktoś, kto zbiera gadżety związane z CETI czy nawet bezpośrednio moją osobą będzie miał z pewnością dużo radości z kolejnego gadżetu. (śmiech)

Zanosi się więc na to, że podczas koncertów promujących „Oczy martwych miast” w waszym sklepiku poza koszulkami czy płytami będzie też można zaopatrzyć się w piwo?

Na pewno. Mamy już wiele dogadane w tym temacie. Na razie z niepokojem i uwagą obserwujemy bieżące wydarzenia. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia planując koncerty promujące „Oczy...” dopiero od września 2020. Bądźmy dobrej myśli. Musimy również wszyscy stosować się do zaleceń, być może wtedy cały ten brud zniknie lub się poważnie wyciszy. Nikt z nas nie zna prawdy i nikt się nie dowie jak jest naprawdę. Jedna wersja wypiera drugą, jedna plotka kolejną. Wszystko stanęło na głowie. Musimy zachować daleko idący rozsądek i trzeźwość myślenia-obserwowania i wyciągać właściwe wnioski. Nie dać się omamić - fałszywemu bogowi – mediom.

Wiosną i pewnie latem nie pogracie z racji pandemii, ale w końcu ruszycie w trasę, bo CETI to zespół koncertowy, czujący się na scenie jak ta przysłowiowa ryba w wodzie. Co macie jeszcze w planach: udział w jakichś festiwalach, może znowu support przed światową gwiazdą w rodzaju Deep Purple?

Wszystko pokaże czas. Jak wcześniej wspomniałem – obserwujmy i bądźmy rozsądni. Bardzo tęsknimy za spotkaniami z publicznością, z fanami. To nasze życie. Mam nadzieję, że wszystko unormuje się do września.

Wojciech Chamryk

126_paradiselost_158x600px_eu.gif 125_vader_158x600px_eu.gif 127_sbaton_158x600px_eu.jpg

Goście

3135166
DzisiajDzisiaj50
WczorajWczoraj2528
Ten tydzieńTen tydzień7627
Ten miesiącTen miesiąc67180
WszystkieWszystkie3135166
18.207.254.88