Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 76sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

„Czemu nie?!” (Destroyers)

      

Miał być tylko wyjątkowy i tylko jeden występ na festiwalu, ale Destroyers wrócił na dobre – najpierw z kolejnymi koncertami, a teraz z premierowym albumem „Dziewięć kręgów zła”, pierwszym od 1991 roku. Nowy materiał potwierdza, że zespół jest w bardzo wysokiej formie, nie odmówiliśmy więc sobie przyjemności rozmowy z wokalistą grupy.

                

HMP: Początkowo reaktywowaliście zespół jedynie z myślą o występie podczas Helicon Metal Festival II, ale to, co wydarzyło się w marcu 2019 roku utwierdziło was w przekonaniu, że rezygnować po jednym koncercie z czegoś, co zapowiada się tak dobrze, byłoby głupotą?

Marek Łoza: Zagraliśmy ten koncert. Chociaż wiem, że warsztatowo było mnóstwo niedociągnięć, to fani przyjęli nas wprost fantastycznie. Ludzie śpiewali nasze kawałki, znali teksty, podczas gdy ja sam musiałem się tych tekstów na nowo uczyć.  Było to dla mnie  pozytywne  zaskoczenie. Początkowo był plan, że tylko ta reaktywacja, że to taki kaprys, ale po koncercie bębniarz Wojtek przyszedł do mnie i zapytał „Ciągniemy to dalej?”.

Koncertowe celebrowanie 30-lecia wydania debiutanckiego albumu „Noc królowej żądzy” pewnie utwierdziło was w przekonaniu, że ten powrót ma sens, tym bardziej, że nowy-stary skład miał też potencjał, co potwierdzał choćby premierowy utwór „Czarna śmierć”?

Pomyślałem „czemu nie!”. Najtrudniejszy był start, zrobienie tych kilku kawałków, które zagraliśmy na Heliconie. Pomyślałem więc: spróbujmy zrobić więcej, całą płytę i zobaczyć jaki będzie odzew. Czy nadal ktoś będzie chciał przychodzić na kolejne nasze koncerty?! Ja  nie miałem doświadczenia jak wygląda obecnie scena klubowa. Słyszałem o koncertach, na które przychodzi po kilka osób, wiec chciałem sprawdzić czy będzie aż tak źle.  Zaczęliśmy, wiec próby już z nowym gitarzystą, który przyszedł w miejsce Waldka Lukoszka i tak na kolejnym koncercie w lipcu w Tychach zagraliśmy już całą „Noc królowej żądzy”, plus wszystkie bonusy. Ponieważ na koncertach słychać było glosy domagające się kawałków z drugiej płyty, wiec zaczęliśmy ją robić i sukcesywnie dokładać do granej setlisty.
Wasz poprzedni album, „The Miseries Of Virtue”, wyszedł wiosną 1991 roku, czyli niemal 30 lat temu. To szmat czasu – nie mieliście obaw, czy zdołacie stworzyć materiał równie dobry jak kiedyś, a do tego interesujący obecną publiczność, wytwór ery streamingu i powierzchownego kontaktu z muzyką, bo jednak bazowanie wyłącznie na starych fanach byłoby czymś ryzykownym?

Po tym lipcowym koncercie Adama Słomkowskiego zastąpił Tomasz Owczarek, kolega Dominika z poprzedniej kapeli. Chłopcy są bardzo zgrani, bo grają razem od trzynastu lat czyli pół ich życia. Wiedzieliśmy, że bez nowego materiału ta reaktywacja będzie tylko sezonowym tzw. odgrzewanym kotletem. Chcąc zrobić coś więcej trzeba było skomponować kolejną płytę. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Z  jednej strony nie miałem pojęcia jak od strony komponowania prezentują się młodzi gitarzyści, a z drugiej czy ja sam będę potrafił coś wymyśleć. Coś co nie będzie kopią, czymś po prostu miernym, z czego sam nie będę zadowolony. I tak od wiosny ubiegłego roku  kolejno zaczęły się pojawiać nowe kompozycje, raz moje, raz któregoś z gitarzystów, co ostatecznie dało te osiem kawałków,  które zawiera płyta „Dziewięć kręgów zła”.

Na jakim etapie pojawiła się myśl, że warto pomyśleć o kolejnej płycie? Uznaliście, że powrót z prawdziwego zdarzenia to taki, gdzie poza koncertami pojawia się nowe wydawnictwo?

Nawiązując do poprzedniej odpowiedzi mieliśmy oczywiście obawy i w ogóle nie wiedzieliśmy czy uda się coś sensownego skomponować. To była jedna wielka zagadka, tym bardziej ciekawie się robiło w miarę powstawania kolejnych numerów.

Kiedy rozmawialiśmy w grudniu ubiegłego roku wspominałeś, że nowy materiał jest już praktycznie gotowy, brakowało tylko tekstów do trzech utworów, tak więc pisanie poszło wam naprawdę sprawnie?
Teksty wzbudzały moje największe obawy. Nie pisałem nic od 30 lat, więc nie miałem pojęcia czy uda mi się napisać choć jeden, a co dopiero całą płytę. Do tekstów przykładam szczególną uwagę i staram się, by treść w nich zawarta zawsze miała jakąś wartość, była o czymś prawdziwym, podpartym historią czy legendą. Do tego dochodzi to, by brzmiały w miarę metalowo, co w przypadku języka polskiego jest niesamowicie trudne. Wiem, że te teksty wzbudzą najwięcej kontrowersji, ale mam czyste sumienie bo żaden z moich obecnych, jak i poprzednich tekstów nie był napisany na przysłowiowym kolanie. Nie ma tekstów o niczym. O  nieistniejących smokach czy walkach rycerzy, które się nigdy nie odbyły. Staram się także by jakiś refren był do zaśpiewania, bo to się świetnie sprawdza na koncertach. Tak wiec w miarę jak komponowaliśmy kolejne kawałki, tak ja pisałem kolejne teksty. Pierwszym tekstem napisanym na tę płytę była „Czarna śmierć” a ostatnim „Wszetecznica”.

Większość muzyków podkreśla, że komponując i opracowując nowe utwory nie myślą o oczekiwaniach fanów – w waszym przypadku było chyba podobnie, bo „Dziewięć kręgów zła” to materiał na wskoroś klasyczny, zakorzeniony wręcz w waszej twórczości, którym w żadnym razie nie próbujecie ani nikomu przypodobać się, ani też odkrywać jakichś nowych lądów?

Dokładnie tak. Komponowaliśmy to, co siedziało nam w głowach, co wypływało z nas, absolutnie nie patrząc na modę.  Mam świadomość, że napiszą jaki  to staroświecki thrash metal, że dziś tak się nie gra, ale z drugiej strony jak byśmy nagrali coś na tzw. czasie, to wtedy mówiono by, że podążamy za modą, że stare dziadki próbują robić coś, co do nich nie pasuje. Zawsze powtarzałem, że komponuję to czego sam chciałbym posłuchać i nagrania z nowej płyty po prostu mi się podobają i lubię ich słuchać.

Zaskoczeniem jest brak w składzie Destroyers realizującym tę płytę perkusisty Wojciecha Zięby, inicjatora reaktywacji zespołu w roku 2018 – dlaczego wasze drogi rozeszły się akurat w tym momencie?

Wojtek wszedł z nami do studia w lutym i nagrał dwa nagrania z całego materiału. Jeden z nich miał trafić na teledysk, który potem nie powstał, bo zaskoczyła nas pandemia, uniemożliwiając jego nagranie. Był więc taki czas, jakieś  dwa miesiące, że nie mieliśmy w ogóle prób bo były nielegalne. Dom kultury, w którym mamy salkę, był zamknięty. Tak więc czas mijał, a Wojtek nie uczył się kolejnych, gotowych już nagrań. Odkładał to ciągle na później i później. Wreszcie gdy do umówionego terminu z studiem pozostały niecałe  dwa miesiące, powiedział nam, że nie ma teraz czasu i głowy do tego, bo ma problemy z firmą i zdrowiem ojca. To był duży cios, bo właśnie odchodził z zespołu kolejny oryginalny członek, a każde takie odejście jest oczywistym wizerunkowym osłabieniem kapeli.

Tradycji stało się więc zadość, bo w sumie każdy z waszych albumów został zrealizowany z innym drummerem?
Nie tylko z drummerem, ale właściwie w  innym składzie z innymi gitarzystami. Tylko Bolek  grał na poprzedniej płycie. Zarówno gitarzyści, jak i bębniarze się zmieniali.

Brzmienie nowego albumu potwierdza, że wybór MaQ studio był trafnym posunięciem. Z tego co słyszę wnoszę, że zależało wam na jak najbardziej organicznym, surowym, acz klarownym dźwięku, jak najbliższm brzmieniu z przełomu lat 80. i 90.?

Tak podobnie jak z kompozycjami nie próbowaliśmy udawać, że gramy coś innego i np. stroić się niżej, jak to jest teraz modne. Zespól jest oldschoolowy, więc i brzmienie miało być dobrym, sprawdzonym metalowy brzmieniem. Jednakże realizator Jarek nie byłby sobą, jakby jednak nie szukał czegoś nowego. Powiedział nam  studio: „Chcę byście brzmieli inaczej, oryginalnie, a nie tak, jak sto innych zespołów” - czy to się udało to nie mnie opiniować. Wyjdzie płyta, każdy będzie mógł wyrobić sobie osobiste zdanie. My jesteśmy z brzmienia bardzo  zadowoleni. Aż by się chciało nagrać kolejna płytę wiedząc już czego można się po Jarku i studiu spodziewać.

Bardzo klasycznie jest też w warstwie muzycznej, mimo tego, że obecnie 3/5 składu to nowi, młodsi muzycy – ten duch dawnego Destroyers daje jednak o sobie znać?

Może to wynik tego, że kto by nie skomponował utworu,  to jednak na końcu ja to śpiewam i ja układam wokale, więc to pewnie wpływ jakiegoś  tam mojego stylu. Poza tym połowa albumu to w całości, bądź w części, moje pomysły, co pewnie też miało na to wpływ.

Ostatnia, tytułowa kompozycja to rozbudowany, wielowątkowy utwór, poprzedzony wstępem i zakończony outro – zamarzyła się wam taka dłuższa forma, coś, jak na wasze realia, bardziej epickiego?

Nie to chyba efekt tego, że kilka pomysłów zlepiłem w jeden utwór. Ma on  dwie części zarówno w warstwie testowej, jak i muzycznej, a wstęp to coś, co chciałem zrobić na wzór  intra z „Gorącego łona carycy”. Outro to kompozycja Tomka, która bazuje na motywie głównym nagrania.

„Jeszcze gorsi” to bez pudła kontynuacja „Złych” z debiutu. Wychodzi więc na to, że miast z wiekiem poważnieć, stajecie się jeszcze gorsi? (śmiech)

Tak to był pomysł Wojtka który mówił, że ponoć „Źli” są lubiani przez fanów i śpiewają to sobie na imprezach, jak  sobie  popiwkują. Śpiewają:  „To my źli metale”. Wojtek wpadł na pomysł „a może by tak zrobić Źli 2”, czyli  stopniując „Jeszcze gorsi”. Tak powstał pomysł na tekst. Dominik wymyślił riff i świadomie w refrenie użyliśmy motywu z utworu „Źli”, robiąc z niego refren.

„Dziś już nikt nie kupuje płyt/Na koncercie ledwie garstka ciał” – faktycznie nie wygląda to za dobrze, ale w żadnym razie was nie zniechęca, przynajmniej na razie?

Z tymi płytami to się przekonamy za miesiąc, jak się ukaże nasza. A  co do koncertów to jest różnie. Bywały wyprzedane, pełne kluby, a bywało, że przyszło  kilkadziesiąt osób. Frekwencja, a właściwie jej brak  na metalowych koncertach nie jest żadną  tajemnicą. W każdym razie nie są to już  czasy Metalmanii w Spodku, gdzie dziesięć tysięcy osób na koncercie to była norma.

„Noc lubieżnych ciał”, „Wszetecznica” czy „Bal” potwierdzają, że wciąż jesteś wierny tematyce tekstów z seksualnymi podtekstami, co było przecież kiedyś swoistym znakiem rozpoznawczym Destroyers?

Tylko „Noc lubieżnych ciał” i „Bal”. „Wszetecznica” traktuje o największej trucicielce w historii Lukrecji Borgi i tym co się tam wyprawiało. To, że właśnie wtedy jej tatuś, który był papieżem, urządził sobie w Watykanie tzw. „bankiet kasztanów” (co ten termin dokładnie oznacza zainteresowanych  odsyłam to Wikipedi), wiec było z czego czerpać inspiracje do tekstu. „Noc lubieżnych ciał” to nic innego jak 13 księga „Pana Tadeusza”, a „Bal” to taka fantazja zblazowanego hedonisty. Chyba najostrzejszy tekst na tej płycie.

Nie obawiłeś się, że w czasach posuniętej do granic absurdu poprawności zostaniesz oskarżony o seksizm, etc., nawet jeśli nawiązujesz do XIII księgi „Pana Tadeusza”, przypisywanej Fredrze czy Boyowi-Żeleńskiemu?
Powiem ci tak, rzygam już tą poprawnością. Ona  nas do niczego dobrego nie zaprowadzi. Jak słyszę, że „Murzynek Bambo” będzie zakazany albo, że firma zmienia nazwę sosu cygańskiego, bo jest rasistowski, to gdzieś chyba w  złym kierunku to wszystko podąża. Kto to napisał dokładnie nie wiadomo. Jedne źródła podają, że Boy Żeleński, inne, że  Fredro. Jest to kawałek literatury polskiej, nikt chyba tego tematu w polskiej muzyce jeszcze nie poruszył, wiec  czemu by nie?! Cała winę, wylewane przez feministki kubły pomyj,  biorę  na klatę. Nikomu nie ubliżam, z nikogo się nie naśmiewam, jestem za wolnością seksualną, przeciwko rasizmowi, ale nie dajmy się zwariować. Bo już słyszałem takie pomysły, że klawiatura w fortepianie ma więcej białych klawiszy niż czarnych i trzeba z tym coś zrobić. To jest chore!!!

Okładka „Dziewięciu kręgów zła” też wywołała już różne komentarze – aż dziwne, jak świat zmienił się przez 30 lat, bo nie jest jakoś szczególnie szokująca, nie epatuje nadmiernie golizną? Warto tu nadmienić, że udało wam się zwerbować do jej stworzenia, a do tego oprawy graficznej płyty, Jerzego Kurczaka, tak więc tradycji stało się zadość i wszystkie okładki Destroyers, łącznie z wydaną w Holandii jako „A Night Of The Lusty Queen” zachodnią wersją debiutu, zdobią jego prace?

Tak, już dochodzą mnie słuchy,  że jest  seksistowska, tandetna. Postaram się to wytłumaczyć. Destroyers  słynie ponoć  właśnie z rozebranych kobiet na swoich okładkach. Tyle, że na pierwsze dwie okładki nie mieliśmy żadnego, albo prawie żadnego wpływu. Czasy wtedy były takie, że Dziubiński  brał od Jerzego Kurczaka co ten namalował po kolei, jak szło. Sam mi to ostatnio pan Jerzy mówił jak go poznałem. Mówił to zresztą z pewna nostalgią: „ Dziubiński brał wszystko jak leci, a teraz kolejni zamawiający wybrzydzają, ciągle coś z kimś konsultują”. Tak więc w pewnym sensie to, że dziś naszym znakiem rozpoznawczym są owe nagie panie, jest wynikiem przypadku, nie my o tym zadecydowaliśmy, ale chyba tego nie żałujemy. Natomiast już przy tej okładce jak zacząłem się zastanawiać nad projektem to początkowo  chciałem na nim  umieścić tylko samo piekło z  bramą, na której będzie napis „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”, cytat z „Boskiej komedii” Dantego . Grono, że tak ich nazwę doradców, szybko mi ten pomysł wyperswadowało mówiąc, że nie jesteśmy Behemothem, i że jak okładka ma być utrzymana w starym stylu, to muszą być na niej jakieś  półnagie panie. Zresztą te panie nie są zupełnie takie przypadkowe. Noszą imiona związane tematycznie z tekstami. Jedna to  wszetecznica czyli Harlot a druga to Lilith, która się przewijała w naszych wcześniejszych tekstach. Tak wszystkie nasze okładki robił pan Jerzy Kurczak.

Sporo tu nawiązań do wcześniejszych coverów waszych płyt – aż marzy się, by „Dziewięć kręgów zła” została wydana na winylu?

Są plany, by była wydana na winylu. Będzie jeszcze angielska wersja, może będzie nią zainteresowana jakaś większa zagraniczna wytwórnia.

Póki co będzie jednak wersja CD, dostępna dzięki Putrid Cult. Jak doszło do waszej współpracy z tą podziemną, ukierunkowaną raczej na zespoły blackmetalowe, firmą?

Jak nagranie materiału miało się ku końcowi to powoli zacząłem rozglądać się za wydawcą. Obdzwoniłem kilku z nich, przeanalizowałem warunki jakie zaoferowali i ostatecznie dogadałem się z Morgulem z Putrid Cult. Od pierwszej rozmowy wszystko się kleiło, bez jakiś zbędnych ceregieli, bez dziwnych podchodów. Teraz  jest szczególny czas opóźnień jakie  wydawnictwa mają  z powodu wiosennego lockdownu, wiec niektórzy wydawcy mieli zaległe płyty do wydania i nie mieli głowy, żeby brać sobie na kark kolejny materiał, a Morgul zgodził się i tak zostało.

Większe wytwórnie nie są już zainteresowane takimi zespołami jak Destroyers, chyba, że wtedy, kiedy można wznowić, bez żadnych kosztów, ich klasyczne płyty, nie płacąc przy tym zespołowi ani grosza? (śmiech)

Większe wytwórnie chyba w ogóle nie są zainteresowane muzyką rockową. Teraz sprzedaje się rap i disco polo oraz ta cała „papka”, która na okrągło leci w radio.

Utwór „Zemsta Roninów” nabiera w tym kontekście zupełnie innej wymowy (śmiech). A tak na serio: są jakiekolwiek szanse na to, że odzyskacie prawa do swych wcześniejszych płyt? Fakt, ich wznowienia na CD czy LP pewnie nie osiągnęłyby jakichś oszałamiających nakładów, bo wciąż można przecież nabyć dawne edycje, ale już kolekcjonerskie wydania tych albumów w wersji picture disc to byłoby coś, sam bym coś takiego kupił!

I to pytanie zadawane było już wielokrotnie. Mogę tylko odpowiedzieć, że materiały, czyli taśmę i prawa do okładki   ma  chyba MMP. Byłem u nich w tej sprawie wielokrotnie, pisałem maile, Atrej do nich pisał, żeby wznowili stare płyty. Szczególnie jest popyt na „Noc królowej żądzy”. Reakcja była  zawsze taka sama, czyli brak reakcji. Jakiś miesiąc temu odezwali się do mnie informując, że będą robić wznowienia, poprosili o pomoc w poprawieniu tekstów, o konsultacje i  jak  na razie na tym stanęło. Więc czuję się kompletnie niekomfortowo odpowiadając na to pytanie, gdyż może się okazać, że na przykład jutro wyjdą te wznowienia, albo nigdy nie wyjdą. Po prostu nie wiem.

Kiedy zaczynaliście prace nad tą płytą nikt nawet nie przypuszał jak koronawirus zmieni nasze życie. W tej sytuacji trudno cokolwiek planować, szczególnie koncerty, bo sytuacja epidemiologiczna jest bardzo niestabilna i jesienią może być niewesoło. Liczycie się z tym, że może być i tak, iż nie zdołacie w tym roku  zaprezentować materiału z „Dziewięciu kręgów zła” na żywo? Na szczęście nie jest to jakiś muzykopodobny wynalazek, który po kilku miesiącach czy roku straci aktualność, co może być jakimś pocieszeniem, a do tego domyślam się, że zaczniecie grać tak szybko, jak tylko to będzie możliwe?

Tak, kluby maja poprzekładane koncerty jeszcze z wiosny, więc ciężko o terminy. Z  drugiej strony wiem, że kluby boją się, bo trudno jest zachować te reżimy na nie narzucone, a kary są bardzo wysokie, więc boją się ryzykować. Ale pracuję nad tym, żeby jeszcze w tym roku zagrać jakieś koncerty. Na razie mamy pewny koncert  3 października w chorzowskiej Leśniczówce.

Wojciech Chamryk

131_ot1020.gif 121_axe_crazy_baner.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3527551
DzisiajDzisiaj509
WczorajWczoraj779
Ten tydzieńTen tydzień3251
Ten miesiącTen miesiąc37698
WszystkieWszystkie3527551
34.200.252.156