Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 76sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

„Nie jesteśmy pieprzonymi Cannibal Corpse” (Slaughtbbath)

 

Chilijski Slaughtbbath to jeden z tych zespołów, które przychodzą od razu na myśl, gdy myślimy o surowym, prawdziwym i ekstremalnym metalu. W dodatku dobrze im w podziemnej niszy, nie zaprzątają sobie głowy mrzonkami o karierze czy większej popularności - grają to co lubią, czyli siarczysty black, a najnowszy album „Alchemical Warfare” potwierdza, że są w formie.

                      

HMP: Kiedy jakieś 18 lat temu zakładałeś z kumplami Slaughtbbath pewnie nawet nie przeszło ci przez myśl, że zespół doczeka pełnoletności, wyda tyle materiałów i może na niewielką skalę, ale jednak odniesie sukces, stając się wśród fanów black/death metalu iście kultową grupą?

Daniel Corcuera: Pozdrawiam cię Wojciechu i wszystkie szalone polskie demony i czarownice czytające ten wywiad! Dziękuję za komplement i za zaproszenie nas do waszego magazynu. Tak, rzeczywiście byliśmy bardzo młodzi, kiedy zakładaliśmy zespół, więc nie mieliśmy wielu planów poza graniem bestialskiego, bluźnierczego black metalu, chociaż nie uważamy, jak powiedziałeś, że jesteśmy czymś takim jak „kultowy zespół”. Nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że będziemy koncertować na innych kontynentach lub na przykład wydawać nasze płyty na winylu poprzez zagraniczne wytwórnie.

Wystarczyło więc konsekwentnie robić swoje, realizować swoje zamierzenia, a do tego spełniać marzenia i to wystarczyło, lepszej drogi nie ma i pewnie nie będzie?

Dla każdego coś innego. Jeśli inne zespoły mają wielkie ambicje i dążą do ich realizacji, niech tak będzie, dobrze dla nich. Ale w naszym przypadku jesteśmy całkiem zadowoleni z pozostania kapelą undergroundową i robienia tego, na co mamy ochotę, bez jakiejkolwiek wytwórni, czyjejś presji czy kompromisu.

Wasza nazwa nie jest w żadnym razie przypadkowa, to połączne w jedno Slaughter („Strappado” rules!) i japońskiego Sabbath, czy może pochodzi od innych zespołów?

Tak, to pochodzi z połączenia tych dwóch słów, jak powiedziałeś, jednak nie z powodu tych zespołów, a bardziej z powodu znaczenia tych słów. W każdym razie, rządzą zarówno Sabbat, jak i Slaughter.

Zawsze byliście bezkompromisowi i w 100 % oddani podziemnej scenie, co pozwoliło wam zdobyć zaufanie słuchaczy, co nie zawsze jest takie oczywiste w przypadku jakichś sezonowców, skaczących z kwiatka na kwiatek, w zależności od obowiązującego trendu?

Myślę, że w każdym ruchu zawsze będzie wielu zaangażowanych ludzi (nie tylko w metalowym podziemiu), których jedynym celem jest przynależność do czegoś i bezmyślne przestrzeganie zasad lub idei, podążających za czymś niczym barany. Nigdy tak naprawdę nie zależało nam na trzymaniu się żadnej sceny czy ideologii, ani nawet stylu muzycznego. Po prostu robimy to, na co mamy ochotę, prosto z naszych wnętrzności. Jeśli komuś się to podoba, dobrze, jeśli nie, to nie ma znaczenia, robimy to przede wszystkim dla siebie.

Praktycznie od początku istnienia zespołu wasze materiały ukazywały się przede wszystkim na kasetach, które akurat wtedy odchodziły w mainstreamie do lamusa. To jednak nie przypadek, że przetrwały akurat na scenie niezależnej, bo trudno wyobrazić sobie lepszy nośnik dla metalowego, punkowego czy hardcore'owego wydawnictwa?

Myślę, że sami nagraliśmy tylko jedną taśmę demo, podczas gdy wszystkie inne zostały wydane przez jakąś podziemną wytwórnię. Szczerze mówiąc, nie przejmujemy się tymi trendami dotyczącymi tego, jak nagranie powinno zostać wydane, aby było uważane za najprawdziwsze, undergroundowe czy jakimikolwiek innymi bzdurami. W naszym zespole wszyscy zbieramy każdy format, o ile zawarta na nim muzyka jest wystarczająco dobra i warta posiadania.

Na pierwszy kawałek winylu z muzyką Slaughtbbath musieliście poczekać do roku 2010. Premiera singla „Total Warlust” musiała być dla was ogromnym przeżyciem, pewnie katowaliście go namiętnie, gdy już otrzymaliście przesyłkę z płytami od Patricka z Iron Bonehead?

Na pewno wspaniale było wydać coś na winylu po raz pierwszy, chociaż musieliśmy czekać aż dwa lata, aż wreszcie został wydany.

Czasem denerwuje mnie ten obecny, winylowy trend, bo ma on niezaprzeczalny wpływ na wzrost cen płyt, zarówno tych starszych, jak i nowych. Ale z drugiej strony to chyba jednak pozytywne zjawisko, że kolejne pokolenia słuchaczy odkrywają walory analogowych, fizycznych nośników, nie zafiksowują się tylko na streamingu czy muzyce w sieci?

Szczerze, mam to gdzieś. Czasy się zmieniają, wszystko ma swoje plusy i minusy.

Nie jesteście też wrogami nowoczesności w tym sensie, że wykorzystujecie portale społecznościowe do promowania muzyki Slaughtbbath – trzeba sięgać po te nowe narzędzia, skoro już są, ale korzystać z nich z głową, bo to nie one zabijają muzykę, tylko raczej złe podejście ludzi?

Mamy tylko stronę na Facebooku, aby ułatwić dystrybucję naszych płyt czy koszulek. Poza tym nie przejmujemy się tym zbytnio, jesteśmy zbyt leniwi lub nawet nieświadomi, aby korzystać z zalet mediów społecznościowych. Osobiście nie mam nic przeciwko takim rzeczom, są to tylko narzędzia, jak każda inna rzecz, której możesz użyć dla swojej korzyści, aby uzyskać to, czego potrzebujesz lub chcesz.

Macie dość obszerną dyskografię, ale zdajecie się nie przywiązywać wagi do albumów, bo jak dotąd wydaliście tylko dwa. To znak czasów czy świadome podejście, żeby na bieżąco dzielić się ze słuchaczami nową muzyką w postaci krótszych wydawnictw, w tym splitów, a duże płyty są wtedy czymś wyjątkowym, nieoczywistym, taką wisienką na torcie?

Jak powiedziałem, tak naprawdę nie zwracamy uwagi na „zasady” dotyczące tego, jak powinno się coś robić, ani co zespół powinien robić, a czego nie. Po prostu to robimy i wydajemy to, na co mamy ochotę. Albumy są najważniejsze, dlatego staramy się zrobić z nimi coś wyjątkowego, zamiast zwykłej kolekcji niepotrzebnych przypadkowych utworów lub już opublikowanych kawałków, jak robi to większość zespołów. To zajmuje dużo czasu i pracy, ale myślę, że warto. Kogo to obchodzi, czy zajmie to pięć czy dziesięć lat, nie jesteśmy pieprzonymi Cannibal Corpse. (śmiech)

Takie dzielone wydawnictwa wydają mi się esencją podziemia, szczególnie kiedy trafiają na nie utwory zespołów z różnych krajów, bo wtedy maniacy mają szansę poznać coś nowego, co w dodatku, niemal bez pudła, powinno też zaspokoić ich gusta?

Cóż, myślę, że tak było w dawnych czasach, ponieważ dzisiaj można słuchać prawie wszystkiego online…

Ale to jednak nie to samo. Gusta słuchaczy zmieniają się na przestrzeni lat, przychodzą i odchodzą muzyczne mody i trendy, a prawdziwy metal wciąż ma się dobrze. Fakt, nie podbija list przebojów, wciąż tkwi w podziemiu, ale od wczesnych lat 80. ciągle elektryzuje słuchaczy. Czym wytłumaczyć ten fenomen, bo to chyba właściwe określenie dla tej sytuacji?

Moim zdaniem powodem tego jest fanatyzm, z jakim metalowcy traktują swoją muzykę. Niewiele jest ludzi, którzy słuchają metalu jako przypadkowej muzyki dla przykładu w radiu lub odkrywają go, gdy mają 30 lat czy coś w tym stylu. To pasja zakorzeniona od wczesnych lat naszego życia i traktujemy ją fanatycznie, jako sprawę niezwykle ważną w naszym życiu. Nie jest to prosta muzyka, której słuchamy powierzchownie, a potem o niej zapominamy. To ogromna część naszego życia i tak długo, jak są tacy maniacy jak my, metalowy płomień zawsze będzie się palił!

Plusem wydaje mi się również to, że jak już coś wydacie, tak jak na przykład singla „Bestial Descension”, to później już nie wykorzystujecie tych utworów na albumach, tu konkretnie „Hail Of Fire” - o jakichś remanemtach nie ma mowy, chyba, że w przypadku kompilacji, co jest akurat uzasadnione przy niewielkich nakładach waszych kaset?

Oba nasze albumy zawierają tylko takie utwory, które pojawiły się wyłącznie na nich. Chcielibyśmy, aby tak pozostało również w przypadku następnych naszych płyt długogrających.

Pretekstem do naszej rozmowy jest wznowienie „Alchemical Warfare” przez polską firmę Old Temple. Eryk wydał wcześniej również „Hail Of Fire” i domyślam się, że udana współpraca przy okazji tej płyty zdecydowała o jej kontynuacji?

Dokładnie. Eryk wydał „Hail To Fire” na CD, która okazała się świetna, więc chcieliśmy, żeby zrobił też polską wersję „Alchemical Warfare”. Teraz pracujemy z Old Temple nad kompilacją CD, na której znajdą się wszystkie nasze nagrania demo.

Nie bez znaczenia jest tu chyba fakt, że Old Temple istnieje od 2003 roku, a w jej katalogu można znaleźć multum interesujących wydawnictw zespołów praktycznie z całego świata, więc współpraca z taką firmą nie jest dla was żadnym ryzykiem?

Ani trochę! Ufamy mu, a on od początku był dla nas bardzo pomocny i szczery. Mieliśmy również okazję poznać go osobiście, grając w Polsce w 2015 roku (dzięki za wszystkie butelki gorzałki, bracie!).

Bywało w przeszłości, że nacinaliście się na jakichś rip-offów czy osoby niegodne zaufania, potencjalnych wydawców/dystrybutorów?
Cóż, w podziemiu zawsze pełzają takie pijawki, niestety, ale poza organizatorami koncertów, którzy nie dotrzymali słowa i tym podobnymi rzeczami, nie ma o czym wspominać. Eksterminuj zdrajców i zdzierstwo!

Old Temple jest wydawcą „Alchemical Warfare” na Europę, co pewnie jest dla was sporym ułatwieniem, bo fani z tej części świata będą mogli zapatrzyć się w tę płytę po prostu taniej, co też nie jest bez znaczenia?

Zdecydowanie poza Polską to Europa jest miejscem, z którego otrzymujemy największe wsparcie i uwagę.

Dobrze, że oryginalnie „Alchemical Warfare” ukazała się jeszcze w ubiegłym roku, zdołaliście więc zagrać trochę promujących tę płytę koncertów, ale z tych zaplanowanych na marzec i kwiecień część nie doszła już chyba do skutku?

Wydaje mi się, że po wydaniu albumu zagraliśmy jakieś cztery koncerty, i to wszystko. Na przełomie marca i kwietnia rozpoczynaliśmy właśnie małą trasę koncertową po Chile, aby promować album, a także kilka koncertów w USA i Brazylii, ale wszystko musiało zostać odwołane z powodu sytuacji związanej z wirusem.

Brak koncertów to ogromny cios dla całej muzycznej branży, ale dla rocka czy metalu szczególnie dotkliwy, bo takie koncerty to zdecydowanie coś więcej niż tylko możliwość posłuchania na żywo ulubionej muzyki, można śmiało powiedzieć, że coś na kształt misterium?

Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, co masz na myśli, ale na pewno to jest do bani, niemniej jednak nie ma wiele do zrobienia, prawda? Poza tym, że nie jesteśmy w stanie grać na żywo lub ćwiczyć, nie wpływa to na nas tak jak na inne większe zespoły, dla których muzyka i granie jest pracą i źródłem dochodu. Mają całkiem przejebane. W naszym przypadku szkoda tylko, że musieliśmy anulować wszystkie nasze plany.

OK, można przeprowadzać transmisje mniejszych czy większych koncertów online, co przy popie, jazzie czy klasyce ma nawet sens, ale w przypadku kapel metalowych tak się nie da, bo emocje, przepływ energii między publicznością a muzykami są nieodłącznymi składowymi koncertów – nawet te na wzór samochodowych kin też, według mnie nie mają większego sensu, bo to po prostu nie to samo – jak się na to zapatrujesz, zagralibyście przed rzędami samochodów, bez interakcji ze słuchaczami?

W żadnym razie, kurwa! To jest niedorzeczne.

Jest was tylko trzech – w takim minimalistycznym składzie gra się wam najlepiej, idziecie w ślady Venom, Destruction czy Sodom z pierwszych, klasycznych i dla wielu fanów najlepszych wydawnictw z wczesnych lat 80.?

Tak, jest to najlepszy skład, jaki możemy mieć i pozostaje taki niezmiennie od 2005 roku.

Jak myślisz, czemu ludzie podchodzą z takim namaszczeniem do tamtych lat, gloryfikują wręcz ówczesną muzykę, klimat, etc.? Brakuje im w obecnej muzyce prawdy i szczerości, podejścia, gdzie na pierwszym planie była twórczość, a nie wątpliwe, artystyczne kompromisy?

Ponieważ wtedy wszystko było bardziej uczciwe i prawdziwe. Kierowała nami prawdziwa postawa, każdy miał jaja i trochę szaleństwa. Większość zespołów po prostu robiła to, co chciała, miała odwagę, zamiast naśladować starsze zespoły i kopiować wszystko jako jakiś sposób na robienie „właściwych rzeczy”, co przeważnie widzę w przypadku dzisiejszych zespołów. Osobiście nie przejmuję się zbytnio nową muzyką i głównie trzymam się tych samych starych rzeczy, których słuchałem jako dzieciak.

Bycie zespołem podziemnym pewnie niejednokrotnie utrudniało Slaughtbbath życie, ale z drugiej strony daje wam jednak pełnię wolności, bo możecie pisać i nagrywać co się wam podoba, jesteście w 100 % niezależni i właśnie to jest w tym wszystkim najwspanialsze?

Myślę, że sam już na to odpowiedziałeś. Robimy, co chcemy i nie ma kompromisów z nikim poza sobą. Nawet nie podpisujemy umów ani nie prosimy wytwórni o opłacenie kosztów naszego studia i tego typu rzeczy. Lubimy sami zajmować się wszystkim i być pełnoprawnymi właścicielami naszej muzyki.

Znając wasze podejście to okres przymusowej bezczynności podczas lockdownu pewnie niebawem zaowocuje kolejnym krótszym materiałem albo splitem?

Właściwie chcielibyśmy zrobić nowy album, ale najpierw robimy split z japońskimi maniakami z Sex Messiah...

Wojciech Chamryk & Kacper Hawryluk

120_slider_ot.gif

Goście

3485556
DzisiajDzisiaj1156
WczorajWczoraj1640
Ten tydzieńTen tydzień6534
Ten miesiącTen miesiąc58392
WszystkieWszystkie3485556
34.201.18.139