Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 79sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

„Do trzech razy sztuka” (Chaos Over Cosmos)

           

Rafał Bowman nie zwalnia tempa. Jego międzynarodowy projekt Chaos Over Cosmos wydał właśnie kolejny album „The Silver Lining Between The Stars”, następny krok w kierunku twórczego rozwinięcia progresywno-metalowej formuły, ale tym razem znacznie potężniej brzmiący.  W dodatku nagrany z kolejnym wokalistą, tym razem Amerykaninem. A Rafał już pracuje nad kolejnym materiałem, zapowiadając, że „ponownie będzie to dość gęsta muzyka”.

                   

HMP: Trzeci album Chaos Over Cosmos i trzeci z nowym wokalistą na pokładzie – to przypadek, działanie niejako celowe czy efekt tego, że na dłuższą metę okazujesz się bezlitosnym dyktatorem, wyznawcą zasady „zespół to ja”? (śmiech)
Rafał Bowman: (śmiech). Trzeba pytać ich! Mam nadzieję, że tak nie jest, chociaż jestem bardzo uparty jeśli chodzi o tworzenie muzyki i tę kwestię zagarniam praktycznie całkowicie dla siebie, zostawiając wokalistom tworzenie (także od strony melodycznej) ich partii i tekstów. Myślę, że to uczciwy układ. Pierwsza zmiana wynikała z różnic muzycznych - po pierwszej płycie, kiedy zrobiłem dość mocny zwrot w stronę bardziej technicznego i cięższego grania. Co do drugiej - to raczej kwestia tempa pracy - Josh był zajęty innymi sprawami i nie był dostępny w tym roku. Czułem też, że potrzebujemy innych wokali na nowej płycie. KC Lyon zadomowił się bardzo szybko i zostanie na następny album. Jeśli tak nie będzie, to wtedy oficjalnie zgodzę się, że jestem bezlitosnym dyktatorem, ale mówiąc zupełnie serio - jestem przekonany, że zrobimy razem kolejny materiał. Uważam, że zrobił dobrą robotę.

Javier to Hiszpan, Joshua Australijczyk, a obecny wokalista KC Lyon pochodzi ze Stanów Zjednoczonych – jednak skoro Chaos Over Cosmos i tak jest z założenia projektem studyjnym, to nie ma to w sumie większego znacznia?

Nie ma znaczenia, jest nawet ciekawe, nie tylko od strony muzycznej, ale od nazwijmy to „społecznej”. Ciekawie się współpracuje z różnymi ludźmi, którzy są z zupełnie innych części świata, mają całkiem inny mental, itd. A co do bycia projektem studyjnym; cóż, o projektach studyjnych mówi się często z perspektywy ich ograniczeń - najbardziej oczywiste kwestie to koncerty. Ja patrzę z drugiej strony i myślę o możliwościach, które to stwarza - począwszy od spraw aranżacyjnych, na możliwości pracowania z kimś, kto żyje na drugim końcu świata skończywszy.

Jak doszło do kolejnej roszady na stanowisku wokalisty Chaos Over Cosmos i nawiązania współpracy z KC? Znaliście się wcześniej, wiedziałeś, że śpiewa, etc.?

Jak wspominałem, z Joshem wyjątkowo mocno nie zgraliśmy się czasowo. Ja lubię pracować dość szybko, Josh nie mógł sobie na to pozwolić - trudno. Uważałem też, że potrzebne będą być nieco inne wokale, więc zmiana była konieczna. Na KC Lyona natknąłem się przypadkiem, poprzez jego kanał na YouTube. To był jakiś cover Children Of Bodom, krótko po śmierci Alexiego Laiho. Sprawdziłem inne nagrania i zdecydowanie brzmiał jak ktoś, kogo widziałbym na swojej płycie - mogłem sobie go tam łatwo wyobrazić, bo spora część albumu była już wtedy gotowa.

„The Ultimate Multiverse” ukazał się w czerwcu ubiegłego roku i już wtedy miałeś zaczątki kolejnej płyty. Ponieważ jako studyjnego projektu brak koncertów i tak was nie dotknął, mogliście skupić się na komponowaniu i nagrywaniu nowego materiału,  bo skoro udało się już w jakimś sensie wypromować, również za granicą, nazwę Chaos Over Cosmos, to nie było na co czekać?
Uznałem, że skoro pomysłów mam sporo, to nie ma sensu się ograniczać. Chyba pandemiczna izolacja też się do tego przyczyniła.

Myślisz, że te międzynarodowe kooperacje miały i wciąż mają jakiś pozytywny wpływ na rozpoznawalność twego zespołu w świecie?

Wciąż mówimy o jakiejś mikro-rozpoznawalności, ale na pewno przyczyniły się do jej zwiększenia. Przy okazji promocji, zgłoszeń do recenzji i tym podobnych działań, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie też mnogość stron, blogów, zinów, stacji i osób, którym chce się przesłuchać i recenzować album nieznanej kapeli z drugiego końca świata.

KC Lyon nie tylko napisał na nową płytę teksty, ale miał też udział w komponowaniu – pracowało wam się razem, chociaż na odległość, tak dobrze, że wykorzystałeś jego pomysły również w sferze muzycznej?

Mówiąc o komponowaniu mówimy w 99% o wokalach, wszystkie aranże i melodie wokalne stworzył sam. Niewątpliwie jest to wkład w kompozycje - wskazałem tylko miejsca, w których wokale powinny się pojawić. O ile dobrze pamiętam, za jego sprawą zrobiłem też kilka małych zmian w utworach. Sama muzyka była już praktycznie w pełni skończona i w większości nagrana. Natomiast teraz, zaczynając od zera, planujemy działać bardziej zespołowo.

To chyba idealne rozwiązanie, kiedy wokalista nie jest tylko odtwórcą, może też aktywnie uczestniczyć w procesie komponowania i aranżowania danego utworu, bo dzięki temu efekt końcowy jest zdecydowanie lepszy?

To prawda, stąd moja chęć do komponowania pewnych elementów wspólnie. Dotyczy to szczególnie partii wokalnych, bardziej ufam jego intuicji w kwestii tego, jak riff powinien wyglądać, żeby wszystko dobrze się kleiło w zwrotkach czy refrenach. A sekcje instrumentalne jak zwykle zrobię sam.
Zrobiła się z tego taka rodzinna produkcja, bo w „The Sins Between The Stars” KC wspiera wokalnie jego brat Keaton – było potrzebne zróżnicowanie partii w tym utworze, a szukanie drugiego wokalisty nie miało sensu, skoro był niejako pod ręką?

Tak, to był ciekawy pomysł. To chyba był jego albumowy debiut i chociaż nie pojawia się w tym utworze zbyt często, ale myślę, że wniósł sporo kolorytu.

No i rzadko zdarza się chyba coś takiego, że w utworze, w którym brat morduje brata, faktycznie śpiewają bracia?

Trafiłeś w dychę! Jest w tym pewna fajna ironia i dlatego z miejsca spodobał mi się ten pomysł.

Znowu pracowałeś z Nekkomixem, odpowiedzialnym za zmiksowanie i mastering tego materiału, ale wspomniany w poprzednim pytaniu utwór zmiksowałeś sam, razem z Marią Davis – stało się tak, bo wymagał nieco innego podejścia?

Przede wszystkim jest to sporo starszy utwór. Zdecydowaliśmy się włączyć go do albumu, bo uznałem, że jest na tyle inny, że doda trochę różnorodności, ale jednocześnie na tyle podobny, że nie będzie wydawał się niespójny w stosunku do reszty płyty. Z Nekkomixem współpracuje mi się bardzo dobrze, więc gdyby był to nowy kawałek, na pewno nagrałbym go we współpracy z nim. Maria Davis pomagała w nagrywaniu i miksowaniu wokali. Co do innego podejścia - ciekawostka - to osoba, która kompletnie nie siedzi w metalu, zajmuje się muzyką elektroniczną. To inne podejście tam słychać i uważam, że to był dobry wybór.

A propos: bazując na wypracowanych już wcześniej rozwiązaniach, to jest miksturze progresywnego i death metalu, brzmicie teraz zdecydowanie mocniej – to nie przypadek?

Przypadek? Nie sądzę! (śmiech). Nie ma przypadków. Nie chodzi o to, żeby bezrefleksyjnie grać coraz ciężej, bo to ślepa uliczka, ale faktem jest, że mocno polubiłem się z siedmiostrunową gitarą i korzystam z możliwości, które daje.

Czyli można tu śmiało powtórzyć za Udo Dirkschneiderem i wbrew opiniom różnych „znawców” i malkontentów, refren jego najnowszego utworu, „Metal Never Dies”? (śmiech)

Absolutnie! Niektórzy po prostu mają takie podejście, że zawsze jest źle i pewnie w 1986 też przewidywaliby koniec metalu i mówili, że „kiedyś to było”. I nie jest to w żadnym razie kwestia wieku, a tylko i wyłącznie nastawienie. O kondycji tej muzyki najlepiej świadczą nowe wydawnictwa, zarówno mniej znanych lub całkiem nowych zespołów, jak i przyzwoite albumy, które wciąż wydają legendy. I wspomniana wcześniej zaskakująco duża liczba osób, którym chce się o tym pisać, recenzować, itd. Każdemu gatunkowi muzycznemu życzę takiego dogorywania. Chociaż nie – nie każdemu. Dla dobra ludzkości, niech niektóre padną jak najszybciej.

Dokładnie (śmiech). Są tu też jednak słyszalne nawiązania do post-rocka, djentu, a do tego klasycznego space rocka, co akurat praktykowałeś już wcześniej – mocniej nie wyklucza poszukiwań, wychodzenia poza metalową strefę komfortu?

Nie tylko nie wyklucza, a wręcz sprzyja - warto korzystać z kontrastów. Ciężkie riffy dobrze się zazębiają z ambientowymi czy synthwave'owymi tłami i tymi wszystkimi melodyjnymi elementami. Wielu konserwatystów się z mną nie zgodzi, ale moim zdaniem metal jest gatunkiem wybitnie sprzyjającym dodawaniu mniej spodziewanych inspiracji.

Wydaje mi się jednak, że stworzenie muzyki uniwersalnej, która dotrze do fanów różnych odmian metalu, nie jest możliwe, że po płyty Chaos Over Cosmos sięgają głównie zwolennicy bardziej ambitnych i technicznych odmian metalu?

Bardzo możliwe, że masz rację i wynika to zapewne z tego, że sam najbardziej się interesuję tym technicznym graniem, szczególnie od strony gitarowej. Być może kiedyś mi się to znudzi, ale od kilku lat to jest coś, co lubię stosować w swojej muzyce i stąd pewnie zainteresowanie tego typu słuchaczy. To też stanowi dobre pole do korzystania z kontrastów - lubię na przykład zestawianie skomplikowanych gitar z prostymi, nie narzucającymi się, melodyjnymi syntezatorami.

„The Silver Lining Between The Stars” otwiera najdłuższy, blisko 11-minutowy „Violent Equilibrium”? To czytelny sygnał czego słuchacz może spodziewać się po tym materiale, a do tego dwoód na to, że nie idziesz na żadne kompromisy?

Przede wszystkim jest to dobry reprezentant całej płyty i pierwszy riff od razu skojarzył mi się z czymś, co może być dobrym otwarciem albumu.

Nie unikasz szybszych temp i nawet blastów, ale solówki wolisz grać w wolniejszych tempach – są wtedy bardziej wyraziste, lepiej przemawiają do słuchaczy niż ultraszybkie wymiatanie?

Staram się to zbalansować. Wyrazistość rzeczywiście ma znaczenie, bo solówki same w sobie są tutaj szybkie lub bardzo szybkie, dużo jest tego technicznego grania. Uznałem, skoro solówki zbudowane są w znacznej mierze na graniu szesnastkami, zazwyczaj w tempach typu 170-200 bpm, to zagęszczanie tła - nawet syntezatorów czy gitar rytmicznych, a już tym bardziej właśnie perkusji (zwłaszcza programowanej) - da efekt przeciwny do zamierzonego i całość stanie się mniej wyraźna. Jeśli jeden instrument gra szybko i technicznie, to fajnie, jeśli reszta odda mu swoją przestrzeń, stąd właśnie brak blastów czy bardziej gęstych riffów pod solówkami. Na całej płycie chyba tylko w instrumentalnym kawałku jest dłuższy motyw w solówce, w którym trochę zwolniłem i właśnie pod takie wolniejsze fragmenty byłbym w przyszłości bardziej skłonny dodać na przykład wspomniane blasty. Do shreddowania - niekoniecznie, chyba że tylko miejscowo, żeby zapobiec monotonii.

Słuchając pierwszego utworu zapisałem sobie po kolejnej solówce „Jason Becker!”. To dobry trop, cenisz tego gitarzystę, znasz jego płyty?

Znam, uwielbiam i wszelkie skojarzenia z jego grą to jeden z najlepszych możliwych komplementów, jakie może usłyszeć gitarzysta. To co robił w Cacophony z Friedmanem to oczywiście kapitalne rzeczy, ale dla mnie na pierwszym miejscu zawsze będzie „Perpetual Burn”. (genialna płyta, fakt  red.). Zdecydowanie jedna z najlepszych gitarowych płyt w historii i inspiracja.

Domyślam się, że masz wielu gitarzystów, którzy wywarli na ciebie wpływ, inspirowali na różnych etapach poznawania instrumentu – mógłbyś wymienić kilku tych najważniejszych, których dokonania mogłyby zainteresować również zwolenników Chaos Over Cosmos?

Jest ich dużo. Oprócz wspomnianego Beckera, takim gitarzystą jest między innymi Michael Romeo z Symphony X. Nienaganna technika, kontrola nad instrumentem, bardzo duża płynność w grze, świetne albumy które skomponował - dla mnie to absolutny mistrz. W czasach, kiedy uczyłem się bardziej shreddowego grania na gitarze, obejrzałem jego „Guitar Chapter” wzdłuż i wszerz pewnie z milion razy. Kolejną dużą inspiracją jest oczywiście Petrucci z Dream Theater. Bardzo cenię też Pera Nilssona ze Scar Symmetry - następny gitarzysta z kapitalną techniką i tym rodzajem artykulacji, który najbardziej lubię i sam staram się stosować - szybki, ale unikający nadmiernie „siłowego” kostkowania dźwięków (w stylu Yngwiego Malmsteena) i zbyt dużej ilości przesteru na rzecz dużej płynności. Świetnie łączy metal z klimatem science fiction. Mam też sentyment do Alexiego Laiho - może brzmieniowo i artykulacyjnie nie jest moim faworytem, ale był bardzo dobrym gitarzystą i do dziś czasem wracam do jego płyt. Od kilku lat bardzo lubię Animals As Leaders, Tosin Abasi to według mnie jeden z najlepszych gitarzystów na świecie.

Z cięższych rzeczy niezmiennie Chuck Schuldiner oraz właściwie wszystko, co w kwestii gitar dzieje się w zespole Obscura, z naciskiem na płyty z Christianem Münznerem. Uwielbiam też to, co robi Paul Masvidal z Cynic. A co do klimatów niemetalowych, moim absolutnym numerem jeden jest Allan Holdsworth. To tak w największym możliwym skrócie.

Minusem tej płyty jest dla mnie syntetyczne brzmienie automatu perkusyjnego. Pamiętam, że przy okazji rozmowy o „The Ultimate Multiverse” wspominałeś o możliwości pozyskania przy kolejnym materiale sesyjnego perkusisty, ale wygląda na to, że nic z tego nie wyszło, choćby z powodu pandemii?

Kierując się tzw. promocyjnym punktem widzenia, powinienem teraz mówić, że wcale nie, że ten ta komputerowa perkusja jest syntetycznym Nealem Peartem i tak dalej... No nie jest (śmiech). Myślę, że jest lepiej niż na poprzedniej płycie, szczególnie jeśli chodzi o blasty, ale nigdy nie będzie to ta jakość, co prawdziwy perkusista. Rzeczywiście, był temat nagrań sesyjnych, niestety logistyka nas pokonała i nie zgraliśmy się w czasie, w tym przypadku nawet z zupełnie niezwiązanych z pandemią względów. Może uda się na kolejnej płycie. Sytuację trochę komplikuje fakt, że o ile chętnie korzystam ze współpracy z ludźmi z całego świata jeśli chodzi o wokale czy miksy, to nagrania perkusji wolałbym zlecić komuś, kogo znam i chciałbym przy tym być, więc pula dostępnych osób przy takich kryteriach dość dramatycznie spada. Prędzej czy później ten żywy perkusista w naszej muzyce będzie - oby już na następnej płycie. Jest też kwestia mojego muzycznego podejścia - wciąż łapię się na patrzeniu na utwory i komponowanie w bardzo „gitarocentryczny” sposób. Skutkuje to tym, że o ile gitarom poświęcam dużo czasu i staram się, żeby były atrakcyjne, to perkusję zdarza mi się traktować po macoszemu. Obiecuję się poprawić! (śmiech)

Więc co się odwlecze... „The Silver Lining Between The Stars” to concept, ale chyba nie do końca, bo zdaje się, że nie wszystkie utwory są ze sobą tekstowo powiązane?

Bardziej powiązane są muzycznie (a i to tylko częściowo) niż tekstowo, ale faktycznie jest tam taki mini concept - „Violent Equilibrium” i „The Last Man In Orbit” to jedna historia. Uważam, że klimatem tekstu mocno zbliżony jest też utwór ostatni. KC zrobił wokale i teksty dosłownie w kilka tygodni, więc inspiracje i nastawienie były bardzo podobne podczas całej pracy.

Klimaty science-fiction bardzo pasują do waszej stylistyki, nie ma mowy, przynajmniej na tę chwilę, o innej tematyce tekstów?

Na pewno te elementy będą cały czas obecne muzycznie, a tekstowo... przynajmniej w tej kwestii staram się zbyt wiele nie narzucać (śmiech). Wszystko zależy od tego, co KC przygotuje. Już na tym albumie zaproponował coś trochę innego - np. tekst do „Control ZED”, traktujący o różnego rodzaju szarlatanach i kaznodziejach. Nie jest to krytyka religii jako takiej, a wszystkich, którzy traktują ją w sposób instrumentalny i cyniczny - każdy zna wiele takich przykładów. Tego typu tematyka to u nas coś nowego, a z efektu jestem zadowolony - taki tekst pasował do najbardziej wściekłego kawałka na płycie.

Niejako tradycyjnie już stworzyłeś również utwór instrumentalny. „Eternal Return” jest, jak dla mnie, nieco mniej metalowy, jeszcze bardziej progresywny/post-rockowy – kiedy nie ma konieczności znalezienia w strukturze kompozycji miejsca na partie wokalne, można poeksperymentować jeszcze bardziej?

To prawda. Dodawanie tych post-rockowych fragmentów to dobra zabawa, to są zwykle elementy łatwe do zagrania, ale odpowiednio umiejscowione potrafią dodać sporo klimatu i powietrza. Lubię wtrącać tego typu rzeczy. Na poprzedniej płycie był instrumental z lekko jazzującymi momentami, tutaj w instrumentalnym numerze jest bardziej trochę prog/post rockowo czy elektronicznie. Nie jest to jakiś szczególnie przemyślany zabieg, raczej wynik tego, że jako słuchacz interesuję się też kilkoma innymi gatunkami.

Finałowa, dość zróżnicowana kompozycja „The Sins Between The Stars” to zapowiedź przyszłego kierunku, który zamierzasz obrać na kolejnych płytach, czy też jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie na takie deklaracje?

A tutaj akurat jest dokładnie przeciwnie - to najstarszy numer na płycie i faktycznie, odrobinę różni się od reszty, chociaż wydaje mi się, że pewne najbardziej typowe dla nas składniki muzyczne są zachowane. W każdym razie na pewno lepszym wskaźnikiem tego, co będzie na następnej płycie są wszystkie pozostałe utwory. Mówię to z dość dużym prawdopodobieństwem, bo podczas mojego niedawnego urlopu zacząłem działać pod kątem nowego materiału. Zrobiłem już trochę riffów, krystalizuje się pewien obraz tego, co chciałbym zrobić i ponownie będzie to dość gęsta muzyka. Możliwe, że zaskoczę w kilku miejscach, ale rewolucji nie przewiduję.

Wojciech Chamryk

141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3696068
DzisiajDzisiaj250
WczorajWczoraj462
Ten tydzieńTen tydzień3869
Ten miesiącTen miesiąc12227
WszystkieWszystkie3696068
3.236.13.53