Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

„Ciągle do przodu w alternatywnej rzeczywistości” (HellHaven)

           

Najnowszy album HellHaven „Mitologia bliskości serc” potwierdza, że ten zespół nigdy nie osiada na laurach, ciągle szukając nowych pomysłów i rozwiązań w obrębie wypracowanego stylu. Mamy więc jakby ciąg dalszy bardzo udanego albumu „Anywhere Out Of The World”, ale w jeszcze ciekawszej oprawie dźwiękowej i z polskimi tekstami. Gitarzysta Jakub Węgrzyn i wokalista Sebastian Najder opowiadają o kulisach powstania tej bardzo ciekawej i kto wie, może nawet przełomowej dla zespołu, płyty.

                

HMP: Znowu zaskoczyliście, przygotowując po „Anywhere Out Of The World” płytę zupełnie odmienną, chociaż od razu można dostrzec, że to produkcja HellHaven – takie mieliście założenie, czy tak po prostu wyszło na etapie procesu twórczego?

Jakub Węgrzyn: To zawsze wychodzi w trakcie, chociaż z drugiej strony pewne ramowe założenia i koncepcje były obecne od początku pisania materiału. Nie powiedziałbym, że jest to płyta zupełnie odmienna od „Anywhere Out Of The World”. Dla mnie jest kolejnym krokiem, ale wynikającym z każdego poprzedniego. Stąd ma z nią wiele wspólnego, ale faktycznie, tym razem wprowadziliśmy więcej słyszalnych zmian tj. dopracowaliśmy brzmienie oraz przeskoczyliśmy z języka angielskiego na język ojczysty. Utwory też są bardziej... przebojowe ? Nie wiem czy to dobre słowo. Mają na pewno nośne elementy. Takie wiesz, że chcesz wcisnąć „replay”. Cieszy mnie, że uważasz, że słychać tam HellHaven. To znaczy, że nasz styl zaczyna się krystalizować i być rozpoznawalny. Nad tym mocno pracujemy. Ciężko jest być w dzisiejszych czasach oryginalnym, stąd każda taka opinia jest dla nas bardzo budująca.

Czyli to, co mówiłeś przy okazji premiery poprzedniego albumu, że uwielbiacie kombinować z brzmieniami, stylistyką, formą i aranżacją, jest niezmienne?

Jakub Węgrzyn: Niezmienne, chociaż przefiltrowane obecnie przez kolejne lata doświadczenia. Nadal bawimy się wszystkimi zabawkami, jakie znajdujemy w tej muzycznej piaskownicy. Od brzmienia, przez instrumenty, formę wyrazu, technikę a kończąc na wycieczkach w różne style muzyczne. Jednakże 12 lat tworzenia pod szyldem HellHaven nauczyło nas, że to jednak słuchacz jest najważniejszym elementem tego cyrku i to dla niego tworzymy. Nie tylko dla siebie. Zaczęliśmy słuchać odbiorców naszej muzyki ze skupieniem i zrozumieniem. Spisaliśmy wszystkie swoje dotychczasowe błędy, przeczytaliśmy wszystkie recenzje, opinie, komentarze i wspólnie opracowaliśmy ramę dla płyty składającą się z listy „czego nie robić”. Jakich błędów nie popełnić. Jakie decyzje podjąć, aby tą płytą dotrzeć do jak największej liczby słuchaczy. A cel jest o tyle trudny, że przeciętny słuchacz nie jest przyzwyczajony do płyty, na której dzieje się tak wiele. A przecież to właśnie tak chcemy grać. Społeczeństwo raczej lubi (co nie jest przytykiem !) proste formy przekazu. 20 lat kupujesz w sklepie ten sam żółty ser, bo się przyzwyczaiłeś i w sumie nigdy nie wpadłeś na pomysł, że obok stoi jeszcze 50 innych. Jak obiad, to schabowy z ziemniakami, bo „a co, jak mi tamte dziwactwa nie będą smakowały?”. Trochę tacy jesteśmy. Boimy się zmian w tak prozaicznych momentach jak zwykłe zakupy a co dopiero, kiedy mówimy o kulturze czy sztuce. Pewnie większość wolałaby, aby Małysz dalej skakał, bo już się przyzwyczaili, że co niedziela po obiedzie mieli stabilną i powtarzalną rozrywkę. Cud, że po 20 latach „Kevin sam w domu” na Polsacie to już bardziej zabawny trolling, niż faktyczne spełnianie zachcianek widzów, chociaż... kto tam wie. W takich czasach żyjemy i tu próbujemy się jako artyści odnaleźć. I wchodzimy z materiałem, który nie brzmi jak schabowy z ziemniakami i ma zdecydowanie więcej barw niż żółty ser.

Na „Anywhere Out Of The World” zaskakiwały partie trąbki, teraz wykorzystaliście lirę korbową czy dudy – skoro pojawiają się pomysły i możliwości grzechem byłoby z nich nie skorzystać, bo zdecydowanie poszerza to dźwiękową paletę HellHaven?

Sebastian Najder: Cóż, nie tylko paletę dźwiękową, ale i intertekstualność całości. Używając akustycznych instrumentów, wokół utworu tworzy się żywa otoczka klimatu, która spaja całość biologiczną klamrą. Nie jest to wcale takie proste, aby zharmonizować to ze sobą (w szczególności w przypadku etnicznych instrumentów) ale moim zdaniem w erze szybko postępującej cyfryzacji jest to zabieg jak najbardziej pożądany.

Trzymacie się również tej wypracowanej formuły, że wasze kolejne płyty ukazują się co 4-5 lat. Przy tak ambitnej muzyce nie da się inaczej, pewne kwestie wymagają dopracowania, choćby aranżacyjnego?

Jakub Węgrzyn: Są utwory, które napisały się w tydzień. Są jednak takie, nad którymi siedzieliśmy do ostatnich momentów. Szanowni koledzy z zespołu coś o tym wiedzą, kiedy w przeddzień wysłania gotowych nagrań na finalny miks próbowałem ich przekonać do ostatnich słusznych poprawek (słusznych oczywiście tylko z mojego punktu widzenia). Skończyło się to dla mnie łykaniem nerwosolu. Ale bardzo się cieszę, że przeszliśmy przez taki proces, bo ta płyta została napisana, nagrana i wyprodukowana naprawdę wspólnymi siłami. I jest to znacznie trudniejsze, niż zabawa w projekt solowy. Bo w zespole musi być pewna zgoda, wspólna koncepcja, rama. Każdy z nas odrobił wielką lekcję pokory i cierpliwości. Ale to była bardzo cenna lekcja, która tylko ugruntowała naszą przyjacielsko-rodzinną strukturę. I spowodowała, że dokończyliśmy tę płytę nie mając na koncie wyroku za zabójstwo lub okaleczenie. To też się liczy. Ale tak na serio - każdy dostał na płycie możliwość stworzenia czegoś według swojej wrażliwości muzycznej. Do tego stopnia jest to wspólna praca, że na koniec zrezygnowaliśmy z podpisywania utworów nazwiskami. Uważam to za najlepszą decyzję, bo dzisiaj każdy z nas czuje się współautorem całego materiału.

„Mitologię bliskości serc” nagrywaliście w czasie pandemicznych ograniczeń, pracowaliście więc w różnych miejscach, również w warunkach domowych, dzięki wykorzystaniu mobilnego studia. Było to duże utrudnienie czy zdarzało się wam już wcześniej pracować w taki sposób?

Jakub Węgrzyn: Proces nagrań był dla mnie szczególnie ważny. Wiesz, każdy z nas szuka w zespole pewnej specjalizacji. Pisanie muzyki i granie koncertów to tylko „marny” czubek góry lodowej. Stąd Sebastian jest specem od social media, ma wyczucie w kontaktach z ludźmi i spore doświadczenie w internetach. Paweł jest przedsiębiorczy i potrafi załatwić kupę rzeczy, o których istnieniu nawet nie mamy pojęcia. Marcin trzyma fundusze, które inaczej byłyby w stanie permanentnego chaosu a Hubert opowiada doskonałe kawały o papieżu. Ja za cel postawiłem sobie przeprowadzenie nas przez cały proces nagrań z uwzględnieniem odwiecznych problemów finansowych, ale w taki sposób, aby zrobić duży krok do przodu w brzmieniu i jakości. I w taki sposób nie nagrywaliśmy jeszcze nigdy. Mówiąc w skrócie (bo wszystko trwało ponad 30 miesięcy) zaczęliśmy od rejestracji materiału na tzw. „setkę”. Omikrofonowaliśmy wszystko co się dało i przez kilka miesięcy rejestrowaliśmy utwór po utworze. Proces ten pozwolił nam nie tylko na stworzenie tzw. taśmy-matki, ale także na rozpoczęcie procesu pierwszych poprawek naszych ówczesnych kompozycji. To już na tym etapie zaczęliśmy słyszeć pewne niedociągnięcia, wdrażać nowe pomysły, rozwiązania, brzmienia. Testowaliśmy sprzęt oraz nasze umiejętności do granic możliwości. Potem uderzył Covid. Trzeba było się szybko dostosować. Rozbiliśmy sesję nagraniową na wizytę w trzech studiach oraz wspieraliśmy się dość nowatorską metodą nagrywania gitar w domu przy użyciu prawdziwych wzmacniaczy, ale z pominięciem głośników. Dzięki czemu, mając budżet przeciętnego Kowalskiego, byłem w stanie spędzić cztery miesiące na poszukiwaniu odpowiedniego ustawienia wirtualnych mikrofonów, paczek, głośników, zachowując świetne brzmienie lampowej głowy... W standardowym studio miałbym na to może dwa-trzy dni czasu. W taki sposób spędziliśmy pierwszy lockdown. I m.in. w taki sposób udało się uzyskać dobre i selektywne brzmienie na tej płycie, które już zostało docenione. Dużo pracy zajęło też stworzenie finalnego projektu, w którym musiałem skleić do kupy nagrania z wszystkich czterech sesji nagraniowych (osobno dla wokali, syntezatorów i gitar, perkusji i instrumentów akustycznych). Sam projekt płyty w formie suchych nagrań ważył bodaj 32GB i miał około 220 ścieżek. Monstrum. Może dla kogoś to chleb powszedni, ale dla mnie to było ogromne wyzwanie. Ale się udało. Przeprowadziłem zespół przez ten proces i jestem z niego bardzo dumny.

Później wszystko było już więc w rękach osoby odpowiedzialnej za miks i mastering materiału – z tego co słyszę Nikolas Roy Quemtri spisał się bardzo dobrze, wiedzieliście zresztą, że warto powierzyć mu to zadanie?

Jakub Węgrzyn: Wpadliśmy na niego zupełnie przypadkowo. Zastanawiając się jak ta płyta powinna brzmieć, przesłuchiwałem próbne miksy starej płyty, od różnych ludzi z całego świata. Było ich chyba ze czterdzieści. Wpadł mi wtedy próbny miks właśnie Nikolasa, który jakimś cudem okazał się lepszy niż ten, który ostatecznie wybraliśmy na tamtą płytę. Nie mówię, że poprzednia płyta „Anywhere Out Of The World” brzmiała źle. Ale faktycznie, czuć było, że Nikolas dał od siebie coś więcej (oczywiście wiem dlaczego wtedy nie wybraliśmy jego miksu, ale żeby to wytłumaczyć, znów musiałbym mówić o pieniądzach, a to nudny i śmierdzący temat). Kiedy wysłaliśmy nową płytę na wstępne próbne miksy, Nikolas bezsprzecznie wygrał z pozostałymi. Jako jedyny nie tylko zajął się odpowiednim miksem według naszych sugestii, ale „podprodukował” trochę ten materiał, dodając subtelne elementy do struktury utworów (np. specyficzne efekty dźwiękowe, rozwiązania realizatorskie etc.). Ta ingerencja tak nam się spodobała, że uścisnęliśmy sobie dłoń i rozpoczęliśmy ponad półroczną współpracę.

To wasz pierwszy album zaśpiewany po polsku, chociaż zaczątki czegoś takiego mieliśmy już przy okazji wznowienia debiutanckiego „Art For Art's Sake” („Trauma pana Twaina”). Skąd ta decyzja o odejściu od anglojęzycznych tekstów, chciałeś spróbować czegoś innego również na tym polu?

Sebastian Najder: Ujmując rzecz precyzyjniej, polska wersja „Twaina” pochodzi jeszcze z sesji nagraniowej do „Beyond The Frontier”. Nagraliśmy wtedy dwie wersje językowe utworu z czego na płycie znalazła się wersja angielska, a na koncertach śpiewałem ją po polsku. Dopiero właśnie przy okazji reedycji „Art For Art's Sake” dołączyliśmy do wydawnictwa niepublikowane wcześniej na fizycznych nośnikach utwory, takie jak właśnie polska „Trauma pana Twaina”. Co do decyzji o śpiewaniu po polsku… Cóż - większość koncertów gramy w naszym kraju, utwory w rodzimym języku znacznie bardziej trafiają do szerszej publiczności. Dodatkowo język polski jest znacznie bogatszy w słowa, znaczenia, gry słowne i to co kryje się pod nimi. Chcieliśmy po prostu tworzyć w języku naszych myśli.

Trudniej pisze się w ojczystym języku czy przeciwnie, daje on większe możliwości, również w kontekście aranżacji partii wokalnych?

Sebastian Najder: To zależy. Na pewno pisanie samych tekstów przychodzi mi z większą łatwością. Nie muszę się zastanawiać nad tym, czy coś jest poprawne gramatycznie, albo czy aby na pewno ma takie znaczenie w użytym zdaniu jak mi się wydaje (i czy nie jest przypadkiem bez sensu). W języku polskim czuję się jak ryba w wodzie. Mogę bawić się gierkami słownymi, wieloznacznością słów i ich składnią. Gorzej jest na pewno przenosić to w muzykę i jej melodyczny wydźwięk/aranżacje. Tutaj angielski zawsze będzie miał jakąś tam wyższość. Jest bardzo dźwięczny… natomiast język polski jest wdzięczny. (śmiech)

Myślisz, że dzięki temu zabiegowi uda wam się dotrzeć do nieco szerszego grona słuchaczy, a do tego uatrakcyjnić koncerty, bo jednak publiczności łatwiej włączyć się do wspólnego śpiewania gdy teksty są po polsku?

Sebastian Najder: Myślę, że tak. Nie patrzyłbym tu nawet w stronę wspólnego śpiewania, a raczej obopólnego zrozumienia. Emocje łatwiej przenosić na łączach stworzonych z tych samych słów, a co za tym idzie, dajemy empatii o wiele szersze pole do popisu. Czy to na koncertowych salach, czy na słuchawkach w domowym zaciszu.

Można traktować „Mitologię bliskości serc” jako całość, chociaż poszczególne utwory nie są ze sobą powiązane, bo to jakby tom opowiadań jednego autora, skoncentrowanego na jednej tematyce, więc zawsze pojawią się w nich jakieś wspólne wątki czy nawiązania?

Sebastian Najder: Mniej więcej można tak to odbierać.

Jakub Węgrzyn: Mniej więcej, to można było trochę więcej napisać w tym temacie, Sebastianie. (śmiech)

Czym jest więc mitologia bliskości serc, do czego się odnosi?

Sebastian Najder: Mitologia bliskości serc odnosi się do wyobrażeń, mitów, legend, które sami tworzymy w swoich głowach na temat osób, które nas otaczają. Nigdy nie możemy być pewni kim są tak naprawdę, tam w środku. Mamy więc pewne obrazy osób, które sami tworzymy, jednak nadal są to tylko historie, portrety i konstrukty namalowane przez naszą wyobraźnię.

Każdy z utworów dopełniają cytaty, wybrane z dzieł różnych autorów – były one źródłem inspiracji na etapie pisania tekstów, stąd myśl o ich wykorzystaniu?

Sebastian Najder: W niektórych przypadkach tak, jak na przykład w „Imperium radości”, które w całości inspirowane było pełnometrażowym stand-upem Billa Hicksa pod tytułem „Revelations”. Natomiast w całej reszcie są to mniej lub bardziej przylegające koncepcje czy przemyślenia poszczególnych autorów, których bardzo szanuję i z którymi często odczuwam ogromną więź uczuciową mimo, że nasze bytowania na tej planecie dzielą dziesiątki-setki lat.

Można też powiedzieć, że w pewnym sensie edukujecie też słuchaczy, bo o Lemie, Lovecrafcie czy nawet Nietzchem słyszał praktycznie każdy, nawet jeśli nie czytał ich książek, ale już o Michelu de Montaigne czy Albercie Hoffmannie już niekoniecznie?

Sebastian Najder: Można tak powiedzieć. Jednak nauka jest dla tych, którzy chcą się uczyć (śmiech). Polecam zapoznać się z literaturą i sztuką wszystkich wymienionych!

Zamykający płytę, niemal instrumentalny utwór „1420 MHz” ma jeszcze bardziej dać do myślenia, stąd ten cytat Carla Sagana i sam tytuł, odnoszący się do linii wodoru?

Jakub Węgrzyn: „1420 Mhz” jest utworem o nadziei. O ludziach, którzy patrzą w gwiazdy. Dalej niż sięga nasz wzrok, poza nasze ziemskie problemy i bolączki. To taki symboliczny utwór na zakończenie płyty. W wielu krajach używanie częstotliwości 1420 Mhz jest prawnie zabronione. Wiesz dlaczego? Bo uważa się, że jeżeli będzie istniała obca cywilizacja, wykorzysta ten matematyczny uniwersalny język i będzie kontaktować się właśnie na tej częstotliwości, w której drga wodór - najbardziej powszechna cząstka we wszechświecie. To równie piękne, co intrygujące. Kiedy patrzymy w górę, w gwiazdy, cała ziemia kurczy się do rozmiaru główki od szpilki. I jak wtedy zaczniemy zadawać sobie pytanie co robimy jako ludzkość z tym mikroskopijnym w skali wszechświata kawałkiem skały, dojdziemy szybko do wniosków jak nieporadni i krótkowzroczni jesteśmy. A to póki co nasz jedyny dom. Zakończyliśmy tę płytę pytaniem-przestrogą. Pytaniem, czy aby na pewno podejmujemy jako ludzie dobre decyzje i czy nie jesteśmy już przypadkiem w takim momencie, że nasze życie tu na ziemi może być zagrożone.

Zawsze zwracaliście też uwagę na szatę graficzną kolejnych wydawnictw HellHaven, ale teraz jest ona jeszcze bogatsza, bo to prace nie tylko Moniki Piotrowskiej, ale też Łukasza Rusinka i Jerzego Gorczycy. I to, paradoksalnie, w czasach dominacji streamingu, gdzie liczą się tylko dźwięki, a powodowani wygodą i lenistwem słuchacze w większości odchodzą od kompaktowego nośnika. Muzyka i cała reszta ma tworzyć zwartą całość, a do tego tak efektownie wydana płyta ma być swoistym prezentem dla słuchacza, który zdecyduje się po nią sięgnąć?

Sebastian Najder: I tak mieliśmy wydawać fizyczny nośnik, więc jeżeli ma to mieć jakikolwiek sens w dzisiejszych czasach, musi on być czymś więcej niż tylko płytą CD. W tym wypadku jest to małe dzieło sztuki z którego jestem bardzo dumny i które cieszy samo w sobie, gdy się z nim namacalnie obcuje. Takie było założenie i nawet odrobinę przekroczyło moje oczekiwania. Włożyłem w to bardzo wiele pracy i czasu, aby nadać temu obecny wygląd… oczywiście z ogromną pomocą wszystkich wymienionych artystów…

Jakub Węgrzyn: Na pewno nie możemy się obrażać na streaming czy szeroko pojęty Internet. Żeby przeżyć, trzeba się umieć szybko dostosować. Młodzi ludzie nie wiedzą już na czym odtworzyć płytę CD. Czaisz to? (śmiech) Dałem naszą płytę kilku młodym znajomym, a oni w śmiech. Dla nich płyty CD to coś, czym dla nas są dzisiaj kasety albo winyle. Z drugiej strony mamy „starych wyjadaczy”, którzy bez CD nie posłuchają płyty, a winyle to dla nich wisienka na torcie. Do wszystkich tych ludzi staramy się dotrzeć i dać im możliwość spotkania się z naszą muzyką. Prawda jest też taka, że co by się nie działo na rynku muzycznym, posiadanie fizycznej kopii jest namacalnym dowodem, że płyta została naprawdę WYDANA, a nie tylko wpuszczona cyfrowo w sieć. Nie wyobrażam sobie nagrywania płyty tylko po to, aby była obecna w formie cyfrowej. Muszę ją dotknąć, powąchać i postawić na półce. To jak z piciem taniego piwa. Z plastikowego kubeczka smak jest kiepski. Ale przelej ów napój do kryształu...

Można zaryzykować twierdzenie, że pełną wersję „Mitologii bliskości serc” pozna się dopiero z płyty, bo sama muzyka w przypadku tego wydawnictwa to nie wszystko?

Sebastian Najder: Można tak powiedzieć, ale jak każdą muzykę jaką spotykamy na naszej drodze i która zostaje z nami na dłużej - definiuje ją samo życie, a skala naszego poznania jest wprost proporcjonalna do naszego doświadczenia.

HellHaven jakoś nie miał przez te wszystkie lata szczęścia do wydawców, ale może do czterech razy sztuka?

Jakub Węgrzyn: Czy ja wiem? I tak zaliczamy się do raczej wąskiej grupy artystów, którzy mieli szczęście podpisywać umowy wydawnicze od praktycznie samego początku. Jasne, że ma to swoje minusy, ale z perspektywy czasu powiem tak - współpraca z każdym wydawcą dała nam bardzo dużo. Owszem, z jednym z nich (tym niemieckim, pominę nazwę dla dobra sprawy) mieliśmy dziwną sytuację, bo po dodruku płyt (w sumie sprzedał ich podobno ok. 3000-5000 sztuk) zniknął z naszymi pieniędzmi. Ale jedno trzeba mu przyznać - opłacił nam wtedy całą sesję nagraniową. Wyszliśmy na zero, czyli spory sukces jak dla tej branży (śmiech). Jednak największy przełom dla nas ma miejsce obecnie. Po podpisaniu umowy wydawniczej z Prog Metal Rock Promotion dostaliśmy wiatru w żagle. Spotkaliśmy odpowiedniego człowieka, który nie tylko zaryzykował, ale także czynnie zaczął brać udział w rozwoju naszego zespołu. Wiem, że tej współpracy wyjdzie jeszcze dużo dobrego i niejeden fajny projekt wydawniczy.

Jak będzie przebiegać promocja „Mitologii bliskości serc”? Sytuacja koncertowa na tę chwilę jest niepewna, ale pewnie liczycie, że uda wam się zaprezentować ten materiał live, biorąc przy tym pod uwagę różne inne scenariusze?

Wojciech Chamryk

144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753105
DzisiajDzisiaj295
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4248
Ten miesiącTen miesiąc2846
WszystkieWszystkie3753105
54.227.97.219