Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 83sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

gojiraark m

opethark m

accept nowa datadaw m

 

„Niekonwencjonalny Frei” (Gallileous)

           

Obserwowanie różnic w postrzeganiu tej samej muzyki przez różne osoby to niesamowita frajda, zwłaszcza gdy każdy inaczej ją słyszy i przeżywa. Wodzisławki Gallileous dla przykładu bawi się na przestrzeni lat rozmaitymi stylistykami i konwencjami tak, że ich najnowszy album “Fosforos” skłania do ożywionych reakcji reprezentantów rozmaitych, często dotąd wzajemnie niepowiązanych, środowisk. O bieżących sprawach w kontekście muzycznych tradycji, chętnie i swobodnie, rozpisał się gitarzysta zespołu Tomasz “Stona” Stoński.

                

HMP: Z których swoich muzycznych sukcesów i osiągnięć jesteście najbardziej dumni?

Tomasz „Stona” Stoński: Ja ze swojej strony jestem dumny przede wszystkim z tego, że ciągnę ten wózek już tyle lat. Od 1994 roku, kiedy to zasiliłem szeregi Gallileous, do dziś wiele lodów Arktyki stopniało, skład grupy ulegał drastycznym metamorfozom, chwilami byliśmy zawieszeni w próżni, ale mimo tego zespół nadal funkcjonuje i ma się z roku na rok coraz lepiej. Zagraliśmy też masę koncertów w Polsce i za granicą. Występy u boku takich zespołów i artystów jak: Saint Vitus, Coogans Bluff, Church Of Misery, Blues Pills, Kadavar czy Colin Bass to zawsze olbrzymia przyjemność. Wystąpiliśmy też na kilku festiwalach typu Red Smoke Festival w Pleszewie, Doom over Vienna w Wiedniu, Festiwalu Rocka Progresywnego im. Tomasza Beksińskiego w Toruniu czy Warsaw Prog Days. W międzyczasie single trafiały na podium „Czwartkowego Czarta”, czyli listy przebojów radia Rockserwis.FM i emitowane były w wielu innych stacjach radiowych. Oczywiście jesteśmy też bardzo zadowoleni z naszej ostatniej płyty „Fosforos”!

...Because I’m stronger than before. That’s why I’m always moving on”. Tymi słowami kończył się Wasz poprzedni krążek, “Moonsoon” (2019). W jakim stopniu ta sentencja pozostaje aktualna dla Gallileousa na początku 2022r.?

Nagrywanie „Moonsoon” poprzedziło odejście dotychczasowego perkusisty Mirka Cichego, współzałożyciela grupy. Był to dla nas olbrzymi cios. Co prawda był już w zanadrzu Michał Szendzielorz, który zastępował Mirka na kilku koncertach wcześniej, ale czuło się, że nic już nie będzie takie samo. Wychodzę jednak z założenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Michał okazał się bardzo rzetelnym, pobudzającym do działania członkiem zespołu. O tym, że jest dobrym perkusistą, już wiedziałem. Zastanawiałem się jedynie, jak się odnajdzie w naszej stylistyce. Trzeba powiedzieć, że odnalazł się bardzo dobrze. To ciekawe, że zwróciłeś uwagę na ten tekst, ponieważ zastanawiałem się nawet czy tej płycie nie nadać właśnie tytułu „Stronger Than Before”, co podkreślałoby, że mamy się świetnie pomimo przeciwieństw losu i to co dobre dopiero przed nami. Od wydania „Moonsoon” minęły dwa lata, nagraliśmy kolejny album i… koło fortuny ponownie postawiło nas w podobnej sytuacji, bowiem po nagraniu płyty szeregi Gallileous opuścił dotychczasowy basista Paweł Cebula. Ale jak śpiewa Ania, „zawsze idziemy dalej”, do przodu. Każda kłoda rzucona nam pod nogi powoduje, że stajemy się silniejsi. Rolę basisty w zespole przejął Mateusz Weber-Mieszczak, który na naszych ostatnich koncertach już niejednego powalił na kolana swoim brzmieniem. Można więc śmiało powiedzieć „we are still getting stronger!”

Wasz poprzedni album “Moonsoon” wydaje się być bardziej pulsująco-kłębiąco-bulgoczący, jak gdyby gotowała się podczas jego trwania obfita uczta, podczas gdy “Fosforos” jest bardziej bluesowy i refleksyjny, prawie tak jakbyście pogrążyli się w myślach o czymś ważnym już po posiłku. Czy to dlatego, że nasłuchaliście się ostatnio bluesa?

Heh, nie do końca rozumiem Twoje porównania, ale na pewno różnica pomiędzy tymi albumami nie wynika z tego, by ktokolwiek z nas nasłuchał się bluesa. Ania co prawda miewała przygody z bluesem śpiewając w The Blues Experience, ja też słucham wiele muzyki progresywnej czy hard rockowej z lat 60.-70., której korzenie często sięgają do tego gatunku, jednak nie sądzę, żeby to miało jakikolwiek wpływ na powstanie nowej płyty, a tym bardziej na takie utwory jak „Bakeneko” czy tytułowy „Fosforos”, w których bliżej nam chyba do trip hopu czy soulu niż bluesa. Chyba, że mówiąc „blues”, masz na myśli Black Sabbath, Deep Purple, Pink Floyd  czy U.F.O., to wówczas na pewno jakieś podobieństwa można znaleźć w „The Groke”, „Frankenstein”, „Ja Monster” czy „An Invisible Man”. Myślę jednak, że kawałki o podobnym charakterze pojawiały się wcześniej zarówno na płycie „Moonsoon” jak i „Stereotrip”.

Czy jako główni przedstawiciele polskiego doom metalu (sic!) eksperymentujący z mnóstwem różnych metalowych stylów, zgadzacie się z hipotezą, że doom metal jest podgatunkiem metalu najbliżej spokrewnionym z bluesem?

Z tymi przedstawicielami polskiego doom metalu to bym nie przesadzał. Wiele się zmieniło od czasów „Passio Et Mors”. Wówczas, w 1994 roku może i byliśmy pionierami na polskiej scenie funeral doom metalu, ale dzisiaj jest cała masa znakomitych polskich zespołów, które bardziej pasują do tego miana. Wracając do pytania, uważam, że to prawda. Pierwsze grupy tworzące podwaliny heavy metalu bezsprzecznie wywodziły się z bluesa i do dziś w wielu gatunkach, szczególnie właśnie tych z klimatów stoner/doom, ewidentnie królują bluesowe skale.

Jak to jest, że bluesowe albumy często złożone są z wielu coverów starych standardów, podczas gdy na albumach metalowych sporadycznie pojawia się pojedynczy cover i (pomijając typowe cover bandy) kapele metalowe koncentrują się znaczniej bardziej na tworzeniu nowego materiału autorskiego?

Wydaje mi się, że podyktowane to jest trendami na rynkach muzycznych oraz samym podejściem do tworzenia samych muzyków. Słuchając zespołów z lat 50.-60. ubiegłego stulecia ewidentnie widać, że rynek nastawiony był na standardy. Zauważalne to jest na płytach jazzowych, bluesowych oraz rockowych. Wspomnijmy takie grupy jak Rare Earth, czy Iron Butterfly np. gdzie często całe strony zapełnione były coverami i dopiero druga strona płyty zawierała jeden długi, własny utwór zespołu, częstokroć wyskakujący poza ramy dotychczasowych norm. Nie zapominajmy, że Led Zeppelin z jego wczesnej ery, równie dobrze możemy nazwać coverbandem The Yardbirds, którzy zresztą sami grali covery starych bluesmanów. Z naszego podwórka Skaldowie posunęli się jeszcze dalej, nagrywając jednocześnie dwie płyty, z których jedna przeznaczona była na rynek muzyki popularnej, a druga zarezerwowana była jedynie dla koneserów. Z kolei taki Breakout nie grał coverów i poza kilkoma utworami, ubranymi w cepeliane stroje z pierwszej płyty, mało gdzie można było o nich usłyszeć. Płacili za swoją oryginalność olbrzymią cenę. Ten sam los zresztą spotkał później Niemena. Typowo metalowe kapele jednak starają się unikać coverów, co wynika chyba z silnego dążenia do niezależności, chęci bycia zespołem wyjątkowym i oryginalnym. Sam cover, jeśli już występuje, to najczęściej jako hymn pochwalny dla innego zespołu metalowego, co znakomicie sprawdza się na koncertach, choć zdarzają się też smaczki typu „21st Century Schizoid Man” w wykonaniu grupy Voivod.

Podobno Wy już nawet nie chcecie grać na żywo własnych kawałków sprzed okresu “Stereotrip”?

Chyba nie chodzi o to, że nie chcemy. To zwyczajnie jest bardzo trudne czy czasem wręcz awykonalne. Jeśli prześledzisz historię naszych płyt, łatwo zauważysz, że różnią się one znacząco pod względem składu członków zespołu. Oczywiste jest zatem, że trudno jest zagrać na żywo materiał zarejestrowany na płycie przez dwóch gitarzystów, stałego klawiszowca i growlującego wokalistę przez kwartet składający się z wokalu, gitary, basu i perkusji; w dodatku gdy dziewczyna śpiewa jak Myles Kennedy (jak to ktoś kiedyś porównał). Poza tym staramy się promować nowe płyty, które bądź co bądź mają większy i bardziej pozytywny odbiór niż starsze wydawnictwa. Jednakże, ponieważ Mateusz (nasz nowy basista) jest fanem „Voodoom Protonauts”, na pewno przygotujemy na wiosenne koncerty kilka utworów z tej płyty.

Czytałem ostatnio, że jednym z najbardziej przełomowych odkryć dla kompozytorów może być odkrycie otwartych strojów gitar. Podobno istnieje coś takiego jak “kreowanie autorskich strojów”. Inspiruje Was to, dawniej lub obecnie?

W 1994 roku, gdy nagrywaliśmy, jak to mówią, legendarne demo „Passio Et Mors”, priorytetem było dla nas zabrzmieć jak nikt dotąd i obniżyliśmy strój z dźwięku E do B. Wówczas na naszym regionalnym, a może nawet i polskim podwórku, było to coś niespotykanego. Realizatorzy z czeskiego studia „Fors Music” nie chcieli się do tego materiału przyznawać, mówili, że to „hudba z za hroba” (może to oni wymyślili termin funeral doom metal? - śmiech). Po powrocie już w obecnym stuleciu pierwsze płyty nagrywaliśmy w E-standard. Płytę „Voodoom Protonauts” nagraliśmy strojąc się do dźwięku D a obecnie [stroimy się] do C, co poza walorami odczuwalnego większego ciężaru, wynika przede wszystkim z tonacji w jakiej śpiewa wokalista. Co ciekawe Ania łatwiej trafia w dźwięk w stroju opartym o częstotliwość dźwięku A=432Hz, więc musieliśmy się też zaopatrzyć w tunery obsługujące te częstotliwości, przy okazji serwując słuchaczom swoistą czakroterapię (śmiech). Co do kreowania autorskich strojów to po nagraniu „Passio Et Mors” chcieliśmy iść jeszcze dalej. Może nie myśleliśmy o autorskich strojach, ale na pewno tworzyliśmy autorskie akordy (śmiech). Chcieliśmy nagrywać i miksować różnorakie odgłosy, itd. Niestety zespół zawiesił wkrótce swoją działalność na dekadę.

Powiedziałeś kiedyś w wywiadzie dla naszego czasopisma, że okres Twojego buntu przypadał na lata dziewięćdziesiąte. Czy można z tego wywnioskować, że kojarzysz bunt z grunge’m, natomiast obecnie odrzucasz wszelką formę buntowania się jako przejaw niedojrzałości?

O ile dobrze pamiętam ten wywiad, to chodziło mi o to, że Gallileous w latach 90. XX wieku dążył do bycia całkowicie niezależnym, oryginalnym i ekstremalnym zespołem na świecie, a dziś jego twórczość opiera się bardziej na tym, co w duszy każdego z jego członków gra, bez wytyczania sobie sztucznych, ograniczających nas samych barier. Grunge, który wówczas święcił triumfy, był przez nas wręcz wyśmiewany. Nie uważam, że bunt jest oznaką niedojrzałości. Oczywiście młody wiek bardziej skłania człowieka do buntowania się przeciwko powszechnie obowiązującym społeczno-kulturalnym normom i zasadom, przeciwko rodzicom, szkole itd., jednakże człowiek dorosły ma znacznie większy potencjał do wyrażania swojego buntu w bardziej konstruktywny sposób na zasadzie „więcej czynów niż słów”. Nadal uważam się za swego rodzaju buntownika. Buntuję się przeciwko nieodpowiedzialności polityków, przeciwko działaniom degradującym naszą planetę, przeciwko nienawiści, wszelakim przejawom nierówności, itd., czego wyrazem są m.in. moje karty w wyborach powszechnych, działania zawodowe w sferze społeczno-kulturalnej, codzienna segregacja śmieci, czy niechęć do wyrzucania sprawnych przedmiotów.

A na czym w zasadzie polega rozwój umiejętności wokalnych Anny Pawlus na przestrzeni płyt “Stereotrip” (2016), “Moonsoon” (2019) i “Fosforos” (2021)?

Jak wszystko na tym świecie, wokal Ani również zmienia się z płyty na płytę. Jak sama mówi „głos zmienia się w zależności od tego, na jakim etapie życia się znajduje”. Wszystkie wartości techniczne i umiejętności wokalne, takie jak szeroka skala głosu, mocny, głęboki wokal, czy czasem stosowany „frei” pozostają w zasadzie niezmienne. Zmienia się podejście do samego tworzenia i charakter poszczególnych melodii, które stają się coraz bardziej niekonwencjonalne. Przykładowo w utworze „Bakeneko” można doszukać się bardziej soulowego charakteru w klimacie Sade, a niektóre chórki robią wrażenie być żywcem wyrwane z czasów niewolniczych na polach bawełny czy też chórków gospel. Na ostatniej płycie Ania odważyła się też napisać i zaśpiewać po polsku, co w historii Gallileous zdarzało się bardzo sporadycznie.

Czy Anna próbowała grać kiedyś na harmonijce ustnej? Instrument ten pasowałby np. w rozśpiewanym “Golem” oraz w rolling-stone’sowskim “La La Land”. Zresztą, harmonijkarzy w Polsce nie brakuje (na czele z nieustannie nagradzanym Michałem Kielakiem) i zawsze moglibyście zwrócić się o udział gościnny.

Raczej nie zależy nam na brzmieniu harmonijki ustnej. Bardziej preferujemy brzmienia space rockowe niż bluesowe. Dlatego też Ania obsługuje od jakiegoś czasu syntezator, generując zarówno kosmiczne dźwięki jak i konkretne melodie. W wolnych od śpiewania i grania chwilach tańczy też na scenie, uderzając miarowo w tamburyn. W zupełności nam to wystarcza. Poza tym w „La La Land” bardziej inspirowały nas wczesne dokonania The Beatles niż Rolling Stones, ale miło mi, bo oba zespoły darzę olbrzymim szacunkiem.

We wspomnianej chwilę wcześniej poprzedniej rozmowie dla HMP, wyraziłeś nadzieję na obecność saksofonu w nagraniach Gallileous. O ile słuch mnie nie myli (a nie mam pojęcia czy jakiś inny instrument nie brzmi aby łudząco podobnie do saksofonu), udało Wam się taką partię saksofonu zaprezentować w “Bakeneko”.

Słuch masz dobry. Solo w „Bakeneko” rzeczywiście zagrane zostało na saksofonie. Początkowo, chcieliśmy zaprosić do tej solówki często z nami współpracującego, świetnego klawiszowca Wojtka „Boogie” Bajera. Ostatecznie zostawiliśmy mu miejsce w utworze „Frankenstein”, które jak zwykle bajecznie wypełnił brzmieniami Moogów i Hammondów. To prawda, że bardzo podoba mi się brzmienie saksofonu. Jeśli znajdzie się odpowiednia osoba, to być może kiedyś w przyszłości na stałe zawita w naszych szeregach. W czasie pracy nad „Fosforos” musieliśmy się zadowolić jedynie muzykiem sesyjnym. Saksofon chwyciła więc młoda, utalentowana absolwentka jazzu Akademii Muzycznej w Krakowie Agnieszka Nawrat i trzeba przyznać, że wywiązała się ze swojego zadania rewelacyjnie. Utwór nabrał zupełnie innego wymiaru, niespotykanego do tej pory w twórczości Gallileous. Szkoda, że nie było jej z nami w studio, bo zapewne takich fragmentów byłoby na płycie więcej.

Czy pisząc “Fosforos” czuliście uświadomioną potrzebę krzepienia słuchaczy?

Pisząc „Fosforos” przede wszystkim kierowaliśmy się własnymi uczuciami i tym, co się dzieje dookoła nas. Współczesny świat sprzyja poczuciu wyobcowania, pełny jest nierówności i nietolerancji. Bodajże w letnim wydaniu kwartalnika „Przekrój” przeczytałem historię opowiadającą o tym, w jakich okolicznościach Mary Shelley napisała swoją chyba najbardziej znaną powieść „Frankenstein”. Ciężko znaleźć interpretacje tej powieści zwracające uwagę na ówczesne ekstremalne warunki pogodowe z 1816r., który nazywany był rokiem bez lata. Potężna erupcja wulkanu Tambora w Indonezji rozsnuła zasłonę pyłu wulkanicznego wokół Ziemi, powodując katastrofę rolniczą na trzy lata. Młoda Shelley, pisząc „Frankensteina”, doświadczała więc zjawiska przetaczających się fal wychudzonych uchodźców poszukujących jedzenia i budzących przerażenie wśród dobrze odżywionych i dobrze sytuowanych obywateli Europy. Przeżycia potwora z powieści Shelley są zatem ponadczasowym psychologicznym opisem tego, jak bardzo mógł się czuć przerażony, zrozpaczony, wściekły i samotny uchodźca klimatyczny.  Chyba skądś to znamy i niestety okazuje się, że wciąż nie jesteśmy skłonni otworzyć własnych drzwi dla Frankensteina… Poza „La La Land” cała płyta opowiada o różnych monstrach i potworach. Pisząc „Ja Monster”, chcieliśmy dać do zrozumienia, że my sami również jesteśmy w pewnych sytuacjach potworami, z którymi prędzej czy później będzie nam dane spotkać się patrząc w lustro.

Dawno nie byłem w Polsce, czy Frankenstein lub inny Golem miałby szansę odnaleźć się w tej chwili w polskich warunkach i zacząć tam wszystko od nowa?

Tak jak powiedziałem wcześniej. Kondycja moralna człowieka nadal pozostawia wiele do życzenia. Sytuacja na naszej wschodniej granicy nie pozostawia złudzeń. Dzielenie społeczeństwa przez polityków również nie przynosi dobrych rezultatów. Wielu Polaków nadal nie ma ochoty na kontakt z odmiennością, obojętnie czy to będzie odmienność etniczna, religijna czy seksualna. Frankenstein niestety nadal skazany jest w tym kraju na porażkę.

Znacie polski zespół stonerowy BelzebonG? Grali w grudniu 2021 na islandzkim festiwalu Doomcember. Przyjechalibyście tu na kolejną edycję? Może podpytajcie BelzebonG albo (islandzki zespół stonerowy występujący tu jako główna gwiazda imprezy) Volcanovę o namiary?

Oczywiście, że znamy. Zaprosiłem ich dawno temu na początku ich zawrotnej kariery na organizowany u nas w Wodzisławiu Śląskim festiwal Brania Fest (dziś Winobranie). Bardzo przyjemni goście, którym udało się zdziałać naprawdę wiele na światowej scenie stoner/doom metalu. My sami bardzo lubimy grać koncerty, podróżować, poznawać nowych ludzi i przede wszystkim grać dla fanów, więc jeśli byłaby taka okazja, to z chęcią odwiedzilibyśmy Islandię. Kto wie? Może jest to możliwe, skoro Ty mieszkasz na Islandii, to jest już jakiś punkt zaczepienia (śmiech). Pozdrawiam wszystkich czytelników Heavy Metal Pages i do zobaczenia na koncertach.

Sam O’Black

144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 142_badtaste-baner156x600.png 143_eskalacja-singiel-158x600-singiel.png 145_wrona.png

Goście

3995634
DzisiajDzisiaj341
WczorajWczoraj433
Ten tydzieńTen tydzień3992
Ten miesiącTen miesiąc341
WszystkieWszystkie3995634
3.234.210.25