Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 83sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

gojiraark m

opethark m

accept nowa datadaw m

 

“Rock'n'roll we krwi” (Johan Band)

           

Wokalista Janusz Johan Stasiak po rozstaniu z Korpusem stworzył Johan Band i nagrał album „Do utraty tchu”.  Mówi o nim, że to jego podróż po zakamarkach życia i ludzkiej duszy, a muzycznie to klasyczny rock w różnych odmianach. Dla fanów tym ciekawszy, że w nagraniach wzięli udział znani muzycy, w tym niemal cały skład Believe z Mirosławem Gilem na czele oraz Winicjusz Chróst, zmarły niedawno producent i gitarzysta, choćby Breakout. 

HMP: W roku 2017 byłeś nastawiony bardzo entuzjastycznie do reaktywacji Korpusu, zakończonej wydaniem albumu „Respekt”, coś chyba jednak poszło nie tak, skoro już po dwóch latach rozstałeś się z zespołem?

Janusz Johan Stasiak: Nowa przygoda z Korpusem była zaplanowana na dużo krótszy czas. Nagranie albumu i kilka koncertów, a zrobiło się pięć lat czynnego grania. Kocham chłopaków za to czego dokonali w tym czasie, ale temat się wyczerpał, a ja chciałem tworzyć dalej i nagrać swój całkiem solowy album. Po koncercie na 35-lecie kapeli, jednym z najlepszych, w klubie Potok w Warszawie, postanowiłem rozstać się z Korpusem. To była bardzo przemyślana decyzja.

O rezygnowaniu z muzyki nie było mowy – nie reaktywowałeś jednak swego wcześniejszego projektu Johane’s, utworzyłeś nowy, zwący się Johan Band?

Johane’s to był mój powrót do branży po ponad 10-latach. Delikatnie, balladowo ale już z rockowym sznytem. Johan Band to posumowanie moich wielu lat pracy tak kompozytorsko, tekstowo, jak i jako producenta muzycznego.

To zespół w pełnym znaczeniu tego słowa, co ma też odzwierciedlenie w jego nazwie, czy jednak bardziej projekt, powołany wyłącznie w celu nagrania płyty „Do utraty tchu”?

Zestaw muzyków na albumie „Do utraty tchu” nie jest przypadkowy. Jestem dumny, że udało mi się namówić do współpracy tak znakomite grono zawodowców z doświadczeniem. Bez nich nie byłoby to możliwe. Cała zasługa Mirka Gila, producenta muzycznego płyty. Znamy się ponad 30 lat i jesteśmy przyjaciółmi. Planujemy grać koncerty, ale czas pokaże jak album zostanie przyjęty przez naszą „branżę”. Na razie zbiera bardzo dobre opinie.

Zastanawiam się jednak czemu sygnujesz swe kolejne albumy tymi różnymi nazwami – jesteś bardziej znany jako Johan, nie Janusz Stasiak?

Przykleiła się do mnie ta ksywa już w latach 80. i tak zostało. W branży funkcjonuję i jestem rozpoznawalny jako Johan, stąd taki kierunek w moich muzycznych produkcjach.

Pewnie zaczynając interesować się muzyką i stawiając pierwsze kroki jako wokalista nawet nie przypuszczałeś, że ta przygoda potrwa tyle lat?

Rock 'n' rolla mam we krwi i bez niego nie wyobrażam sobie swojego życia, a było dosyć bujne… Jestem dosyć płodnym twórcą, więc mam nad czym pracować… Aktualnie też już rozpocząłem pisać materiał na nowy projekt, ale to na razie tajemnica. Teraz Johan Band!

Miałeś okazję dorastać w czasach niezwykle ciekawych dla muzyki. Różne odmiany rocka progresywnego, fusion/jazz rock, blues, blues rock, hard rock czy tworzący się heavy metal – było wtedy czego posłuchać i w dodatku – nie tak jak obecnie – wiele z ówczesnych zespołów naprawdę miało coś do przekazania. Chciałeś to wszystko oddać w tym nowym materiale, pokazać wielowymiarowość rocka?

Na albumie „Do utraty tchu” jest praktycznie wszystko… rock, pop, blues, rock progresywny. W dzisiejszych, szczególnie teraz pandemicznych czasach, taka mieszanka jest plastrem na  bolączki ludzi, a jak jeszcze tekstowo trafisz to ludzie pokochają taką muzę. Dzisiejszy świat różni się diametralnie od czasów w których działałem rockowo z Korpusem. I trzeba po pierwsze dotrzeć do bardzo rozproszonych muzycznie ludzi, ale i zdobyć ich szacunek oraz uznanie, a to nie jest takie proste.

Czujesz się trochę niczym ten „Ikar”? Bo odbieram  album „Do utraty tchu” jako potwierdzenie, że wciąż ciągnie cię w nieznane, mimo tego, że możesz się na tym sparzyć, nie proponując przecież modnych i komercyjnych dźwięków z radiowych playlist, tylko klasycznego rocka?

Ostatnio w wywiadzie do Radia Rzeszów zadano mi podobne pytanie…Odpowiedziałem, że na szczęście ja już k…. nic nie muszę. I tak podchodziłem do tematu w czasie tworzenia i nagrywania materiału na płytę. Moi zaproszeni do sesji przyjaciele mieli wolną rękę w podejściu do aranżacji i bardzo nam to pomogło znaleźć wspólny język. Byli genialni! Nie skracaliśmy utworów bo radia nie zagrają, ale jest też kilka numerów radiowych w kwestii ich trwania i przebojowych szlagwortów… i dobrze. Ale tak po prostu wyszło.

Zawsze warto więc robić coś wypływającego prosto z serca, szczerego i prawdziwego, nawet jeśli dotrze to do mniej licznego grona słuchaczy?

To taka moja podróż po zakamarkach życia i ludzkiej duszy. A że jestem już dorosłym chłopcem to miałem trochę do powiedzenia. Forma muzyczna jest pełna. Do kogo ma dotrzeć… dotrze.

Akurat do tej piosenki nakręciliście teledysk – uznałeś, że to dobra wizytówka albumu, pokazująca zespół i w balladowym, i mocniejszym wydaniu?

W „Ikarze” jest wszystko: muzycznie, tekstowo i emocjonalnie o co mi chodziło, kiedy planowałem nagranie tego albumu.

Tytuł „Do utraty tchu” też można tu w sumie traktować symbolicznie, bo rockerem jest się niezależnie od wieku, nie ma mowy o sytuacji, że z osiągnięciem 65 roku życia przechodzi się na muzyczną emeryturę?

(śmiech!) Na razie nie wybieram się na emeryturę. Kiedyś Sting powiedział, że właściwie dopiero po 60-tce zrozumiał o co chodzi w muzyce… chyba  mam podobnie.

Jesteś autorem wszystkich tekstów i kompozycji – domyślam się, że to utwory powstałe w ostatnich latach, przede wszystkim z myślą o Johan Band?

Materiał na płytę Johan Band zacząłem pisać w 2018r., to nie są utwory z „szuflady”. Zabawne i ciekawe jest to, że miałem przygotowanych piętnaście numerów z których weszło na krążek pięć a drugą piątkę napisałem w trakcie trwania sesji nagraniowych… trwały 12-cie miesięcy. To się chyba mówi że pisałem z potrzeby chwili i tak było naprawdę.

Mieć materiał to jedno, a gotowy do nagrania go zespół drugie – dlatego zwróciłeś się do gitarzysty Mirosława Gila, w efekcie czego został on producentem albumu, dodatkowo zaś praktycznie cały skład Believe zagrał na „Do utraty tchu”?

Tak jak mówiłem wcześniej. Mirek dobrał mi podstawowy skład, a że akurat muzycy z Believe mieli trochę wolnego… Robert Bielak dołączył (mój friend od lat) i Marek Wojtachnia, młode pokolenie gitarzystów. Wspaniali muzycy. Gościnnie Winek Chróst, który niedługo po sesji zmarł, pękło nam serce… Artur Mikołajski, mistrz Hammondów i Konrad Wantrych na pianie (aktualnie Kult)… i jeszcze jedna ciekawostka… Satomi na klawiszach zamiast skrzypiec… Tak wyszło!

Pojawia się tu również kilku innych muzyków, z których warto wyróżnić znaczący udział skrzypka i klawiszowca Roberta Bielaka oraz zmarłego niedawno gitarzysty Winicjusza Chrósta w „Za horyzontem” – nie była to czasem ostatnia sesja nagraniowa z jego udziałem?

Odpowiedziałem w poprzednim pytaniu. Udział Roberta w projekcie bezcenny, a Winek  nagrał tak znakomite gitary (w nocy, już chory przysłał „brudne” wave), że niewiele w nie ingerowaliśmy. Był jednym z moich najlepszych muzycznych przyjaciół… trudno bez niego teraz żyć…

Nie pomylę się chyba zbytnio obstawiając, że „Do utraty tchu” było dla ciebie i wciąż jest nowym otwarciem i czymś niezwykle ważnym. Tymczasem wiosną ubiegłego roku ukończyliście ten materiał i nieoczekiwanie światem zawładnął koronawirus. Nie było więc mowy o wydaniu płyty, generalnie o czymkolwiek, bo jak promować album bez możliwości grania koncertów?

Był na 27 kwietnia 2020 ustalony koncert promocyjny w Remoncie w Warszawie… i potem wszystko runęło. Wycofał się duży wydawca… Było naprawdę kiepsko. I jeszcze to zamknięcie w domach, więzienie i brak rafy (nurkuję w Egipcie) a wokół strach i panosząca się śmierć… wszyscy to przeżyli, ale jakoś muzycy, artyści chyba najbardziej dotkliwie.

Wściekłość, rozczarowanie, frustracja – co wtedy czułeś, wiedząc, że masz album, którym nie możesz się podzielić z fanami rocka? OK, w paskudnej sytuacji byli wszyscy muzycy, ale takie czekanie na płytę przez półtora roku może dać w kość, a nawet zniechęcić do czegokolwiek?

Było ciężko, ale na szczęście miałem wsparcie najbliższych. Daliśmy radę!

Jeden plus, że to klasyczny rock, a nie jakiś muzykopodobny produkt z krótkim terminem przydatności, możesz więc w sumie odetchnąć teraz z ulgą i powiedzieć, że lepiej późno, niż wcale? (śmiech)

Odetchnąłem pełną piersią i właśnie wróciłem z raf egipskich. Płyta fajnie wydana, klip nakręcony i pomyka w necie, komentarze i recenzje bardzo dobre… Tak, warto było poczekać!

Niezależna i ambitna muzyka, bez względu  na stylistykę, nie cieszy się obecnie wielkim zainteresowaniem potencjalnych wydawców. Tymczasem tobie udało się nawiązać współpracę nie tylko ze Związkiem Polskich Twórców Sztuki, który jest wydawcą i współproducentem płyty, ale również Fundacją im. Franciszka Walickiego, co było bardzo pomocne?

Wiele zawdzięczamy pani prezes ZPTS Magdalenie Ścieżyńskiej. Uwierzyła w nas, w naszą muzykę. Jest kapitalną osobą wspierającą polską kulturę. Co do Fundacji Franciszka Walickiego to temat na osobną rozmowę. Napisałem muzykę do tekstu przyjaciela Franka, Wieśka Wilczkowiaka i nagraliśmy jako Johan Band  „Epitafium dla Franka” na 100-lecie urodzin Walickiego. Zachwycili się tą piosenką  i dali swój patronat muzyczny. Utwór jest na You Tube i był często prezentowany w mediach w związku z rocznicą urodzin Franka.
Płyta ukazała się i co dalej? Jeśli czwarta fala przybierze, to o koncertach znowu nie będzie mowy, trudno więc będzie promować ten rockowy album. Masz jakieś alternatywne rozwiązania na ten czarny scenariusz, czy też liczysz, że nie dojdzie do kolejnego lockdownu i zdołacie zaprezentować  „Do utraty tchu” tu i ówdzie również w wydaniu koncertowym?

Od razu zaplanowaliśmy koncerty na wiosnę 2022 roku. To nie tylko zaraza, ale przemyślany temat. Kiedyś ogrywało się singla 3-6 tygodni w mediach, a teraz trwa to dwa razy dłużej, a my chcemy wrzucić jeszcze co najmniej drugi singiel do obiegu i nakręcić do niego profesjonalny klip. Poza tym chcemy, żeby płyta dotarła do jak największej liczby słuchaczy i fanów. Żeby później na koncercie nie było tylko „znajomych królika”. Będzie to klub Remont w Warszawie w okolicach maja przyszłego roku, a potem 7-8 dużych koncertów w największych miastach w Polsce. Takie są plany ale życie może je zweryfikować… oby nie! Dziękuję za rozmowę! Pozdrawiam!

Wojciech Chamryk

145_wrona.png 142_badtaste-baner156x600.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 143_eskalacja-singiel-158x600-singiel.png

Goście

3995637
DzisiajDzisiaj344
WczorajWczoraj433
Ten tydzieńTen tydzień3995
Ten miesiącTen miesiąc344
WszystkieWszystkie3995637
3.234.210.25