Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 84sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lamb of god kreatorpw m

crystal viperbs m

beast in blackpw m

helliconx metal festival 2023nwpskx m

helstarbs m

soilwork i kataklysmpw m

metal hammer festival 2023knl m

hard rock heroes festival 2023 1nwpskx m

blind guardian plakatnwpskx m

„Konsekwentnie drążąc skałę” (Camyenna)

           

Potwierdziło się, że zespół o tak oryginalnej nazwie nie może grać źle. Camyenna na swym debiutanckim albumie „Legenda” proponuje więc ciekawe połącznie black i death metalu z nieoczywistymi odniesieniami, słyszalnymi szczególnie w tych najdłuższych, trwających 9-10 minut kompozycjach. Dochodzą do tego nieszablonowe, polskojęzyczne teksty i nader zróżnicowane partie wokalne – to wszystko sprawia, że czasu poświęconego tej grupie i jej muzyce na pewno nie uznacie za stracony.

               

HMP: Działając jeszcze jako Trial Of Grass wydaliście co prawda debiutancki album, ale było to wieki temu – „Legenda” to coś zupełnie innego i to nie tylko dlatego, że jesteście starsi o te 20 lat, a wasza muzyka również zmieniła się przez te wszystkie lata?

Migdał: Jeśli chodzi o filozofię w podejściu do stawianych dźwięków, to moim zdaniem nic się pod tym względem nie zmieniło. Zawsze chodziło nam o możliwie najwierniejsze oddanie naszych emocji poprzez muzykę, podjęcie wyzwania zagrania tych kilku najważniejszych dla siebie nut, niezależnie od stopnia ówczesnego opanowania instrumentu. Oczywiście każda płyta to również w pewnym sensie raport stanu umysłu , tak więc będzie słychać naturalny progres i nasz rozwój jako muzyków, choćby w warstwie aranżacyjnej, czy wykonawczej. To nie zmienia jednak faktu, że przede wszystkim zawsze mieliśmy ambicję zaklęcia w muzykę przemyśleń wynikających z konsumowaniu szeroko pojętej kultury, od muzyki, w tym klasycznej, poprzez literaturę, film i odbicia w tym zwierciadle człowieka, z jego wątpliwościami, bałaganem duszy i gorączką, która go trawi.

Zmiana nazwy po kilku latach funkcjonowania to już dość ryzykowana decyzja, nawet jeśli dotyczy podziemnego zespołu – co było nie tak z poprzednią i jaka jest geneza i znaczenie nowej?

Migdał: Camyenna to staropolski zapis pisowni rzeki Kamienna, która przepływa przez miejscowość z której wszyscy w zespole się wywodzimy. Miejscowi opisują ją jako rzekę z piekła rodem…szaloną i niepokorną…jej magia towarzyszyła nam praktycznie od dzieciństwa. Wcześniej jako Trial Of Grass graliśmy głównie muzykę instrumentalną. W momencie kiedy zaczęły pojawiać się utwory z tekstami w języku polskim, zaimplementowane z tych, jakie od jakiegoś czasu tworzył Mors poczuliśmy, że jest to nowa jakość, nowy rozdział w działalności zespołu i kwestia zmiany nazwy (nomen omen) „wypłynęła” naturalnie. Znaczenie Camyenna to cała symbolika jaką niesie ze sobą RZEKA. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, wszystko płynie, woda to symbol chaosu, przeobrażenia, odrodzenia ciała i ducha. W wielu wierzeniach to materia pierwotna, podstawa wszechrzeczy, początek przyrody, wszystkiego co żyje. W niektórych systemach filozoficznych rzeka symbolizuje również zejście do piekieł i wyrocznię. Daliśmy temu również poniekąd wyraz projektując logo zespołu. W centralnej jego części znajduje się trójząb, który ma wielowymiarową symbolikę atrybutu wodnego. Zachęcam do samodzielnego poszukiwania takich smaczków, w tekstach Morsa jest tego całe mnóstwo.

Jesteście swego rodzaju ewenementem na metalowej scenie, gracie bowiem praktycznie od początku zespołu w niezmiennym składzie – co prawda odszedłeś na kilka lat, ale powróciłeś w ubiegłym roku – w dobrym momencie, akurat na dopięcie materiału i sesję nagraniową?

Migdał: Powróciłem z niebytu akurat w momencie, kiedy materiał na nową płytę był już praktycznie gotowy i dostąpiłem przywileju domalowania kilku pejzaży do tej opowieści. Powiedziałbym, że byłem cały czas obecny z chłopakami duchem, choć już nie ciałem, więc kiedy gnostyczny wąż Uroboros pożarł własny ogon, wszystko zatoczyło krąg, a przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zespołu stały się dla mnie jednym.

To wyłącznie najnowsze kompozycje, czy sięgnęliście również do nieco starszych utworów, uznając, że nie powinny zostać zapomniane?

Mors: Tak , zawsze mieliśmy dużo muzyki w zanadrzu, w pewien sposób ewoluowała ona aranżacyjnie na próbach. Kiedy nadszedł czas nagrania płyty dokładnie już wiedzieliśmy co się na niej znajdzie. Utwory leżakowały bowiem w piwnicach naszej niepamięci, by „Eureka !” w chwili swoistego aperitifu życia zasmakować ich dojrzałości.

Dłuższy okres pracy nad materiałem ma dobre i złe strony, ale w waszym przypadku udało się to należycie wyważyć, nie popadliście w manię dokonywania ciągłych poprawek? (śmiech)

Mors: Proces komponowaniu muzyki rozbudowanej aranżacyjnie, z zamysłu epickiej, mającej ambicję postmodernistycznego wglądu, przypomina proces skraplania się natchnienia w wielowiekowej jaskini i to są korzyści. My od początku swego istnienia, czyli  od 2001 roku, konsekwentnie drążyliśmy skałę, mając wizję tego co powinno się za tym kryć. Swego rodzaju niedopowiedzenia ukazują nas samych w dążeniu do mistycznej legendy, a ta płyta stała się owym skarbem. Mam nadzieję, że odkrywamy ją też dla wielu, nie tylko dla nas samych. Mam świadomość, że nie każdy jednak dotrwa, przebrnie przez meandry rozlewiska aranżacji, będzie miał odwagę zmierzyć się ze swoimi emocjami...Ten jednak kogo stać na poświęcenie zaiste dostąpi nagrody…

Pewne kwestie pozostały jednak niezmienne, choćby ciągłe zainteresowanie Avalonem, czego efektem jest utwór „Mgły Avalonu”?

Mors: Mówię : Avalon, Król Artur, Perceval, Lancelot, Merlin, Ginevra, Mordred...a przed oczami pojawiają się jak w kalejdoskopie obrazy…  To przecież jest piękna, epicka historia, mamy tu odwagę, słabość, zdradę, braterstwo, chwałę, żądzę, męstwo, mroki wczesnośredniowiecza, czary i mgły...czegoż chcieć więcej. Mistyczne miejsce i czas - VI wiek, gdzie pogaństwo mieni się jeszcze barwami, lecz przychodzi mu zmierzyć się z nowo rozsiewanym czasem chrześcijańskiej brutalnej ekspansji. Intrygi biorą swój początek w komnatach Kamelotu i stanowią oś wydarzeń, zabierając nas w miejsca, gdzie prym wiodą mgły, w czas ujmującej legendy. To punkt wyjścia naszej historii, a w zasadzie historii Percevala, który wyrusza w podróż w  poszukiwaniu świętego Graala, i tak jak każdemu z nas rodzą mu się w głowie pytania: Kim jestem? Dokąd zmierzam?

Fantasy zdaje się fascynować was znacznie bardziej niż tylko na takim podstawowym poziomie, skoro jeden z instrumentalnych utworów z „Legendy” zadedykowaliście Ursuli K. Le Guin? Może też od razu uściślimy: jego tytuł to „Ostatni brzeg”, tak jak na okładce, czy „Najdalszy brzeg”, tak jak we wkładce? Ten drugi, z oczywistych względów, pasowałby bardziej...

Mors: W tym przypadku mamy do czynienia z chochlikiem drukarskim, który wydarzył się niezamierzenie podczas prac edytorskich. Z drugiej jednak strony można to potraktować jako jakiś znak; cóż, znaczenia tych słów nie są tak dalece od siebie oddalone sensu stricto. Prawdziwy tytuł to oczywiście „Najdalszy brzeg”, jak tytuł trzeciej części „Ziemiomorza” Ursuli K. Le Guin. Utwór chronologicznie nowy, powstał podczas mojego pobytu na kwarantannie w trakcie pandemii. W książce Ursuli Le Guin główny bohater idzie po wodzie (sic!) i na rozległym pustkowiu morza spotyka samego siebie… w tym miejscu refleksja...w finale wszyscy myślący muszą spotkać samych siebie, jedni podadzą sobie dłoń, inni, cóż uciekną przed sobą w popłochu...

Polskie teksty to nie przypadek, bo dają szansę pełnego przekazania słuchaczom tego, co uważacie za ważne, a szanse wypłynięcia za granicą są i tak znikome?

Mors: Cóż , pisząc w języku polskim, obnażam się niejako, szczególnie na łamach metalu, gatunku w którym teksty często nie traktują o niczym ważnym, mam tego pełną świadomość. Uważam, że trzeba mieć jaja, żeby napisać coś sensownego, coś co i tak wielu zakompleksionych hejterów walących gruchę zza inernetowgo atelier skrytykuje, w bezrozumnym klakierskim pędzie, w efekcie kuli śnieżnej…Pisząc jednak po polsku autor, czyli w tym przypadku ja, doskonale wie co chce przekazać, język rodzimy jest bardziej plastyczny, wymowny. Zasoby, treść i forma  mobilizują, by co drugie słowo to nie był szatan, demon, czy dajmy na to Ork z Mordoru (o flakach na asfalcie nie wspominając...).  Można do pewnych spraw dojść świadomie, nie udając gnoma zza brzózki. Tu kłaniam się twórczości Romana Kostrzewskiego, który również był wiele razy krytykowany, nawet we własnym zespole. Teraz jednak po śmierci Mistrza każdy widzi jak wielki był jego wkład w muzykę, a przede wszystkim  w rozwój liryczny tego gatunku. Na pytanie, czy śpiewając po polsku niejako wzdrygamy się zagranicy, odpowiadam – Nie. Jest wiele przykładów zespołów śpiewających w swym ojczystym języku, co nie przeszkodziło im zdobyć uznania poza granicami swego kraju – patrz skandynawska scena black metalu lat 90, tamte zespoły robiły to z powodzeniem, mając o zgrozo swych naśladowców w innych krajach, wokalistów którzy „śpiewali” w języku norweskim, nie będąc Norwegami. Podobnie dziś ma się sprawa z naśladowcami naszej rodzimej Mgły, powstają zespoły za granicą, które czerpią swoje nazwy wprost z języka polskiego.

Podsuwacie też co uważniejszym odbiorcom waszej muzyki inne tropy niż wspomniane już fantasy, bowiem otwierający kompozycję „Perceval Suita” wers „Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia” pochodzi z wiersza George'a Gordona Byrona, a w Polsce całe pokolenia kojarzą go ze szkoły, jako tytuł opowiadania Marii Dąbrowskiej?

Mors: Wers otwierający suitę Perceval „Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia i lud com widział za mną jest mym cieniem” to cytat, który bardzo pasował mi do tego utworu. Powstawał on w czasie gdy Migdał opuścił już zespół.  Wydawało mi się wtedy, że przynajmniej na jakiś czas zespół  przestał istnieć. Słuchałem wówczas dużo muzyki klasycznej z okresu romantyzmu, Beethovena, Chopina, Czajkowskiego, Brahmsa, Mussorgskiego. Wpadła mi później do głowy następująca myśl: każdy utwór na płycie, będzie jak tytuł rozdziału w książce, a cytat z Byrona to jednocześnie powtarzający się wers w wierszu  Adama Mickiewicza „Sen z Lorda Byrona”, autor niejako porządkuje nim narrację, łącząc kolejne myśli. Ponadto jest to autor okresu romantycznego,  podobnie zresztą jak Mickiewicz, jego wpływ na utwory z epoki jest nie do przecenienia. Nie jest to jedyne takie nawiązanie na tej płycie, zaczerpnięte wprost z romantyzmu, na przykład w utworze „Niedoskonały” ostatnia fraza „...znów sam, jak dawniej...” została zaczerpnięta z jednego z ostatnich utworów Piotra Czajkowskiego, 6 pieśni op. 93, pod tym samym tytułem, którą notabene Leopold Stokowski przearanżował wyśmienicie na orkiestrę jako „Solitude”. Szczerze polecam!!!

Właśnie, muzycznie również nie unikacie wielowymiarowości, łącząc death i black metal w większą, iście progresywaną całość, co tym bardziej podkreślają te dłuższe, rozbudowane utwory?

Migdał: Można powiedzieć, że podeszliśmy tu do muzyki przekrojowo. Doświadczając tak wielu różnych dźwięków na kolejnych etapach życia, potrafimy z całej przyswojonej spuścizny gatunków wyłuskać te frazy, które w danym momencie najtrafniej opisują emocje w konkretnym miejscu utworu. Wychodzi nam to bardzo naturalnie. Tropy prowadzą również, jeśli nie przede wszystkim do muzyki klasycznej…

Macie pewnie nielichą frajdę grając te utwory na koncertach – zyskują w wersjach live, brzmiąc mocniej i dając możliwość choćby wydłużania partii solowych, etc.?

Migdał: Granie na żywo to zawsze okazja do interakcji z publicznością, a zatem cenne i w większości przypadków pozytywne doświadczenie. Bardzo wierzymy w ten materiał i jesteśmy z niego dumni, co przekłada się na satysfakcję z jego odgrywania na scenie, choć muszę w tym miejscu przyznać, iż nie zawsze kwestie techniczne organizacji koncertów pozwalają nam na osiągniecie pożądanego komfortu wykonawczego. Nasze utwory są mocno rozbudowane aranżacyjnie, epickie w strukturze, a ich odegranie wymaga od nas skupienia i pewnego transu, z tego powodu nie zostawiamy sobie zbyt wiele miejsca na improwizacje. Wydaje mi się nawet, że było by to niepotrzebne, wszystkie emocje jakie chcieliśmy przekazać w utworach zostały przemyślane i są już zaklęte w dźwięki. Jak ma to zwykle miejsce w przypadku muzyki gitarowej na żywo generalnie wszystko brzmi bardziej organicznie i „z łapy”, czyli nieco odmiennie od brzmienia z płyty; dla jednych to będzie zysk, dla innych po prostu nowa jakość.

Waszą mocną stroną są też bardzo zróżnicowane twoje partie wokalne – niby typowe dla ekstremalnego metalu, ale jednak nieoczywiste. Ich aranżowanie było sporym wyzwaniem, czy przeciwnie, wyszło to wszystko dość naturalnie?

Mors: Praca nad wokalami przebiegała różnorako... Przede wszystkim wiersze, które piszę już od około 20 lat, miały w końcu szansę ujrzeć światło dzienne, a nie sczeznąć pod wiekiem obwoluty papieru. Niektóre niemal w całości pasowały do muzyki i były w jej rytmie, inne należało niejako dokomponować. Linie melodyczne, melorecytacje wyszły bardzo spontanicznie, już na próbach. Wystarczyło jedynie wczuć się w klimat, który poruszał duszę już od tak wielu lat.

Tytułując płytę „Legenda” nie obawialiście się porównań do Armii, mimo tego, że gracie zupełnie inaczej, komentarzy w stylu: „Legenda” jest tylko jedna, co to za szarganie świętości przez jakichś debiutantów? (śmiech)

Migdał: Nigdy nie słyszałem tej płyty, a sam zespół kojarzę mgliście… to chyba w ogóle nie nasza bajka.

Zakładam, że teraz, po pierwszych pozytywnych recenzjach i reakcjach słuchaczy, na wasz kolejny album nie trzeba będzie czekać już tak długo, w myśl zasady, że żelazo trzeba kuć, póki jest gorące?

Mors: Materiał na nową płytę mamy już w większości skomponowany. Pozostaje parę tekstów do napisania i sprawy aranżacyjne. Przede wszystkim bez pośpiechu, natchnienie przychodzi i odchodzi, próbujemy je złapać i zatrzymać na dłużej. Reasumując chcielibyśmy wejść do studia w przyszłym roku , tak aby najpóźniej w 2024 ukazała się nowa płyta. Na ten moment koncentrujemy się na promocji albumu „Legenda”. Wszystkim, którzy poświęcili mu uwagę Dziękujemy!!!

Wojciech Chamryk

138_mag_baner1.png 142_mag_baner5.png 141_mag_baner4.png 140_mag_baner3.png 143_mag_baner6.jpg 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 139_mag_baner2.png

Goście

4223151
DzisiajDzisiaj230
WczorajWczoraj2055
Ten tydzieńTen tydzień2285
Ten miesiącTen miesiąc13431
WszystkieWszystkie4223151
3.93.74.25