Keep It True Festiwal XXV - 25.04.2025
Keep It True Festiwal XXV - Tauberfrankenhalle, Lauda-Königshofen - 25 kwietnia 2025
Keep It True Festiwal w niemieckiej miejscowości Lauda-Königshofen to impreza o wielkiej renomie pośród miłośników klasycznych odmian muzyki metalowej. Od wielu lat czytałem relacje i słuchałem zapewnień wielu znajomych o jej wyjątkowości. Pomimo tego zupełnie nie byłem przygotowany na to co zobaczyłem i usłyszałem podczas rocznicowej 25. edycji.
Przede wszystkim porazić może ogrom wszystkiego. Pomimo tylko jednej sceny na której niemalże każdy zespół jest wart bacznej uwadze podczas obecności na festiwalu trzeba decydować z jakich aktywności trzeba zrezygnować.
To co trzeba mieć na uwadze to fakt, że KIT to czysty raj dla kolekcjonerów. Zachowując ostrożność i pewną dozę ograniczonego zaufania można wyjść z festiwalu dźwigając perełki niedostępne w naszym kraju w rozsądnych pieniądzach. Kilkanaście stoisk, dziesiątki tysięcy albumów tylko czekają by wyszperać brakujące „rary”. Precyzyjny harmonogram pozwala łowcom zdjęć i autografów na spotkanie z idolami, przy jednoczesnym śledzeniu koncertów. Niestety przy niezłej widoczności, wciśnięte w kąt stanowisko do zbierania podpisów mocno cierpi akustycznie.
Najpopularniejsze europejskie wydawnictwa planują swoje premiery na weekend imprezy, także to dobra okazja by nabyć premierowo nową muzykę jeszcze przed pojawieniem się w ogólnej sprzedaży. Dość rozbudowana strefa gastronomiczna i niezłe sanitariaty zapewniają „coś” dla ciała, pod warunkiem wycięcia slotu czasowego z innych atrakcji. Ogrom ludzi o ściśle określonych horyzontach pozwala na ciekawe rozmowy i przeżywanie koncertu bardziej socjalnie niż indywidualnie.
Przy dziesięciu zespołach każdego dnia, 40 minutach na set i krótkich przerwach technicznych początek zabawy podczas obu dni jest wyznaczany na godzinę 12:00. Organizatorzy wiedzą, że uczestnicy często nie mają szans na dojazd na taką godzinę. Bardzo dużo osób, przebywając daleką drogę, zajmuje miejsce na darmowym polu czy okolicznych pokojach już dzień przed imprezą. Dla części z nich dostępna jest w czwartek impreza na rozgrzewkę „Keep It True Warm Up”. Nie udało mi się zwiedzić miejscowości, dlatego nie wiem dlaczego ten dodatkowy koncert ma miejsce w pobliskiej Dittigheim, a nie w Laudzie.
Odbywająca się w przerośniętej sali gimnastycznej, która mieści około 500 osób, zaczyna się około 18:00 i zapewnia szereg korzyści. Przede wszystkim przy mniejszych kolejkach pozwala wymienić bilet głównej imprezy na opaskę. Po drugie to oczywiście dodatkowy koncert pięciu zespołów.
Tym razem jako pierwszy zameldował się, prosto z dalekiej Indii, pracujący ciągle nad debiutem Mustang. Występ, bardzo mocno zatopiony w sosie Judas-Maiden był tak poprawny jak to tylko możliwe. Każdy z kwintetu doskonale odrobił zadania domowe. Równo przyszył naszywki, nauczył się grać czy śpiewać i razem zaprezentowali kompozycje prosto od muzycznej linijki. Podczas koncertu miałem wrażenie, że każdy z nich pochodzi z jakiejś korporacji i wykonuje to co mówi instrukcja, bez absolutnie jakiejkolwiek dozy samodzielności. Brakowało mi podczas występu, jakieś nutki szaleństwa czy własnej osobowości. Przodował w tym basista ze wzrokiem utkwionym cały czas na gryfie. Pozostało, może nieudolnie, ale choć trochę próbowali, może to kwestia tremy i za jakiś czas uda się chłopakom zagrać bardziej na luzie. Z czego całego serca im życzę. Ponieważ tego organu na pewno im nie brakuje.
Tego natomiast nie zabrakło już podczas, pochodzącego z Cypru, epickiego Receivera. Receiver jak sami o sobie piszą to młodzi muzycy, do niedawno jeżdżący na KIT jako uczestnicy. Udało im się wydać jedną bardzo dobrą płytę, ale na żywo wypadli jeszcze lepiej. Współcześnie możemy zaobserwować wysyp tradycyjnych zespołów z żeńskimi wokalami. Zawsze staram się nie patrzeć na płeć, tylko na jakość muzyki, która potrafi być różna. Niewysoka Nikoletta zaprezentowała słuchaczom wspaniałe możliwości, zadając kłam tezie, że kobiety nie mogą realizować się w ciężkiej, epickiej muzyce. Wielowarstwowe kompozycje, wzmocnione jej podniosłym śpiewem mogły wprawić w drżenie. Wady koncertu? Za mało przywiezionych płyt CD, których zabrakło dla mnie.
Po słonecznym Cyprze organizatorzy przenieśli nas do mroźnej Finlandii. Nie miałem żadnych oczekiwań co do występu Iron Griffin. Formalnie jest to duet, gdzie za całą muzykę odpowiada Oskari Räsänen wspierany wokalnie przez Maiję. Do tej pory wypuścili dwie płyty, bardzo trafnie opisane przez kolegę jako lo-fi, rpg metal. Jeśli ktoś potrzebuje podkładu do sesji to polecam. Niemniej na żywo duet został wsparty przez zaprzyjaźnionych muzyków z innych projektów i zaprezentował zupełnie inną jakość. Kilkuletnie doświadczenie sceniczne, pełen luz, wspaniałe nagłośnienie i możliwości wokalistki zapewniły cudowne muzyczne danie. Low-fi zostało przekute ogniem kowala w wytrzymałą i ostrą stal. To już nie leniwe wprowadzenie mistrza gry, a pełnoskalowa kampania wypełniona wspaniałymi czynami.
Jedna EP-ka, jeden album i dużo wąsów. Niby też heavy metal jak Mustang, ale jakościowo oba zespoły dzieliły przepaść. Nikt tego dnia nie otrzymał lepszego wsparcia ze strony publiczności, całość wyglądała tak jakby Szwajcarzy grali u siebie w domu. To nie był występ pięciu muzyków, ale show ze wsparciem szóstego zawodnika. Europejski heavy metal z młodzieńczą werwą.... i w sumie nic więcej. Amethyst obrazowo mówiąc dowiózł, ale nie zaskoczył. Może niezasłużenie, ale po dwóch wcześniejszych występach czułem w odróżnieniu od większości na sali pewien niedosyt.
Niedosyt chciałem zatopić w Brocas Helm. Był to jedyny zespół z rodowodem klasycznej ery lat 80. tego wieczoru. Wspaniałe dla tego trio jest to, że zakładając zespół w 1982r. zachowali cały czas jeden skład. Moim zdaniem fenomen na światowa skalę. Udało im się stworzyć trzy albumy, które do dziś mogą przyprawić o szybsze bicie serca, zasłużenie zajmując niezłe pozycje na listach najlepszych albumów. Niestety koncertują bardzo rzadko, co wykorzystują jako okazję by zobaczyć trochę świata i pobyć ze swoimi fanami. Chyba najbardziej korzysta z tego Jim Schumacher. Jego charakterystyczne, obfite wąsy dumnie pokazują gdzie kieruje swoje kroki. Jako fotograf i bardzo otwarty na spotkania z ludźmi kręcił się pośród nich od samego początku wydarzenia. Podczas koncertu, dokonując lekkiej zmiany ubioru, zgodnie ze swoim pseudonimem przeistoczył się w czarownika. To co on wyczyniał na swoim basie, zasługuje na pokłony do samej ziemi. Perfekcyjne opanowanie instrumentu, pełne zabawy i magicznej poezji. Równie wysokimi umiejętnościami mógł pochwalić się Jack, uzupełniający sekcje rytmiczną. Bardzo lubię perkusyjne solówki, a jego występ utkwił mi w pamięci na długie chwile. Kiedy Bobbie grał solówki na gitarze dopełniał ich tworząc zespół kompletny. Nie da się jednakże opierać muzyki na samych solówkach. Czasem przydałby się dobry riff, ciekawa linia wokalna i tu było już gorzej. Brak regularności i upływ czasu wpłynęły mocno na formę wokalną. Chcąc śpiewać i grać, popełniał masę błędów. Pewnie gdyby Brocas Helm zatrudnił kogoś do śpiewania mógłby z powodzeniem pokoncertować. Ciepłe przyjęcie, dobry jakościowo materiał dałby im możliwości zwiedzenia kawałka świata na stare lata. Jednak odniosłem wrażenie, że dla nich ważniejsze jest być „True”, czego nie mogę odmówić. Inny wokalista byłby lepszy, dałby też większe możliwości dokładniejsze zagrania, ale po ponad 40. latach razem, oni nie mogą tego zrobić. Potrzebowałem tych kilku tygodni by zrozumieć, że czasem występ nie musi być perfekcyjny by zostać ze mną na dłużej. Wspaniały był to koncert, zapamiętam go na zawsze.
Keep It True XXV – Dzień 1
Właściwy festiwal rozpoczynały koncerty w piątek 25 kwietnia około południa amerykański Drifter. Zanim rozbrzmiały pierwsze gitarowe dźwięku w Tauberfrankenhalle drzwi zostały otwarte dla kolekcjonerów. Tym razem targ został częściowo przeniesiony do środka hali umożliwiając grzebanie w płytach bez opuszczania obiektu. Jedynie kilka stoisk zostało ulokowanych na zewnątrz w namiotach.
Już przed 10:00 ambitniejsi szperacze stawili się na miejscu by przejrzeć ofertę, jednocześnie testując wytrzymałość swoich nóg. Od samego otwarcia było również dostępne oficjalne stoisko z merchem festiwalowym oraz zespołowym. Co zaskakujące przeliczając euro na złotówki bardzo duża część oferty była oferowana w niższej cenie niż podobny asortyment w Polsce. Nic dziwnego, ze lokalni fani zarabiając więcej i mogąc płacić mniej odchodzili od stoiska naprawdę obładowani. Co bardziej łakome kąski potrafiły szybko znikać, także warto to mieć na uwadze przy swojej wizycie na festiwalu w przyszłości.
Amerykanie nie są formalnie zespołem tylko projektem dwóch gitarzystów, także musieli ratować się pożyczoną sekcją rytmiczną. Muzycznie niestety nie zaskoczyli. Może trochę trema, może brak zgrania, ale ich występ był tylko przeciętny. Ci co się spóźnili nie mają czego żałować, a obecni mogli zastanawiać się co skłoniło do wybrania ich na zespół otwierający.
Na szczęście już kolejny Freeways wywindował formę bardzo wysoko. Kanadyjczycy przyjechali dysponując dwoma pełnymi i udanymi albumami. Ich hard rockowe wariacje lekko okraszone tradycyjnym heavy wspaniale bujały publiczność. Pełen luzu koncert, przed napływającym do hali fanami, dobitnie pokazywał, że warto stawiać się szybko na miejscu, a nie zjeżdżać na bardziej utytułowane gwiazdy.
Może nigdy nie doczekali się statusu gwiazdy, ale amerykański Damien w pewnych kręgach na pewno jest kultowy. Powermetalowcy debiutowali w 1987r. bardzo dobrym albumem „Every Dog Has Its Day”. Późniejsze płyty nie zbliżyły się do jedynki, ale nagrany przez lata materiał pozwolił skonstruować bardzo angażujący set. Wyjątkowo dobrze wpasował się do zespołu nowy, młody wokalista. Co ciekawe zespół oferował w niezłej cenie reedycje swojego albumu, a zaledwie parę metrów dalej można było kupić pierwsze wydania, niestety z uwagi na rzadkość, za znacznie wyższą kwotę
Sacred Steel, był pierwszym niemieckim zespołem na festiwalu. Tego dnia miała miejsce premiera ich nowego albumu. Siłą rzeczy muzycy, pod dowództwem charyzmatycznego wokalisty zaprezentowali trochę nowego materiału, ale główny nacisk położyli na swoje najlepsze utwory z długiej ponad 20-letniej kariery. Jako pierwsi poderwali publiczność, nie tylko do słuchania, ale do aktywnego uczestnictwa w koncercie. Okrzyki, zaciśnięte piąstki, a nawet śpiewy niosły ich epicką opowieść po całej hali.
Po prawej stronie sceny przez cały festiwal był widoczny baner ku pamięci zmarłego w tym roku Ragne Wahlquist z Heavy Load. Natomiast z lewej strony spoglądał na uczestników legendarny Mark Shelton. Niemalże duchowy autorytet epickiego grania jest stale źródłem inspiracji dla wielu zespołów. Hołd jemu może oddaje wiele grup, ale nikt nie może zrobić tego tak wspaniale jak portugalski Ironsword. Jeszcze kilka tygodni przed koncertem na plakatach widniał inny miecz - włoski Doomsword. Niestety ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu nie doszedł do skutku ich zapowiadany występ. Zastępstwo w postaci Portugalczyków na szczęście całkowicie mnie zaspokoiło. Aktualnie Tann jest wspierany przez ostatnią sekcję rytmiczną Manilli Road i razem próbują kontynuować po swojemu jej drogę. Ich przekrojowy set nie zawierał żadnych coverów, ale był najbliżej idei Manilli. Bardzo długo nie mogłem wyjść z wrażenia i śmiało mogę mówić, że to był jeden z najlepszych występów.
Oba kolejne zespoły miały wspólne korzenie. Zarówno Slauter Xstroyes jak i SA Slayer pochodzą z USA i grają swoje wariacje power metalu. Gdybym miał uszeregować opisany do tej pory US Power to najlepiej wypadł SA Slayer, ze Starvenem na gitarze basowej. Staverna oczywiście czekał tego dnia jeszcze drugi koncert, gdyż jest nieprzerwanie od 2008r. basistą Riot, ale już wcześniej w latach 1986-1990 brał udział w nagraniach „Thundersteel” i „The Priviledge of Power”. Występujący razem z nim za sitkiem Jason McMaster wzniósł występ, jedynego Slayera jakiego widziałem na żywo, na bardzo wysoki poziom. Slauter zagrali najbardziej progresywnie ze trzech wymienionych zespołów, ale nie dorównali jakością ani Damienowi ani Ironsword.
Następny miał być tak zwany „Secret Band”. W tej roli jako ostatnia ogłoszona kapela wystąpił niemiecki „Violent Force”. Przyznaje, że poczułem się zawiedziony zapowiedzią niemieckiego thrashu lat 80. z raczej odległej ligi. Niemniej lokalna publika reagowała bardzo żywiołowo na cały ich występ. Początek, który oglądałem był niezłym hołdem dla wielkiej niemieckiej trójki. O ile oni odeszli od swoich korzeni, tak Violent Force ciągle siedział mocno w muzyce sprzed 40. lat. Druga część koncertu podobno zmobilizowała wszystkich do jeszcze większego szaleństwa, ale nie mogę tego potwierdzić, ponieważ zdecydowałem przez kilka minut odpocząć poza halą, aby nabrać sił na dwa ostatnie zespoły.
Vio-lence to przede wszystkim Sean Killian, pozostali muzycy nie są członkami zespołu, nie mieli swojego zdjęcia w informatorze festiwalowym w miejscu na autografy. Nikt nie oczekuje od nich nowej muzyki, a to co zostało już nagrane idzie się nauczyć i ruszać na koncerty. Instrumentaliści zrobili swoje, ale byli tylko tłem dla przedstawienia jednego człowieka. Wystarczyło na niego spojrzeć by zrozumieć, że przemoc to nie tylko nazwa kapeli, ale stan z którym wokalista może się utożsamiać. Jego spojrzenia, gesty, nabrzmiałe żyły na łysej głowie wzbudzały trwogę. Sean bardzo szybko uciekł ze sceny i zaczął śpiewać podczas długiego surfowania na rękach tłumu. Ochrona tylko musiała trzymać nad głowami przewód sygnałowy. Nawet po zakończeniu surfowania główny aktor nie wrócił na scenę tylko śpiewał stojąc na niezbyt wysokim podejście barierek ochronnych. Wprowadził tym w ekscytację pierwszą linię frontu i zażenowanie osób z tyłu, którzy nie mieli szans go dostrzec.
Bardzo wyjątkowy set przygotował wspominany już Riot V - przekrojowy, z dużym naciskiem na „Thundersteel”. Dodatkowo udało się zaprosić do wspólnego występu Ricka Venturę, który należał do zespołu od drugiej do piatej płyty oraz bardziej znanego Harrego Conklina. Następnego dnia, wokalista Jag Panzer, Harry występował wraz z Heir Apparent, także mając go na miejscu musiał zgodzić się na występ wraz z Riot. Dlaczego musiał? Tyrant był dwukrotnie członkiem zespołu. Po raz pierwszy w 1986r. i drugi raz w 1992r. Współuczestniczył wtedy w komponowaniu nowych utworów, także mógł wykonać „swój” „Magic Maker” i dodatkowo „On Your Keens” z „The Priviledge of Power”. Rick natomiast wystąpił w „Road Racin'”, „Resteless Breed”, „Outlaw”, „Altar of the King” i „Fire Down Under”.
Dodatkowo obaj goście wrócili podczas bisu na „Swords and Tequila”. Występ Harrego odebrałem umiarkowanie pozytywnie. Po raz pierwszy widziałem go żywo, ale nie przeżyłem trzęsienia ziemi. Hall był w tak perfekcyjnej dyspozycji wokalnej, że Tyrant wypadał moim zdaniem dość blado. Z uwagi na obecność byłego gitarzysty set zrobił się w pewnym momencie mocno hard rockowy, ale po mojej uwadze do kolegi, że za mało poweru na scenie poleciał „Thundersteel” i radosny szał ogarnął całą salę. Po nim oszukany koniec. Zespół bardzo szybko wrócił na trzy dodatkowe utwory i sesję fotograficzną. Niestety po jej zakończeniu uciekł, a ja zacząłem się zastanawiać gdzie jest Johny. Johny czekał by rozpocząć drugi z bisów zakończony jeszcze przez „Sign Of The Crimson Storm”. Tym sposobem naprawdę dotarliśmy do końca. Zebrani usłyszeli łącznie dwadzieścia najlepszych utworów, zebranych w ponad 100 minut set. Nie tylko wymienieni już muzycy, a cały zespół zaimponował formą. Status gwiazdy jest im należny w 100%.
Trzy zespoły z Europy, siedem z Ameryki północnej zaserwowały wspaniałą ucztę, gdzie głównym daniem był power metal w swoich różnych odmianach. Trochę dodatkowego thrashu, trochę hard rocka z domieszką podniosłym epickich hymnów zapewniło bardzo dobrą zabawę całego dnia. Nawet jeśli, któryś zespół nie pasował do gustu odbiorców to każdy z kim rozmawiałem znalazł dla siebie bardzo dużo klasycznego złota.
trzy najlepsze koncety: Riot V, Ironsword i chyba SA Slayer, za nimi mógłbym umieścić Freeways i Vio-Lence. Następnie Sacred Steel, Damien, Slauther Xstroyes, Violent Force i stawkę zamyka otwierający Drifter. Oczywiście własne preferencje mogą mocno potasować kolejnością.
Dzień 2
Co można zrobić po ponad 12 godzinach oglądania, słuchania, dotykania i wdychania metalu? Najlepiej pogadać o nim pół nocy, chwilę się przespać i ruszać na trwające drugie tyle poprawiny. Zwłaszcza jak te poprawiny rozpoczyna energetyczna Hyena. Peruwiańczycy istnieją już 7 lat, ale dopiero teraz zdecydowali się wydać pełną płytę. Wcześniej szlifowali warsztat i obycie sceniczne za pomocą EP-ek, splitów czy też singli. Niby ich muzyka to czyściutki heavy metal. Niby w całym nurcie NWOTHM takich kapel jest na pęczki, a oni nie oferują nic odkrywczego. Jednak ten czysty heavy metal, podlany południowoamerykańską energią daje naprawdę smaczne dania. Bez żadnej tremy czy kompleksów młodzieńcy wskoczyli na scenę i dali porywający koncert.
Tuż po nich scenę przejęli już bardziej tradycyjni tradycjonaliści z pobliskiej Danii. Pomimo, że Alien Force debiutował jeszcze zanim ja się urodziłem to wystąpili w swoim oryginalnym składzie. Jedynie jeden ze zmarłych gitarzystów musiał być z oczywistych względów zastąpiony. Swoją muzyką niekiedy wzbudzali skojarzenia z amerykańskim power metalem, co mnie jako fana gatunku bardzo cieszyło. Czasem wolniej, czasem szybciej cały czas z dobrą energią.
Trzeci zespół, pochodzący z Włoch Domine, podobnie jak wielu przed nim i po nim sięga w swoich lirykach do prozy Michaela Moorcocka. Na pewno wyjątkowe dla nich było to, że jako jedyni podczas XXV edycji wystąpili z klawiszowcem na scenie. Klawisze + Włochy + Debiut pod koniec XX wieku = słodki, mdły euro power? Na szczęście nie do końca. Melodii na pewno nie brakowało, ale Morby mógł imponować swoją formą wokalną. Z taką łatwością wyciągał wszystkie górki, że wypadało z podziwu bić brawo. Oczywiście był to jeden ze lżejszych zespołów tej edycji, ale wzbudzał więcej skojarzeń z romantycznym Virgin Steele niż pędzącym bez ładu i składu europowerem.
Japoński heavy metal zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Zazwyczaj przesiąknięty taką japońską przaśnością wzbudza politowanie albo bezkrytyczną radość. W odróżnieniu od wielu kamratów Sabbrabells nagrali tylko trzy albumy 40. lat temu, dzięki czemu łatwo można zapoznać się z całą ich twórczością. Oferując liryki w swoim języku na pewno byli bardzo egzotyczni na koncercie w Europie. Pod sceną zameldowała się dość duża grupa entuzjastów, ale ja osobiście miałem problemy by rozróżnić poszczególne utwory od siebie nawzajem. Wszystko wydawało mi się dość powtarzalne. O ile całkiem niezłej energii, ruchliwości nie odmówię weteranom, tak ich muzyka nie przemówiła do mnie ani z płyt ani na koncercie.
Kiedy zobaczyłem ubranego na czarno, z odwróconym krzyżem i pomalowaną twarzą Hatrixa zacząłem się zastanawiać o co chodzi. Purgatory nagrali tylko jeden bardzo dobry album, ale skrzeku na nim nie można uświadczyć. „Tied to the Trax” to całkiem niezły miks power i thrash. Także jak to się stało, że do samotnych instrumentalistów z małym opóźnieniem dołączyć facet rodem z blackmetalowej kapeli? Nie zagłębiłem się w ten temat, gdyż wystarczyło by wokalista otworzył usta i mnie uspokoił. Czysty, mocny i pełen charyzmy śpiew idealnie pasował do ostrej muzyki. Power metal w swojej najlepszej możliwej formie. Na tą chwilę to był zdecydowanie najlepszy dotychczasowy koncert drugiego dnia. Pomimo tylko jednego gitarzysty zachwycony byłem mnogością dźwięków i wprawą w korzystaniu z różnych technik gry na tym instrumencie. Zapis koncertu jest dostępny na kanale festiwalu, szczerze polecam by się zapoznać.
Kolejny zespół był pierwszym, który miałem już okazję widzieć wcześniej. Medieval Steel był przecież jedną z gwiazd tegorocznego Heliconu. „U nas” ich występ pomimo obaw nawet mi się podobał. Odegrany w całości stary materiał, tylko czasem tracił momentum podczas grania nowych rzeczy. Tutaj otrzymali mniej czasu to ucieszyłem się na myśl, że skompresowany koncert będzie jeszcze lepszy. Co prawda wycięte zostały głównie nowe rzeczy i tylko jeden utwór z „The Dungeon Tapes”, ale słuchanie po raz drugi w ciągu miesiąca tych nowych dłużyło się strasznie. Wręcz byłem zdziwiony oglądając w Internecie setlistę, że skasowali tylko „Eyes of Fire”. Miałem mylne wrażenie, że mocniej oparli się o „Dark Castle” i „Blood Moon”. Oczywiście wielki finał to wypchana po brzegi sala, wspólny ryk i radość na twarzy wielu. Niestety drugie dojście dla mnie było wyjątkowo męczące.
Sacred Blade dla grzebaczy w przeszłością są legendą. Tylko jedna, ale bardzo unikatowa płyta z 1986r. jest żywym pomnikiem kanadyjskiego bardzo wczesnego progresywnego metalu. Niestety zespół nigdy nie był bardzo aktywny koncertowo, a dodatkowo wokalisty śmierć w 2013r. mocno utrudniła plany reaktywacji. Organizatorzy KIT są jednak mistrzami misji niemożliwych. Udało im się namówić kilku podstarzałych Kanadyjczyków by wskoczyli do sali prób, odświeżyli sobie swój materiał. Muzycy dostrzegli, że basista dysponuje podobną barwą do zmarłego, poprosili o pomoc współzałożyciela by wrócił i objął bas oraz zaprosili do współpracy Jenn Ulmer, siostrę zmarłego Jeffa. Układanka niezwykła, bardzo pasująca do ich nieszablonowej muzyki. Dodatkowo w trakcie koncertu nie wyłożyli od razu wszystkich kart. Zamieniali się rolami. Początkowo śpiewał jeden z gitarzystów, a Zed grał na basie. Następnie szybko się przebrał i zajął śpiewaniem, a do zespołu dołączył Tony. Jenn pojawiła się dopiero w wielkim finale. Całość nabrała dzięki temu, niemalże teatralnych ram. Nic nie było oczywiste, gdy widz myślał, że już rozgryzł wszystko nagle dochodziły nowe wątki. Bardzo fajny efekt, który tylko potęgował świetny występ muzyczny.
Na siedem dotychczasowych zespołów mogliśmy zwiedzić aż sześć krajów z czterech kontynentów. Przy okazji ósmego wróciliśmy do Europy by zajrzeć do Francji. Przy wszelkich powrotach po bolesnych rozstaniu należy sobie odpowiedzieć kto jest ważniejszy: wokalista czy główny kompozytor. Lata po wydaniu ostatniej płyty Sortilege zespół wrócił w dwóch postaciach. Pierwsza z nich dowodzona przez Dumonta nie przetrwała. Druga za którą odpowiedzialność wziął Augustin nagrała ponownie klasyki oraz wypuściła nową płytę. Niestety nowa płyta ma się nijak do do „Métamorphose” i „Larmes de héros”. Bez geniusza Stéphane wyszedł dość przeciętny album. Na szczęście, jak już pisałem przy Vio-lence na koncercie łatwiej zamienić cały skład. Owszem przez te wszystkie lata barwa głosu, uległa zmianie, ale nikt nie oczekiwał by Christian śpiewał jak młodzieniec. Wystarczyło by swoją postawę oddał francuską magię, co zrealizował w 100%. Pomimo tylko dwóch płyt i EP-ki, oni mają tyle genialnych utworów, że można było poczuć niedosyt (brak chociażby „Métamorphose” to mały skandal). Niemalże cała EP-ka, ponad połowa utworów z „Métamorphose” i cztery z ostatniej płyty zapewniły pasjonujący koncert.
Nie jestem fanem Heir Apparent. Lubię debiut, ale później niepotrzebnie, moim zdaniem, łagodzili brzmienie oferując coraz mniej porywającą muzykę. Owszem spodziewałem się dobrego koncertu, tej nieuchwytnej magii muzyki na żywo, ale to co pokazali przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Dołączenie Tyranta do Terry'ego i spółki to strzał w 10. Conklin nagrywając ostatnio album z Cloven Hoof udowodnił, że jest w wyśmienitej formie. Jego występ dodał ognia wyważonej gitarze. Nie tyle uzupełnił zespół, co wniósł go na nowe wody. Wypełnił energią i pozwolił błyszczeć nawet podczas instrumentalnych fragmentów. Elegancja i wirtuozeria Terry'ego wspaniale komponowała się z formą wokalną. Dlaczego dzień wcześniej Tyrant nie zachwycił? Pojęcia nie mam, tego dnia pokazał dobitnie, że jest królem śpiewających dziadersów. Zespół zagrał prawie cały debiut, a ja strasznie dziś żałuję, że nie kupiłem go w specjalnej wersji z tego roku. Dodatkowo w ostatnim utworze gościnnie wystąpił oryginalny wokalista. Podobny wiekiem do Tyranta dał żywy dowód, że starość różnie z nami występuje. Na scenie widzieliśmy człowieka pozbawionego sił, dla którego 5 minut było wymagającym wysiłkiem fizycznym. Niemniej jego obecność była wspaniałym ukłonem dla fanów zespołu.
Gdy pokazywałem skład festiwalu osobom nie siedzącym na co dzień w stylistyce heavy to tylko jedna nazwa powodowała przyspieszone bicie serca. Legenda epickiego, amerykańskiego doom metalu wróciła rok temu z niebytu na jeden koncert w Stanach i teraz ponownie na kolejny w Europie. Solitude Aeternus zaczęli tworzyć dawno temu, ale doczekali się tylko sześciu albumów. Z drugiej strony każda z ich płyt do pasjonująca wędrówka do krainy powolnej zagłady. Wybitnego materiału mają dość, także mogą kombinować z układem. Jeszcze zanim weszli na scenę każdy mógł nabyć w cenie 20 Euro podpisaną kartkę papieru z wydrukowaną setlistą. Także od rana wiedzieliśmy, że usłyszymy po trzy utwory z dwóch pierwszych płyt, cztery z „Through the Darkest Hour” i po jednym z dwóch kolejnych. Brak czegokolwiek z cudownej „Alone” mnie zasmucił, ale byłem przekonany, że dwanaście utworów to nie koniec i przy okazji bisu zagrają coś z niej.
Niestety jak przystało na gwiazdę koncert zaliczył dość dużą opóźnienie. Nic to, kiedy tylko na scenie pojawił się Steadham hala zadrżała w posadach. On nie grał na basie. Raczej stał się jednością ze swoim instrumentem. Nie trzymał w rękach gitary, tylko stanowiła ona przedłużenie jego osoby, odwdzięczając się dźwiękiem prosto z wnętrzności. Prawie identyczną siłą emanował Edgar Rivera. Riffy spod jego palców dokonywały miażdżenia, w kontraście do tej dwójki prezentował się Perez. Bardziej skupiony, emanował spokojem i dokładnością. Niestety na koncert nie dojechał John „Wolf” Covington, który formalnie jest członkiem zespołu po reaktywacji, ale musiał być zastąpiony. Oczywiście czym byłby SA bez Roberta? Na pewno ważyłby zdecydowanie mniej. Lowe jest strasznie zapuszczony. Najpierw idzie jego brzuch, potem druga część brzucha i dopiero on. Im dłużej bym na koncercie tym ciężej było mu się poruszać. Owszem na początku postrzelał parę fajnych poz, powywracał białka oczu i oczarował wszystkich głosem. Niemniej szybko ściągnął swoją kurtkę i starał się dotrwać do końca, który nadszedł zbyt szybko. Z zaplanowanych 90 minut zespół uporał się w około 60. Długie skandowanie i konsternacja obsługi były nad wyraz wymowne. Brak podziękowań, brak wspólnego zdjęcia, brak bisu. Gwiazdorstwo w najgorszym możliwie wydaniu. Nie ma jednak co się dołować. SA to firma, która gwarantuje zagładę najwyższych standardów, nawet jeśli to zagłada pewnych oczekiwań należy być zadowolonym.
Drugi dzień oferował większe zróżnicowanie niż pierwszy. Więcej emocji, więcej kolorytu i przede wszystkim większe zróżnicowanie w odbiorze artystów. Pytając kilku osób o ocenę, nie sposób było uzyskać identyczną listę. Jeśli ja miałbym ułożyć to chyba Solitude Aeternus, Heir Apparent, Sortilege, Purgatory, Sacred Blade, Alien Force, Hyena, Medieval Steel, Domine, Sabbrabell. Zdaję sobie sprawę, że to była impreza rocznicowa i skład był wyjątkowo dobry. Nawet te zespoły z końca stawki nie zagrały złych koncertów. Jednak tutaj było tyle wybitnych występów, że na ich tle nie każdy występ dawał tyle samo satysfakcji. W przyszłym roku może być bardzo trudno utrzymać taki poziom. Niemniej jeśli ktoś kocha być True, klasyczny metal jest dla niego źródłem radości powinien rozważyć wyjazd na kolejną edycję. Około 25 złotych za każdy zespół to śmiesznie niska cena. Oczywiście należy zaplanować budżet na transport i nocleg, czy uzupełnienie kolekcji, ale właśnie dzięki uzupełnieniu kolekcji za śmieszne pieniądze można wrócić z poczuciem dobrze kupionych wspomnień. Keep It True to nie tylko koncerty, to wielkie wydarzenie ku chwale klasycznego metalu z wieloma zaskakującymi występami, niemożliwymi do zrealizowania w jakimkolwiek innym miejscu na świecie.
Łukasz Ragnus





