Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 95sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

„Zero melancholijnej redundancji” (Varmia)

           

Varmia jest jednym z tych zespołów, które nie przestają zaskakiwać. Do tego nie ma tu mowy o powtarzaniu się, powielaniu zgranych schematów, a black w wydaniu Varmii stal się na najnowszym albumie „Lauks” jeszcze bardziej nieoczywisty i wielowymiarowy. Nie bierze się to jednak z niczego, bo jak podkreśla lider grupy Lasota, zależy mu na tym, żeby każdy kolejny album różnił się od poprzedniego.
              
HMP: Jeszcze nie tak dawno, bo na początku tego wieku, nie mówiąc już o latach 70. i 80. sytuacja wyglądała tak, że płyty ukazywały się niemal natychmiast po nagraniu – czasem tylko wydawcy kalkulowali, przesuwając premierę, żeby mieć pewny numer 1 na listach, wiedząc, że konkurencja zaplanowała wypuszczenie czegoś dużego w tym samym czasie. Teraz na wydanie materiału czeka się czasem nawet dość długo, bo albo plany wydawcy, albo kolejka w tłoczni. Jakie to uczucie, kiedy ma się nową płytę, chce się nią podzielić ze słuchaczami jak najszybciej, a tu trzeba zachować cierpliwość, w waszym przypadku aż do końca marca?

Lasota: Jest to faktycznie pewien rodzaj schizofrenii. Można jedynie próbować się do tego przyzwyczajać, bo raczej nie spodziewam się zmian w procesie wydawniczym. Poruszamy się w oceanie zespołów i premier, który przybiera na masie każdego dnia. Tak więc faktycznie są kolejki wydawnicze na pół roku albo nawet i rok do przodu. To jest bardzo dziwne uczucie, kiedy kończysz sesję nagraniową i wiesz, że te zarejestrowane przed chwilą dźwięki zdążą się już nieźle zestarzeć, zanim dotrą do słuchaczy. Z drugiej strony, jest sporo rzeczy do zrobienia między nagraniem a datą wydania albumu. Mix, master, jakieś dogrywki, grafiki, klipy video, etc. Szukanie wydawcy jest też bardzo czasożernym zajęciem. Więc szczęście-nieszczęście ten rok pomiędzy może bardzo szybko minąć i zwykle dzieje się w nim bardzo dużo, tyle że za kulisami. Ale faktycznie, z perspektywy odbiorcy to wygląda tak, że jest jakaś dwuletnia przerwa, w której się nic nie dzieje od jednego albumu do drugiego. Często oddając finalne materiały obecnie wydawanego albumu, mam już zarys kolejnego.

Muzycy często podkreślają, że ten czas pomiędzy oddaniem materiału do tłoczni a jego premierą to ostatni moment, kiedy należy on tak naprawdę do nich, bo w momencie upublicznienia staje się już własnością ogółu. Też tak macie, czy nie zaprzątacie sobie głowy tego typu rozważaniami?

Z tym się zgodzę, że czas do momentu oddania „masterów” dla wytwórni jest czymś, co należy tylko i wyłącznie do nas. Wtedy też album nabiera ostatecznego kształtu, jest wiele jego pośrednich wersji, które są odrzucane albo rozwijane. To ciekawy etap, chociaż dla mnie osobiście najlepszy jest ten okres, kiedy piszę album i zaczynam nagrywać nowe utwory w formie demówek. To jest najbardziej kreatywny czas. Kiedy on minie, to już w zasadzie przychodzi głównie praca, w zasadzie tyra nad preprodukcją, próby do nagrań, ogarnianie miejsca, ekipy, sprzętu, itd. Natomiast ten dzień, w którym album pojawia się w dystrybucji cyfrowej w zasadzie jest dniem oddania go do użytku wszystkim, to prawda. Ale poczuciem własności muzyki nie dzielimy się nigdy.

Zastanawiacie się za to czasem, jaki będzie odbiór nowej płyty, czy znowu uda wam się dotrzeć do słuchaczy, podtrzymać zainteresowanie tych dawnych, a do tego zdobyć nowych?

Nie, raczej nie. Mamy swoją grupę odbiorców, którzy wiedzą czego mniej więcej się spodziewać. Varmia ma swoje brzmienie, swój charakter. Z drugiej strony, zawsze chcę żeby kolejny album różnił się od poprzedniego, ale myślę, że i do tego już przyzwyczailiśmy słuchaczy. Co do ich opinii, to ciekawi mnie ona, jasne, ale to jest taka ludzka ciekawość, która nie ma wpływu na podejmowane decyzje dotyczące kierunku nowej muzyki.

Piąty album to już nie przelewki, a tym bardziej godne podkreślenia jest to, że Varmia istnieje od niespełna 10 lat, a długogrający debiut „Z mar twych” wyszedł w roku 2017. Wychodzi więc całkiem niezła średnia – tym lepsza, że macie też na koncie MCD „Prolog”. Natchnienie i wena wciąż są po waszej stronie, więc skwapliwie z tego korzystacie?

Ja od zawsze pisałem bardzo dużo muzyki. Trochę w formie ćwiczenia warsztatu, ale też odruchowo i z potrzeby. Większość rzeczy oczywiście trafia do śmietnika i pewnie nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ale to, co jest lepsze i przykuwa moją uwagę, dosyć szybko udaje mi się łączyć w całość. Póki tak jest, nie zastanawiam się i działam. Dlatego wydaliśmy tak szybko dużo muzyki. Po drodze była też pandemia, która wywaliła bezpieczniki na co najmniej jeden cykl, więc o tym też warto pamiętać. Było to niewątpliwie spowolnienie i kłoda pod nogi, która niejednemu zespołowi zapewniła łączność z glebą już na zawsze.

Mieliście jakieś założenia, kiedy przystępowaliście do prac nad utworami, które ostatecznie złożyły się na „Lauks”? Chcieliście coś zmienić, spróbować nowych rozwiązań, żeby uniknąć rutyny?

W zasadzie tak. Pisząc „Lauks” chciałem wyzbyć się hamulców, jeśli chodzi o intensywność i poziom agresji w muzyce. Do tej pory zawsze działał taki wewnętrzny impuls, że jednak równoważyłem stronę powiedzmy bardziej liryczną z tą czysto blackową. W poprzednim albumie, czyli „Nie nas widzę” poczułem, że osiągnąłem maksymalny balans między tymi przeciwstawnymi światami, jaki tylko jestem w stanie z siebie wykrzesać. Także przyniosło mi to pewnego rodzaju ulgę i poczucie, że mogę sobie pozwolić na większe wyzwolenie. I, nawiązując do poprzedniego pytania, jeśli komuś to nie podejdzie - spoko, taka jest natura sztuki, że nie zawsze powinna się podobać. Odrzucenie to tak samo istotna reakcja jak zachwyt. Ważne, żeby ocena słuchacza była mocna, definitywna. Wtedy sztuka spełnia swoją rolę.

Pamiętam, że lubicie nagrywać w nieoczywistych miejscach, w starych budynkach o specyficznym klimacie i to się nie zmieniło. Dlaczego na miejsce sesji „Lauks” wybraliście zamek Kapituły Warmińskiej w Pieniężnie? Znaliście już to miejsce wcześniej, wiedzieliście, że jego akustyka sprawdzi się na potrzeby Varmii?

Tak, i do dziś rozbraja mnie fakt, że zaczynaliśmy nagrywać pierwszą płytę w stodole, kolejne w dworku, a skończyliśmy na zamku. Jest w tym jakaś satysfakcjonująca ironia. Tym bardziej satysfakcjonująca, że przypadkowa. Nagrywamy zawsze na setkę, więc potrzebujemy dosyć dużej przestrzeni. Ciężko znaleźć takie miejsca, więc wychodziło tak, że w każdej lokacji nagrywaliśmy dwa kolejne albumy. Przynajmniej jeśli chodzi o część zasadniczą, czyli zespół grający razem na żywo. Co do samego zamku w Pieniężnie, to o tym miejscu dowiedziałem się od znajomych mojej żony. Po wstępnym rekonesansie umówiliśmy się na oględziny na miejscu i dopiero wtedy przekonałem się, że te przestrzenie sprawdzą się świetnie w naszym przypadku. To są tak naprawdę ruiny zamku, musieliśmy je najpierw odgruzować, zanim weszliśmy tam ze sprzętem.

Ciężko jest załatwić zgody i pozwolenia na nagrywanie w takim zabytkowym miejscu? Nikt nie miał obiekcji, że jesteście zespołem blackmetalowym, więc może nie powinniście mieć tam wstępu?

O dziwo, w tym przypadku nie. To za sprawą ludzi ze Stowarzyszenia Przyjaciół Pieniężna, dla których jeszcze raz chylę czoła, tak samo jak i dla burmistrza tego miasta. Musieliśmy się trochę poznać, wiadomo, że takie inicjatywy jak nasza, to nie jest codzienność. Ale byli otwarci i pomocni, także udało nam się wszystko załatwić tak, żebyśmy mieli odpowiednie okno czasowe na pracę. Wiesz, to też jest tak, że u ludzi w gościnie nie zachowujemy się jak u siebie, nie robimy jakiegoś chlewu. Także przedstawiliśmy się jako odpowiedzialni, w miarę normalni ludzie, w których roli i charakterze pozostaliśmy podczas całego tego przedsięwzięcia. Zresztą grafik był tak napięty, że pomimo bardzo długich dni pracy i tak nie wyrobiliśmy się ze wszystkim, co zaplanowaliśmy zrobić tam na miejscu.

Wciąż nagrywacie swe płyty na setkę, to jest niezmienne, bo sprawdza się w kontekście brzmienia Varmii?

Tak, chociaż to nie jest podejście, które wyznaję tylko w przypadku Varmii. Ja nie bardzo znajduję ekstremalną muzykę w płytach nagrywanych oddzielnie, instrument po instrumencie, do clicka w sterylnym studiu z kawcią i w wygodnych papciach. Muzyka zespołowa, z definicji zakłada jakąś interakcję pomiędzy muzykami, jakieś zderzenie. Bez tego, na moje ucho bynajmniej, jest to tylko techniczne zarejestrowanie instrumentów, puszczone na raz w jakiejś tam wypracowanej formie nazwanej finalnym mixem. Tego się da oczywiście słuchać i ten odsłuch może być nawet satysfakcjonujący. Ale ja nie znajduję w tym tego szczególnego pierwiastka sztuki, który zamienia fale dźwiękowe w coś większego, naznaczonego ludzką niedoskonałością. Tak usilnie tępioną.

Zaciekawił mnie utwór „Der tot Adalbert”. Po pierwsze z racji tego, że jest najdłuższy na płycie, a po drugie, że skojarzył mi się ze św. Wojciechem, czyli Adalbertem. To słuszny trop?

Ta płyta jest naszą najkrótszą, więc „Der tot Adalbert” jest faktycznie najdłuższy, ale nie jakoś wybitnie długi na tle innych utworów z naszego dorobku. Jeśli chodzi o aspekt fabularny, to dobrze to odczytałeś. Do momentu publikacji naszej rozmowy zapewne ukaże się już wersja video tego utworu, ponieważ wybraliśmy go na drugi singiel. To jest zarazem drugi utwór Varmii, który odnosi się do historycznych wydarzeń, zanotowanych w kronikach. Z Wojciechem jest taka sprawa, że to jest postać bardzo ważna na kartach historii rodzącej się Polski. Tak też się składa, że jest ściśle związana z historią ludów zamieszkujących wtedy nasze Ziemie, czyli naszych przodków Prusów. I tak się składa, że w zasadzie jedyna wzmianka o tych ludach w naszej krajowej edukacji historycznej, jest co by nie powiedzieć pejoratywna. Tak się jakoś składa, że historię zawsze piszą zwycięzcy. Zainteresowanych, zachęcam do zgłębienia tematu misji Wojciecha z Pragi.

Podtrzymaliście tradycję, że tytuł płyty jest bytem samodzielnym, nie należąc do żadnego z utworów. Do tego termin „Lauks” ponownie podkreśla wasze zainteresowanie przeszłością Warmii, konkretnie z zamieszkującymi ją niegdyś Prusami. Nie unikacie też innych tematów, ale ten zawsze będzie dla was ważny?

Nie wiem jakie inne tematy masz na myśli. Z mojej perspektywy wszystkie utwory Varmii są związane właśnie z naszą Ziemią, jej historią i dziedzictwem (a może jego brakiem?). Czasem faktycznie poszerzamy tematykę o zagadnienia związane szerzej z tradycją i historią ludów bałtyckich, czyli szerszej grupy, do której Prusowie należeli. Varmia to jednak jest zespół pewnej historii i raczej wykraczając poza nią, straciłby sens.

„Zwykli zmarli” to pierwszy singlowy utwór z nowego albumu, udostępniony już jesienią ubiegłego roku. Zależało wam na tym, żeby pokazać, iż po ponad dwuletnim fonograficznym milczeniu wciąż stać was na wiele, stąd ten właśnie wybór?

Co masz na myśli, że stać nas na wiele? Jeśli to, że ten kawałek jest dobry, to cieszę się. Ten utwór od momentu jego powstania już był mianowany na singla, ponieważ jest bardzo zwarty i ma ten „singlowy” sznyt. Jedzie do przodu bez pauzy na oddech. A wypuściliśmy go faktycznie nieco wcześniej niż terminarz przewidywał ze względu na Święto Zmarłych. To po prostu musiało wyjść w tym czasie, wydźwięk utworu był zbyt dobrze pożeniony z tym momentem w roku.

Odnoszę wrażenie, że elementy blackowe coraz bardziej wysuwają się w waszej muzyce na plan pierwszy, dominując nad tymi etnicznymi, zredukowanymi w sumie do tła. To swego rodzaju ewolucja, potwierdzenie faktu, że Varmia jest przede wszystkim zespołem metalowym?

Chyba nie do końca się z tym zgodzę. Z mojej perspektywy Varmia to zawsze był black. Instrumenty i ogólnie elementy etniczne były taką samą powiedzmy „przyprawą” jak klawisze w blacku symfonicznym. Czasem robiły za tło, czasem miały jakąś większą rolę, największą pewnie w akustycznych utworach z „Nie nas widzę”. Jeśli weźmiesz na przykład taki utwór jak „TAWE” z drugiej płyty czyli „W ciele nie” to jest tam tylko krótka partia na rogu. Na pierwszym albumie „Z mar twych” w zasadzie są utwory, gdzie tych etnicznych instrumentów praktycznie nie ma. Ja bym raczej zaryzykował tezę, że rola tych elementów sukcesywnie rosła, ale jednocześnie uczyłem się jak wtapiać je w muzykę tak, żeby dobrze współgrały z wiodącą jednak rolą gitary.

Nie lubicie, kiedy określa się was zespołem grającym black/folk metal. Z czego się to bierze, skoro te etniczne i ludowe wpływy są jednak słyszalne w waszej muzyce?

Słowo na „f” bardzo brzydko i szybko się zestarzało. Mnie osobiście kojarzy się z zespołami nie mającymi nic wspólnego z black metalem. Tutaj niemałą rolę odegrała popularyzacja pewnej gry komputerowej, która rozbuchała w ludziach fascynację słowiaństwem, z którym my nie mamy nic wspólnego. My stoimy za surowością, chropowatością, niedoskonałością, którą niosą etniczne, prymitywne instrumenty, chłodem białego śpiewu, a nie popkulturowym nurtem popularyzacji fraternizacji poprzez wspólne spożywanie grzybów, w spodniach z łowickimi wzorami.

Wasze poprzednie albumy były dość długie, trwając zwykle od 50 do 60, minut, a „Nie nas widzę” nawet dłużej. Tymczasem „Lauks” jest materiałem dość zwartym, bo trwa w granicach, jeśli dobrze zsumowałem czasy, około 35 minut. Skąd ten zwrot? Wydawca zasugerował wam, że wersje 2LP są generują wyższe koszty produkcji, czy sami chcieliście sprawdzić się w krótszych utworach?

Na szczęście nasz wydawca daje nam swobodę w tych kwestiach. Różnica w długości nowej płyty względem poprzedniej jest raczej związana z faktem, że do tej pory zawsze zależało mi, aby każde wydawnictwo było inne. Nie na siłę inne, ale w dobie zalewu treści muzycznej naprawdę nie chcemy się powtarzać. „NNW” była bardzo długa, w pewnym sensie zamykająca rozdział lirycznych opowieści nieograniczonych w czasie, płynących własnym rytmem. Zależało mi na tym, żeby na „Lauks” każdy dźwięk miał swoją funkcję, zero melancholijnej redundancji. Dlatego album wyszedł taki zwarty. Ale z drugiej strony jest tak bogaty w materiał muzyczny, że po jego przesłuchaniu jestem pewny, że słuchacz będzie nasycony.

Piąta płyta i już trzecia firmowana przez amerykańską wytwórnię M-Theory Audio. To oznacza, że ta współpraca jest harmonijna i satysfakcjonująca dla obu stron. Odczuwacie promocyjne wsparcie ze strony wydawcy, dostrzegacie, że wasze wydawnictwa są szerzej dostępne na amerykańskim rynku?

Tak, jesteśmy w dobrych i doświadczonych rękach. Jedyny mankament tej współpracy to Atlantyk, który nas dzieli. Gdybyśmy byli usadowieni po drugiej stronie oceanu, jestem pewny, że ta współpraca byłaby jeszcze bardziej owocna. A co do innych rynków, to jasne - M-Theory to wytwórnia o światowym zasięgu.

Nie można powiedzieć, że macie szczęście do perkusistów. Ostatni był Jakub Wieczerzycki – czy to właśnie on zagrał na „Lauksie”?

Tak, ale nie na całości. Nagranie najbardziej wymagających technicznie utworów zaproponowaliśmy Krzyśkowi Klingbeinowi. Zgodził się, przygotował i przyjechał do nas na zamek. Te utwory zarejestrowaliśmy tak samo, grając na setkę (czyli razem całym zespołem).

Regularnie funkcjonujący zespół bez perkusisty to coraz częstszy obrazek, ale też problem. Jak zamierzacie sobie z nim poradzić? Uda się znaleźć kogoś miejscowego, wspierającego was na nadchodzących koncertach, czy będziecie raczej korzystać z usług muzyków sesyjnych z zewnątrz?

Czy ja wiem, czy problem. Znany obrazek, to prawda. Po prostu bębniarze wybierają projekty, które im się najbardziej opłacają. Nasz go-to perkusista to Emil Walinowicz, z którym można powiedzieć kształtowałem brzmienie Varmii od początku. To on zagrał na większości płyt, więc nasza znajomość jest najdłuższa. Mieszkamy dosyć blisko siebie, więc jeśli jest dostępny, to działamy. Jeśli nie jest, to mamy listę kontaktów do dobrych garowych. To nie jest aż taki problem jak mogłoby się wydawać z boku, dlatego odpuściliśmy sobie ten temat i funkcjonujemy - już oficjalnie - jako trio.

Wojciech Chamryk

rosalie-_unningham_baneryv2_17.gif le_orme_word_new_158x600.gif ma_week_gif-gif.gif maiden_united_bannery-v70_01.gif mrpun_h-158x600.gif

Goście

7408967
DzisiajDzisiaj2760
WczorajWczoraj4885
Ten tydzieńTen tydzień7645
Ten miesiącTen miesiąc47567
WszystkieWszystkie7408967
18.97.14.89