Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 94sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

Mystic Festival 2025 - Gdańsk - 4-7.06.2025

Mystic Festival 2025 - Gdańsk - 4-7 czerwca 2025

Czwarta edycja Mystic Festival w Gdańsku potwierdziła status imprezy jako jednej z najlepszych w metalowej Polsce. Odbywający się 4-7 czerwca na terenie Stoczni Gdańskiej festiwal zgromadził około 90 wykonawców na pięciu scenach, prezentujących gatunki od hard rocka, przez death metal, black metal po crossover thrash. Mimo ulewnego deszczu, jaki towarzyszył nam w niektórych dniach, organizatorzy utrzymali wysoki poziom logistyczny i artystyczny, wprowadzając również nową scenę Monster Energy Desert Stage, która rozładowała nieco tłok znany z miejscówek przy ul. Energetyków.

Mystic Festival, sięgający korzeniami 1999 roku, przeszedł metamorfozę od imprezy w krakowskiej Hali Wisły do industrialnego pejzażu Stoczni Gdańskiej. Przenosiny do Gdańska w 2022 roku okazały się strzałem w dziesiątkę – poprzemysłowa architektura stała się naturalnym tłem dla ekstremalnych brzmień, a skala festiwalu drastycznie się zwiększyła. Oczywiście, pojawiają się głosy, że przestrzeń ta, po kilku edycjach, powoli staje się obciążeniem - trudno o zwiększenie liczby widzów, bowiem, mimo zmian wprowadzanych przez organizatorów, nadal pojawiają się wąskie gardła, nie pozwalające na uczestnictwo w niektórych koncertach wszystkim chętnym. Wskazać tu trzeba sceny w klubach B90 i Drizzly Grizzly, do których czasem trudno było się dostać.

Najbardziej wyczekiwanym punktem pierwszego, rozgrzewkowego dnia był dla mnie Jerry Cantrell, który w duecie z Gregiem Puciato wykonał nie tylko solowy materiał, ale i wersje klasyków Alice in Chains. „Would?”, “Rooster” czy „Them Bones” to tak ikoniczne kawałki, że stały się rzecz jasna najmocniejszymi punktami koncertu. Koncertu, który jednak nie udźwignął moich oczekiwań. Zespół wydawał się nieco przygaszony, zwłaszcza Jerry, który nie sprawiał wrażenia najbardziej zaangażowanego w występ muzyka. Cóż, być może dam mu szansę na osobnej sztuce, jeśli do niej dojdzie. Co innego Midnight, reprezentujący surowy black’n’roll, którzy dostarczyli solidnego, energetycznego show w starym stylu, o którym można było powiedzieć “metal bez udziwnień”. Koncert odbył się na scenie klubowej, oczywiście wejść nie było prosto, ale ci, którzy się w B90 znaleźli, nie mogli narzekać. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że grupa zagrało cover Motörhead w aranżacji nawiązującej do pierwszych demo Bathory. Exodus, grając w deszczu, udowodnił, że thrash metal to nie miękka gra – Rob Dukes sprawdza się świetnie w roli frontmana, a kaskady błota unoszące się nad publiką stały się żywiołową częścią spektaklu. Świetny koncert, któremu do doskonałości zabrakło tylko lepszej jakości dźwięku.

Drugi dzień rozpocząłem od Eagles of Death Metal, którzy przemycili do metalowego krajobrazu dawki garażowego luzu. Hardrockowe granie w ich wykonaniu było odpowiednio bujające publicznością, a na zespół, z dwiema kobietami na scenie (Jenine Vee na basie i Leah Bluestein na perkusji) oraz ich wzajemne, pełne sympatii interakcje patrzyło się z przyjemnością.

Niedługo po Eagles of Death Metal na scenie Park miałem przyjemność zobaczyć Norwegów z Turbonegro. O matko, jak świetny był to występ! O ile wspomniani wcześniej Amerykanie byli przyjemną, ale niezobowiązującą zabawą, to Turbonegro odprawili totalne szaleństwo. Muzycy przebrani w kiczowate stroje, nawiązujące do amerykańskiej popkultury, w połączeniu z dziką a jednocześnie niesamowicie chwytliwą muzyką, tworzyli iście wybuchową mieszankę. Ten amok, wnet stał się mocną kandydaturą do jednego z koncertów festiwalu.

Punktem kulminacyjnym tego dnia był dla mnie występ Suicidal Tendencies. Mike Muir musi być twardym zawodnikiem, aby w wieku 62 lat biegać i skakać na scenie jak szalony. Wtórował mu w tym Ben Weinman z The Dillinger Escape Plan, wspierający zespół od kilku lat na żywo. Energetyczny, dynamiczny koncert, na który wielu z pewnością czekało bardzo długo. Dla mnie była to piękna pocztówka z przeszłości, gdyż wizerunek grupy mocno nawiązuje do przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku, a Mike wyglądał, jak miks skejta z gangsterem w stylu “cholo”. Suicidal Tendencies mają w sobie wyraźnie wyczuwalny etos anarchizmu - antysystemowego braterstwa zwykłych ludzi i ich oporu wobec systemu. Trudno mi powiedzieć, ile w tym autentyczności a ile koncertowego pajacowania, ale były w tym występie momenty naprawdę porywające.

Muszę jeszcze wspomnieć o Elder, których koncert również należał do tych zachwycających. Uwielbiam ich progresywną maestrię przeplataną z psychodeliczną swobodą i cieszę się, że nie zabrakło tego podczas blisko godzinnego występu muzyków w Gdańsku.

Kolejny dzień zaczął się dla mnie występem Cradle of Filth, którzy przekształcili Park Stage w gotyckie lochy. Niestety, koncert okazał się niedosytem, gdyż Dani nie domagał wokalnie Dani - jego dziwne szczekanie i wycie na żywo prezentuje się komicznie. Repertuar był całkiem niezły, obejmujący mniej więcej po jednym utworze z większości ważnych płyt (na więcej nie było czasu), zespół gra też solidnie, jednak wokal lidera powodował, że czułem podczas tego koncertu spore zmęczenie.

Na szczęście, nic takiego nie miało miejsca na Opeth. Szwedzi zagrali świetny, choć może nieco za krótki koncert, wykonując swoją efektowną, pełną wykonawczej wirtuozerii i głębi muzykę. Trzy lata temu, w tym samym miejscu, wiało trochę nudą. Tym razem czuć było ekscytację, od początku do końca. Nie zabrakło oczywiście specyficznej konferansjerki Mikaela Akerfeldta, przy czym, aż dziwię się, że nie wspomniał w jej trakcie o pierwszej wyprawie promem ze Szwecji do Polski, bo nie było chyba w ostatnich latach koncertu u nas, podczas którego by tej historii nie opowiadał. Niestety, mniej entuzjastycznie przyjąłem występ W.A.S.P, którzy na obecnej trasie wykonują w całości materiał ze swojego debiutu. Brzmiało to najwyżej poprawnie, przy czym, dyskusyjne były dla mnie wokale Blackiego Lawlessa, które, biorąc pod uwagę ich poziom w ostatnich latach, brzmiały nieco zbyt dobrze, rodząc podejrzenia o to, czy faktycznie były wykonywane na żywo.

Podobne wrażenie w tej kwestii miałem podczas koncertu Kinga Diamonda, który momentami brzmiał po prostu perfekcyjnie, a przed laty potrafiło być w tej kwestii krucho. Niemniej jednak, Duńczyk ze swoją świtą zagrali taki koncert, że mogłem bić tylko pokłony. Od pierwszego do ostatniego kawałka doskonała żywiołowość na scenie, żadnej nudy czy powodów do marudzenia. Scenografia wyglądała obłędnie, podobnie spektakl w stylu kiczowatego horroru. Świetny dobór kawałków, który udowadniał, że utwory takie jak “Sleepless Nights”, “Eye of the Witch”, “Welcome Home” czy numery z pamiętnego albumu “Abigail” to prawdziwe bangery. Bez wątpienia dla mnie King Diamond był headlinerem całego festiwalu.

Arthur Brown stał się ukoronowaniem trzeciego wieczoru. 82-letni pionier shock rocka, w makijażu przypominającym płomienie i z miedzianą koroną na głowie, w dziwnych przebraniach (co dotyczyły również jego zespołu) przeniósł publiczność w psychodeliczną podróż do muzycznego teatru. Mimo wieku, wokalista był w doskonałej formie, brzmiał bardzo dobrze, na scenie czuł się pewnie, a muzyka zdawała się być prawdziwą magią. Ten występ był żywą lekcją historii – Brown, inspirator Alice Coopera, King Diamonda i wielu innych, udowodnił, że rockowa esencja ma moc konserwującą.

Ostatni dzień festiwalu również obfitował w emocje. Slomosa z Norwegii i Pentagram ze Stanów Zjednoczonych stworzyli stoner-doomową symetrię: podczas gdy pierwsi stanowią świeży narybek gatunku, Bobby Liebling wydobywał z siebie pierwotną siłę pierwotnego doomu. Oba koncerty były świetne, chociaż wskazać muszę tu na amerykańskich klasyków jako na ten, który na pewno utkwi mi w pamięci na dłużej. Intrygujący byli również doomowcy z Danii, Katla, którzy prezentowali nieco bardziej zimną i brutalną odsłonę tego stylu.

Zresztą, tego dnia miała miejsce “duńska inwazja”, w ramach której widziałem jeszcze dwa, spośród kilku występujących zespołów. Møl i Cabal reprezentowali nową falę skandynawskiego ekstremum – shoegaze’owe arpeggia przeplatające się z blast beatami kontrastowały z deathcore’ową brutalnością.

Vader, grając „Litany” w całości, sięgnęli po nie ogrywany od dawna materiał, a Peter Wiwczarek udowodnił, że jest ojcem chrzestnym polskiego death metalu. Do grupy wrócił Mauser, Vader gra więc na trzy gitary, co zaowocowało ciężkim, masywnym brzmieniem. Zaiste, świetny był to koncert, mimo, że oparcie go głównie na materiale z jednego albumu nie jest czymś, co chciałbym powtórzyć.

Blood Fire And Death Tribute to Bathory był jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie punktów festiwalu. Śmietanka skandynawskiej ekstrymy w hołdzie dla wizji Quorthona. W dodatku, nie jest to regularnie występujący skład. Spieszę donieść, że się nie zawiodłem, a koncert, z udziałem wielu wokalistów, między innymi Erika z Watain, Grutle z Enslaved czy Attili z Mayhem (w jednym kawałku pojawił się też Nergal, ale jego występ nie powalał) oraz żeńskiego chóru miał w sobie coś iście mistycznego. Nie były to wierne cover Bathory, z wyjątkiem tych z najwcześniejszych albumów. Ale to dobrze, dzięki temu, projekt stoi niejako na własnych nogach, a jednocześnie oddaje hołd artyście, którego muzyka stała się inspiracją dla niezliczonych muzyków metalowych.

Festiwal zakończył się dla mnie występem Sepultury, o którym niestety nie mogę powiedzieć wiele dobrego. Nie jestem zawziętym krytykiem wcielenia grupy z Derrickiem za mikrofonem, ba, widziałem ich kilka całkiem dobrych koncertów, ale tym razem ze sceny wiało nudą i brakiem przekonania. Jedynie Andreas Kisser był w stanie wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, ale było tego za mało aby uciągnąć cały wstęp. Niestety, wygląda na to, że był to ostatni koncert Brazylijczyków w Polsce, albowiem zespół żegna się ze sceną. Trudno, jeden słaby koncert nie odbiera im miana jednego z najbardziej zasłużonych zespołów metalowych, który był przecież motywacją dla wielu do sięgnięcia po instrument.

Mystic Festival 2025 udowodnił, że jest to solidna impreza metalowa, jakiej ten kraj potrzebował. Oczywiście, mamy wiele festiwali gatunkowych, ale jednak rozmachem żaden z nich, póki co, nie próbuje nawiązać do skali Mystica. Tegoroczna edycja była lepsza, niż się początkowo spodziewałem. Większość koncertów jakie widziałem (nie sposób doświadczyć wszystkiego) była naprawdę dobra, a część z nich - wymienię chociażby Elder, Arthura Browna, Suicidal Tendencies, Turbonego, Opeth czy Blood Fire And Death zapamiętam na długo. Cieszy, że organizatorzy reagują na uwagi, jakie pojawiają się po kolejnych odsłonach, zwłaszcza względem infrastruktury i wprowadzają odpowiednie poprawki. Chodzą pogłoski o tym, że za rok mają zrezygnować z koncertów klubowych, natomiast powstaną nowe sceny plenerowe. Mówi się również, że przyszłoroczna edycja może być ostatnią na terenie Stoczni Gdańskiej (choć nie oznacza to ponoć wyjazdu z samego miasta), więc zobaczymy co przyniesie przyszłość. Postaram się wszak, aby mnie tam nie zabrakło.

Igor Waniurski

ronnie_romero_gusg_heavy_metal_pages_158x600.png glenn_hughes_heavy_metal_pages_158x600.png uriah_heep_heavy_metal_pages_158x600.png mayhem_heavy_metal_pages_158x600.png drowning_pool_heavy_metal_pages_158x600.png

Goście

6816357
DzisiajDzisiaj3607
WczorajWczoraj4145
Ten tydzieńTen tydzień3607
Ten miesiącTen miesiąc35460
WszystkieWszystkie6816357
18.97.14.82