Summer Dying Loud - Aleksandrów Łódzki - 4-6.09.2025
SUMMER DYING LOUD - XVI edycja festiwalu, Aleksandrów Łódzki - 4-6 września 2025
Co roku obiecuję sobie, że już na tej edycji festiwalu to na bank obejrzę WSZYSTKO i dupa zbita! Nie da się – no po prostu nie ma szans! Tyle zawsze delikatesów na dwóch scenach na zakładkę, że żal nie ogarnąć całości… Tym razem dodatkowo dla klarowności relacji podzieliłem każdy dzień na dwie lokacje, chociaż nalatałem się między nimi co niemiara.
Pierwszy dzień – Krypta. Tradycyjnie otwarta po godzinie 15.00 i na pierwszy ogień Gash Faith – industrialny duet z Warszawy, który naprawdę wgniótł mnie w podłogę brzmieniem, wizualizacjami a zwłaszcza profesjonalnym wykonem. Nigdy nie kryłem sympatii dla Pitch Shifter a ubiegłoroczny koncert Godflesh na SDL był dla mnie spełnieniem marzeń. Tym bardziej cieszę się, że na naszej scenie są godni kontynuatorzy tej tradycji i już oblizuję się na myśl, że obejrzę ich może niedługo w Warszawie. Kompletna zmiana klimatu to z kolei The Devil’s Trade – quasi-folkowy diabelski pakt Dávida Makó, lidera węgierskiego Stereochrist a później Haw. Bardzo pozytywna dawka dźwięków przed lawiną hałasu, jaka czekała mnie jeszcze tego dnia. Pewnie z powodu zapotrzebowania na występy jego najnowszego projektu, status obu poprzednich bandów nie jest znany. Następnymi gośćmi Krypty byli nasi zachodni sąsiedzi z grupy Wucan grający, jak trafnie określono w festiwalowym folderze, słonecznego rock’n’rolla w sosie lat 70-tych. Grup niemieckich na tegorocznej edycji SDL przewinie się w niniejszej relacji jeszcze trochę i to bardzo dobrze, że ten prężny rynek poza tuzami teutońskiego thrashu i power-metalu ma coraz więcej do zaprezentowania. Pięknej urody wokalistka z gitarą, basista w gustownym kapeluszu a’la Bogusław Mec, logo liternictwem kojarzące się z Can – czegoż trzeba więcej, by poczuć klimat epoki dzieci-kwiatów? Ale wreszcie mocniejsze brzmienia w Krypcie – młodziutki Galvanizer. Niby młody a promujący już drugi album „Prying Sight of Imperception”. Finlandia zawsze słynęła z oryginalnego podejścia do każdego gatunku metalu, ale zawsze robiła to z iście skandynawską precyzją – łomot jak się patrzy! Było death, było grind, było melodyjnie. Czekamy na jakiś dłuższy koncert w naszym kraju w którymś z klubów – nie mają daleko.
Wraz z końcem dnia atmosfera muzycznego ciężaru gęstniała i po 21.00 na mniejszej scenie pojawił się Ceremonial Bloodbath. Nazwa nie pozbawiała złudzeń, co się wydarzy. Uwielbiam war-metal i tym razem nie mogłem być rozczarowany. Gdyby pewien rosły siusiak nie skroił mi pasa z nabojami podczas pamiętnej Metalmanii ’87, pewnie mógłbym pochwalić się nim Kanadyjczykom pod sceną… Nie mógłbym natomiast pomachać łysym łbem do rytmu, bo reumatyzm i kark mnie napierdala. Ale był ogień i zniszczenie jak ta lala! Żeby nie ten cholerny Terrorizer na dużej scenie, zostałbym do końca, ale serce nie sługa… Dla odmiany kolejny zespół w Krypcie był z… Kanady. Antediluvian poprawili po rodakach tak, że war-metalu będę miał chyba dosyć do kolejnej edycji SDL. Fenomenalny image muzyków rodem z planu filmowego Mad Max’a, do tego zdrowe łojenie bez brania jeńców – tylko trzech ludzi a taka ściana dźwięku. Miazga i miód dla uszu! Panowie pacyfikują kluby już od dwudziestu lat a albumy tylko trzy – idą w ślady Blasphemy: nie ilość a jakość. Ostatni akcent na mniejszej scenie był już bardziej klimatyczny – francuski Blóð i zjawiskowa Anna Lynk zapodali nam solidną dawkę doom/sludge. Kto nie widział jej stojaka od mikrofonu, nie wie, co to prawdziwy kult. Powolnie, melancholijnie i miażdżąco – w sam raz na zakończenie dnia i już nie trzeba się było spieszyć na ostatnią atrakcję na dużej scenie, ale o tym za chwilę…
Duża scena tradycyjnie jak na każdym SDL wystartowała punktualnie – ledwo żem zaparkował auto na festiwalowym skwerku a już Remo zapowiadał kapelę inaugurującą tegoroczną edycję: Yardburn. To załoga idealnie pasująca na rozpoczęcie festiwalu i termin „załoga” jest tu nieprzypadkowy, bowiem chłopaki łączą punk z wszystkim, co najbardziej radosne w metalu. O ich transgresji muzycznej niech świadczy fakt, że w ostatnim utworze wykorzystali banjo i powiało klimatem country – americana pełną gębą! Druga kapela natomiast rozwaliła mnie na poważnie – słyszałem już wcześniej o warszawskim Serotonin Zero, ale nie myślałem, że będą tak rewelacyjni. Swoim półgodzinnym występem porwali mnie bez reszty. Panowie nie są już debiutantami i kilku z nich zdobywało muzyczne szlify w zawodowych składach, więc i tutaj pokazali pełen profesjonalizm – był ogień, był feeling. Bardzo dobrze, że sporo dzisiejszych bandów nie da się konkretnie skategoryzować stylistycznie, bo byłoby to ze szkodą, dla ich oryginalności. Czekam na dłuższą dawkę serotoniny w przyszłości. Sznur to kolejny zespół, który wymyka się zaszufladkowaniu, chociaż kilka afiliacji nasuwa mi się na myśl – przede wszystkim rewelacyjne turpistyczno-starosłowiańsko-ludyczne teksty kojarzące mi się z twórczością nieodżałowanego Romka Kostrzewskiego. Wydawałoby się, że nikt nie jest w stanie stworzyć podobnego magnetyzującego klimatu a jednak Mistrz ma wreszcie swoich godnych naśladowców. Wizualnie też było obrzydliwie, jak należy – poezja black metalu: panowie w kominiarkach sado-maso, wokalista w korporacyjnej koszuli z kamizelką i bezkompromisowa muzyczna jazda! Po 16.00 jak przystało na sjestę, duża scena zwolniła – Taraban to zespół z odwagą grający klasycznego hard rocka. Wraca moda na spodnie-dzwony i na chwytliwe melodyjne kompozycje z pazurem – chociaż ta na szczęście nigdy nie przemija. Przy okazji nadmienię, że zespół ten łączyły pechowe okoliczności z kolejnymi wykonawcami na dużej scenie – otóż wokalista Tarabanu był poważnie kontuzjowany, miał unieruchomioną nogę w plastikowej ortezie i siedział na stołeczku przygrywając sobie do rytmu na tamburynie, bo z wiadomych względów nóżką tupać nie mógł. Na szczęście wokalnie bez kontuzji – full kondycja i power w gardle.
Przyszła pora na pierwszego zagranicznego gościa festiwalu – niemiecki The Night Eternal gra krótko, bo od 2018 roku, ale na koncie ma już dwa albumy a w przygotowaniu już jest kolejny i zapewne na jesieni muzycy wejdą do studia, by spreparować dla Metal Blade Records ten krążek. Muzycznie, jak to Niemcy – solidnie, profesjonalnie, bez ekstrawagancji i negatywnych zaskoczeń. Teutoński metal przyzwyczaił nas do poziomu, z którego nie ma schodzenia nawet na średnie tony. Moją uwagę przykuwał zwłaszcza fenomenalny wokal Ricardo Bauma (również z ortezą na prawej nodze – jak już wcześniej nadmieniłem), którego wcześniej mogliśmy poznać w zespole Wortmord, działającym zresztą do dzisiaj. Ten wokalista swoją barwą głosu i wolumenem jego siły do złudzenia przypominał mi Matta Barlowa z legendarnego Iced Earth. Nie omieszkałem się podzielić z Ricardo tym spostrzeżeniem po koncercie, gdy spotkałem go przechadzającego się w tłumie i uznał to za wielki komplement. Mimo że Night Eternal grają łagodniejsze dźwięki od tych, których zwykle słucham, to jednak chętnie zobaczyłbym ich na jakimś dłuższym koncercie w jednym z naszych klubów – może właśnie przy promocji rzeczonej nowej płyty.
I tak oto wchodzimy w rejon legendarnych gwiazd, rozbuchanych oczekiwań i młodzieńczych sentymentów – Cancer, na którym właściwie się wychowałem, przeżywając trzecią po heavy-metalowej i thrashowej death-metalową fascynację. Tym bardziej doceniam je z perspektywy czasu, że kolejnych już nie było – uważam, że wiele z tych gatunków zjada swe ogony i żaden z dzisiejszych epigonów nie dorasta do pięt starym mistrzom. Jedyny twórczy ferment, jaki dostrzegam w metalu, czynią black-metalowcy, ale to temat na inną opowieść. No i cóż ten Cancer, na który tyle czekałem? Niestety kilka rozczarowań: z oryginalnego składu tylko John Walker (nie mogli przyjechać wszyscy trzy lata wcześniej?), repertuarowo promocja głównie ostatniej płyty „Inverted World” (zdecydowanie za mało utworów z pierwszych dwóch ikonicznych albumów), no i pora koncertu – było po prostu zbyt jasno, by stworzyć odpowiedni klimat. I tak cieszyłem się, jak dziecko, że wreszcie mogę zobaczyć jeden ze swoich najulubieńszych zespołów, ale niedosyt pozostał. Było co prawda „Into The Acid”, „Imminent Catastrophy” a z dwójki „Hung, Drawn and Quartered”, był nawet “Cancer Fuckin’ Cancer”, ale jak to śpiewała Kora w utworze „To tylko tango”: mało, mało, mało! A i występ był za krótki, bo Anglicy zeszli ze sceny przed planowanym czasem.
Gdy zapadła już całkowita ciemność, na dużej scenie zagościł Cave In – kolejny zespół, który przeszedł ogromną metamorfozę stylistyczna od swojego debiutu „Until Your Heart Stops” ponad ćwierć wieku temu. Muzyka złagodniała i właściwie z hard-core’a łączonego z punkiem zostały tylko momenty, dokładnie te, gdy grali stare kawałki. Amerykanie zawsze umieli w metal core i również kwartet z Massachusets pokazał to wybitnie a ich nowe oblicze wpadające w progresywne klimaty bardzo mi odpowiada. I jak to brzmiało! No paaaanie! Miód-malina! Szczęśliwie wieczór jeszcze był pełen kolejnych muzycznych atrakcji. Po festiwalu Mystic mogłem sobie poprawić dawkę łomotu za sprawą kolejnej legendy, chociaż już od dawna nie w legendarnym składzie. Ze starego Terrorizer na mostku kapitańskim pozostał, jak zawsze charyzmatyczny, David Vincent oraz najszybszy (i wciąż nie zdetronizowany) bębniarz świata Pete ‘Commando’ Sandoval – tylko Latynosi czują prawdziwą miętę do perkusji, oni po prostu mają to we krwi. Terroryści, jak można było oczekiwać, rozwalili dokumentnie system i gdyby nie problemy z czystością brzmienia, zaliczyłbym ten koncert do w pełni satysfakcjonujących – kulała zwłaszcza esencja i istota ich muzycznego bytu, czyli blasty Sandovala. Gdy napierdzielał, to ginęło to w jakiejś dźwiękowej magmie. Chodziłem w różne miejsca pod sceną, by znaleźć mój muzyczny punkt G i właściwie na tym zszedł mi cały ich występ – nie doszedłem, ale kilka mini-orgazmów było, zwłaszcza przy utworach z pierwszej kultowej płyty „World Downfall”. A po nich znowu dawka death-grind tylko już w bardziej eleganckim wykonaniu – kolejne dinozaury gatunku – angielski Carcass, który bardzo szybko porzucił zorganizowany łomot na rzecz melodii, ale nie odwracając się od grindowych korzeni. Tu była już pełna satysfakcja – repertuarowa, wykonawcza, brzmieniowa, wizualna. Uwagę zwracał szczególnie nowy image Jeffa Walkera – frontman w krótkiej fryzurze, w białej, wyprasowanej koszuli, z nienaganną dykcją i typowo brytyjskim poczuciem humoru, kiedy to między utworami zabawiał publiczność krótkimi dykteryjkami. Panowie świetnie się bawili i od razu było czuć, że po prostu kochają to, co robią. W ich grze, ruchach, zachowaniu było tyle luzu, radości z grania, jakby to był pierwszy koncert przyjaciół po latach. A przecież są w trasie permanentnie już od dłuższego czasu i ku uciesze gawiedzi obskakują wszystkie najważniejsze festiwale każdego roku, zaglądając do najdziwniejszych zakątków świata. Powinni jeszcze charytatywnie użyczyć swojego akustyka większości renomowanych wykonawców SDL na dużej scenie w kolejnych dniach.
Dzień na dużej scenie zakończył występ Taake – pierwszego tego dnia reprezentanta sceny black. To grupa mimo długiego stażu nigdy nie aspirowała do Panteonu Wielkich tego gatunku i ich nazwa, chociaż przez dziennikarzy i fanów wymieniana była z szacunkiem, to jednak nie tak często, jak Mayhem, Dark Throne, Dimmu Borgir, czy Emperor i Immortal. A jednak grając konsekwentnie odcisnęli swoje piętno w tym pogańskim gatunku. Tym bardziej czekałem na ich występ, że nie miałem okazji nigdy i nigdzie wcześniej ich zobaczyć. Pora na obrzędy też była akuratna, bo wyszli na scenę przed pierwszą w nocy. Szkoda że towarzystwo było trochę już przetrzebione, bo po koncercie Carcass część gawiedzi sobie odpuściła finał dnia. Niesłusznie, bo oprawa koncertu i sam wykon był super. Norwedzy aktualnie świętują już 30-lecie debiutu fonograficznego – demówki „Manndaudsvinter” a ich płyta „Nattestid Ser Porten Vid” jest dzisiaj przez wielu fanów i zespoły debiutujące na scenie black uważana za wzorzec gatunku. Mało kto pamięta, że Taake tak konsekwentnie promowało wykonywanie tekstów w języku norweskim w czasach, gdy nie było to modą a prawdziwym wyzwaniem, na pohybel wielkim wytwórniom, z których każda chciała mieć w swoim katalogu jakąś gwiazdkę black. Godzinny solidny występ Taake sprawił, że mogłem z czystym sumieniem położyć łepetynę na poduszce, kontent, że tego przynajmniej dnia udało mi się zobaczyć wszystko, co sobie zamierzyłem…
Drugi dzień – Krypta. Dodam, że to był dzień moich największych porażek logistycznych, chociaż nie wiem, czy część z nich nie złożyłbym na karb organizatorów z powodu ograniczonego tonażu Krypty. Na wstępie industrialny punk zaprezentował nam legendarny łódzki zespół Jude działający, co prawda, na naszej scenie już trzy dekady, ale ich odważny język wypowiedzi artystycznej nie pozwolił na wypłynięcie poza granice wód undergroundu. Szkoda, że sprawdza się stara prawda – najodważniejsi w sztuce pierwsi dostają po głowie. Bardzo oryginalne wizualizacje, jednoznaczny uniform wokalisty i industrialne dźwięki, ale z żywym perkusistą zamiast maszyny – zespół nawet w tym wymiarze idzie pod prąd gatunku. I jak to brzmiało! Kompletną zmianę klimatu zafundował nam projekt Baarra. Jestem w kropce, by w jakikolwiek sposób zakwalifikować ich muzykę i to bardzo dobrze. Podobało mi się, podobnie jak intrygujące logo zespołu. Już wcześniej wspominałem, że najwięcej twórczego fermentu aktualnie przezywamy na scenie black, chociaż czy to w ogóle jest black? Ogromny plus dla Krakusów za wprawienie w konsternację i prawdziwie obrzędowy feeling. A po nich było jeszcze lepiej – ziomale ze stonerowego ansamblu Wąż pojechali tylko instrumentalnie, ale za to bajecznie! Jeżeli nie wierzycie, że troje muzyków potrafi wypracować tak ciężkie i pełne brzmienie, to zapraszam na ich koncert. Przy czym ich kompozycje nie są długie, jednostajne i wijące się niczym nomen omen wąż – jest tu dużo melodii, sporo dla fanów technicznego grania, no i to, co doomowe tygrysy lubią najbardziej – sążniste riffy w psychedelicznym, bardzo klimatycznym sosie.
I tu zazgrzytam zębami, bo ostrzyłem je sobie na występ Totemesse, ale był taki tłok, że przypominało to raczej total mess – Kryptę zalała istna fala ludzi i nie pozostało mi nic innego, jak obrócić się na pięcie i zrobić w tył zwrot ku dużej scenie. Żal wielki, bo promowali najnowszą płytę i pomyślałem, że usłyszę kilka dźwięków na żywo… Na szczęście później udało się wcisnąć na występ zjawiskowej Jayn Maiven i jej oryginalnego projektu o nazwie Darkher (ciekawa gra słów). Swoją drogą zastanawiam się, ile kobita wydaje na szampon, czy myje swoje piękne włosy codziennie i ile godzin jej to zajmuje? Ale to taka dygresja na marginesie. Kompozycje zjawiskowe, niczym sama nawiedzona wykonawczyni. Jedna osoba na scenie a tyle muzyki. Charyzma, niebanalny głos i zelektryzowanie publiki każdym dźwiękiem – cudo! Próżno szukać jakichkolwiek afiliacji tej Pani na stronach Metal Archives – jej muzyka jest tak eteryczna, uduchowiona i kompletna, że wpasuje się w gusta publiczności każdego festiwalu. Publiczności głodnej artystki niebanalnej. I wreszcie występ, na który czekałem od lat – jeden z najbardziej oryginalnych zespołów na polskiej scenie ever – Tenebris. Gdy niespełna dwadzieścia lat temu Szymon podczas któregoś z licznych koncertów obdarował mnie zestawem „Catafalque + Comet”, kilka dni chodziłem do tyłu po przesłuchaniu ich materiału i tak mam do dzisiaj po każdorazowym odsłuchu tego dzieła. Nauczony tym doświadczeniem, pomyślałem więc sobie: co oryginalnego zafundują nam tym razem? I jest – Jan Kochanowski! Wpadlibyście na to? Co tam Furie, Mgły, Gruzje czy inni propagatorzy rodzimego języka i oryginalnych tekstów – to jest dopiero sztos! Pierwszy numer z udziałem specjalnego gościa a to był dopiero początek muzycznej uczty. Szkoda, że tak krótkiej i jeszcze bardziej skróconej koniecznością gnania na dużą scenę, bo tam przecież panowie z Samael. Ale nic to – odbiję to sobie, jak ufam, na jednym z najbliższych koncertów tego łódzkiego zjawiska. Aż dziw, że mieszkają tak blisko, a dopiero teraz miałem przyjemność obejrzeć ich na SDL. Ostatniego wykonawcę w Krypcie zobaczyć by się chciało, ale się zesrało! Tak pragnąłem przeżyć widowisko, jakim zapewne Mortiis uraczył fanów tego wieczora, ale Krypta była oblężona już wiele minut przez początkiem koncertu. Było dać to na dużą scenę – taka strata! To mam jeszcze do zaliczenia w życiu, obok oczywiście koncertu Emperor, który – Boga chwalić – jeszcze nie złożył broni i dalej walczy na scenach wielkich festiwali. Może kiedyś zawita i do nas, zanim kolejny raz się rozpadnie, zawiesi, czy już nie wiem co…
Drugi dzień na dużej scenie zaczął się bardzo obiecująco występem gdańskiego tria Scrüda. Takiego old-school’owego łojenia było mi trzeba! Image panów też nie od macochy. Widzów nie było zbyt wielu z racji wczesnej pory, ale muzyków nie zrażało to wcale – wszystkim dali pół godziny prawdziwej muzycznej satysfakcji. Później nie było wcale mniej old-school’owo tylko w bardziej klasycznej tonacji – krakowski Roadhog to reprezentanci tradycyjnego heavy metalu. Tak bardzo tradycyjnego, że ich basista do złudzenia przypominał Steva Harrisa z najlepszych lat 80-tych. Wygląd zobowiązuje i zespół dał radę w tej konfrontacji. Logo też nie budziło najmniejszych wątpliwości, jakiego repertuaru posłuchamy. Bardzo solidny wykon i wcale nie trąciło myszką. Zespół Jad widziałem kilkukrotnie, ale zawsze ich koncerty są dla mnie prawdziwą muzyczną ucztą. Wychowałem się na kawałkach starej Siekiery z okresu „Fali” i każdy koncert Jadu wywołuje u mnie ciary na plerach – tak było i tym razem. Dzięki nim hard core / punk nie jest skostniałą muzyczną magmą i wcale nie trzeba odkrywać stylistycznie Ameryki, by gęba się śmiała podtatusiałym bywalcom festiwalu. A kto chce się dowiedzieć, czym jest prawdziwa sceniczna charyzma połączona ze szczerością i naturalnością, niech zobaczy ich wokalistę na scenie. Pierwszy wykonawca z Francji na tegorocznej edycji SDL Gravekvlt zapodał nam niezłą dawkę prawdziwego crust-metalu. Działają krótko, ale pod prężną egidą Frozen Records, specjalizującej się w eksplorowaniu francuskiej szeroko pojętej sceny black. Nie jest to może zespół, po którego płyty kiedyś sięgnę, ale zagrali bardzo solidnie – zresztą Trójkolorowi w metalu nie tylko u mnie mają pod górkę…
Wrocławski Deus Mortem jako klasyczna supergrupa działa od zrywu do zrywu i pochwalić się może po kilkunastu latach działalności jedynie trzema albumami, ale panowie nigdy nie odwalali maniany, i to co na boku zawsze traktowali, jak na pełny etat. „Thanatos” to ich ostatnie dziecko i mieliśmy możliwość zapoznać się z nim po krótce. To, czego można oczekiwać od solidnego black-metalu w pełnej krasie: trochę old schoola, szczypta melodii a wszystko to okraszone zajadłymi blastami. Polskie zespoły black zawsze zawstydzają zagraniczną konkurencję inwencją i rzetelnością koncertowych występów. Holendrów jeszcze nie było, więc proszę – Gott prowadzony przez niezmordowaną Faridę Lamouchi. Wszyscy pamiętamy ją z zespołu The Devil’s Blood, który zakończył swą działalność wraz ze śmiercią jej męża Selima, a wcześniej z projektu Red King Rising, który nie wiadomo jaki obecnie ma status. Farida nie lubi bezczynności i powołała do życia właśnie niedawno Gott, który ma na koncie dopiero dwie ep-ki, ale myślę, że niedługo każe nam czekać na pełniaka. Bardzo lubię klasyczny metal o zabarwieniu czystko rockowym, w którym śpiewają pełnokrwiste wokalistki – zdecydowanie za mało takich wykonawców na metalowych festiwalach. Bardzo blisko stylistycznie wylądował po raz kolejny w Polsce Orange Goblin – cieszył mnie niezmiernie fakt, że mogę znowu posłuchać solidnej dawki stonera w wybornym wykonaniu. Oryginalne wizualizacje dopełniły wspaniałości tego psychedelicznego obrzędu. Trzydzieści lat jak z bicza trzasł, więc trzeba celebrować! Zespół ten przeszedł metamorfozę godną prawdziwego metalowego dinozaura i obecnie bliżej im do czysto rockowego sznytu, ale tak prędzej czy później kończą wszyscy doomowcy-stonerowcy. I bardzo dobrze, jeżeli w takim stylu. W zamierzchłych czasach, gdy gatunek ten zdominowali Amerykanie z Pentagram, Trouble czy Saint Vitus, Pomarańczowy Goblin powiedział sobie „Dosyć! – Black Sabbath to brytyjskie dziedzictwo i nie będziemy gorsi w głoszeniu ich chwały”. I niech głoszą przez kolejne 30 lat.
I przyszła pora na koncert festiwalu – przynajmniej dla mnie. Grave widziałem po raz pierwszy podczas pamiętnej Metalmanii w 1992 roku w oryginalnym składzie. Kiedy odszedł Jonas Torndal, by zająć się pełnoetatową pracą dla utrzymania świeżo założonej rodziny, zostało ich trzech. Przyjechali ponownie do Polski rok później z Bolt Thrower na kilka koncertów, które były też szansą pokazania się w Europie naszego Vadera. Pochwalę się, że byłem na wszystkich koncertach polskiej trasy – nie dla Bolt Throwera (którego kocham miłością perwersyjną i dozgonną), ale właśnie dla Szwedów. Obok Entombed to dla mnie najważniejszy zespół tamtej sceny i dałbym się dla nich pokroić na plasterki. Przebierałem więc nóżkami, wiedząc, że reaktywowali się w jedynym słusznym składzie rok temu i objeżdżają wszystkie festiwale, z nadzieją, że może wkrótce zawitają do nas. Było prawie wszystko, co chciałem: „Into The Grave”, „Morbid Way To Die”, „Deformed”, „In Love”, „Brutally Deceased”, „Christi(ns)anity”, „Soulless”, „Extremely Rotten Flesh”, „You’ll Never See Heaven”, „Hating life”, „Here I Die… Satisfied” i mnóstwo innych, których nie zliczyłem, w takich byłem emocjach! Piszę „prawie”, bo koncert musiałby trwać ze dwie godziny, by mnie w pełni usatysfakcjonować. Jorgen w idealnej formie wokalnej, Jensa napierdzielał w baniaki, jak za dawnych lat i tylko szczęśliwie Ola nie śpiewał – wolę go jednak, jako kompozytora i wykonawcę solówek! J Kolejnych gości widziałem już po wielokroć – Samael gościł i na ciechanowskim Sthrashydle, na Metalmaniach, w polskich klubach i prawie wszędzie tam byłem. Ale tych Szwajcarów nigdy dość! Tym bardziej że miałem niedosyt po ich ostatnim koncercie w Progresji, gdzie brzmieli zbyt cicho – nie było tam kompletnie poweru, jaki powinna dać aparatura Xytrasa. Tym razem było wporzo, choć już bez takich emocji, jak w przypadku Grave. Samael też obchodził niemały jubileusz i zaprezentował wszystkie swoje perełki z bogatej dyskografii, nie oszczędzając ostatnich płyt, które już nie wypadają tak świeżo i wizjonersko, jak ich kultowe albumy. Prym w dzisiejszym zestawie repertuarowym wiódł materiał z „Ceremony” wykonany w przearanżowanej na okazję tej trasy wersji. Do pełnej satysfakcji zabrakło mi soczystej wersji żelaznego punktu kończącego ich koncerty – utworu „Into The Pentagram”. Ale nic to.
Dzień zmierzał ku końcowi a tu jeszcze przed nami taka niespodzianka! Kiedy w zamierzchłych latach 90-tych chciałem kupić jakąkolwiek płytę CD, można było zrobić to najczęściej na giełdach płytowych, bo ze sklepów był jedynie MPiK, gdzie zagramanicznych kompaktów nie było (krajowych zresztą jeszcze też). Jednym z takich miejsc był warszawski klub Hybrydy, gdzie co wtorek od 15.00 zaczynała się kultowa giełda płytowa. Tam zdobywałem (bo o kupnie kilku egzemplarzy jednego tytułu nie było mowy) krążki Death, Morbid Angel, Sepultury, Paradise Lost oraz inne mniej znane wynalazki. Podczas jednego z takich polowań znajomy dealer podsunął mi pod nos płytę z bardzo dziwną okładką przypominającą szachownicę do rozgrywek 5D – „Świetny doom” – polecił – „Bierz, bo zaraz ktoś zwinie!”. Na dwóch krążkach (to też novum jak na metalowy materiał) tylko sześć utworów po kilkanaście minut każdy – włączyłem w domu wieczorem zaraz po powrocie i pomyślałem „jestem w doom-metalowym niebie”: ciężko, wolno, dłuuuugo i nieszablonowo. Wtedy brytyjski Esoteric, bo o nim mowa, był w ścisłej awangardzie muzyki dziwnej i tak mu zostało, chociaż nadal po wydaniu siedmiu płyt jest świeży i zaskakujący. Jak ja czekałem na ich występ! Nie jest to headliner obskakujący wszystkie możliwe letnie festiwale i zapełniający hale koncertowe, więc bardzo rzadko można na nich trafić w europejskich rozpiskach koncertowych, chociaż grają regularnie. I są jak stare dobre wino, choć w przypadku Brytoli powinienem powiedzieć, jak stara dobra Whisky – taki wytrawny trzydziestoletni single malt. Koncertowa bajka przez ponad godzinę – set w sam raz na koniec dnia – bez pośpiechu, dla koneserów, tych co mają czas i są ciekawi czegoś innego i wciąż nadal nowego, bo muzyka Esoteric nie jest sztampowa i do gatunku doom wnosi wiele świeżości i pewnej bajkowości właśnie. Jeżeli miałbym porównać aurę, to blisko było by mi do dokonań Ozric Tentacles, chociaż jedynie w sferze klimatu, bo przecież muzycznie to zupełnie inna (nomen omen) bajka.
I tak oto dotarliśmy do trzeciej odsłony XVI edycji festiwalu – wszystko, co dobre, szybko się kończy… Krypta zapadła w Toń – zjawiskowa muzyka, gdzie w doom-metalowym sosie mamy trochę folku, trochę progresywnych klimatów i odrobinę dobrze pojętej psychedelii. To mi się podoba w każdej kolejnej edycji SDL, że wychodzą poza sztywne ramy metalu i prezentują wykonawców nietuzinkowych i niesztampowych, jak właśnie warszawski kwintet. Zespół ogrywał swój debiutancki album „Korzenie” oraz najnowszy split „Księgi Wieczyste” wydany wspólnie z grupą Weedcraft. Charyzmatyczna wokalistka Monika Adamska dysponuje mocnym, niskim, spokojnym głosem i bardzo swobodnie operuje melodią. Oniryczna muzyka trochę przypomina mi dokonania The Gathering z czasów „Mandylion”, chociaż to porównanie mogłoby być krzywdzące dla Toni, prezentującej oryginalną i bardziej transową muzykę. Wokalizy pani Moniki na pewno przypadłyby do gustu fanom Dead Can Dance oraz Cocteau Twins. Bardzo podobał mi się ten występ! Następnym artystą był Guillaume Galaup znany wcześniej z Blurr Thrower i jego projekt Limbes (będący właściwie kontynuacją BT) bardzo konweniujący muzycznie z poprzednimi gośćmi na małej scenie, mimo że to atmosferyczny black-metal. Francuscy wykonawcy na szczęście dużo częściej się przebijają na szerokie wody niż w epoce thrash czy death-metalu. I bardzo dobrze, bo ta nacja, może nie tak znacząca w hałaśliwych gatunkach, zawsze miała sporo do powiedzenia muzycznie a ich scena black, jest obecnie jedną z najbardziej prężnych w Europie. Guillaume sam wziął na siebie wszystkie obowiązki performance’u i na scenie mieliśmy jednego aktora. Limbes mimo krótkiej metryki ma na koncie już dwa albumy załadowane długimi i klimatycznymi kompozycjami. Jest to tak zgrabnie poaranżowane, że automat perkusyjny na żywo nie drażni, jak w przypadku innych wykonawców posługujących się tym specyficznym instrumentem. Atmosferyczny black Limbes nie jest banalny i ma iście gotycki klimat, a zmiany tempa są dobrze wyważone i konsekwentnie wynikające z kontynuacji kompozycyjnej a nie „powklejane” na siłę, a zaraz po nich spowolnienia, niczym prawdziwe black-metalowe catharsis. Chociaż ja wychowany na klasyce częściej wracam do Dark Throne czy Burzum a już najczęściej do Dimmu Borgir. Ale i tu miałem sporo momentów do satysfakcji.
Lekka zmiana klimatu w Krypcie, chociaż wciąż w oparach black-metalu, to rodzimy Odium Humani Generis z bardzo klasyczną wizją gatunku – i tak lubię! Miecze, puchary krwi, dziewice… Niech się dzieje! Łodzianie zgotowali istną muzyczną krwawą łaźnię i czarna krew zalewała me uszy z czystą rozkoszą. Nie darmo szlifowali warsztat w takich legendach jak Pandemonium i Imperator – mieli szczęście, że te bandy grasowały drzewiej na ich ziemi i słychać tu kunszt. Zespół promuje już od jakiegoś czasu swoje drugie dzieło „Międzyczas” wydane sumptem Malignant Voices. A zaraz po ich przemyciu dla moich uszu prawdziwa miazga – londyński Vacuous (nie mylić z kanadyjskim bandem black-metalowym o tej samej nazwie) druzgoczący kości swoim death metalem. Gruz, gruz i jeszcze raz gruz! Dla fanów budowlanki mus! W Relapse Records mają z nich prawdziwą pociechę, bo ostatni materiał „In His Blood” rozrywa mózg na strzępy. Remo nie darmo rekomendował a ja się kajam, że ten gatunek posądzałem od jakiegoś już czasu o zjadanie własnego ogona. A po nich nie było wcale łagodniej i ciszej, bo na scenę Krypty weszła norwesko-włoska (prawda, że osobliwe połączenie) Darvaza. Widziałem już ten zespół niedawno w warszawskiej Hydrozagadce i zrobili na mnie wrażenie. Zespołów, przez które przewinęli się Omega i Wraath nie sposób wyliczyć – zainteresowanych odsyłam do Metal Archives, chociaż pewnie i ojcowie tego znamienitego portalu stracili już rachubę… Ale tak znamienity staż daje najlepsze gwarancje solidności łojenia. Przez pierwszą połowę obecnej dekady panowie bombardowali nas ep-kami, by wreszcie w 2022 roku wypluć z siebie pełen debiut i poprawić w tym roku albumem „We Are Him”.
Ci, którzy wielbią Portal (kończący cały festiwal na dużej scenie), nie mogli ominąć przedostatniego występu w Krypcie ich pobocznego projektu Impetuous Ritual. Tym większa to gratka, że muzycy z antypodów rzadko odwiedzają Europę, nie wspominając o naszym zatęchłym zaścianku. Od piętnastu lat Australijczycy głoszą chwałę ortodoksyjnego death-metalu a wszyscy pamiętamy, jak to zasłużony kraj dla gatunku. Trzy kwadranse łomotu, który dzisiaj dosłużył się sugestywnego określenia „gruz” – wrażeń moc, chociaż mnie przekonują bardziej subtelne odmiany gatunku. Tutaj prawdziwy gruz wali się na głowę. Zastanawiałem się, jak taka intensywna muzyka zostanie selektywnie nagłośniona na tak małej przestrzeni, no i brzmiało to naprawdę spoko. Ale to i tak mały pikuś w porównaniu z wrażeniami wizualnymi – panowie w skąpych opaskach na biodrach, wymalowani rytualnym czarnym błotem, niczym prawdziwi Aborygeni sprowadzeni prosto z buszu robili piorunujące wrażenie. Nałożyć na ten obraz muzykę i mamy istny kulturowy szok. Czy się podobało? To była istna muzyczna apokalipsa! A na finał w Krypcie zagrał Terrestrial Hospice z zapowiadanym pierwszym koncertem w ich historii. Stary, poczciwy Inferno w składzie dawał gwarancję samych atrakcji i fani zgromadzeni na miejscu po północy nie zawiedli się. Brzmiało to też potężnie a sama muzyka? Profeska po prostu! Black-death najczarniejszej próby i można było zmieścić się w Krypcie, pewnie z powodu późnej pory, chociaż sala i tak była napakowana po kokardę po pierwszym utworze. Świetny akcent na koniec festiwalu, przynajmniej na małej scenie…
Trzeci dzień na dużej scenie przywitał widzów i zespoły deszczową aurą. Wbrew temu na dobry początek zagrał Backhand Slap – zespół o bardzo punkowej proweniencji, co podkreślały wyświetlane za muzykami polityczne statement’y o konflikcie na Ukrainie i inne o antywojennej wymowie. Pogoda niestety nie pomagała im przez cały występ, i mimo zachęcających dźwięków niewielu widzów chciało wygramolić się z namiotów. I nie wiedzą, co tracą: bardzo żywiołowa muzyka, cross-overowa energia i dużo okazji do stagingu, moshingu, headbangingu. Podobna aura towarzyszyła występowi gości z Ameryki – Texas Toast Chainsaw Massacre. Nazwa spektakularna, takoż i muzyka. Z samej ojczyzny crossover’u pokazali nam, jak się gra ten gatunek. Panowie natłukli kilka ep-ek oraz dwa albumy, chociaż pierwszy ma ledwie 20 minut a ostatni z ubiegłego roku „Super Turbo” pół godzinki. Ale materiału koncertowego uzbierali przez dekadę sporo i produkowali się ambitnie. Aż mi ich żal z powodu deszczu i mizernej publiki, ale kilku zatwardziałych fanów było, skakało i zespół był kontent z odbioru. Tyle samo wody, co przyjęli na głowy wypocili na scenie – bilans się zgadzał.
Czas na konkretny przypierdziel – Deamonolith ze Stolycy. Muzycy znani z wielu bandów naszej sceny zaprezentowali iście progresywny rozmach, jak na gatunek death-metalowy i właściwie są pionierami, ponieważ nie pamiętam, żeby jakikolwiek zespół tej proweniencji wykonywał na żywo jeden półgodzinny utwór w całości. Zespół zaprezentował nam swoje najnowsze dzieło „The Monolithic Cult of Death”, którym z przytupem zadebiutował w ubiegłym roku. Byłem naprawdę zachwycony kompozycją, klimatem, wykonaniem i brzmieniem. Szkoda tylko, że nie załapali się na wieczorną oprawę, bo za dnia to tak nie za bardzo… Ale ogień był i czekamy na kolejne dokonania płytowe i sceniczne. Polski set trwał nadal, ale już w odmiennym nastroju – sprawił to Gallileous ze Śląska. Kiedyś podobno grali doom, ale ewoluowali i złagodnieli. Ewolucja przebiegała bardzo twórczo, bo wydali od 2008 roku aż siedem płyt i aktualnie bardzo lubią pływać po progresywnych morzach z psychedelicznym wiatrem. Bardzo przyjemna muzyka, z interesującym wokalem Anny Pawlus, która dodatkowo pisze ciekawe, niebanalne teksty. Jej frontmenowaniu właśnie stuknęła dekada i ten angaż to był bardzo dobry krok zespołu, który stylistycznie pewnie czuł, że po płycie „Voodoom Protonauts” znalazł się na niewygodnym rozdrożu. Ale to nie koniec występów Pań na dużej scenie, bo oto po Teleekspresie zawitał Dom Zły, który po latach przebijania się w polskim undergroundzie w pełni zasłużył na deski dużych scen europejskich festiwali. Zespół od zimy ubiegłego roku ogrywa swój drugi album „Ku Pogrzebaniu Serc” i z sukcesem rozpycha się na naszym konkurencyjnym rynku. Widziałem ich już nie raz i zauważam progres w ich koncertowych poczynaniach. Demoniczna Ania ze swymi obłąkańczymi tekstami robi mocne wrażenie. Turpizm w ich wykonaniu jest zaiste piękny i sugestywny!
W wieczornym anturażu na scenę weszli weterani ze Szwecji z Year Of The Goat. Zespół przetrwał zmienne mody, by na twardych nogach stanąć z dumnie wypiętą piersią ubraną w koszulkę z napisem Retro. Mają wszystko, co lubię – organy Hammonda, mellotron, ezoteryczny klimat, okultystyczne teksty i szacunek do Blue Öyster Cult. Chyba dobrze im w Napalm Records, bo wydają tam już czwartą płytę „Trivia Goddess”. Występ na kompletnym luzie, ale z pełnym profesjonalizmem. Wiadomo – Szwedzi! Nie ma lipy! Kto powiedział, że prawdziwie męski wokal nie może być zbyt melodyjny? I prezencja wokalisty jak najbardziej budzi respekt. Thomas Sabbathi z przyjaciółmi doskonale bawił się na scenie a jego pozytywne wibracje udzieliły się nawet zblazowanemu black-metalowemu towarzystwu, czekającemu ponuro na występ kolejnej skandynawskiej legendy Aura Noir. A wiele obiecywałem sobie po ich spektaklu, zwłaszcza z wizualnej strony – zielone i bordowe światła spowijające scenę, niczym zorza polarna, z którą na co dzień mają do czynienia. Dlatego zmierzch jest ich sprzymierzeńcem i dobrze, że dostali akuratną porę w rozpisce dnia. Sama muzyka Aura Noir bardziej docierała do mnie na płytach – black-metalowe zespoły z drobnymi wyjątkami nie słyną z perfekcyjnie brzmiących performensów. Ma być brudno i niedokładnie, jak na płytach. Czasem chyba nawet nie ma co żałować, że taki, dajmy na to, Dark Throne preferuje zamiast koncertowania siedzenie na kanapie i jeżdżenie na łyżwach po jeziorze. Godzinny show Norwegów dał nam możliwość przesłuchania przekrojowo całego ich repertuaru i widać, że polscy fani największą estymą darzą stare płyty z kultową „Black Thrash Attack” na czele.
Kolejna rewelacja festiwalu została zapowiedziana z konsekwencją, jaka towarzyszy im od ponad czterech dekad – nieśmiertelnym intrem: „Ladies and gentlemen – from the very depths of hell: Venom!” Widziałem zespół Cronosa na wcześniejszej edycji Brutal Assault u przyjaciół Czechów i tamten koncert urwał mi łeb na wysokości dupy, więc tym bardziej ostrzyłem sobie zęby na tę prawdziwą i żywą legendę wszech gatunków diabelskiego metalu. Były wszystkie hity prekursorów black-metalu z pierwszych trzech kultowych płyt, co więc będę je wyliczał, skoro wszystkie znacie na pamięć. Ale cały występ został położony nienajlepszym dźwiękiem – słabo słychać było zwłaszcza chrypliwy i wyzywający głos Cronosa, chociaż chodziłem w różne miejsca pod sceną, by niwelować te deficyty. Na próżno! Szkoda, bo to mógł być piękny akcent końcówki festiwalu. A tak zastaje niedosyt i nadzieja, że może jeszcze za rok-dwa będzie mi dane złapać pana Diabła za nogi ponownie. Za to już bez żadnej zapinki podszedłem do przedostatniej legendy tego wieczoru: spokojnego Cult Of Luna. Ale ten czas zapierdziela – to już ćwierć wieku, jak są na scenie. Szwedzi w metalu zawsze gwarantowali solidność, oryginalność i klasę. Chociaż część zespołów z gatunków bardziej atmosferycznego metalu zaczęła w pewnym momencie mnie nudzić. Z ciekawością zatem podszedłem do zagadnienia, by się przekonać, czy już mi przeszło. Wyznawcy Księżyca dali radę a zaintrygowali, zanim zaczęli grać, ustawieniem na scenie dwóch zestawów perkusyjnych. Poczułem ciarki, niczym na koncercie King Crimson z czasów Bruforda i Masteloto. Dużo mnie ominęło przez te lata, bo muzyka Cult Of Luna bardzo rozwinęła się od czasów ich debiutanckiego albumu z 2001 roku. Nie ma na to określenia i dobrze, bo wszyscy teraz wszystko szufladkują, chociaż znaleźli się dziennikarze, którzy i do tego typu twórczości dokleili łatkę – nazwali ją post-metal, cokolwiek to znaczy. Długi występ, jak na standardy festiwalu, trwał godzinę i kwadrans – to stanowczo za krótko, by nacieszyć się tak finezyjnymi dźwiękami. Muszę przeprosić się z Cult Of Luna i nadrobić stracone lata na kolejnym koncercie może już w przyszłym roku, bo ostatnio intensywnie występują.
Jedną z największych rewelacji kończących SDL miał być awangardowy Portal z Australii. Wszyscy czekali na ich apokaliptyczny show, wymyślne maski wokalisty i miażdżącą niczym walec black-metalową młóckę. Siedem płyt na karku, dwadzieścia pięć lat na scenie i wreszcie zawitali i do nas, wreszcie mogliśmy dotknąć koncertowego absolutu i poddać się obłędowi ich muzycznych obrzędów. I co? I dupa! Tak fatalnego brzmienia nie słyszałem na żadnym koncercie ever, jak żyję z szóstym odwróconym krzyżykiem na karku. Wymyślna maska Curatora przedstawiająca kozła z rogami całkowicie zasłaniała mu otwór gębowy, czyli paszczę, wobec czego usłyszenie jakichkolwiek dźwięków poza charczeniem i astmatycznymi onomatopejami było niemożliwe. Czy oni mieli próbę? A może akustyk bał się, że nie zdąży na nocny lot do Australii i spakował walizki przed występem? Może mu nie zapłacili? Może zemdlał na konsolecie z wrażenia, że jest w katolickiej Polsce? Noż w dupę misia! Ta eksperymentalna awangarda okazała się naprawdę awangardowym eksperymentem dźwiękowym. Niepocieszony czmychnąłem czym prędzej z festiwalowego parkingu. Ale ja tu jeszcze wrócę! Za rok! Zobaczycie!
Wasz Pit
P.S. Nieustające podziękowania dla całej ekipy Tomka Barszcza i do zobaczenia na kolejnej edycji za rok.





