Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

 

 

hmp 97sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

Lost Generation Festival - Kraków - 16.06.2026

Lost Generation Festival - Kraków - 16.06.2026

Zacznę od pewnej dygresji. Nie mam co prawda jeszcze „czwórki” z przodu, ale coraz częściej zdarza mi się wspominać z lekką nostalgią i sentymentem czasy nastoletnie. Tak, te czasy, gdy w MTV leciała głównie muzyka. Mając te 13-15 lat dopiero wciągałem się w szeroko pojęte gitarowe granie. Odkrycie prawdziwego metalu było jeszcze przede mną, a na mojej ówczesnej playliście królowały dwa gatunki. Mianowicie pop punk, nu-metal i tym podobny „rock dla drechów”, jak to jeden z moich znajomych kiedyś ładnie podsumował.

Kiedy dowiedziałem się, że w Krakowie Knock Out Production organizuje taką imprezę jak Lost Generation Festival, a głównymi gwiazdami mają być dwie kapele, na punkcie których jako dzieciak miałem dosłownie pierdolca, stwierdziłem, że nie ma opcji, żeby mnie tam zabrakło. Nawet jeśli głównym powodem był coraz częściej budzący się we mnie sentyment.

Zacznijmy może od faktu, że ten festiwal to nie tylko muzyka. Organizator zadbał również o inne atrakcje, które miały za zadanie oddać klimat, jaki panował te 20-25 lat temu na tego typu imprezach za oceanem (nie byłem na takowej co prawda, ale znam z opowieści). Temu służyła strefa „Playground” rozstawiona dookoła Tauron Areny. Była ona podzielona na obszary tematyczne. W „Skate Zone” mogliśmy obserwować zawody skaterów. Przypomniała mi ona czasy, gdy jako szczyl oglądałem popisy deskorolkarzy na Extreme Sports Channel. Co prawda, robiłem to głównie dla muzyki lecącej w tle, gdyż deski z kółkami nigdy nie były moją bajką, ale i tak sentyment się obudził. Jeżeli kogoś bardziej kręcą gry zespołowe, w „Basket Zone” mógł sobie pograć w koszykówkę 3x3. Natomiast osoby, które zamiast sportu w klasycznej formule, preferują e-sport doskonale, odnajdywały się w strefie „Retro Games”, gdzie można było sobie pograć w stare gry komputerowe. Playground to również wiele innych atrakcji. Pokazy lowriderów, występy cheerleaderek i wszędobylski niedźwiedź będący maskotką tego eventu to tylko niektóre z nich.

Przejdźmy do najważniejszej części całego wydarzenia, czyli muzyki. Koncert rozpoczął występ zespołu Lagwagon, kapeli mocno zasłużonej na scenie skate punkowej. Fanem tego bandu nigdy nie byłem i szczerze mówiąc, ten koncert tego nie zmieni. Zabawna sytuacja, gdyż przez jakieś 25 kompletnie nie śledziłem ich poczynań. Zapamiętałem ich z początku lat 2000 jako ekipę (względnie) młodych punkowców, tymczasem na scenie pojawiła się grupka starszych panów, która grających muzykę, która swego czasu była skierowana głównie do nastolatków. Niezły dysonans poznawczy. Muszę jednak oddać hołd Joeyowi Cape, gdyż pomimo sześćdziesiątki na karku, jest naprawdę w świetnej formie. Zarówno fizycznej, jak i wokalnej. Sam występ był bardzo poprawny, ale bez fajerwerków. Zresztą nie ma się co dziwić, gdyż na tego typu imprezach pierwszy zespół łatwego zadania (nie oszukujmy się, czasem robi po prostu za tester nagłośnienia). Publiczność dopiero się zbierała, ale nawet niektórzy nielicznie zebrani pod sceną oraz na trybunach dali się graniu Amerykanów porwać.

Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy na scenie zaczął się instalować zespół Hollywood Undead. Płyta wówczas zaczęła się zapełniać, również na trybunach liczba wolnych krzesełek drastycznie zaczęła spadać. Może to trochę dziwić, gdyż muzyka tworzona przez ten amerykański band co prawda jest określana jako rapcore, jednak elementy hiphopowe w znacznej części u nich przeważają. Jednak przybyłym na krakowski festiwal wcale to nie przeszkadzało. Sądząc po koszulkach, Hollywood Undead mieli w Tauron Arenie sporą reprezentację swoich fanów. Nie brakowało tych, którzy znali teksty na pamięć i śpiewali wraz z zespołem na cały głos. Nie jest to zespół z mojej bajki, jednak przyznaję, że umieli rozruszać imprezę.

Fiński The Rasmus to również band, który zawsze był poza zbiorem moich muzycznych zainteresowań. Ich granie postrzegałem jako miałki pop. Owszem, był onprzyprawiony przesterowanymi gitarami, ale nawet to nie ujmowało mu przesłodzenia. Z drugiej strony przyznaję, że w 2003 sam sobie czasem nuciłem „In the Shadows”, które było wówczas do porzygu katowane w stacjach radiowych oraz telewizjach muzycznych. Koncert obejrzałem trochę z dziennikarskiego obowiązku, ale nie będę kłamał, że nie było we mnie nutki ciekawości. Również minąłbym się z prawdą, gdybym napisał, że bawiłem się źle. Nie przekonali mnie jednak na tyle, bym miał ochotę na powtórkę.

Jako przedostatni tego wieczoru scenę okupował zespół Papa Roach. Kapela, która dla „straconego pokolenia” ma status wręcz kultowy, co można było zresztą zobaczyć. Osoby w koszulkach z logotypem grupy stanowili sporą część przybyłych na ten event. Sam koncert? Powiedzieć, że wyśmienity, to jak nie powiedzieć nic. Przez cały występ można było odnieść wrażenie, że czas im się zatrzymał w 2000 roku. Zresztą utwory z wydanej w tamtym roku debiutanckiej płyty „Infest” stanowiły sporą część setu. Na pochwałę zasługuje wokalista Jacoby Shaddix, którego moim wrażeniem czas się w ogóle nie ima. Facet tego wieczoru udowodnił, że jest w świetnej formie. Zarówno wokalnej jak i fizycznej. W pewnym momencie wszedł nawet w towarzystwie ochrony między publiczność na trybunach. Na scenę zaprosił również dwóch swoich synów. Jagger wspomógł go wokalnie w kawałku „See U in Hell”, natomiast Brixton dał świetny show w „BRAINDEAD”. Publiczność dała się porwać temu szaleństwu. Ludzie szczególnie dali się porwać utworowi „Scars” poprzedzonemu dość osobistym wyznaniem wokalisty. Prawdziwe wariactwo miało też miejsce podczas „Between Angels And Insects” oraz kończącego cały koncert, kultowego „Last Resort” (oba ze wspomnianego „Infest). Zespół uśmiechnął się również do fanów prezentując kilka nowych numerów z nadchodzącej, jeszcze niewydanej płyty. Również miłym gestem było zagranie medleju złożonego z klasycznych nu-metalowych numerów innych wykonawców („Blind / My Own Summer (Shove It) / Break Stuff / Chop Suey”). Załuję tylko, że przy układaniu setu całkowicie pominięto dobrze przyjęty zarówno przez krytyków, jak i fanów album „Lovehatetragedy” z 2002 roku. Ale cóż Nie obyło się niestety bez przykrych incydentów. Po utworze „... To Be Loved” koncert musiał zostać przerwany na 15-20 minut w związku z faktem zasłabnięcia jednego z widzów. Naszczęście dzięki sprawnemu działaniu służb medycznych, udało się mu przywrócić funkcje życiowe.

Z powodu wspomnianego wyżej zdarzenia, koncert The Offspring rozpoczął się z lekkim opóźnieniem. Po koncercie Papa Roach zastanawiałem się, czy Kalifornijczycy będą w stanie przeskoczyć ich świetny, pełen energii występ. Dali radę, choć osobiście oba występy stawiam równorzędnie (wahadełko może jedynie lekko wychyla w stronę Shaddixa i kumpli). Mankamentem było dla mnie nagłośnienie, które momentami nie było zbyt selektywne, ale z czasem moje uszy się do tego przyzwycaiły i przestało mi to przeszkadzać. Dexter wokalnie również stanął na wysokości zadania (ci, co śledzą, co się dzieje w zespole, wiedzą, że nie jest to rzecz oczywista). Razem z Noodlesem w mistrzowski wręcz sposób prowadzili swoje wesolutkie gadki z publicznością pomiędzy utworami. Nawet jeśli są to wyuczone dialogi (ja sugerują ci, którzy mieli okazję widzieć zespół na żywo w ostatnich latach), to i tak sprawiają sympatyczne wrażenie. Set składał się w dłużej mierze z samych klasycznych hitów. Wyjątkiem były dwa utwory z ostatniej, wydanej 2 lata temu płyty „Supercharged”, mianowicie „Looking Out for #1” i „Make it Alright”. Poza tym dostaliśmy powrót do roku 1994 i albumu „Smash” (który wyciągnął zespół na szczyt) w postaci „Bad Habit” (przerwanego znanym ze stadionów śpiewem „ole, ole, ole, ole”), „Gotta Get Away” (przerwanego perkusyjnym solo w wykonaniu Brandona Petzborna) ora zagrany na bis „Self Esteem”. Godnie był również reprezentowany album „Americana” („Staring at the Sun”, „Why Don't You Get a Job”, oczywiście „Pretty Fly” i zagrane na koniec oficjalnej części „The Kids Aren't Alright”). Słabość the Offspring do grania coverów jest znana nie od dziś. W Krakowie mogliśmy usłyszeć „Paranoid” Black Sabbath oraz „Crazy Train” Ozzy'ego Osbourne'a. Wiele osób jako ciekawostkę postrzega „Love Stgory” z repertuaru popowej piosenkarki Taylor Swift. Mnie jednak wcale ona nie zachwyciła. Wolałbym w jej miejscu usłyszeć na przykład „Gone Away” albo „Dirty Magic”- najlepszy numer z ich najbardziej niedocenienogo albumu „Ignition”. W ogóle ten album został, ku mojemu niezadowoleniu, przy układaniu setlisty całkowicie pominięty. Poza tym był to bardzo udany koncert i bardzo chętnie obejrzę The Offspring jeszcze raz. Podobnie zresztą jak Papa Roach, które zasłużyło na statu równorzędnego headlinera.

Czy Lost Generation Festival okaże się imprezą cykliczną, czy był to tylko jednorazowy strzał? Patrząc na to pod kątem sukcesu pierwszej edycji, wiele czynników wskazuje na pierwszy wariant. Osobiście nie mam nic, gdyż frekwencja oraz klasa organizacyjna mówią same za siebie.

Bartek Kuczak

baner_a158x600-19.gif baner_oskar gif.gif baner_b158x600-19.gif baner_gif_prr.gif ma_week_gif-gif.gif baner_lone assembly.gif baner_158x600-19.gif baner_oh.gif maiden_united_bannery-v70_01.gif baner_158x600_mtwa.gif

Goście

8157760
DzisiajDzisiaj269
WczorajWczoraj3078
Ten tydzieńTen tydzień10395
Ten miesiącTen miesiąc82532
WszystkieWszystkie8157760
18.97.14.83