„Absolutne maksimum” (Cold In Berlin)
Ten brytyjski zespół zdobył w Polsce pewną popularność, przede wszystkim dzięki świetnym koncertom, w tym na festiwalu Castle Party. Teraz wracają po długiej, bo aż sześcioletniej przerwie, podsuwając fanom piąty, bardzo udany album „Wounds”. Już wkrótce zagrają też u nas znowu, podczas trasy z grupą Datûra. Na nasze pytania odpowiedział cały zespół, czyli wokalistka Maya Berlin, gitarzysta Adam Richardson, basista Lawrence Wakefield i perkusista Alex Howson.
HMP: Piąta płyta to już nie przelewki, bo mając już wypracowaną pozycję pewien krąg odbiorców nie można pozwolić sobie na obniżenie poziomu. To dlatego trzeba było czekać na ten album aż sześć lat?
Alex: W pewnym sensie tak. Pandemia wymusiła przerwę, a to naturalnie wydłużyło cały proces. Ale kiedy na początku 2024 roku zaczęliśmy pisać utwory na EP-kę „The Body Is The Wound”, stało się jasne, że jeśli mamy stworzyć piąty album Cold in Berlin, to musi on pójść w jakimś nowym kierunku. Dlatego daliśmy sobie czas, by pchnąć wszystko naprzód. „Wounds” zdecydowanie wyznacza dla nas nowe terytorium, ale to wszystko nadal brzmi jak nasz zespół. To wyważenie wymagało czasu - i było warto.
Jak to jest w waszym przypadku, dłuższa praca nad materiałem wyszła mu na zdrowie, bo mieliście więcej czasu na wypróbowanie i zrealizowanie wszystkich pomysłów pojawiających się w tym okresie, czy też przeciwnie, wolelibyście sfinalizować ten album szybciej, ale pandemia czy inne okoliczności skutecznie to uniemożliwiły?
Lawrence: Bardziej chodziło o to, że zrobiliśmy sobie przerwę na czas pandemii i kilka lat temu zaczęliśmy tworzyć nowy materiał od zera. Ale na pewno wróciliśmy z nowymi pomysłami i nowym poczuciem celu.
Adam: W 2023 roku właściwie zrestartowaliśmy zespół, z zamiarem zrobienia tym razem wszystkiego inaczej, zaczynając od wydania EP „The Body Is The Wound”, która miała być pierwszym przejawem naszego nowego brzmienia.
Można określić tę sytuację jako drugi debiut zespołu, bo zapewne ponownie z dużą
niecierpliwością oczekiwaliście na premierę swej płyty, tak jak przed laty?
Lawrence: Trochę tak. To wygląda jak reset, ale jednocześnie jak zwieńczenie wszystkiego, co było wcześniej.
Adam: „Wounds” to również najbardziej kolektywny album, jaki kiedykolwiek napisaliśmy. Każdy wniósł do niego wszystko, co miał, i dał z siebie absolutne maksimum.
Skąd wziął się Berlin w nazwie londyńskiego zespołu? To echa waszej fascynacji niemiecką muzyką, elektroniczną, krautrockiem czy tamtejszą Neue Deutsche Welle, albo berlińskim etapem twórczości Davida Bowie?
Lawrence: Wszystkiego po trochu, ale także samego miasta, jego kultury i architektury.
Adam: To nasz Avalon. Odległe miejsce mitów i legend. Tam może wydarzyć się wszystko…
To w sumie spore zaskoczenie, że w latach 70. Amon Düül II, Can, Faust, Tangerine Dream czy Kraftwerk były początkowo bardziej popularne na Wyspach Brytyjskich niż u siebie – nikt nie jest prorokiem we własnym kraju?
Alex: Może to po prostu siła tego, co nieznane. Kiedy coś pochodzi spoza twojej własnej kulturowej bańki - zwłaszcza coś tak dziwnego i przekraczającego granice jak wczesny krautrock - niesie ze sobą wrodzoną tajemniczość. Ludzie reagują bardziej, gdy nie potrafią do końca zlokalizować, skąd bierze się ten hałas. Bowie miał to samo. Jasne, był ikoną Wielkiej Brytanii, ale połowa jego uroku polegała na tym, że wyglądał i brzmiał, jakby wypadł z innego wymiaru.
A jak wygląda to u was, gdzie jesteście bardziej popularni, w ojczyźnie, czy w Europie
kontynentalnej?
Alex: Tak, sami również trochę tego doświadczyliśmy. Z jakiegoś powodu ostatnio nawiązaliśmy silniejszą więź z odbiorcami w Europie i obu Amerykach, w sposób, który nie zawsze udawał się nam w domu. Może po prostu nigdy nie jesteś aż tak interesujący na własnym podwórku.
Nie można tu nie wspomnieć, że zaintrygowaliście swoją muzyką również polską publiczność – przełomem były tu chyba wasze festiwalowe występy, w tym przede wszystkim na Castle Party?
Lawrence: Polska przyjęła nas najserdeczniej ze wszystkich krajów. Mieliśmy tu niesamowite doświadczenia koncertowe, a Castle Party to jeden z naszych ulubionych występów w historii.
Adam: Metalowi bogowie naprawdę się wtedy do nas uśmiechnęli. Graliśmy podczas potężnej burzy, w ogromnym namiocie, gdy pioruny uderzały w zamek w Bolkowie. Epickie.
Odczuwacie w czasie koncertów, że publiczność w zależności od miejsca pochodzenia różnie reaguje na waszą muzykę, inaczej ją odbiera?
Alex: Nie wiem, czy jakikolwiek kraj ma jeden, stały „koncertowy charakter”, ale na pewno czuć różnice w energii. Polska to miejsce, które naprawdę nas poruszyło i to nie jest kurtuazja. Publiczność u was reaguje, jest głośna, rusza się, a zwykle w pierwszym rzędzie ludzie tańczą lub headbangują już od pierwszego dźwięku. I uwielbiają rozmawiać po występie. Jednym z najmilszych momentów było to, gdy po Castle Party zagraliśmy później koncert w Łodzi - podchodzili do nas ludzie, którzy widzieli nas na festiwalu. To daje ogrom wsparcia zespołowi, który podróżuje do innego kraju, zastanawiając się, czy ktokolwiek się nim przejmie, zainteresuje. To też dużo mówi o cieple i życzliwości Polaków, zwłaszcza w kontekście sceny dark-music.
Brexit musiał być więc dla was sporym ciosem, bo teraz jest wam znacznie trudniej, jeśli chodzi o wyjazdy, koszty też są wyższe – polityka po raz kolejny koreluje z rockiem, niestety znowu w negatywnym kontekście?
Lawrence: To ponura sytuacja bez żadnych pozytywów. Szukamy sposobów, by sobie radzić, ale trasy koncertowe i tak są skomplikowane i kosztowne dla artystów, a Brexit z pewnością to wszystko utrudnił.
„Wounds” to seria utworów o różnych sposobach, w jakie ludzie żyją z „ranami” swojego życia i je przetwarzają“ napisaliście w promocyjnej notce. Na ile zostało to zainspirowane waszymi osobistymi przeżyciami, a na ile są to uniwersalne opowieści, dotyczące innych?
Maya: Trudno byłoby całkowicie oddzielić moje własne doświadczenia od historii opowiadanych w „Wounds”, ponieważ taka jest natura pisania tekstów. Piosenki nie są bezpośrednio o mnie ani o moich przeżyciach, raczej nawiązują do doświadczeń, które ma wiele kobiet i z którymi każdy może się na pewnym poziomie utożsamić. Ważne było dla mnie, aby teksty opowiadały historie z kobiecej perspektywy i miały w sobie siłę.
Dużo na tej płycie emocji, takiego szczerego i osobistego przekazu – w rocku udawać się nie da, niezależnie od stylistyki?
Maya: Myślę, że muzyka jest bardzo emocjonalna, a kiedy piosenki opowiadają historie o bólu i przetrwaniu, jest to ważne i ma sens na albumie takim jak „Wounds”. Emocje pomagają słuchaczom połączyć się z utworami.
Perfekcyjnie łączycie gitarową moc i mrok z elektroniką i pięknymi melodiami, czego na taką skalę w waszej muzyce jeszcze nie było – właśnie o taki efekt końcowy wam chodziło?
Adam: Zdecydowanie.
Jak doszliście do własnej muzyki w takiej właśnie formie? Był to długi proces, czy
komponowanie od początku przychodziło wam z łatwością, tym większą, że z każdą kolejną płytą nabieraliście przecież doświadczenia?
Adam: Staramy się o tym nie myśleć ani tego nie analizować, żeby nie spłoszyć naszej muzy. Patrząc wstecz, niektóre albumy trudno było pisać - czy to przez słaby sprzęt, czy marne sale prób. „Wounds” komponowało się nieco łatwiej, ponieważ cały zespół rzucał na stół tyle pomysłów.
Trudno nie pochwalić się tak udaną płytą na żywo. Na razie koncertujecie w Anglii, ale w lutym pojawicie się w Polsce i zagracie u nas kilka koncertów z grupą Datûra. Co sobie po nich obiecujecie, a czego my możemy się spodziewać? Będą jakieś repertuarowe
niespodzianki, poza oczywistą dawką utworów z „Wounds”?
Lawrence: Zawsze byliśmy zespołem skoncentrowanym na koncertach, a ta trasa będzie naszą najsilniejszą setlistą w historii, z przekrojem utworów z całych naszych 15 wspólnych lat. Sami wybraliśmy również zespoły towarzyszące - niesamowita Datûra dołącza do nas na wszystkie koncerty, a na poszczególnych wieczorach występują też znakomite lokalne grupy otwierające.
Maya: Nie możemy się doczekać ponownej wizyty w Polsce. Nasze występy są performansami i zależy nam, by każdy przeżył widowisko, dlatego starannie przygotowujemy utwory pod koncerty, aby wszyscy świetnie się bawili - łącznie z nami!
Jakie są wasze kolejne plany? Wydaliście i promujecie „Wounds”, a co dalej? Marzy wam się wejście na kolejny poziom, zdobycie większej rozpoznawalności w rockowych kręgach, czy po 15 latach funkcjonowania już o czymś takim nie myślicie?
Alex: Dobre wieści są takie, że muzycznie rzeczy już się dzieją. Podczas sesji „Wounds” nagraliśmy całkiem sporo materiału, który z różnych powodów nie trafił na album, więc zdecydowanie coś pojawi się na horyzoncie. Oczywiście chcielibyśmy dotrzeć na większą scenę. Większość zespołów o tym marzy. Grać więcej festiwali, mieć środki, by częściej koncertować - to jest nasza ambicja. Nie ze względu na ego, ale dlatego, że daje nam to przestrzeń, by nadal tworzyć i łączyć się z ludźmi. Po 15 latach właśnie to wciąż wydaje się nam czymś, o co warto zabiegać.
Wojciech Chamryk





