Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 95sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

„Najważniejsza jest zabawa muzyką” (NeWBReeD)

           

NeWBReeD to zespół, który nie musi już nikomu niczego udowadniać, od lat funkcjonując na własnych zasadach. Szkoda tylko, że kolejne płyty tej niezwykle interesującej grupy pojawiają się tak rzadko – tym bardziej można i trzeba docenić zawartość najnowszej, zatytułowanej „OutLaw”.

 

                                      

HMP: W roku 2018 wydaliście album „Law”, który był powrotem po okresie dłuższego milczenia, które nastąpiło już po wydaniu wcześniejszego CD „NeWBReeD”. Po czym znowu zrobiło się o was cicho, aż do końca ubiegłego roku. Co porabialiście przez te wszystkie lata? NeWBReeD jest obecnie zespołem pracującym zrywami, a takie przerwy są  niejako wpisane w jego funkcjonowanie?

Tomasz Wołonciej: Myślę że tak. My zawsze byliśmy przede wszystkim pasjonatami – fanami różnej muzyki. Nigdy nie było tak - że któryś z nas chciał być „piosenkarzem” albo „bogiem gitary”. Chcieliśmy mieć kapele i grać jak nasze ulubione zespoły. I po latach można stwierdzić, że grunt filozoficzny jest ten sam - ale przede wszystkim praca w studio i tworzenie kawałków idzie nam o wiele wolniej, bo chcemy naprawdę mocno zaskoczyć nawet samych siebie – a nie nagrywać „co lepsze”. Dlatego czasem potrzeba nawet kilku lat aby dopracować jakiś kawałek. Myślę, że większość muzyków z wieloletnim stażem – bez względu na ich „status branżowy” podzieli to zdanie. Generalnie po przerwie jaka dzieliła albumy „NeWBReeD” i „Law” - chciałem spróbować systemu – co roku - płyta, trasa, płyta, trasa... ale dziś tak to już nie działa, po prostu. Zupełnie zmieniły się trendy, zarówno wśród grających, jak i wśród konsumujących muzykę.

Pandemia była paskudnym czasem, ale paradoksalnie dawała też spore możliwości, jeśli chodzi o pracę twórczą, z czego skorzystało wielu artystów. U was było inaczej, nie zdołaliście się wtedy pozbierać?

Tomasz Wołonciej: Może cię to zdziwi, ale myślę, że także w naszym przypadku pandemia bardzo się jednak przyczyniła do tego, że zaczęliśmy grzebać w riffach z poprzedniej sesji i wymyślać do nich nowe rzeczy. Ale tak jak powiedziałem w tej kapeli czasem jedna harmonia w wokalu zabiera nam tydzień, bo ciągle ją zmieniamy – dodajemy i ujmujemy (śmiech). Natomiast uśpiło to granie koncertów i to było fatalne...

Zastanawiałeś się może, z czego to wszystko wynika? Co sprawia, że po jakimś czasie traci się pasję do robienia czegoś, co jeszcze nie tak dawno było niezwykle ważne, może nawet nadawało sens codziennemu życiu?

Tomasz Wołonciej: Przede wszystkim stare kapele mają wielkie oczekiwania – ze strony tak innych, jak i wobec samych siebie. W życiu dwudziestolatka dwa lata to szmat czasu. Jego warsztat muzyczny i horyzont inspiracyjny potrafi się wówczas zredefiniować kilka razy. Potem potrzebujesz naprawdę wiele czasu aby stwierdzić, że dany motyw, riff, harmonia czy cały kawałek jest wart rozbudowania go i stworzenia z niego utworu na album. Nasz pierwszy album nagraliśmy w tydzień („The NeW Way of Human Existence” 2002 Apocalypse Productions), potem nasze albumy nagrywaliśmy w miesiąc lub dwa... Album „NeWBReeD” (2011 Metal Mind Productions) powstawał już rok w samym studiu! Natomiast „Law” i „OutLaw” to jest w zasadzie jedną wielka przerywana sesja trwającą jakieś 3-4 lata (śmiech). Wiesz jak jesteś młody myślisz, że twój każdy riff jest na wagę złota. Potem zaczynasz rozumieć, że aby stworzyć coś, z czego będziesz dumny potrzebujesz o wiele więcej czasu. Zauważ, że kiedyś młode kapele potrafiły wydawać nawet dwa albumy rocznie (np. Queen - „Queen II” i „Sheer Heart Attack” czy np. Black Sabbath – „Black Sabbath” i „Paranoid”) a teraz większość starych już kapel, nawet mając możliwość tworzenia komercyjnych „pewniaków” typu .. nie wiem, - Bon Jovi, nie nagrywają już albumów zbyt często... choć na pewno mają pomysły, budżety i masę fanów czekających na ich twórczość. Tak to widzę w sumie...

Ponad ćwierć wieku istnienia zespołu to z jednej strony imponujący staż, ale z drugiej jednak bagaż, zwłaszcza kiedy twórczą i nie ma co ukrywać, ciężką pracę, łączy się z życiem prywatnym i zawodowym – to również miało wpływ na waszą mniejszą aktywność w ostatnich 15 latach?

Tomasz Wołonciej: Myślę, że tu temat jest o wiele, wiele głębszy i złożony... My bardzo szybko postanowiliśmy, że nie będziemy zespołem, który będzie zabiegał o możliwość życia tylko zajmując się muzyką. Pamiętam jak zaczęliśmy grać nasze pierwsze trasy i festiwale promując nasz w sumie debiut „The NeW Way Of Human Existence” wydany na kasecie w 2002 roku przez działającą wówczas i należącą do Piotra Kozieradzkiego (jak wiadomo współzałożyciela i perkusistę Riverside) Apocalypse Productions i wówczas udawało nam się czasem zagrać przed zespołami, które sami pojmowaliśmy za naprawdę poważne, szanowane i docenione... i gdy zobaczyliśmy w jakich warunkach ci muzycy grają, podróżują, śpią, zarabiają i w ogóle żyją... to był to pierwszy i bardzo znaczący „red-flag”. Wiem, że bardzo wielu muzyków z tamtego okresu miało podobne zdanie. Oczywiście takie momenty w życiu gdy np. Metal Mind Productions wysyłał nas na nasz pierwszy i jedyny jak dotąd press-tour do Warszawy i w dniu premiery poszliśmy - wychodząc na dworcu PKP na Złotych Tarasach w Warszawie do Empik i widzieliśmy na półce nasz album położony obok Niemena i Nosowskiej (też na N) to było niezwykle miłe. Ale to nie jest najważniejsze.

Stanisław „Stanley” Wołonciej: Tak oczywiście. Dla mnie sytuacja bardzo się zmieniła, gdy założyłem rodzinę. Mimo nieocenionej wartości dwójka jeszcze nie odchowanych dzieci to jednak nie lampka solarna, która się sama ładuje a potem ładnie świeci... Kto ma, to wie ile to roboty. Z biegiem lat tego czasu zrobiło się dużo mniej. Kiedyś przesiadywaliśmy całymi dniami przy nagrywkach z pizzą i kawą, a na koniec oglądaliśmy chały z lat 80./90., dalej popijając kawę i zasypiając. Teraz nie jestem w stanie pozwolić sobie na coś takiego, mimo posiadania studia kondygnację niżej. Są to niezapomniane chwile, ale życie się zmienia, my podobno też... Tak jak mówisz jest to ciężka praca, mimo że z naszej strony jest traktowana całkowicie w kategorii „przyjemności”, jednak zawsze staramy się wycisnąć z siebie wszyściutko, co tam mamy w środku. Głęboko wierzymy, że jak słuchanie naszego materiału będzie nam sprawiać przyjemność, to ktoś choć trochę podobny do nas też tego doświadczy... Wywodzimy się z czasów w których muzę chłonęło się każdym milimetrem kwadratowym ciała, oglądało się i czytało wkładki, czytało recenzje, wywiady, szukało się rzadkich materiałów itd. Z jednej strony strasznie mi smutno patrzeć jak to wszystko zanika, przestaje być ważne, lub nawet traci sens, z drugiej strony jestem mega wdzięczny, że urodziłem się w tych czasach i tego doświadczyłem. Mam zamiar dozgonnie czerpać z tego przyjemność. Na pewno gdyby czas nie był przeszkodą, koncertowalibyśmy dużo więcej i na pewno publika byłaby dużo szersza.

Ale w końcu wróciliście i tylko to jest teraz ważne. Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy okładkę „OutLaw” od razu skojarzyła mi się z coverem „Law”. I przypomniałem sobie, że przed laty była mowa o tym, że macie znacznie więcej zarejestrowanego materiału niż na jedną płytę – powróciliście do niego po latach, uznając, że dość ukrywania go przed światem?

Tomasz Wołonciej: Tak, na szczęście udało się to zrobić. I myślę, że taki czas na przemyślenie wszystkiego dobrze robi owym pomysłom....wiesz jest progres produkcyjny, Twoje inspiracje muzyczne też coraz bardziej się rozpychają w twojej muzyce, etc. Myślę, że kapele w latach powiedzmy 70. i 80., nagrywając często płytę rok do roku - po prostu miały jedną wielką sesję w swoim życiu (śmiech). I to jest OK. U nas jednak bardzo dużo pomysłów strasznie się zmieniało lub w ogóle „przepoczwarzało się” w nowy numer z poprzedniej wersji. W sumie... to jest chyba najfajniejsza zabawa w posiadaniu bandu. Zawsze myślałem ze występowanie live jest sednem sprawy... ale po sesji „Law” i „OutLaw” myślę, że najważniejsza jest zabawa muzyką. Wiesz ja i mój brat siedzieliśmy i jaraliśmy się jakbyśmy mieli po 18 lat robiąc te kawałki. A to jest dziwne, bo nasze prywatne życie, zawodowe... powiedzmy szumnie „karierowe” – jest przecież totalnie inne... Mamy inną wiedzę o nagrywaniu, graniu niż wtedy... ale wiesz... potem bierzesz MP3 ze studia do samochodu i myślisz – ale będzie z tego świetny numer. (śmiech)

Siedem lat temu nie było mowy o wydaniu podwójnego albumu? Woleliście podzielić ten materiał na dwie części, ale chyba nie przewidywaliście, że na kolejną przyjdzie czekać tak długo?

Tomasz Wołonciej: (śmiech) No pewnie, że nie! Wówczas było tak: myślałem, że lada moment dokończymy jeszcze parę numerów i będzie podwójny album z tym co serio uznaliśmy za cenne. Ale licząc matematycznie to taka podwójna płyta mogłaby nam zająć kilkanaście lat! (śmiech). Poza tym sesja była przerywana koncertami, ślubami i rodzeniem dzieci (śmiech). Wiesz... potem podjęliśmy decyzję, że zamykamy te numery aby album „Law” mógł już wyjść, a my moglibyśmy coś z niego pograć na żywo w większym wymiarze niż jeden czy dwa numery – które graliśmy podczas występów jeszcze podczas trwania sesji nagraniowej. Co ciekawe, z tego co pamiętam, to w zasadzie niezwykle rzadko udawało nam się zagrać jakieś numery na żywo, które nie były wcześniej nagrane już w wersji, która znalazła się finalnie na płycie. Wcześniej to się stało tylko chyba w 2004roku, gdy graliśmy kawałki z „If I Were the Rain” (2005 Foreshadow Productions) na jakichś festiwalach, jeszcze zanim je nagraliśmy.
Na ile jest to produkcja z roku 2018, a na ile z lat 2024/2025 – w tym sensie, czy dodawaliście teraz coś do  zarejestrowanych wówczas partii, pojawiły się jakieś zmiany w aranżacjach?

Stanisław „Stanley” Wołonciej: Każda partia produkcyjna w fabryce pozostawia „odpad”. W przypadku muzy nie musi to być coś, co było „słabe”. Wymyślając muzę zawsze kierujemy się tym, aby każdy fragment był ciekawy, niósł za sobą jakąś energię. Jak coś jest słabe, to zwyczajnie nie klikamy record i rzucamy w niepamięć. Często jest tak, że jakiś pomysł po prostu nie do końca pasował w danym momencie, albo zwyczajnie nie było dla niego miejsca... Taka pulpa ma w sobie dużo wartości, której szkoda. Co ciekawe, na płycie znalazły się nawet pomysły sięgające roku 2009, np. „Till Grave” to bardzo stary numer, wymyślony w dużej części gdy byłem jeszcze na studiach, a my ostro mieliliśmy Queens of the Stone Age, inspiracja na pewno jest zauważalna. Zagłębiliśmy się w starocie do tego stopnia, że nawet niektóre ścieżki sesji zostały przekopiowane bez zmian. Często trudno jest odtworzyć coś, co miało swoje „fajne” niedoskonałości i detale, które cieszyły wtedy i cieszą dziś. Jak brzmi dobrze, to po co zmieniać (śmiech). Myślę, że „odpad” z poprzedniej sesji jak i starsze pomysły działały bardziej jako paliwo do działania nad nowymi pomysłami. Produkcja u nas zawsze trwa sporo czasu i takie pozostałości pozostają fundamentem. Prace nad materiałem jednak nadają im kompletnie inny kształt, często bardzo odbiegający od wstępnych szkiców.

Jakie to uczucie, kiedy wraca się do swojej muzyki po tylu latach, nie w kontekście przypominania sobie materiału przed koncertami czy jakichś sentymentalnych odsłuchów, ale w sensie roboczym, że trzeba przysiąść fałdów i popracować, żeby kolejny album stał się faktem?

Tomasz Wołonciej: Niestety na wszystko jest potrzebny czas. Wiesz jak to jest. Gdy przygotowujesz się do koncertów to robisz setlistę... ogrywasz ją potem na próbach i już każdy zna swoje miejsce. Wiesz jak podejść do głośności w konkretnych motywach, artykulacji, dobierasz odpowiednie efekty, rodzaje przesterów – robisz po prostu cały miks poszczególnych kawałków w wersji live... kawałki wraz z latami się zmieniają, stare utwory nabierają nowego sznytu. Dużo zmienia technologia. A czasem przeciwnie - wracasz do starych rozwiązań z analogowymi wzmacniaczami - jest zabawa. Ale pisanie materiału to jest już cos na miarę jakby odpowiedzialności. Nie może być tak, że przyniesiesz riff na powercordach który brzmi „spoko” i będziesz przekonany, że to będzie spoko numer. U nas selekcja jest radykalna...taki styl. Wiesz, jaki ma sens nagrywanie płyty ze świadomością, że poprzednia była lepsza (śmiech). Jeśli masz taką świadomość, musisz po prostu pracować nad tymi utworami dalej.

Nie kusiło was, żeby po takim czasie wydać album z najnowszymi kompozycjami, bez wracania do materiału sprzed lat? A może nie było innej opcji, bo mogło być też tak, że nie mieliście kolejnych utworów, stąd ten powrót do sesji „Law”?

Tomasz Wołonciej: Tak jak powiedziałem – poprzednie numery to były wersje demo, tak więc całość nagrywana była na nowo. Z czego bardzo, bardzo duża część była przerabiana od nowa. Poprzednie kawałki były jakby... „batem”, żebyśmy wreszcie wzięli się za twórczą robotę (śmiech). Poza tym mega ciekawym i twórczym jest proces ostatecznych smaczków aranżacyjnych – elektroniki, wokali w milionach harmonii, dodatkowych cleanów gitarowych w oddali etc. To nas mega pobudzało. A w wersjach demo raczej ich nie było.

Ważne wydaje mi się to, że na tym etapie właściwie nic już nie musicie – mogliście wrócić na własnych zasadach, bez żadnej presji, w takim momencie, który uznaliście za najbardziej odpowiedni?

Tomasz Wołonciej: Tak... to jest komfort. Często pojawia dysputa na temat „wielkiego zespołu” który wydaje nowy album. I często jest on z góry potraktowany jako słabszy, niż ich dawne dokonania. Pytanie czy to nie jest czasem wina presji otoczenia, a nie samych muzyków? Może oni potrzebowali więcej czasu... a może nie mogli sobie pozwolić na granie i ułożenie kawałków, które odzwierciedlałyby bardziej ich obecne inspiracje? Tylko fani mogliby tego nie zakumać. To jest właśnie brzemię bycia zawodowcem. U nas tego nie ma.

Jest na naszym rynku miejsce dla takiej muzyki, ambitnej, nieoczywistej, wymagającej skupienia? Dostrzegacie zainteresowanie propozycjami NeWBReeD na powiedzmy stałym poziomie, czy kiedyś było jednak pod tym względem lepiej?

Tomasz Wołonciej: Chyba nie należy sobie zaprzątać głowy takim myśleniem. Każdy, kto ma ochotę grać muzykę, a ma taką możliwość - niech to robi. Wiesz, to jest świetna sprawa, jak masz dużo odbiorców i dobre warunki do tworzenia, grania na żywo. To wielka nagroda. Ale nie można popaść w ramy traktowania grania w zespole jako pracy. Często spotykam się (nie tylko wśród muzyków) z taką tendencją, że gdy pasja staje się ich pracą cały czar pryska. Może tak właśnie jest. Miejsce na taką muzykę będzie więc tak długo, jak grający będą mieli w swoim życiu miejsce na nią. Ale świetnie jest, gdy słuchacze postanawiają po nią sięgać – wiadomo!

Pewna, powiedzmy, niszowość, może być też jednak swego rodzaju błogosławieństwem, bo przecież nie musicie ulegać naciskom, grać pod publiczkę czy dostosowywać się do tego, co akurat jest na fali w streamingu – plusy przeważają tu nad minusami?

Tomasz Wołonciej: Dotarłeś do samego sedna przyjacielu. My tak wybraliśmy. Niestety każdy grajek musi dziś walczyć o zasięgi. O to, aby docelowo dostać możliwość promowania firm produkujących sprzęt muzyczny... żeby sekretnie potem sprzedawać sprzęt, który dostał za darmo w ramach promocji – to jest takie straszne (śmiech). A jak ci się „pierdnie” i staniesz się mainstremowcem, to może uda ci się reklamować suplementy i zegarki. Tylko muzyka gdzieś uciekła... a ty jesteś gościem siedzącym na social mediach i walczysz o zasięgi. Wiesz, to nic złego – ale tylko jeśli sam tego chcesz (śmiech). Niech każdy robi to, co chce – szczególnie w tak pięknej i wolnej materii jaką jest muzyka rockowa. Że zabrzmię jak stary hipis. (śmiech)

Stanisław „Stanley” Wołonciej: Myślę że dla gości, którzy robią to dla przyjemności to jedynie błogosławieństwo. Każdy z nas ma pracę kompletnie nie związaną z muzą i bardzo dobrze, że możemy traktować granie jako odskocznię. Jedynie szkoda, że nie możemy temu poświęcić więcej czasu. Uważam, że jesteśmy na wygranej pozycji, możemy tworzyć na spokojnie to, co lubimy w najwyższej jakości jaką potrafimy zapewnić, bez ciśnienia... Niestety jednak nigdy nie trafimy do szerszego grona odbiorców, jesteśmy tego świadomi. Coś za coś... Może jak komuś muza się spodoba, poleci koledze/koleżance...

Potwierdzają to również nieoczywiste single, które wybraliście na początek promocji płyty, to jest „Brotherood” i „I Still Admire The World”. Można je traktować jako takie swoiste manifesty, zespołowego i braterskiego ducha, bez których nie byłoby NeWBReeD oraz tego, że wciąż, mimo upływu lat, jesteście zespołem poszukującym?

Tomasz Wołonciej: Tak z nami było od samego początku. Jak to mówili bohaterowie w filmach VHS kategorii B w latach 80. i 90. - „to nie ja wybrałem bycie ninja, tylko bycie ninja wybrało mnie”. To też powoduje ze nasza biznesowo – karierowa – życiowa postawa jest taka a nie inna - bo nie umiemy udawać. I dlatego ta kapela jest jaka jest. Pamiętam jak zaczynaliśmy grać trasy z kapelami po fachu – ludzie się łapali za głowę czego my słuchamy w busie... bo np. leciał jazz - jakiś Mike Stern albo jakieś pokręcone techno ktoś puścił ... potem jakieś SBB... jakiś progressive pop z lat 80. w stylu Tears for Fears (śmiech). Ale my już na pierwszej demówce tak chcieliśmy grać. Eksperymentując. Kochaliśmy metal - on jest zawsze i wszędzie! Ale obok niego było tyle inspirującej i potrzebnej nam muzy. To, co słyszysz na „OutLaw” to jest po prostu muzyką, której sami słuchamy.

Takie podejście towarzyszyło wam w sumie od początku, jeszcze w czasach „Solitary”, „The New Way Of Human Existence” i „Lost”, co ugruntowywaliście z każdym kolejnym wydawnictwem. Z czasem staje się to łatwiejsze, czy przeciwnie, kolejne poszukiwania są już bardziej wymagające, mimo coraz większego doświadczenia?

Tomasz Wołonciej: Teraz jest to o wiele bardziej wymagające – bo staż powoduje większe oczekiwania co do poczucia własnej „artystycznej” wartości. Wiąże się to z doświadczeniem i coraz szerszym spektrum muzycznych inspiracji. Kiedyś w nurcie metalowym wstawka na gitarze akustycznej w kawałku to był „wielki eksperyment” - nie mówiąc o samplach, etc. Jak masz coraz większą wiedzę o produkcji muzyki, coraz więcej umiesz warsztatowo, przekaz tego, co masz do powiedzenia, przefiltrowany przez te wszystkie czynniki powoduje, że muzyka powstaje skrupulatniej, wolniej, ale też daje większą satysfakcję.

Gościnne udziały, można rzec, że to wasza specjalność, jeśli przypomnimy sobie „NeWBReeD”. Tym razem w „Brotherood” solo gitarowe zagrał Hubert Więcek (Banisher). Dlaczego akurat on, a nie któryś z was?

Tomasz Wołonciej: Chcieliśmy mieć kogoś, kto doda nieco inny sposób wirtuozerii w tym miejscu. Zresztą  jak kogoś zapraszaliśmy do nagrań (co zawsze było nie lada zaszczytem i przygodą) to powód był ten sam. Chcieliśmy zobaczyć, jak talent i wizja danego gościa wkomponuje się w naszą twórczość. Kiedy śpiewał u nas w jednym kawałku Tomek Lipnicki (Illusion) albo grał solo Vogg (Decapitated) to nie było tak, że my im mówiliśmy co ma być tu i tu... tylko oni robili po swojemu to, co słychać na albumie. Huberta znamy od lat – z tego co pamiętam kiedyś nawet nasz basista podczas studiów w Krakowie dzielił z nim jedną stancję– mieliśmy okazje zagrać też kilka tras z Banisher. Tak więc jego obecność na płycie jest na pewno odświeżająca styl licznych przecież solówek gitarowych w naszej muzyce.

Animowane teledyski to dla was również nie pierwszyzna – będą kolejne clipy i single, zamierzacie dołożyć wszelkich starań, by jak najlepiej wypromować „OutLaw”?

Tomasz Wołonciej: Na przestrzeni lat animowanych teledysków faktycznie było już sporo. Głównie autorstwa Natalii z firmy N. Station. Fajnie, że ostatnio zrobiło się o niej głośniej (np. oficjalny teledysk dla Motörhead!) bo ma świetny styl i nie lada talent. Obecnie także pracuje nad nowym teledyskiem dla nas. Natomiast teledysk do „Brotherhood” to troszkę eksperyment. Niestety w promocji na miarę dzisiejszych socialmedialnych czasów my jesteśmy do bani (śmiech). Dobrze że mamy kontrakt z Selfmadegod Records, bo dzięki ich aktywności są możliwe prezentacje medialne, newsy, recenzje etc. Czyli to, co powinno mieć miejsce w normalnej działalności zespołu.

Można śmiało określić tę płytę mianem nowego rozdziału w waszej historii, bo jeszcze nigdy tak śmiało nie eksperymentowaliście, dodając do tych poszukiwań sporą dozę melodii. Macie sygnały, że pozyskaliście dzięki temu nowych odbiorców, którym do tej pory nie było po drodze z muzyką NeWBReeD?

Tomasz Wołonciej: Myslę że jesteśmy jednym z tych zespołów, które na każdym albumie brzmią zupełnie inaczej i każdy album powodował, że pojawiali się nowi odbiorcy, choć istniało także ryzyko, że starsi odejdą. Niemniej jednak nie prowadzimy żadnych kalkulacji, rozkmin, co zrobić, aby zdobywać słuchaczy. Najpewniej z punktu widzenia „kariery” to jest wyjebisty błąd... ale cóż... nie umiemy inaczej. Zawsze mi imponowały zespoły, które były odważne i nie bały się nawet będąc w tym samym składzie zupełnie zmieniać swój styl. Pomyśl na przykład, że Queen na pierwszych albumach („Queen”, „Queen II”) to ten sam skład co np. na „Hot Space”! Mimo tego, że to ci sami muzycy, kompozytorzy, wokaliści etc., to brzmią jak inny zespół... Porównaj sobie „...and Justice For All” i „Load”... a to też ten sam skład. Przykłady można mnożyć... Pestilence, Paradise Lost, Black Sabbath, The Beatles. Oczywiście w znacznej większości zespoły za swoje eksperymentowanie dostawały od fanów „po łapach”– ale jak omawialiśmy to wcześniej... nas to nie dotyczy (śmiech)

Do tego z każdą kolejną płytą wyrywacie się na wolność z tej progresywno-metalowej szufladki, do której trafiliście przed laty. Można powiedzieć, że tworzycie muzykę dla ludzi o otwartych głowach, potrafiących docenić coś wartościowego, nawet jeśli nie jest to coś, czego słuchali do tej pory?

Tomasz Wołonciej: Dziękuję, że to zauważasz. Gdy ja jako dzieciak zainteresowałem się muzyką rockową to określenie „progresywno-metalowa szufladka” było jak oksymoron. Ponieważ wówczas wszystko to, co nie mieściło się w żadnej szufladce... było określane jako progresywne... niestety wraz z czasem określenie „progresywny” stało się łatką. Kolejnym stylem, a nie jego przełamywaniem. My nigdy nie zastanawialiśmy się czy to, co gramy nazywa się tak, czy tak. Po prostu graliśmy. I gdy słuchamy muzyki to też nie zastanawiamy się czy np. Vader czy Soundgarden czy Nine Inch Nails... musi się nam podobać.

Stanisław „Stanley” Wołonciej: Bardzo dobrze to ująłeś. Nigdy w rzeczywistości nie byliśmy zagorzałymi fanami progmetalowej sceny. Oczywiście jest dużo bardzo dobrych zespołów tego gatunku, jednak nas zawsze ciągnęło do tych odbiegających od norm, którzy się wyróżniają, a nie zjadają własny ogon lub powielają w kółko te same nudne, liczone z kalkulatorem w ręku podziały i kiczowate melodyjki. Zawsze wolałem określenie alternatywny metal niż metal progresywny, ale wiem, że jednak nasza muzyka w większości przyswajana jest przez fanów progmetalu, a o to chyba właśnie chodzi, żeby nasza muzyka sprawiała komuś radość. Tak – myślę, że nasz target to ludzie o otwartych muzycznie głowach. To z nimi się utożsamiamy, sami nimi jesteśmy i myślimy w podobny sposób, może dlatego intuicja skłania nas do tworzenia muzyki w taki właśnie sposób...

Ale pod pewnymi względami jesteście dość konserwatywni: znowu Selfmadegod Records, a do tego kontynuacja wieloletniej współpracy z Łukaszem Pachem, a sami jesteście producentami. Jeśli coś się sprawdza, nie ma powodu tego zmieniać?

Tomasz Wołonciej: Selfmadegod wydawał nasz poprzedni album więc research był dość krótki (śmiech). Jesteśmy już trochę za starzy na szukanie „recorddeala” za wszelką cenę. Ale wydawanie CD własnym sumptem bez oficjalnej dystrybucji – działalności gospodarczej dedykowanej publikowaniu nagrań, bez kodu kreskowego rozliczeń i podatków to przecież też lipa. To też już nie ten etap. Poza tym Selfmadegod ogarniają platformy streamingowe, wywiady i dystrybucję, tłocznie, etc. Karol (szef SMG Records) jest świetnym gościem. A Łukasz Pach – cóż - znamy go od 18 roku życia... sam więc rozumiesz. Natomiast to mega wielki talent i świetny kumpel... a to, że dostał Fryderyka za okładkę Acid Drinkers... tylko zwiększa naszą ochotę do współpracy z nim. (śmiech)

Myślicie może o wznowieniu waszych starszych, niedostępnych już wydawnictw, może nawet w formie limitowanego boxu, swoistego podsumowania 25 lat istnienia zespołu?

Tomasz Wołonciej: Hmm... my nie. Ale myślę, że gdyby była propozycja ze strony wytwórni płytowej to czemu nie? Mamy w sumie sporo materiałów typu: dawne zdjęcia, filmiki z tras koncertowych, jakieś bootlegowe koncerty. Mogłaby być fajna rzecz.

Jest jakiś kres waszych twórczych poszukiwań, wyznaczyliście sobie jakąś granicę, której nie przekroczycie, z takich lub innych względów?

Tomasz Wołonciej: Nie, nie ma czegoś takiego... (śmiech)

Wasze kolejne płyty zapowiadają się więc ciekawie. Ale, póki co, koncentrujecie się pewnie na koncertowej promocji „OutLaw”?

Tomasz Wołonciej: Musimy przygotować set – wiesz porobić presety z odpowiednimi efektami, przedyskutować jakie numery gramy z tego albumu i jakie stare – bo setlistę zrobimy na pewno tak jak zawsze - mega przekrojową. Teraz chciałbym też wrócić po latach (jeśli oczywiście logistyka danego koncertu pozwoli) do lampowych wzmacniaczy. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś purystę analogowego – bo nie jestem. Ale jak po długim graniu koncertów na cyfrowych wzmacniaczach i porfilerach - nagle odpaliliśmy lampę... to kurcze aż musieliśmy od razu zrobić kilkudziesięciominutowy jam-session (śmiech), także oby się udało zgrać fajny set.

Zakładacie, że wasz kolejny album ukaże się nieco szybciej, czy też nie macie pod tym względem żadnych planów, bo w obecnych realiach trudno jest cokolwiek przewidzieć?

Tomasz Wołonciej: Róbmy swoje, a czas pokaże... ja zapraszam was do zapoznania się z naszą muzyką, a szczególnie z naszym ostatnim albumem – w całości można za free sprawdzić tu: https://selfmadegod.bandcamp.com/album/outlaw Dziękuję ci Wojtku za pamięć przez te wszystkie lata i sięgnięcie w naszej rozmowie nawet do tematów bardzo odległych, jak nasze pierwsze demo (śmiech). Życzę dużo dobrego tobie i całej redakcji.

Wojciech Chamryk

mrpun_h-158x600.gif le_orme_word_new_158x600.gif ma_week_gif-gif.gif rosalie-_unningham_baneryv2_17.gif maiden_united_bannery-v70_01.gif

Goście

7409249
DzisiajDzisiaj3042
WczorajWczoraj4885
Ten tydzieńTen tydzień7927
Ten miesiącTen miesiąc47849
WszystkieWszystkie7409249
18.97.14.89