W.A.S.P. - Wrocław - 24.09.2025
W.A.S.P. - Klub A2, Wrocław - 24 września 2025
Wow! Ileż w A2 było ludzi! Setki gardeł wydzierających się „I wanna be somebody” czy „Heeeeeelion!” robiło wrażenie! Klub był pełny niemal co do centymetra kwadratowego, a wśród publiki byli zarówno starzy fani metalu, którzy uradowali się, że „ich W.A.S.P. jeszcze gra”, jak i młodzi, dopiero eksplorujący oldschoolowy świat heavy metalu. Widziałam tylko jedną rodzinę z dzieckiem, ostatnio całkiem częsty widok na koncertach. Byli ludzie w koszulkach z kapelami grającymi metal wszelkich gatunków, były też dziewczyny niemal jak z grup rekonstrukcyjnych odtwarzających lata 80. Taka mnogość ludzi zgromadzonych w jednym celu tylko mnie napędza! Celu, jakim jest doświadczenie i zobaczenie W.A.S.P., który postanowił ruszyć w kolosalną trasę „promującą” debiut z 1984 roku. Celu, który był aż nadto oczywisty, bo ekipa Lawlessa nie miała żadnego supportu. To była ceremonia jednego zespołu, i wszyscy przyszli właśnie dla niego. Pamiętam, że na warszawskim koncercie W.A.S.P. ponad 20 lat temu, było naprawdę dużo mniej fanów. Teraz Amerykanie zagrali w Polsce dwa koncerty i na obu były tłumy. Czyżby fani, którzy słuchali W.A.S.P. W latach 80., 20 lat temu, jako młodzi dorośli, mieli przerwę od muzyki i wrócili do niej dopiero teraz, kiedy w ich życiu rodzinnym zrobiło się trochę więcej przestrzeni na koncerty?
W.A.S.P. od dziesięciu lat nie nagrał żadnej studyjnej płyty w pełnym tego słowa znaczeniu. Od razu nasunęło mi się na myśl, że pomysł trasy, na której zespół będzie trał tak pierwotną, surową i energiczną muzykę jest pewnym wytrychem, jak pokonać nieubłagany upływ czasu. Być może za kilka lat Blackie nie będzie miał już mocy ani na tak długą trasę, ani na granie tak witalnych kawałków jeden po drugim. Wygląda to tak, jakby lider W.A.S.P. uznał, że to ostatni dzwonek na taki wyczyn i że trzeba pocisnąć debiut ile tylko się da, bo potem może być różnie. Zwłaszcza że tradycję grania pełnych płyt W.A.S.P. już ma, czego dowodem są trasy rocznicowe poświęcone „The Crimson Idol”. Różnica taka, że trasa „Album One” nie będzie miała powtórki. Blackie jasno ogłosił to ze sceny. Byliśmy więc świadkami niesamowitego wydarzenia.
W.A.S.P. widziałam wiele razy i choć naprawdę bardzo lubię ten zespół, nigdy nie wyszłam z koncertu z poczuciem, że był absolutnie doskonały (albo za intensywny playback, albo za krótko, albo Blackie na pół gwizdka). Miałam więc w głębi duszy mikro obawę, że tym razem też będę miała podobne odczucia. Przekułam jednak tę „obawę” w zaletę. Skoro wiem, że może być różnie, to od razu założę, że na pewno nie będę w pełni zadowolona i przyjmę to co jest, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Takie nastawienie pozwoliło mi spojrzeć na ekipę Lawlessa przychylnym okiem, zaakceptować wszystko, takie jakie jest. Podziałało, bawiłam się naprawdę świetnie! Co prawda chórki leciały „z taśmy”, ale bez nich basista wraz z gitarzystą nie daliby sami rady wyczarować takiego klimatu kawałków W.A.S.P.
Ci zresztą dwoili się i troili na scenie. Od szaleństwa ruchu, które idealnie wpisywało się zarówno w styl W.A.S.P., w których muzycy nigdy nie stali w miejscu (pamiętne piruety niegrającego już w W.A.S.P. Holmesa), po klimat z teledysków Amerykanów, których fragmenty przewijały się w na ekranie w tle. Niezręcznie byłoby nie nadgonić tego klimatu. Gitarzysta Doug Blair miał też swój widowiskowy moment podczas długo płynącej solówki w „Sleeping (in the Fire)”. Miałam problem z identyfikacją perkusisty. Na trasie jest dwóch pałkerów grających zamiennie. Kiedy zobaczyłam perkusistę w A2 pomyślałam – wygląda jak Aquiles Priester, nosi rękawiczki jak Aquiles Priester, ale gdzie jest charakterystyczny zestaw perkusyjny z zawieszonymi na „ramie” talerzami? Jego gra była rewelacyjna, a jak wiadomo, w W.A.S.P. perkusja robi wiele klimatu, więc zakładam, że zestaw perkusyjny po prostu nie dojechał, a zmysły raczej mnie nie zawiodły. Poza efektownymi muzykami, atmosferę robiły banery i afisze w amerykańskim retro stylu oraz widowiskowy statyw Blackiego z uwieszonym na nim kościotrupem. Sam mistrz ceremonii bujał się na nim tylko raz, pod koniec koncertu, ale samo towarzystwo tego rekwizytu dodawało oldschoolowego klimatu. Choć w refrenach jego wokale przykrywały nieco chórki, kiedy śpiewał sam, słychać było, że nadal jest w formie. Nie bał się wystawić swojego wokalu na ocenę fanów, śpiewając niemal akustyczną wersję „Wild Child”, która poprzedzała właściwą. Ten kawałek, razem z takimi klasykami jak „Blind in Texas” i takimi ciekawostkami jak wpleciony w medley „Scream until You Like it” stanowiły deser po odegraniu całej płyty „W.A.S.P.”. Całej, choć okrojonej o „Animal”. Można by powiedzieć, że ta wersja płyty odpowiada jednemu z wydań, na którym tego kawałka naprawdę nie było (dodam, że Blackie jakiś czas temu zarzekał się, że nie będzie grał tego numeru ze względu na wulgarny tekst, pojawiał się on jednak na koncertach w poprzednich latach).
Przez repertuar, scenografię, ilość i zaangażowanie fanów koncert był cudownym doświadczeniem. Kop energii i wehikuł czasu w jednym! A poza tym, rozejrzyjcie się wokół – co robią panowie przed siedemdziesiątką? Ilu z nich buja się na statywie z trupią czaszką i wykrzykuje „The Torture Never Stops!”?
Strati





