Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 77sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

epicaposterz m

wardruna poster b

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

VANGELIS - Albedo 0.39

 

(1976 RCA, remaster 2013 Esoteric Recordings)

Autor: Włodek Kucharek

 

vangelis-albedo0.39

1.Pulstar (5:45)

2.Free Fall (2:20)

3.Mare Tranquillitatis (1:45)

4.Main Sequence (8:15)

5.Sword Of Orion (2:05)

6.Alpha (5:45)

7.Nucleogenesis (Part One) (6:15)

8.Nucleogenesis (Part Two) (5:50)

9.Albedo 0.39 (4:30)

Skład:

Vangelis Papathanassiou (wszystkie instrumenty)

Goście:

Keith Spencer- Allen (głos “Albedo 0.39”)

 

            W jednym z wywiadów Vangelis wspomniał, że interesuje go Wszechświat, do którego zalicza również muzykę. Wyjaśnianiem i pracami badawczymi procesów zachodzących w Uniwersum zajmują się między innymi astrofizyka i astronomia. W wyniku fascynacji i inspiracji wymienionymi dziedzinami nauki Vangelis stworzył ten album, genialny, uznawany przez wielu słuchaczy i profesjonalnych muzyków za wzorzec muzyki elektronicznej. Na ścieżki „Albedo 0.39” autor wprowadził także charakterystyczne dla siebie wstawki orkiestrowe, ale wygenerowane przy pomocy zestawu klawiatur. Oprócz tego w zarejestrowanych we własnym studio Nemo dziewięciu nagraniach pojawiają się również komponenty, którym przypisać można konotacje jazzowe, fusion i ambientowe. Vangelis obsługuje także samodzielnie całą paletę klasycznych instrumentów perkusyjnych. Kompozytor i wykonawca w jednej osobie rozwija swoje pomysły z wydawnictw wcześniejszych, ale podejmuje także oryginalne i udane próby eksperymentowania z brzmieniem nie „zabijając” przy tym ducha muzyki. Album stanowi sztukę muzyczną najwyższych lotów, pełną artyzmu, instrumentalnej wirtuozerii oraz nadzwyczajnie pięknych melodii, stanowiąc „produkt” fonograficzny odpowiedni zarówno dla przypadkowego słuchacza, jak też konesera elektronicznych pasaży. Niektóre z nagrań wykorzystano później jako ścieżki dźwiękowe licznych audycji telewizyjnych i filmów.

Tytułowy „Albedo” to parametr naukowy, odnosi się do zdolności odbijania światła słonecznego przez Ziemię, jest zmienny i mógł wynosić w roku 1976, wydania albumu 39%, stąd wskaźnik 0.39 umieszczony w tytule płyty. Ostatnia uwaga natury ogólnej w kwestii tej płyty dotyczy człowieka, którego nazwisko jako „Głos” umieściłem w punkcie „Goście” czyli o Keitha Spencer- Allena, który nie ma nic wspólnego z działalnością artystyczną na polu muzyki. Osobnik ten jest inżynierem dźwięku i towarzyszył asystując Vangelisowi. W trakcie nagrywania płyty otrzymał zadanie przeczytania tekstu z podanymi naukowymi danymi astronomicznymi. Po fakcie okazało się, że Vangelis bez wyjaśnień i jakichkolwiek prób wykorzystał zapis w rejestracji tytułowego utworu.

            Według opinii szerokiego grona profesjonalnych krytyków muzycznych album „Albedo 0.39” należy do najlepszych dokonań w całej dyskografii omawianego artysty. W 42- minutowym materiale kompozytor, dzieląc go na 9 części zawarł esencję muzyki elektronicznej, stworzył niezwykle urozmaicony krajobraz własnych umiejętności, godząc po raz kolejny ambicje czysto artystyczne z oczekiwaniami komercyjnymi. Dlatego całość łatwo zaakceptuje zarówno koneser i znawca historii rocka progresywno- elektronicznego (co za łamaniec terminologiczny), jak też przypadkowy słuchacz poszukujący akompaniamentu dla refleksji, zadumy i przemyśleń. Typowe w przestrzeni dźwięków są przejścia od fraz z połamanym rytmem do prawie sielskich pasaży melodycznych. Jako przykład może posłużyć końcowy odcinek „Main Sequence” i cały „Sword Of Orion”, oba połączone w jeden konglomerat ślicznych dźwięków. Zwracają także uwagę liczne kawałki melodyczne o ponadprzeciętnej urodzie, pozostające na długo w pamięci, a prawie 6-minutowa kompozycja „Alpha” to „szczyt szczytów” w tym zakresie. Analizując wnętrze tej publikacji fonograficznej dostrzeżemy wiele akapitów z szybkimi śladami sekwencera, na które artysta nakłada tony perkusyjne oraz różnorodne, rozliczne ślady instrumentów klawiszowych. Vangelis, należy to do właściwości jego stylu, obraca się w kręgu pozostających w idealnej symbiozie instrumentów elektronicznych i klasycznych, dlatego nie dziwi użycie tworzących wspólną przestrzeń dźwięku syntezatorów i fortepianu bądź organów kościelnych. Efekt jest oszałamiający.

            Na wstępie Vangelis proponuje kompozycję „Pulstar”, tytuł, który prawdopodobnie powstał z połączenia wyrazów „pulsar” i „star”. Rozpoczyna go szybki rytm sekwencera, któremu artysta powierzył odpowiedzialność na utrzymanie struktury rytmicznej, sam zaś skupił się na kreowaniu całej kaskady tonów o różnej barwie, częściowo atonalnych rozwiązań, po części patetycznych, bombastycznych, wplatając jednocześnie opartą na prostym pomyśle, ale wspaniałą linię melodyczną. W miarę upływu czasu brzmienie coraz potężniejsze, nabiera dodatkowej mocy, której kulminacją jest niesamowity finał z monumentalnymi partiami bębnów, dzwonów i z nagłym, zaskakującym zakończeniem z głosem zegarynki z brytyjskiego Post Office Telecommunications. Number two to krótki, spokojny, stateczny i odrobinę senny „Free Fall”, zabarwiony egzotyczną nastrojowością, z jednorodnym, powtarzalnym kluczem rytmicznym. Interpretatorzy twórczości Vangelisa uważają, że „Freefall” dotyczy „swobodnego spadania” pod wpływem grawitacji. Niepostrzeżenie, wymieniona miniatura przechodzi w coś na kształt etiudy „Mare Tranquillitatis”, improwizowanej i stanowiącej dźwiękowy pejzaż towarzyszący rozmowie astronautów z misji Apollo 11. Tytułowe „Mare…” to księżycowe Morze Spokoju, miejsce lądowania pierwszej załogi na Księżycu. Po tym sielskim obrazku na scenę gwałtownie, ostro, jazzowo i hektycznie wkracza „Main Sequence”, dynamiczny, żywiołowy, z poszarpanym wykresem rytmicznym. Po części improwizowane, asymetryczne rozwiązania, ze specyficznymi partiami solowymi na syntezatorach. Co do genezy utworu to odwołam się ponownie do objaśnień astronomów, mianowicie „Main Sequence” czyli „Ciąg główny” oznacza gwiazdy zbliżone budową i wielkością do Słońca. Po tej burzy dźwięków na zasadzie kontrastu pojawia się balsam, dwuminutowa perełka „Sword Of Orion”, kompozycja o niezwykłym pięknie, delikatna, łagodna, nasączona lirycznym klimatem pieści uszy odbiorcy. Znawcy wyjaśniają, że w tym miejscu chodzi o ilustrację do „Miecza Oriona”, będącego fragmentem gwiazdozbioru o tej samej nazwie. Rozdział numer 6 opowieści o Wszechświecie to „Alpha” dla mnie osobiście ulubiona odsłona albumu. Zachwycający motyw melodyczny, proporcjonalnie rozwijany, wzbogacany wraz z upływającym czasem o coraz to nowe impulsy dźwiękowe, z rosnącą dynamiką, w finale podniosły. Klasa światowa! Rewelacja! Przez następnych 12 minut trwa „Nucleogenesis”, „Pierwotna nukleosynteza”, czyli proces powstawania złożonych jąder atomowych w początkach Wszechświata. Muzycznie „Nucleogenesis” tworzy mini suitę złożoną z dwóch znacznie różniących od siebie się części. Wprowadzenie to zagrana z rozmachem partia kościelnych organów, potem pojawiają się pędzące w dal sekwencje syntezatorowych dźwięków z czarownymi wątkami melodycznymi. Gęstość brzmienia na granicy ludzkiej percepcji, ale pod kontrolą, tak aby u słuchacza nie wywołać przesytu wrażeń estetycznych, choć żeby objąć wszystkie patenty greckiego klawiszowca , należy zadać sobie trud kilkukrotnego wysłuchania tej kompozycji. Zadania nie ułatwiają wręcz karkołomne i brawurowe przejścia z jednej frazy w kolejną, pulsującego rockowego dynamitu (np. okolice 3:30) po orkiestrową, rozlewającą się jak wulkaniczna lawa feerią brzmieniowych barw (kilkanaście sekund później). Ostatnim aktem wydawnictwa jest ustęp tytułowy, elegijny, oszczędny, skromny, prawie minimalistyczny „Albedo 0.39”, w którym muzyka staje się podkładem narracji wspomnianego już wyżej inżyniera dźwięku. Nie będę przytaczał całości jego fachowego komentarza, ale krótki odcinek, aby móc się zorientować, co stanowi treść utworu: „Maksymalna odległość od Słońca 94 mln 537 000 mil,

              

Minimalna odległość od Słońca 91 mln 377 000 mil,

            Średnica równikowa 7927 mil,

            Średnica polarna 7900 mil”.

Tego typu informacje podaje lektor na tle dosyć jednostajnej i niespiesznej rzeki dźwięków klawiszowych granych przez Vangelisa.

           

Jeśli ktoś szuka miarodajnego reprezentanta muzyki elektronicznej z lat 70-tych, ten śmiało może sięgnąć po tę płytę, która w miarę mijających lat zyskiwała na popularności jako ilustracja muzyczna niezliczonych programów dokumentalnych, geograficznych czy przyrodniczych. Ale to wcale nie znaczy, że dzieło Vangelisa traci na wartości bez przemykających przez oczami telewizyjnych obrazków. Ponieważ kompozycje zawarte na albumie są wartością i sztuką samą w sobie traktowaną przede wszystkim jako Kosmos dźwięków skłaniających niekiedy słuchaczy do głębszych przemyśleń na tematy uniwersalne. „Albedo 0.39” to także pewien rodzaj terapii na skołatane nerwy, ucieczki od codzienności i chaosu ludzkiej egzystencji. Kto chce się poczuć choć na 42 minuty w pewnym sensie wyzwolony od wpływu naszej cywilizacji, ten w tej muzyce znajdzie swój azyl.

Ocena: 6/6

Włodek Kucharek

131_ot1020.gif 129_evangelist_banner158x600px.jpg 121_axe_crazy_baner.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3582643
DzisiajDzisiaj37
WczorajWczoraj265
Ten tydzieńTen tydzień567
Ten miesiącTen miesiąc567
WszystkieWszystkie3582643
3.238.186.43