Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

QUANTUM JUMP - Quantum Jump

 
(1976 Noeland Productions/ 2014 Cherry Red Records)
Autor: Włodek Kucharek

quantumjump-quantumjump

1.Captain Boogaloo
2.Over Rio
3.The Lone Ranger
4.No American Starship (Looking For The Next World)
5.Alta Loma Road
6.Cocabana Havana
7.Constant Forest
8.Something At The Bottom Of The Sea (Parts 1- 4)
Part I.Stepping Stones
Part II.The Roving Finger
Part III.Stepping Rocks
Part IV.
Bonus Tracks:
9.Drift (Single B- Side)
10.Captain Boogaloo (1979 Remix)
11.The Lone Ranger (1979 Remix)
12.Over Rio (1979 Remix)
13.No American Starship (Looking For The Next World) (1979 Remix)
 
SKŁAD:
Rupert Hine (wokal/ instr. klawiszowe)
John G. Perry (bas/ wokal)
Trevor Morais (perkusja)
Mark Warner (gitara/ wokal)
GOŚCIE:
Ray Cooper (perkusja)
Morris Pert (perkusja)
 
            W przypadku grupy Quantum Jump, mało znanej, wręcz niszowej, głównym powodem mojego zainteresowania stał się fakt przynależności do Sceny Canterbury, dosyć znanego zjawiska na mapie sztuki rockowej. Potem pojawiła się druga przyczyna, dla której warto zapoznać się z ofertą kwartetu, mianowicie akcja wytwórni Esoteric Recordings, która postawiła sobie zadanie odświeżenia wielu ścieżek dźwiękowych stworzonych przed laty, a dzisiaj albo całkowicie zapomnianych, albo w najlepszym wypadku leżących w głębokich szufladach pokrytych grubą warstwą kurzu historii rocka. A gdy już zacząłem analizować osiągnięcia Quantum Jump, skromne, bo obejmujące tylko dwa regularne albumy, to zauważyłem w składzie znane mi nazwisko, Rupert Hine. Dla osób wychowanych na rocku lat 70-tych nie jest to artysta anonimowy, chociaż twierdzenie, że należy do grona powszechnie kojarzonych twórców rockowych byłoby nadużyciem. Ale po kolei. Rupert Hine dobiega obecnie 70-tki, a artystyczny żywot zaczynał w roku 1965, mając wtedy 18 lat wydał swój pierwszy singiel, ale ponieważ nieliczni mieli jako takie pojęcie, kto to, ten Rupert Hine, to akcja wydawnicza okazała się kompletną klapą, jeżeli mierzyć jej powodzenie liczbą sprzedanych egzemplarzy singla. Sytuacja poprawiła się po edycji pełnowymiarowego albumu debiutanckiego „Pick Up A Bone” (1971), a ciekawostką związaną z tym wydarzeniem jest obecność na liście line-up basisty Rogera Glovera, który zajął się produkcją płyty. Umiarkowana popularność zarejestrowanego materiału muzycznego nie zniechęciła autora, który dosyć szybko uporał się z zapisem dźwięków na drugim winylu, ale Hine dostrzegł u siebie także techniczną smykałkę do miksowania i rejestracji muzyki i postanowił, że równolegle do kariery muzyka toczyć się będzie jego życie zawodowe jako producenta. I to był strzał w przysłowiową „dziesiątkę”, a w stosunkowo krótkim czasie na producenckim koncie Hine’a znalazły się takie firmy jak Saga, Rush, Chris De Burgh czy Tina Turner. Tym sposobem przyczynił się wydatnie do komercyjnych sukcesów i rozwoju artystycznego licznych solistów i zespołów.
            Rupert Hine wywodzi się w prostej linii ze sceny Canterbury (bardziej szczegółowe info poniżej). Zakładając w roku 1975 wraz z Trevorem Morais i Johnem G. Perrym formację Quantum Jump wniósł w depozycie cały, dosyć pokaźny bagaż doświadczeń jako artysta, instrumentalista, wokalista i producent. A wartością dodaną stały się genetycznie zakodowane cechy stylistyczne odziedziczone od licznych zjawisk artystycznych rodem z Canterbury, wyróżniających się znakomitym poziomem muzycznym oraz otwarciem na wiele trendów w ówczesnej muzyce rockowej, na przykład wykorzystaniem efektów elektronicznych. Hine udowodnił także w trakcie swojej już 50- letniej kariery, że dosyć łatwo przystosowuje się do nowych wyzwań związanych z modami czy kierunkami rozwoju muzyki rozrywkowej. Tak było między innymi w latach 80-tych, w okresie dominacji plastikowego synthie popu, kiedy bawiąc się elektroniką stworzył w roku 1981 album „Immunity”, zawierający wiele udanych rozwiązań harmonicznych stanowiących kompromis między melodyjnością i piosenkową przebojowością a dobrym gustem i walorami estetycznymi. Wystarczy posłuchać całej, bez wyjątków płyty „Immunity”, aby dojść do wniosku, że pomimo wszechobecności syntezatorów, Hine potrafił wykreować prostymi środkami zwykłe piękno, nieosiągalne wtedy dla wielu bywalców rynku muzycznego. To z tego albumu pochodzi „Samsara” prześliczna, intymna, nastrojowa pieśń o ujmującej melodii, która pokazuje, że zastosowanie elektroniki nie musi oznaczać bezduszności i zrobotyzowanej rytmiki.
            Wracając do tematu głównego, czyli Quantum Jump, powtórzę swoją uwagę, że grupa należała do kręgu Canterbury Scene, która wywarła niebagatelny wpływ na charakter jej twórczości. Określenie powyższe nie oznacza jednego stylu, lecz klasyfikuje rockowe składy wywodzące się częściowo z miasta Canterbury w hrabstwie Kent w Anglii, które zajmowały się tworzeniem muzyki z wielu dziedzin, wśród nich wymienić można rock progresywny, jazz, awangardę czy psychodelię. Wspólnymi elementami ich stylu było między innymi wykorzystywanie improwizacji, bogate instrumentarium, koneksje rocka z jazzem i na odwrót, psychodeliczne klimaty, skomplikowane harmonie, stosowanie nowych technik nagraniowych i brzmienie podlegające nieustannej ewolucji. Istnieją całe obszerne eseje na ten temat, chętni na pewno wyruszą na poszukiwania. Na długiej liście wykonawców Canterbury Scene widnieją tak znaczące postaci i zespoły jak: Soft Machine, Caravan, Henry Cow, Gong, Matching Mole, David Allen, Kevin Ayers, Delivery, Egg, Arzachel, National Heath, Bill Bruford, Steve Hillage, Allen Holdswort i dziesiątki innych, nie mniej zasłużonych. Warto sięgnąć także po płyty tak unikalnych formacji jak Pazop, Quiet Sun, Spirogyra, Khan albo Hatfield And The North. W takiej atmosferze dorastał także Quantum Jump. A jak doszło do jego sformowania?
            Był rok 1972. Pewien muzyk, Rupert Hine zaproszony został przez innego bliżej nieznanego muzyka Trevora Morais do….stodoły, gdzieś na angielskiej wsi. Trevor mieszkał niedaleko tej stodoły, a powodem tego zaproszenia był jak to określił Morais „mega jam”, który miał się odbyć w tych nietypowych warunkach. Gdy panowie przybyli do rzeczonej stodoły przebywało już w niej około dwudziestu innych muzyków, którzy grali, co dusza dyktowała. Zaskoczenie Hine’a było całkowite, ponieważ on sam sprowadził kilku muzyków, a pomimo tego, że zabudowanie było duże, to wystąpiły zupełnie prozaiczne kłopoty z miejscem dla wszystkich zebranych. Po rozlokowaniu wszyscy zaczęli jamować, jazgot zrobił się niemożliwy, od kakofonii dźwięków dosłownie „puchły” uszy, a po latach Rupert wspominając to zdarzenie, stwierdził, że nigdy przedtem ani potem w swoim muzycznym życiu nie słyszał takiego hałasu. Co grano nikt nie potrafił sprecyzować, jedynie post factum Hine określił to jako „muzykę wyłącznie dla muzyków”, na pewno nie nadawało się to „coś” do publicznego wykonania, bo zwyczajnie nikt nie mógłby takiego dźwiękowego chaosu zaakceptować. Tak rozbudowany skład spotykał się regularnie, ale systematycznie ubywało członków tego mega bandu, zmienił się także charakter granego materiału, struktury stały się bardziej uporządkowane, muzycy grali wydajniej, przestali występować jako zlepek indywidualistów, lecz priorytetem stało się zespołowe podejście do aspektu tworzenia. Ten proces trwał kilkanaście miesięcy, aż ostatecznie wykrystalizował się w miarę stabilny skład, który przyjął nazwę Quantum Jump (termin z fizyki kwantowej, prawidłowo „quantum leap” czyli „przejście kwantowe”, zmienione przez Hine’a na Quantum Jump, co można odczytać w znaczeniu potocznym jako „krok milowy/ wielki krok/ olbrzymi skok”), oficjalnie w roku 1974. Skład był praktycznie w trzech czwartych gotowy, bo obok Hine’a i Morais na gitarze basowej zagrał John G. Perry, którego Rupert znał z prac nad swoim drugim albumem solowym. Perry był w tym czasie członkiem Caravan, ale dla nowego projektu zrezygnował pracy w tej formacji. Brakowało tylko gitarzysty. Jako pierwszy zjawił się Andy Summers, później w The Police, ale wybór padł w końcu na Marka Warnera, sesyjnego gitarzystę, który miał za sobą epizod w zespole Kevina Ayersa. Po dopięciu spraw finansowych i „inżynieryjnych” związanych z produkcją kwartet przystąpił do nagrań. Zespół pozostał w kręgu wpływów Canterbury, stąd na debiucie sporo akcentów jazzowych a także przyjemnych melodii wprost z muzyki pop. Muzyka jest lekka, rytmiczna, poukładana i łagodna, ale do czasu. Pierwszym hitem albumu okazał się „The Lone Ranger”, którego historia powstania graniczy z surrealizmem. Zamierzenia były takie, żeby song rozpoczynał się od instrumentalnego rytmicznego wejścia, ale przedstawiciel wytwórni Electric Records, Jeremy Thomas, znając zarys melodyczny i rytmiczny kompozycji zasugerował, żeby znaleźć sposób na pełne wykorzystanie przebojowego potencjału utworu, opracować tekst, który będzie w stanie całkowicie zaskoczyć potencjalnych słuchaczy. Ta idea zainteresowała także Ruperta Hine’a, który wpadł na nieszablonowy pomysł, mianowicie wyszukał w Księdze Rekordów Guinessa najdłuższy wyraz świata i przy okazji odkrył, że pochodzi on z języka Maorysów zamieszkujących Nową Zelandię i stanowi regionalną nazwę geograficzną.
„Taumata-whaka-tangi-hanga-kuayuwo
tamate-aturi-pukaku-piki-maunga
horonuku-pokaiawhen-uaka-tana-tahu
mataku-atanganu-akawa-miki-tora”.
Trzeba przyznać, że przytoczone słowo robi wrażenie, a Hine’a jako wokalista musiał pokonać jeszcze jedną trudność, musiał nauczyć się wymowy tego słowa, a zadanie wykonał perfekcyjnie, co słychać z płytowej ścieżki, gdzie utwór występuje w dwóch wersjach, oryginalnej z roku 1976, oraz zremiksowany w roku 1979, o czym informacja poniżej. Tym sposobem intro albumu zostało ukończone, bo „The Lone Ranger” planowany był na otwarcie całego wydawnictwa. Nieco później ta koncepcja uległa zmianie, w wyniku czego piosenka „wylądowała” na trackliście z numerem trzy. Ale na tym nie zakończyła się historia tej dziwnej piosenki o….niczym. Najpierw radio BBC uczyniło zarzut, że tekst zawiera delikatne, śladowe odniesienia do narkotyków i homoseksualności, wycofując utwór z programu nadawczego rozgłośni i skazując go w tamtych czasach na zapomnienie. Ale w końcowym rozrachunku piosenka miała trochę szczęścia, ponieważ po trzech latach do już wtedy rozwiązanego zespołu zwrócił się niejaki Kenny Everett z prośbą o umożliwienie wykorzystania songu w swoim programie „Kenny Everett Video Show”, a ponieważ show okazał się znacznym sukcesem, to także piosenka „The Lone Ranger” zyskała „drugie życie”. Zespół Quantum Jump spotkał się w starym składzie na krótko, aby dokonać ponownej rejestracji utworu, a przy okazji zmiksował swój pierwszy album w nowej wersji, zdobywając zadowalającą popularność. Drogi czterech muzyków rozeszły się ostatecznie po nagraniu drugiej płyty „Barracuda” w roku 1977 i słuch po zespole zaginął.
Fonograficzny start Quantum Jump to dosyć dziwna muzyka, można powiedzieć nieobliczalna, stylistycznie wymieszana, zawierająca elementy pop, funk, jazzrocka. Na pierwszy odsłuch sprawia wrażenie dosyć prostej, ale gdy pobędziemy z tymi dźwiękami trochę dłużej, to ku swojemu zaskoczeniu odkryjemy, że zawiera także karkołomne rozwiązania instrumentalne i sekwencje progresywne z szalonego rajdu artysty kolejką górską w parku rozrywki. A „Captain Boogaloo” sprawia od początku wrażenie funky, piosenki wykonywanej na plaży nad ciepłym morzem dla tłumu urlopowiczów, pląsających z drinkami w ręku w rytm nabijany przez perkusję naśladującą bardziej zestaw bongosów, aniżeli rasowe rockowe bębny. Soulowy wokal, jazzowa gitara i syntezatorowe akcenty, wszystko podporządkowane rytmowi, który wcale nie szaleje, jest raczej spokojny, stonowany. Podobnie zachowuje się „Over Rio” z wyeksponowanym basem i etnicznymi bębnami pulsującymi w tanecznym rytmie. Gdzieś około 1:20 do głosu dochodzi gitara elektryczna, na moment „zagadana” przez partie wielogłosowe. W drugiej części utworu powtarza się motyw wejścia riffu gitary, która wraz z syntezatorem dba o jazzujący wizerunek kompozycji. „No American Starship” nie wnosi nic nowego do profilu stylistycznego albumu, nadal mamy do czynienia z rytmami tak diabelnie melodyjnymi, że nogi próbują wyrwać na taneczny parkiet. Funkujący rytm i wokal nawiązujący do maniery Franka Zappy. Ten kawałek różni się od poprzedników w jednym aspekcie, Mark Warner serwuje słuchaczom bardzo dynamiczną i długą partię solową na elektryczne struny, od 3:20 praktycznie do końca utworu. To jakby zapowiedź zmian, ponieważ kolejne odsłony albumu wkraczają bardziej zdecydowanie na terytorium jazz rocka, a „Alta Loma Road” brzmi od pierwszych dźwięków jak nastrojowa ballada, jak na zwyczaje kwartetu Quantum Jump minimalistyczna w zakresie brzmienia, która po minucie dynamicznie eksploduje instrumentalnie, nabiera potęgi hymnu, staje się epicka. Stan ten trwa kilkanaście sekund, by powrócić do wcześniejszego sennego klimatu, ale po upływie kolejnej minuty kompozycja radykalnie przyspiesza pod kierownictwem duetu bas- perkusja, wspomaganego przez gitarę i klawisze. Cała przestrzeń dźwięku poprzez eskalację uderzeń bębnów pulsuje, tętni tworząc tło, na którym swoje figury dźwiękowe kształtuje syntezator. Ta galopada milknie gwałtownie w punkcie 3:35 i następuje powrót trochę psychodelicznego motywu ze wstępu. Przez cały utwór Rupert Hine wprowadza także efekty dźwiękowe generowane przez instrumenty klawiszowe, które w oszczędny sposób podkreślają obecność elektroniki. W kolejnych rozdziałach albumu spotykamy ciągłe zmiany w strukturze rytmu, fragmenty improwizowane, odcinki wokalne przeplatają się z chwilami szalonymi, instrumentalnymi, w ramach jednej kompozycji, a każda z nich mieści się ledwo między 4- 5 minutami, dochodzi do ekstremalnych przeobrażeń, których „prowodyrami” są najczęściej sekcja rytmiczna albo gitara, a kaskady tonów różnych tworzą fuzję wielu kierunków muzycznych. Gdybym miał przytoczyć pewne skojarzenia to obok Zappy pojawia się King Crimson, przy nim wyrasta soulowy Commodores, albo funkowy Earth, Wind & Fire, a po chwili popis syntezatora przypominający dzieła Herbie Hancocka przechodzący w smugi klawiszowej elektroniki Briana Eno. Dlatego trudno o jakiejkolwiek części tego zestawu powiedzieć, że jest jednorodna. A przepiękny, subtelny, instrumentalny „Constant Forest” mieściłby się współcześnie w kategorii muzyki ilustracyjnej, filmowej. Najmocniejszym przeżyciem dla słuchacza, nie mam w tej mierze żadnych wątpliwości, jest czteroczęściowy „Something At The Bottom Of The Sea”, zdecydowanie najdłuższy, ponad 8- minutowy akapit, którego start swoim chropowatym, bezkompromisowym brzmieniem, przywołuje Karmazynowego „Schizofrenika” z jego wręcz kakofoniczną zawiłością. Po minucie dźwiękowych, agresywnych łamańców nadchodzi uporządkowana fraza jazzująca z plamami etnicznymi perkusji, skromnymi wstawkami syntezatora, odpryskami gitary, aby po trzeciej minucie zaatakować receptory odbiorcy ze zdwojoną siłą. Od połowy utworu emocje ulegają wyciszeniu i przez cztery minuty docierają do naszych uszu akordy basowe, akustyczne monologi gitary, pojedyncze bity perkusji, łagodne pasaże syntezatorowe na płaszczyźnie improwizacji.
Bonusy zaproponowane przez wydawcę to z wyjątkiem pozycji „Drift” alternatywne wersje utworów składających się na program albumu zasadniczego. Pochodzą one z opublikowanej w roku 1979 kompilacji zatytułowanej „Mixing” określanej także jako kolekcja remiksów. Wprowadzono w nich drobne, nic nie znaczące modyfikacje, które nie mają istotnego wpływu na jakość materiału.
Quantum Jump to jeden z licznych przykładów zespołów, których muzycy posiadali własny pogląd na temat progresywności w muzyce. Trudno to wydawnictwo przyporządkować jednoznacznie muzyce rockowej, tyle na tej płycie różnorodnych wpływów gatunkowych. Przez ten eklektyzm stylistyczny niełatwo tę muzykę skonsumować, wymaga ona kilku podejść, aby zlokalizować najważniejsze sekwencje dźwięków. Cały materiał można nieformalnie podzielić na dwie różniące się od siebie części. W pierwszej, obejmującej cztery utwory dominuje funk z soulem i elementami jazzu, z wyraźnie zaznaczonymi liniami melodycznymi, zaś w drugiej fazie, moim zdaniem bardziej wyrafinowanej od pozycji numer 5 do „Something At The bottom Of The Sea” więcej słyszymy struktur rockowych, jazz rocka, muzyki fusion, progresji i innowacji elektronicznych ze słabiej wyeksponowanymi tematami melodycznymi i podziałami rytmicznymi. Kompozycje 1- 4 posiadają bardziej jednorodną konstrukcję, konfiguracja dźwięków oryginalnie na winylu ze strony „B” to zbiór sekwencji często ze sobą kontrastujących, opartych w wielu miejscach na improwizacji. Nigdy nie byłem fanem muzyki funk ani soul, dlatego bardziej przekonywająco działają na mnie kompozycje jazz rockowe. Ocena albumu podyktowana jest moimi preferencjami. Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy słuchacz może przedstawić zupełnie odmienną opinię, gdyż kontrowersje przy klasyfikowaniu tego longplaya są nieuniknione.
Ocena 3.5/ 6
Włodek Kucharek

 

141_evil158x600.gif 144_hmpbanner.jpg 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3748887
DzisiajDzisiaj30
WczorajWczoraj714
Ten tydzieńTen tydzień30
Ten miesiącTen miesiąc22507
WszystkieWszystkie3748887
34.207.230.188