Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

EARTH & FIRE - To The World Of The Future

 
(1975 Polydor; CD 1998 Universal/ CD Remaster Esoteric Recordings 2011)
Autor: Włodek Kucharek

earthandfire-totheworldofthefuture

1.To The World Of The Future (11:28)
2.How Time Flies (3:18)
3.The Lasy Seagull (7:34)
4.Only Time Will Tell (3:41)
5.Voice From Yonder (6:59)
6.Love Of Life (3:00)
7.Circus (6:15)
SKŁAD:
Jerney Kaagman (wokal)
Chris koerts (gitara)
Gerard Koerts (instr. klawiszowe)
Theo Hurts (bas)
Ton van der Kleij (perkusja)

             „To The World Of The Future“ to praktycznie ostatnia płyta Earth & Fire, którą “podwiesić” można pod plakat z napisem “progressive rock” i, która wywołuje u odbiorcy zdrowe emocje, jakieś tam zainteresowanie, połowiczne zadowolenie po jej „skonsumowaniu”. Można się oczywiście w kilku punktach „przyczepić” do zawartości bądź sposobu realizacji albo wykonania, ale te krytyczne wskazówki nie powinny mieć większego wpływu na globalną percepcję słuchową albumu. Tym bardziej, że część tych uwag można złożyć na karb indywidualnego rozumienia muzyki piszącego oraz preferencji każdego słuchacza. Mnie na przykład już na początku tytułowej, najdłuższej kompozycji ścierpła skóra jako objaw reakcji i irytacji wywołanej dźwiękami syntezatora, który zaserwował jakieś plastikowe piski źle dostrojonego radioodbiornika. Szukałem uzasadnienia takiego rozwiązania brzmieniowego i jedyne , co mi przyszło na myśl, to fakt, że Gerard Koerts nabył nową klawiszową „zabawkę” i ciesząc się, jak nie przymierzając dziecko, postanowił zademonstrować jej potencjał. Szału nie ma i wstawki spod znaku „synthies” średnio pasują do wizerunku całego utworu, a w zasadzie budują spory dysonans w konfrontacji z innymi sekwencjami wymienionej mini suity, tak nawiasem mówiąc, dosyć udanej w całym zestawie. Ku uldze słuchaczy po pierwszych 35 sekundach żałosnego „pitolenia” instrumentalnego robota, dochodzi do wspaniałej, pełnej ferii dźwiękowych barw, eksplozji inspirowanej patosem melotronu, potężną symfonicznością, kumulacją gniewu gitar i perkusji oraz głosem Jerney Kaagman, której dosyć daleko do grzecznej „dziewczynki” w kreowaniu wokalizy naznaczonej jednym powtarzanym jak mantra słowem „future, future”. Jak na „akumulatory” Earth & Fire to istna ściana dźwięków, która nakłada się grubą warstwą na piskliwe zawodzenie mooga, nadając jednocześnie utworowi niesamowity klimat. Choć w tym miejscu w zakamarkach pamięci poszukać można odpowiedzi na pytanie, od kogo klawiszowiec „pożyczył” ten patent i skojarzyć niedwuznaczne porównania z Rickiem Wakemanem z Yes, chociaż może to fałszywy wniosek. Prawdą jest jednak, że muzycy wprowadzają sporo pewnych nowości, między innymi wielogłosowe harmonie wokalne przypominające niektóre rozwiązania wykorzystane w rock- operach lat 70-tych, szczególnie „Jesus Christ Superstar” (1970) Andrew Lloyd Webera, albo naleciałości rodem z „wakemanowskiej” suity „Journey To The Centre Of The Earth”, wydanej na tradycyjnym longplayu raptem rok przed opublikowaniem wydawnictwa Earth & Fire. Przypadek czy świadome „zrzynki”, oto jest pytanie, będące albo teorią spiskową albo hamletowskim dylematem. Ale jeżeli nawet mamy do czynienia z naśladownictwem, to przynajmniej holenderski keyboarder wybrał sobie wzorce z samego topu. Pierwsza kompozycja krążka nawiązuje do najlepszych przykładów wielowymiarowych, złożonych struktur, z wieloma zmiennościami, urozmaiconą zawartością instrumentalną, zdominowaną rolą baterii klawiatur, królujących w przestrzeni dźwięku. Zespół „podszlifował” znacząco umiejętności sterowania rytmem i jego modyfikacją, kształtowania profilu brzmienia oraz łączenia bezkonfliktowo poszczególnych tematów, nie tracąc przy tym ważnej swojej cechy rozpoznawczej, mianowicie melodii. Brzmienie pozostaje ciepłe, bez ekstremalnych wyborów, twórcy zachowali także spory obszar na partie solowe, które są bardzo spójne z ogólnymi założeniami mini suity, zwarte, nie ciągną się w nieskończoność jak „guma od gaci”, ubarwiając jednocześnie całą paletę rockowych środków wyrazu. Raz zwraca uwagę smakowita, trzymająca standardy melodyczne partia gitary, innym razem front sceny zajmują organy Hammonda przy aktywnym wsparciu melotronu, a dama przed mikrofonem czyni solowy użytek ze swojego niebanalnego głosu, pełniąc także funkcję wodzireja w harmoniach chóralnych, które w takiej skali stanowią novum w twórczości formacji. Reasumując, pozwolę sobie wyrazić opinię, że „the opener” to rasowy hymn z wieloma odcieniami, który już przy pierwszym przesłuchaniu zdobywa sympatię odbiorcy. „How Time Flies”, spokojna, nawet monotonna ballada, pół- akustyczna, z wiodącą partią akustyki gitarowej i melancholijnym, usypiającym pasażem klawiszy. Na takim fundamencie instrumentalnym rozbrzmiewa smutny, nasączony nostalgią głos Jerney Kaagman. Tytuł trzeci „The Last Seagull”, instrumentalne 7 i pół minuty, z intro przenoszącym słuchacza na brzeg morza, z szumem wiatru, falami uderzającymi o brzeg i odgłosami ptaków. Po minucie z tej zasłony wyłania się uporządkowanie dźwięków z perkusją nabijającą rytm i klawiszową orkiestrą oraz fortepianem elektrycznym w manierze modern- jazzowych pianistów np. Herbie Hancocka albo Joe Zawinula z Weather Report. Zaskoczenie jest kompletne, odskocznia Earth & Fire w jazz- rockową skrajność autorstwa Gerarda Koertsa. Świetne aranżacje orkiestrowe z wybuchającymi dęciakami, pulsującymi syntezatorami, a po 4 minucie dojrzała i mocna, improwizowana partia gitary na podłożu gęstej frazy smyczkowej. Fascynujący to kawałek pomimo tego, że kompletnie różny od reszty materiału na albumie. W powietrzu unosi się duch fusion z czasów rozkwitu Weather Report, Passport czy Return To Forever. Osobiście słucham też takiego jazz- rocka, stąd te konotacje. Punkt czwarty programu nosi nazwę „Only Time Will Tell”, utwór z agresywnym wstępem, niesłychaną mocą wokalną i potęgą brzmienia, intensywną partią melotronu i ekspresyjną gitarą. „Voice From Yonder”, dominacja klawiszy z żeńsko- męskim duetem wokalnym i eksperymentami z pogłosami i zniekształcanym głosem Kaagman, która porzuca tradycyjną piosenkowość na rzecz poetyckiej narracji. Podkład instrumentalny zachowuje się jak echo, raz milknąc w oddali, by powrócić z całą mocą. Sporo smaczków, niekiedy drobnych ale słyszalnych, na przykład latynoskie bębenki, chóralistyka, kilkukrotne wejście gitary z pierwszoplanową rolą w części środkowej. Przed 4:40 nagle wyhamowanie tempa, ster przejmuje delikatny, przepięknie prowadzący melodię fortepian elektryczny w towarzystwie subtelnego, wyciszonego melotronu. Sielanka trwa do 5:50, potem gwałtowny „zgrzyt”, cięcie, kakofoniczny, wręcz furiacki fortepian i koda przyspieszająca temat z fragmentu po pierwszej minucie. Bardzo odważne, ambitne przedsięwzięcie, z akcentami jazzu elektrycznego, z domieszką atonalności. „Love Of Life” to według mnie koszmarek, utrzymany w stylu jakiejś syntetycznej dyskoteki, z płaskim brzmieniem i wyeksponowanymi syntezatorami i przeciętną melodyjką. Płytę zamyka „Circus”, stylistycznie na rozdrożu między usymfonicznionym popem a podniosłą progresywnością. Jedyne co pozwala „ucho zawiesić” to solowy popis organów a’la Caravan i inne grupy sceny Canterbury oraz wyniosły melotron.

            Po edycji czwartej publikacji fonograficznej dalsza droga artystyczna Earth & Fire skręciła w późnych latach 70-tych jednoznacznie w kierunku disco- sound, czego najbardziej dosadnym przejawem był przebój „Weekend”. Opisywany album był ostatnim ze skromnej listy tych, o których można bez ryzyka powiedzieć, że miały progresywny „sznyt”, repertuar Jerney Kaagman i kolegów wkroczył na terytorium lżejszych piosenek, powielających do znudzenia format zwrotka- refren, które utonęły w powodzi tysięcy równie bezbarwnych i bezstylowych przeboików. Twórczość Earth & Fire zepchnięta została na peryferie muzyki rozrywkowej i tam pozostała do roku 1989, nie wywołując większego zainteresowania szerokich rzesz publiczności. A potem nastała cisza.

Ocena 3/ 6

Włodek Kucharek

144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753120
DzisiajDzisiaj310
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4263
Ten miesiącTen miesiąc2861
WszystkieWszystkie3753120
54.227.97.219