Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

RENAISSANCE - Scheherezade And Other Stories

 
(1975 BTM/ CD 1994 Repertoire Records)
Autor: Włodek Kucharek

renaissance-scheherezadeandotherstories

1.Trip To The Fair (10:51)
2.The Vultures Fly High (3:04)
3.Ocean Gypsy (7:05)
4.Song Of Scheherezade (24:37)
I.Fanfare
II.The Betrayal
III.The Sultan
IV.Love Theme
V.The Young Prince And Princess As Told By Scheherezade
VI.Festival Preparations
VII.Fugue For The Sultan
VIII.The Festival
IX.Finale
SKŁAD:
John Tout (instr. klawiszowe/ wokal)
Annie Haslam (wokal)
Jon Camp (bas/ wokal)
Terence Sullivan (perkusja/ wokal)
Michael Dunford (gitara akustyczna/ wokal)
GOŚĆ:
Tony Cox (aranżacje orkiestrowe)

            Opublikowany w lipcu 1975 roku szósty album Renaissance umocnił pozycję zespołu na gruncie rocka symfonicznego z dopiskiem „prog” i udowodnił, że zespół posiada wielki potencjał, który pozwala na tworzenie kolejnych płyt o charakterystycznym, autorskim stylu, oraz że kwintet nie tylko aspiruje do ekskluzywnej Ligii Mistrzów, ale już się w niej na trwałe znalazł. „Szeherezada” to kolejna perełka w dorobku artystów, rzecz bez słabych punktów, wybitnie melodyjna a wcale niełatwa w odbiorze, rewelacyjnie zaaranżowana. Jak w zwierciadle odbijają się specyficzne dla Renaissance nawiązania do muzyki klasycznej, szerokie spektrum dźwięków orkiestrowych, inspiracje dziełami kompozytorów klasycznych, dbałość o wytrawne linie melodyczne, spójność i przejrzystość kompozycji, w których cały czas coś się dzieje, ale zwroty muzycznej akcji nie zakłócają w żadnym wypadku struktury projektu. „Scheherezade…” dokumentuje także wszechstronność zainteresowań twórców i źródeł ich inspiracji. Już „the opener” opisuje dosyć banalny epizod, „ubrany” potem w wielowymiarowe dźwiękowe „szaty”, który miał miejsce w okolicy Świąt Wielkanocnych 1975, gdy Annie Haslam wraz z Royem Woodem z Electric Light Orchestra, Dickiem Plantem, producentem poprzedniego wydawnictwa „Turn Of The Cards” i jego żoną postanowili wspólne wyjście na kolację. Ktoś z tej czwórki „rzucił” propozycję wyjazdu do Hampstead Heath, gdzie powinien odbywać się wtedy tradycyjny jarmark. Gdy tam krótko po północy przybyli, nie zastali nikogo i cała zapowiadająca się atrakcyjnie eskapada zakończyła się fiaskiem. Następnego dnia poirytowana Annie Haslam zatelefonowała do Betty Thatcher i przedstawiła jej przebieg wypadków: „We went to the fair and there was nobody there”. Ta relacja stała się punktem wyjścia tekstu songu „Trip To The Fair”. Z kolei „Ocean Gypsy” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy, pełen smutku i melancholii, klimatyczny hicior wywołujący autentyczną „gęsią skórkę”, z genialną melodią, bezkresny „Ocean” łagodności, arystokratycznej dostojności, bo sposób w jaki królowa Annie śpiewa tekst jest po prostu niepowtarzalny, znakomity, emocjonalny i przepiękny, wzruszający każde, nawet skamieniałe serce. „Ocean Gypsy” to rodzaj legitymacji, certyfikatu potwierdzającego klasę Renaissance, absolutnej dojrzałości artystycznej, stuprocentowego profesjonalizmu, wokalno- instrumentalnego artyzmu, wirtuozerii w każdym calu, pieśń, która stała nie niepodważalnym, żelaznym punktem ich występów przed publicznością całego świata. Oto wycięty, drobniutki fragment liryki:

Nikt nie zauważył, kiedy umarła,
Oceaniczna Cyganka przykuta do fali,
Fale w odpływie, zawracając rozprzestrzeniały biel...
Coś zniknęło w jej oczach,
Jej palce, martwe, uderzyły w piasek,
Jej sponiewierana dusza została zgubiona,
Została opuszczona...
Jedwabne nici jak skrzydła wciąż lśnią,
Zmiecione przez wiatr przyjemności wciąż tworzą wzory w jej cudownych włosach...
tak ciemnych i gładkich...
Wciąż stoi głęboko poniżej mórz, nie płacze już, jej łzy
wyschły...
Ocean za nią łka, ocean wzdycha...

Znając barwę głosu, lekkość w technice śpiewu można sobie wyobrazić jak wielkie emocje generują te słowa. Trudno pojąć, ale to szczera prawda, a mianowicie fakt, że wersja koncertowa tego poematu z Carnegie Hall stanowi jeszcze bardziej doskonały twór. Człowiek się zastanawia, gdzie znajdują się wobec tego granice artystycznej doskonałości? Zaraz, zaraz, powie słuchacz znający zawartość programu albumu. Szaleństwem jest podniecać się klasą jednej z czterech zamieszczonych tam kompozycji, ponieważ każdy z aktów tej fabuły wywołuje podziw dla kreatywności, profesjonalizmu i wizjonerstwa artystów. Bo przecież tytułowa suita, jedyna studyjna tak obszerna forma muzyczna Renaissance, to dzieło ponadczasowe, które pozostanie w annałach rocka na wieki jako wzorzec współistnienia dwóch żywiołów, świata rocka i wspaniałej orkiestrowej symfonii prowadzonej przez London Symphony Orchestra. Pozostając na moment przy „Song Of Scheherezade” wspomnę tylko jeszcze o genezie tej suity, bo nie jest nią, jak wzmiankują niektóre źródła, poemat symfoniczny Nikołaja Rimskiego- Korsakowa, napisany w roku 1888, choć obie wersje sięgają do pierwowzoru literackiego, mianowicie do „Księgi tysiąca i jednej nocy” (znanej również jako „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”), zbioru około 300 baśni, legend, podań i opowieści zamkniętych w kompozycyjną ramę historii sułtana Szachrijara i jego żony Szeherezady. Autorem pomysłu był zafascynowany „Księgą…” Michael Dunford, który jakiś czas zajmował się tym zbiorem przypowieści arabskich, perskich, staroindyjskich i babilońsko- asyryjskich, pochodzących z IX- X wieku i zaliczanych do arcydzieł literatury światowej. To właśnie Dunford wybrał temat Szeherezady, zaakceptowany jako wątek wiodący przez pozostałych członków ensamble, aby muzycznie podzielić go na dziewięć części, które pod względem kompozycji stanowią owoc kooperacji trio Tout-Dunford-Camp.

A wymienieni muzycy opisali rockowo- symfonicznymi tonami tekst, w którym oczywiście wiodącą postacią była tytułowa postać suity. „Legenda, przedstawiona w prologu jako Opowieść o królu Szahrijarze i królowej Szeherezadzie, opowiada o okrutnymsułtanie, który przekonany o niewierności kobiet, po nocy poslubnej pozbawiał życia każdą ze swych żon. Losu poprzedniczek uniknęła Szeherezada, która przez 1001 nocy opowiadała sułtanowi wymyślone przez siebie historie, nie kończąc ich nad ranem. Sułtan, powodowany ciekawością, co dzień odkładał wykonanie wyroku. W końcu zrezygnował z tego zamiaru, a Szeherezada na zawsze pozostała jego jedyną małżonką”.

            Już pierwsze ścieżki albumu ujęte w kompozycję „Trip To The Fair”, o której wspomniałem już wyżej, rozpoczynają się jak pełen romantyzmu i poetyckiej nastrojowości koncert fortepianowy, ale nie jest to w swoim charakterze „nudziarstwo” zgorzkniałego pianisty, lecz dynamiczny, energetyczny przekaz z wyrazistą linią melodyczną, z pędzącym rytmem, który zostaje wyhamowany dopiero po 3 minucie. Wtedy to utwór przechodzi do meritum, czyli tematyki związanej z tytułowym jarmarkiem. Żeby obraz był naturalny, wykonawcy zadbali o detale, kiermaszowy klimat, fraza „wyczarowana” z pozytywki, różne „przeszkadzajki”- bębenki, beztroski wokal, lekka, wręcz frywolna atmosfera, w którą wpisano sporą dawkę akustycznych dźwięków o folkowych korzeniach. Obok nich pojawiają się także sekwencje z inspiracją jazzową, szczególnie słyszalne po 6:30, gdy na scenę wkracza ksylofon, a następnie jego partię „przedłuża” jazzowy fortepian w solowym żywiole. Rewelacyjny to odcinek czysto instrumentalny, po którym władcą przestrzeni zostaje głos Annie Haslam cytujący w finale słowa refrenu „A trip to the fair but nobody was there, but nobody was there”, po których obok partii chóralnej na estradzie pozostają wyłącznie instrumentaliści, łącznie z takim jarmarcznym dodatkiem jak katarynka. W sumie, pomimo swojej długości, kompozycja nie sprawia wrażenia przesadnie skomplikowanej, wręcz przeciwnie, raczej prostej i ludycznej, zabawowej, nie tracąc przy tym swoistej elegancji, lekkości i dobrego smaku. Najkrótszym akapitem publikacji jest numer dwa, „The Vultures Fly High”, ruchliwa, energiczna piosenka, w której wykorzystano ponownie talent Johna Touta i sporą dawkę fortepianowych akordów z dodanymi kameralnymi frazami klawesynu. Song utrzymany w średnim tempie, gwałtownie przyspieszający w refrenie, z syntezatorowym tłem i urokliwą melodią zmuszającą słuchacza do przytupywania czy nucenia. Potencjalny kandydat na przebój, ale kto słucha dzisiaj tak „grzecznej” muzyki z żeńskim głosem? „Ocean Gypsy”, diament, wznosi charakter albumu ponownie na poziom symfoniczności z rewelacyjnymi, genialnymi, hymnicznymi melodiami i rozbudowanymi partiami fortepianu, które już od zarania kariery Renaissance stały się niejako ich znakiem rozpoznawczym. Kreacja wokalna Annie Haslam najwyższych lotów, a smutek emanujący z tej opowieści jest prawie dotykalny, osobisty. Odbiorcy pozostaje tylko zachwyt. Ciekawostką jest, o czym już pisałem w innych tekstach poświęconych tej brytyjskiej grupie, brak w instrumentarium gitary elektrycznej, a był to świadomy wybór nadwornego „wioślarza” Michaela Dunforda, który ocenił ją jako instrument zbędny. Zapewne reakcja wielu fanów rocka to w tej sytuacji zdziwienie, co?, rockowe utwory bez bazy w postaci gitary prowadzącej?. Niektórym fakt ten nie mieści się w głowie, ale gdy posłuchać dowolnie wybranej kompozycji Renaissance z wczesnego okresu działalności obiektywnie okazuje się, że bez dźwięków wydobywanych ze strun z „elektrycznością” można żyć i pozostać rasowym rockowym zespołem, po wysłuchaniu którego słuchacz wcale nie odczuwa przesadnej tęsknoty za gitarą podłączoną do wzmacniacza. Dziwne ale wydaje mi się, że prawdziwe, że bez jej pomocy istnieją także możliwości dyktowania odpowiednio zmiennego tempa, kształtowania rytmu, generowania „połamanych” taktów, atonalnych rozwiązań oraz prześlicznych pieśni podobnych wizerunkiem do „Ocean Gypsy”, które wcale nie funkcjonują według prostackiej dewizy zwrotka-refren- solo- zwrotka –refren. W czasach tradycyjnego, powracającego do łask, winyla, side B zajmowała epopeja „Song Of Scheherezade”, kończąca się dwadzieścia kilka sekund od granicy 25 minut, monster of rock. Także współcześnie powstają tak rozciągnięte, wielowątkowe kompozycje, ale w epoce lat 70-tych wydarzenie takie było tak powszechne (przykłady można mnożyć w nieskończoność), że nikt się z tego powodu nie podniecał i nie opowiadał w mediach dyrdymałów, że „Oni” takich rzeczy nie komponują, bo słuchacze ich nie strawią, że „coś takiego” się nie sprzeda. „De gustibus non disputantum est”, czyli „o gustach się nie dyskutuje”, ale ja pozwalam sobie mieć inne zdanie w tej kwestii. Suita „Song Of Scheherezade”, korona albumu, wyróżnia się rozmaitością serwowanych dźwięków, zmiennością struktury zarówno w zakresie rytmu, jak też brzmienia, dyktowanych temp i jest to niewątpliwie najbardziej dosadny fragment płyty, w którym wyczuwa się wybitną obecność orkiestry pod dyrekcją Tony Coxa (miał już pewne doświadczenie w pracy z rockmanami, ponieważ kilka lat wcześniej zadbał o orkiestracje na krążku YES „Time And A Word) potężnych operowych chórów, smyków, fletów. Ta kompozycja oferuje ponad 24 minuty niesamowitych emocji, przeżyć i wzruszeń, począwszy od fanfar instrumentów dętych przez naprzemiennie występujące fragmenty dynamiczne i balladowe do prawie kompletnej ciszy w części środkowej, z ulotnymi, wpadającymi „w ucho” wątkami melodycznymi, dopracowanymi do ostatniego niuansu, dalekimi od komercyjnej taniochy muzycznej konfekcji z Chin. Atrybutami „Szeherezady” są rozległe faktury orkiestrowe doskonale uzupełniające rockową moc, aż po monumentalny, bombastyczny finał przytłaczający swoją potęgą i rozmachem. Tak zapewne powinno wyglądać dojrzałe dzieło progresywnego rocka symfonicznego, wspaniały pokaz integracji rockowego bandu i symfoników orkiestry.

            Renaissance stworzył dzieło epokowe, wiekopomne, pomnikowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Twórcy wykorzystali do optimum swoje umiejętności, zasoby talentu, aby zaprojektować i zrealizować jeden z najważniejszych filarów rocka progresywnego, na fundamencie którego młodsze pokolenia muzyków przez dziesięciolecia pobierało nauki w dziedzinie sztuki komponowania. Dzisiaj „Scheherezade And Other Stories” należy bez wątpienia do kanonu ambitnej muzyki rockowej i każdy, dla kogo „rock” oznacza coś więcej niż tylko odsłuchiwanie dźwięków powinien się z tą barwną historią zapoznać.

Ocena 6/ 6

Włodek Kucharek

144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753109
DzisiajDzisiaj299
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4252
Ten miesiącTen miesiąc2850
WszystkieWszystkie3753109
54.227.97.219