Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 75sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

richie kotzenposterz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

evanescenceposterz m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

 

EARTH & FIRE - Earth & Fire

 
(1970 Polydor; CD Remaster 2002 Repertoire Records/ 2009 Esoteric Recordings)
Autor: Włodek Kucharek

earthandfire-earthandfire

1.Wild And Exciting (4:27)

2.Twilight Dreamer (4:16)

3.Ruby Is The One (3:26)

4.You Know The Way (3:46)

5.Vivid Shady Land (4:11)

6.21st Century Show (4:14)

7.Seasons (4:08)

8.Love Quiver (7:36)

9.What’s Your Name (3:36)

SKŁAD:

Chris Koerts (gitara)

Gerars Koerts (organy/ gitara/ flet)

Hans Ziech (bas)

Ton van de Kleij (perkusja)

Jerney Kaagman (wokal)

            W kolejnych wspomnieniach o zagubionych bądź zapomnianych płytach i kapelach rocka odkurzymy historię holenderskiego kwintetu Earth & Fire. Anegdotyczny posmak posiada fakt, że nawet w przepastnych archiwach w Sieci działalność tej formacji łączy się omyłkowo z twórczością amerykańskiej grupy soulowo- jazzowej Earth, Wind & Fire, nawiasem mówiąc wielce zasłużonej dla rozwoju wymienionych odmian muzyki. Konfrontacja profilu stylistycznego Amerykanów z dorobkiem rockmanów retro pochodzących z Kraju Tulipanów wykazuje oczywiście zero podobieństwa i żadnych punktów stycznych w kreowaniu dźwięków. Holendrzy nigdy nie osiągnęli oszałamiających sukcesów, w epoce największych dokonań rocka należeli raczej do kręgu zespołów drugiej ligi, a może nawet niższej. Według różnych opracowań fachowych z wielu krajów za największy wyczyn Earth & Fire uznaje się zgodnie album z numerem dwa w ich dyskografii „Song Of Marching Children” z tytułową suitą, w której muzycy osiągnęli apogeum swoich możliwości kompozytorskich i wykonawczych w zakresie rocka progresywnego. Ich twórczość liczy sobie 9 pełnowymiarowych wydawnictw studyjnych (ostatnie „Phoenix” z 1989 roku), 11 najróżniejszych kompilacji oraz ponad 20 singli. Gdyby pokusić się ocenę jakości pomysłów artystycznych można mówić o cenzurce w skali szkolnej między 3+ a 4 do publikacji „The World Of The Future” (1975), natomiast po tym okresie było już tylko gorzej i kompozycje grupy miały kłopot ze zbliżeniem się do oceny dostatecznej. Earth & Fire to w latach 70-tych kolejny ensamble z żeńskim wokalem, tutaj Jerney Kaagman. Przypuszczam, że Holendrom nie sprzyjało także „dziejowe” szczęście, gdyż w tym czasie na rockowej scenie działało multum składów i konkurencja zepchnęła niektóre z nich na drugi plan. Gdyby sporządzić niezobowiązujące zestawienie rockbandów z kobietą przed mikrofonem i porównać przykładowo rezultaty pracy twórczej Renaissance (boski głos Annie Haslam), niemieckiego Frumpy (co za głos Inge Rumpf), Jefferson Airplane (Grace Slick, barwa jej głosu to znak rozpoznawczy stylu zespołu), Blondie (wielka kariera Debbie Harry), Babe Ruth (geniusz Jenny Haan) czy legendarna dama wokalu Stevie Nicks z równie wielkiego Fleetwood Mac, to panna Kaagman wypadała przy nich blado. Ale nie twórzmy tutaj ideologii, nie szukajmy taniego usprawiedliwienia, no właśnie do czego? Porzucam więc teoretyzowanie na rzecz konkretów związanych z Earth & Fire.

            Początki istnienia zespołu sięgają połowy lat 60- tych, gdy Chris Koerts i Hans Ziech założyli w niderlandzkim miasteczku Voorschoten rockowy band pod nazwą Opus Gainfull. Krótko potem grupa zmieniła nazwę na Earth & Fire i po zmianach personalnych wystartowała w 1969 roku do kariery artystycznej, występując jako anonimowy wśród słuchaczy wtedy suport holenderskiej gwiazdy Golden Earring (Kto nie zna hitu „Radar Love” wystąp! Ty Kowalski nie słyszałeś? 10 dni karceru o chlebie i wodzie!). Uznanie po występach „na żywo” zaowocowało kontraktem płytowym dla debiutantów, a pierwszy singiel „Seasons” z końca roku 1969 odniósł w Holandii niebywały sukces. Pierwszy pełnowymiarowy album ukazał się w roku 1970 i nosił nazwę zespołu w tytule. W tym samym czasie klawiszowiec Gerard Koerts, pod wpływem koncertów King Crimson i The Moody Blues zainwestował w zakup melotronu, który w znacznym stopniu przysłużył się w procesie twórczym trzech kolejnych płyt: „Song Of Marching Children” (1971), „Atlantis” (1973) i „To The World Of The Future” (1975), które zaliczyć należy do ulubionej kategorii progrocka „concept albums”. Niestety w drugiej połowie lat 70-tych formacja „skręciła” stylistycznie w stronę muzyki pop, prowadząc do unicestwienia bytu artystycznego Earth & Fire. Niezależnie od tego, jak groźnie brzmi powyższe określenie, następne lata przyniosły spadek zainteresowania ich twórczością, a kryzys objął także sprzedaż płyt w wymiarze regionalnym (Benelux, Holandia, Niemcy), po czym nastąpił krach kariery i wiedza o grupie zginęła w przestworzach. Ostatnim tchnieniem był międzynarodowy błysk piosenki „Weekend” wydanej na małej płytce pod koniec lat 70-tych, która wspięła się na pozycję z numerem „1” niemieckich list przebojów. A potem na lata zapadł mrok i współcześnie tylko pasjonaci bądź fachowcy z labelu Esoteric Recordings „grzebią” w starych kronikach rocka, aby odświeżyć niektóre informacje dotyczące artystycznego żywota Earth & Fire.

            Z debiutem fonograficznym formacji wiąże się pewna ciekawostka, mianowicie album posiada trzy okładki. Pierwsza przedstawia zwykłe pudełko zapałek, na drugiej zamieszczono kolorową fotkę pięciu muzyków. Trzecia wersja coveru jest najcenniejsza, ponieważ jej autorem jest sławny projektant, grafik i malarz Roger Dean (nadworny twórca większości okładek dla YES, ale także Uriah Heep, Asia, Budgie, a ze starszych ekip The Gun, Atomic Rooster, Gentle Giant czy Osibisa. Ostatnie dzieła to Asia „XXX” i „Gravitas” (2014), Focus „Focus X” (2012) oraz YES „Heaven & Earth”, który ukaże się dopiero 18 lipca 2014), a przygotowano ją rok później, specjalnie do brytyjskiego wydania „Jedynki”. Sam projekt z korzeniami starego drzewa i tajemniczymi pomarańczowymi światłami miał budzić skojarzenia z typową symboliką progrocka i stał się jednym z najbardziej cenionych dzieł Deana. Pierwsza płyta różni się zasadniczo od trzech kolejnych w jednym punkcie, na starcie dysku „Earth & Fire” trudno odkryć coś rzetelnie progresywnego, może z wyjątkiem najdłuższej kompozycji „Love Quiver”. Uwaga ta odnosi się do dwóch głównych aspektów, primo do struktury kompozycyjnej 8 z 9 utworów, secundo do wiodącego instrumentarium gitara-bas-perkusja, co wpływa także znacząco na uproszczenie brzmienia. Potraktowanie klawiszy, a w zasadzie organów, jako przyprawy do głównych dań, jeżeli mogę sobie pozwolić na kulinarne porównanie, zepchnęło ich występy do roli drugoplanowej, stąd znacznie bardziej „pachnie” tutaj niezbyt skomplikowanymi, a nawet chwilami naiwnymi piosenkami w hippisowskich szatkach połowy lat sześćdziesiątych. Konstrukcja instrumentalna ma także schematyczny charakter, na froncie gitara prowadząca, dalej mocna ekspozycja wokalu Kaagman, wycofana i słabowita sekcja rytmiczna i schowane głęboko organy Gerarda Koertsa, pojawiające się okazyjnie jako ciekawostka. Tak „skrojone” utwory rażą starzyzną, bo proszę choćby posłuchać „Ruby Is The One” i uruchomić minimum wyobraźni, by stwierdzić, że znaleźliśmy się w epoce kilka lat przed chrzestem rockowego dziecka, gdy Mick Jagger na narkotykowym haju był piękny i przystojny. Prościutkie akordy gitary, jakiś tam bas i bębenki, do tego panienka przed mikrofonem, wychodzi bijący „po uszach” starociem kawałek wyciągnięty na siłę z demobilu. Brakuje iskry, elektrycznych pazurków strun, łamania stereotypów, stąd bardziej przypomina kalifornijski sunshine pop a’la The Mamas And The Papas na początku kariery, aniżeli ambitne rockowe frazy. Być może w tym okresie odpowiedzialni za kształt repertuaru nie mieli jeszcze skrystalizowanej wizji stylistycznej, choć po roku 1975 zespół powrócił do takiego grania i skończyło się bolesnym upadkiem. Na ścieżkach „Earth & Fire” ze świecą szukać klasycznych nawiązań do rodzącej się progresji, więcej piosenek folkowo- rockowych brzmiących momentami jak kalka Jefferson Airplane. Rzadko do głosu dochodzą „rodzynki” takie jak Vivid Shady Land”, wręcz nie pasujący klimatem do reszty materiału, z akcentami psychodelii, próbami manipulowania brzmieniem jakby z innego świata. Inny jest także „21st Century Show”, który po pierwszej energetycznej, piosenkowej fazie, wkracza po 2 minucie na pole rozmazanych dźwięków organowych jako tła, na którym rozlega się partia fletu, aby w finale powrócić do dynamiki stylu ze wstępu. Mistrzostwo to nie jest, ale całość do zaakceptowania. Potem tylko przebojowy „Seasons” dzieli nas od „Love Quiver”, w którym autorzy wyeksponowali pulsujące Hammondy, pomieszali w rytmice, urozmaicili brzmienie, wprowadzili partie solowe, o dziwo nagle okazało się, że perkusja to w grupie nie tylko instrument odtwórczy i mechaniczny, że na fundamencie klawiszy można „wyciąć” fajne solo, że instrumentalny środek kompozycji wypełnić można kolażem różnych tonów, że można pomajstrować z tempami. Nagle okazało się, że w holenderskim kwintecie być może drzemie potencjał, o jaki ich nie podejrzewaliśmy. Kawał fajnej muzy z riffami gitary i rozszerzonym spektrum brzmienia, któremu znacznie bliżej do wytrawnych nutek progresji. Po tym spontanicznym wybuchu umiejętności i entuzjazmu Earth & Fire „utonął” jeszcze w trzyminutowej balladce, w której rządzi głównie akustyka gitary i fletu i album dobiegł do mety.

Chciałoby się powiedzieć, „pierwsze koty za płoty”, żółtodzioby z Holandii nagrali płytę nierówną, z dwoma- trzema fragmentami, na których można „ucho zawiesić”, nie ustrzegli się wpadek, które przy odrobinie tolerancji złożyć można na karb niedoświadczenia. Trudno po debiutanckim występie wpadać w zachwyt, trudno prorokować w sprawie potencjału artystycznego kwintetu, bo ten się jeszcze nie objawił. Należało poczekać rok, aby się przekonać, że Earth & Fire ma coś do powiedzenia muzycznie i potrafi nadać swoim pomysłom odpowiednią formę.

Ocena 2/ 6

120_slider_ot.gif 120_destruction_158x600px_eu.gif

Goście

3248351
DzisiajDzisiaj1113
WczorajWczoraj2320
Ten tydzieńTen tydzień6379
Ten miesiącTen miesiąc34956
WszystkieWszystkie3248351
3.227.235.23