Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 75sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

richie kotzenposterz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

evanescenceposterz m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

 

RARE BIRD - As Your Mind Flies By

 
(1970 Virgin Records; CD Remaster 2007 Esoteric Recordings)
Autor: Włodek Kucharek

rarebird-asyourmindfliesby

1. What You Want To Know

2. Down On The Floor

3. Hammerhead

4. I’m Thinking

5. Flight

Part 1- As Your Mind Flies By

Part 2- Vacuum

Part 3- New Yorker

Part 4- Central Park

BONUS TRACKS

6. What You Want To Know (mono single version)

7. Hammerhead (mono single version)

8. Red Man (Previously Unreleased)

SKŁAD:

Graham Field (organy i inne instr. klawiszowe)

David Kaffinetti (fortepian elektryczny i inne instr. klawiszowe)

Steve Gould (bas/ wokal)

Mark Ashton (perkusja/ wokal)

GOŚCIE

Andy Curtis (gitara „Red Man”)

Fred Kelly (perkusja „Red Man”)

            Ponownie nawiązuję do powracającego jak mantra sloganu “syndrom drugiej płyty”, której realizacja w przypadku Rare Bird nastąpiła rok po debiucie na ścieżkach albumu „As Your Mind Flies By”. Już po wstępnym przesłuchaniu i obejrzeniu zawartości książeczki pokusić się można o kilka uwag merytorycznych. Pierwsza to wnętrze płyty, które w tradycyjnym wydaniu winylowym ozdobiła wspaniała suita „Flight” (zwracam uwagę na drobiazg, tytuł wydawnictwo zaczerpnęło od jej pierwszej części), trwająca dokładnie 19:43. Side „A” zawiera cztery inne kompozycje, z których pierwsza i ostatnia zbliżają się do sześciu minut. W erze lat 70-tych prawie każdy szanujący się skład, stawiał sobie ambitne zadanie skomponowania i wykonania utworu o zasięgu rockowej suity. Suity promowali najwięksi tamtych czasów, Yes, Emerson, Lake And Palmer czy Van Der Graaf Generator, ale temu, można chyba napisać trendowi, nie mogli oprzeć się także wykonawcy, którzy nie są kojarzeni z tak obszernymi opracowaniami. Na myśl w tym kontekście przychodzą mi takie zespoły, jak chociażby Uriah Heep (ponad 16- minutowy „Salisbury” na albumie z 1970 roku o tym samym tytule), UFO (dwie rozbudowane formy z „Dwójki” „Flying” z 1971, z których tytułowy utwór, 26:30 sprawił pioruńskie trudności techniczne ze zmieszczeniem materiału na jednej stronie winyla), Camel („Lady Fantasy Suite”, 12:45, z LP „Mirage” 1974), albo jeden monstrualny utwór Jethro Tull „Thick As A Brick” (1972), „mierzący” sobie ponad 43 minuty. W każdym bądź razie także kwartet Rare Bird postanowił rzucić wyzwanie i zamieścić na skali trudności ze znakiem ”Q” swoją, autorską, złożoną i wielowymiarową pracę. Drugi element opisywanej publikacji Rare Bird z dziejów rockowej fonografii, który przyciąga uwagę to dojrzałość wykonania, słyszalna nawet dla takiego amatora jak piszący ten tekst. Dodatkowo autorzy mając zaufanie do swoich umiejętności pozwolili sobie na zabieg sparafrazowania fragmentu muzyki klasycznej, a w ich przypadku chodzi o popularny motyw z „Bolera” (1928) Maurice Ravela, który wpleciony został w strukturę suity „Flight”. Oczywiście jestem świadomy, że cecha zwana dojrzałością artystyczną, to dosyć ulotna kategoria, ale jeżeli członkowie formacji wykazują niesamowity luz i radość z grania, że opanowanie instrumentu pozwala im na improwizacyjne odjazdy i żonglowanie jak magicy kreowanymi dźwiękami, to znak, że czują się swobodnie i nie istnieją żadne bariery formalne w kształtowaniu dzieła muzycznego. Kontynuując ten dosyć powierzchowny wywód, chciałbym wspomnieć o trzecim składniku drugiej płyty Rare Bird, który nieco później miał istotny wpływ na preferowany przez muzyków styl. Chodzi mi fakt powiązany z nagraniem bonusowym „Red Man”, które pierwotnie było owocem tej samej sesji nagraniowej, ale utwór ten nie został wykorzystany w programie wydawnictwa. Mianowicie do studyjnej „burzy mózgów” zaproszono Andy Curtisa, gitarzystę. Nie byłoby w tym zdarzeniu nic dziwnego, ale przypominam, że początkowo brzmienie zespołu bazowało wyłącznie na kwartecie instrumentalnym podwójne klawisze- bas-perkusja, a obecność gitary zwiastowała w tym zakresie pewne zmiany w przyszłości, o których będzie się można przekonać na krążku numer trzy,„Epic Forest”.

            Osobiście uważam, że album „As Your Mind Flies By” jest najlepszym rezultatem pracy twórczej zespołu, ponieważ przynosi jednorodny materiał, powstały na bazie stylistycznej debiutu, ale pozbawiony niewypałów, czyli słodkich piosenek ery big-beatu, których nazywanie rockowymi byłoby grubym nadużyciem, vide „Melanie” czy „Natures Fruit”. Program jakościowo jest równy, a zespołowi nie zdarzają się chwile słabości czy braku idei twórczych, jak to miało miejsce na poprzedniku z 1969 roku. Tym większe zdziwienie wywołuje umiarkowane powodzenie płyty wśród szerokich rzesz publiczności, będące powodem krótkotrwałego zawieszenia działalności. Kwartet dokonał delikatnej, acz istotnej korekty eliminując dźwięki o jednoznacznie popowych korzeniach, pozostawiając komponenty, które według mnie decydują o tożsamości artystycznej Rare Bird. W dalszym ciągu prezentują rock progresywny zdominowany klawiaturami, w przewadze organowymi, w mniejszym stopniu elektrycznym fortepianem. Bywa tak, co sygnalizowałem w innej recenzji, że Hammondy „wpadają” w manierę wykonawczą przedstawicieli sceny Canterbury, szczególnie we fragmentach bardziej dynamicznych i szybszych, demonstrując wtedy nawet coś w rodzaju brzmieniowej agresywności. Partie organów tworzą wtedy intensywnie utkane dźwiękami frazy, dominujące nad innymi uczestnikami instrumentarium. Niekiedy dochodzi też do czegoś, co nazwałbym eksplozją organową, gdy osiągnięty zostaje punkt kulminacyjny, zarówno w budowaniu napięcia, jak też w dyktowaniu podziałów rytmicznych. Jednym słowem jest coraz szybciej, intensywniej, a „nacierająca gromada” dźwięków kumuluje się w precyzyjnie wyznaczonym punkcie czasowym, po czym następuje celowy sterowany spadek dynamiki i rozwiązanie tematu bądź inicjacja nowego. Zapewne ku zadowoleniu słuchaczy muzycy kontynuują dobrą tradycję dbałości o motywy melodyczne, których wiele, bardzo udanych można odkryć na recenzowanym albumie. Chłopaki z Rare Bird stopniują także emocje i ekspresję, wyrażane w różnorodnych kompozycjach. Z jednej strony pojawiają się liczne niebanalne rozwiązania rytmiczne, melodyczne w suicie „Flight”, natomiast na drugiej stronie longplaya urozmaiceniem są dwa pierwsze utwory, utrzymane w balladowej konwencji, właściwej wczesnym dziełom Procol Harum, przez lekko zabarwiony rockowym feelingiem i dynamiką track trzeci, aż do specyficznego miksu progrocka i kołyszącej ballady w songu „I’m Thinking”. Jednym z wyznaczników opisywanej płyty jest umiar, a dotyczy on głównie dwóch klawiszowców, którzy nie „pchają” się ze swoimi partiami bez sensu na front, by zaistnieć, lecz inteligentnie współpracują, czego efektem jest brak przesady w dozowaniu klawiszowych tonów, mogący łatwo doprowadzić do znużenia słuchaczy. Zanim przystąpię do analizy poszczególnych składników programu, chciałbym jeszcze nadmienić, że potencjał tej muzy jest niesamowity, a motorem napędowym jest bezwzględnie lśniąca pełnym blaskiem suita „Flight”. Dla tego jednego kawałka warto posiadać płytę, choć osobiście nie wierzę, że ktoś, kto zada sobie trud prześledzenia meandrów tej fonograficznej perełki, odrzuci z czystym sumieniem czteroutworową zawartość, nominalnie strony „A” z edycji Virgin Records. Ale „Flight” to prawdziwy „Lot” w Kosmos dźwięków, obiecujący nietuzinkowe przeżycia estetyczne, potwierdzający umiejętności wykonawców i lokujący całe to przedsięwzięcie twórcze w kanonie progresji. To istna orgia fortepianowo- organowa przerywana systematycznie galopującym rytmem dyktowanym przez duet bas- perkusja, inicjująca co rusz śliczne pomysły melodyczne, znajdująca wsparcie na solidnym fundamencie wokalnym, nie tylko solo, lecz także w partiach chóralnych, stanowiących w takim wymiarze pewne novum stylu zespołu. I jeszcze jedna wzmianka. Klimat. Psychodelia spotyka mistykę, wspólnie zapraszają sztukę klasyczną (Ravel), a wszystkie wpływy spina zgrabną klamrą rock progresywny. Wspaniały tygiel rozmaitości, świetnie zagranych, „z głową” uporządkowanych, co pozwala na płynne przechodzenie z jednego tematu do następnego. Jednym słowem „Klasa!”.

            Przygodę z twórczością Rare Bird z tego albumu rozpoczynamy chronologicznie, czyli od akapitu „What You Want To Know”. Mogę naturalnie pisać tylko o swoim wrażeniach, ale od pierwszej nutki utwór zapowiada się jak wielkie dźwiękowe widowisko, utrzymane w powolnym tempie, z wyeksponowanym, mocarnym głosem Goulda, z organowymi zagrywkami o brzmieniu współcześnie niespotykanym, z kaskadami uderzeń perkusyjnych, schowanych jednak w tle, oraz atonalnymi fragmentami, zintegrowanymi z całością formy. Spektrum brzmienia rozpościera się na trzy wymiary: pierwszy rytmiczny z odpowiedzialnością duetu bas- perkusja, choć gitara basowa „poraża” w tych frazach swoją nieśmiałością; drugi, piękna melodia w balladowych pląsach z dominacją prowadzących linię Hammondów i trzeci filar opierający się na świetnym głosie Goulda, z delikatną chrypką, stąd jego specyficzna barwa. Od początkowej ospałości, nawet lenistwa utwór rozwija się systematycznie nabierając dynamiki i energii, których źródłem jest piano Rhodesa i organy. Po osiągnięciu stanu kulminacji, następuje świadomie stopniowany spadek napięcia, by jak na rollercoasterze wspiąć się za moment jeszcze wyżej. Gdy słuchaczem jest ktoś, kto historię zespołu zna powierzchownie, albo w ogóle nie ma o biografii Rare Bird pojęcia, nie zwróci nawet uwagi, na brak gitary, której absencja w każdej kompozycji jest doskonale kamuflowana i zastępowana często agresywnym brzmieniem klawiatur. Na drugi „ogień” idzie miniatura „Down On The Floor”, w której poprzez barokowo zaaranżowane brzmienie szpinetu słyszymy typową dla stylu Rare Bird (vide Procol Harum) elegancję i arystokratyczną dostojność, podkreślane głównie przez całą paletę umiejętności wokalnych. Skojarzenia z koncertami muzyki Bachowskiej są jak najbardziej usprawiedliwione. Centralnym punktem kompozycji jest silnie zaakcentowany fundament harmoniczny w formie określanej przez fachowców- muzykologów jako „basso continuo” (bas cyfrowany), a wykonawcami tego instrumentalnego dialogu są organy i szpinet, a nastrój kojarzy się jednoznacznie z muzyką dawną. Z atmosfery dworów książęcych za sprawą „Hammerhead” przeniesieni zostajemy do…krainy hard rocka. Wyrazisty jednorodny temat melodyczny i tryskające energią organy, tak jakby chciały udowodnić, że na Hammondach też można rockowo „przywalić”. Autorzy skutecznie „łamią” pogląd, że to tylko krótka rockowa piosenka, wprowadzając przed upływem trzeciej minuty przestrzenne elementy psychodelii. W „I’m Thinking” panuje duża różnorodność dynamiczna, od wstępnej nostalgii i balladowej delikatności po organowe eksplozje. Podobnie zachowuje się Gould, który dobierając odpowiednie środki ekspresji (wokal włącza się do akcji dopiero w 2:42) raz łagodzi emocje, by za chwilę dotrzeć do ekstatycznego krzyku. Ponad połowę programu regularnego longplaya zajmuje rozbudowane monstrum „Flight”. Czego tutaj nie ma! Początek „rozwala” perkusyjnym huraganem, wygląda jakby Ashton złamał wcześniejsze ograniczenia we wprowadzeniu swoich partii solowych, „rozwieszając” szczelną kurtynę perkusyjnych beatów. Po wejściu organów i wokalu kompozycja przeżywa liczne meandry poruszając się pomiędzy miarową i powolną romantyką a intensywną i burzliwą dynamiką. Niesamowite wrażenie robią partie chóralne, orkiestrowe, brzmienie pełne przepychu, bogactwa i epickich pasaży, których kulminacją staje się cytat z „Bolera” Ravela, w którym chór zbliża się w sztuce wykonawczej bardziej do klasycznej opery, aniżeli rocka. Suita przeżywa multum przełomów rytmicznych, demonstrując wszechstronność muzyków chociażby w wyśmienitych partiach solowych. Tytuł adekwatny do muzycznej treści, bo to prawdziwy duchowy odlot, pełen niespodzianek, manipulowania tempem, zmienności klimatu. Wielki rockowy poemat, napisany dźwiękami przez wytrawnych, acz bardzo młodych wówczas muzyków. Istny diament, który po każdym kolejnym przesłuchaniu nabiera wartości „rzucając” magiczne refleksy w kierunku każdego słuchacza.

            „As Your Mind Flies By” zapomniane dzieło rocka, nad wyraz logicznie ułożone, przemyślane i profesjonalnie wykonane, a w 15:20 wykorzystanie Ravelowskiego motywu ze słynnego „Bolera” i „wpasowanie” motywu przewodniego do struktury suity, to iście mistrzowski zabieg. Ale mówiąc o tym albumie nie wolno skupiać się wyłącznie na „Flight” i marginalizować roli pozostałych składników płyty, bo byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe. Na pewno zasługuje ona na zainteresowanie jako całość, pod każdym względem.

W dodatku do programu podstawowego znalazły się trzy utwory, z których dwa to singlowe wersje mono rozdziałów albumu, a „Red Man” to zapowiedź nowych czasów w karierze grupy, niepublikowany utwór z gitarą, która na kolejnym winylu stała się pełnoprawnym członkiem grupy.

Ocena 6/ 6

Włodek Kucharek

 

120_destruction_158x600px_eu.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3248228
DzisiajDzisiaj990
WczorajWczoraj2320
Ten tydzieńTen tydzień6256
Ten miesiącTen miesiąc34833
WszystkieWszystkie3248228
3.227.235.23