Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

walkyrya italian metal band 111019 m-artzzz b

mh plakat b

mortis plakat m

destroyers i jaguar plakat krakow 1zzz m

praying mantis plakat m

pestilence poster oba net 1k m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

EARTH & FIRE - Song Of The Marching Children

 
(1971 Polydor/ Remaster CD 2009 Esoteric Recordings)
Autor: Włodek Kucharek

earthandfire-songofthemarchingchildren

1. Carnival Of The Animals

2. Ebb Tide

3. Storm And Thunder

4. In The Mountains

5. Song Of The Marching Children

I) Theme Of The Marching Children

II) Opening Of The Seal

III) Childhood

IV) Affliction

V) Damnation

VI) Purification

VII) The March

Bonus Tracks :

6. Invitation

7. Song Of The Marching Children (single version)

8. Storm And Thuner (single version)

9. Lost Forever

10. Memories

11. From The End ‘til The Beginning

SKŁAD:

Jerney Kaagman (wokal)

Ton v.d. Kleij (perkusja/ wokal)

Hans Ziech (bas)

Gerard Koerts (organy/ fortepian/ wibrafon/ melotron/ syntezator/ flet/ wirginał/ wokal)

Chris Koerts (gitara elektryczna/ akustyczna/ wokal)

            Earth & Fire założono w roku 1968 w Holandii, czyli z perspektywy wydarzeń współczesnych, w czasach „prehistorycznych”, a dyskografia zespołu od dawna pokryła się grubą warstwą kurzu (chlubnym wyjątkiem jest w tej dziedzinie działalność wydawnictwa Esoteric Recordings, które z pasją wartą lepszej sprawy nie pozwala zaginąć pamięci o mało popularnych kapelach i wytrwale odnawia kolejne nagrania, dostarczając je w pięknych opracowaniach do rąk pasjonatów, którzy w dalszym ciągu kultywują dzieła tych mniej znanych wykonawców). Szukając usprawiedliwienia można rzec, że holenderski kwintet z żeńskim wokalem nigdy nie należał do liderów rockowych rankingów, choć przetrwał w szczątkowej formie z kilkunastoma dużymi płytami na koncie do dziś. Początek kariery datowanej na rok 1970 był dosyć udany, przynajmniej z komercyjnego punktu widzenia, ponieważ ich debiut płytowy odniósł wprawdzie lokalnie, ale jednak sukces. Najpierw piosenka (Nie lubię tego słowa, ale w przypadku Earth & Fire powinienem używać go relatywnie często, gdyż wiele utworów grupy miało zdecydowanie popowy charakter i trudno traktować je w kategoriach dzieł rockowo progresywnych) „Seasons”, skomponowana przez „gościa”, wokalistę i gitarzystę bandu Golden Earring (tego od mega przeboju „Radar Love”), George’a Kooymansa, trafiła na listy przebojów w krajach Beneluksu, to samo udało się uczynić z dwoma kolejnymi nagraniami z debiutanckiego longplaya, „Ruby Is The One” i „Wild And Exciting”. W tamtych czasach zauważone i docenione w radiu single stanowiły ważny aspekt polityki promocyjnej i potrafiły skutecznie wywindować zespół na sam szczyt popularności. Takie szczęście przytrafiło się również piątce wykonawców tworzących Earth & Fire, która zyskała spore uznanie, jednak o dosyć ograniczonym zasięgu obejmującym obok kraju rodzimego, Belgię i Niemcy. Tym oto sposobem tulipanowa ekipa zaistniała w rockowej, a właściwie popowej świadomości setek tysięcy ludzi, a konkurencja w tamtych latach, pomimo tego, że Holandia to przecież kraj nieduży, była silna jak diabli, a na polu pokonanych pozostały dziesiątki innych ensambli, które głośno pukały do drzwi muzycznego showbiznesu. Gdy Jerney Kaagman i koledzy skonsumowali owoce komercyjnego powodzenia wykonali następny krok, który może zaskakiwać. Zamiast spijać śmietankę i liczyć guldeny z wytłoczonych singli zespół wykonał woltę stylistyczną, „uciekając” od popu w kierunku progresji i rocka symfonicznego. Dlaczego? Niestety nie potrafię odpowiedzieć na powyższe pytanie. Może newralgiczną rolę odegrały ambicje artystyczne muzyków, a może zainteresowanie rockiem podniesionym do rangi sztuki. Bezprzedmiotowe dywagacje. Pewnikiem stała się jednak reorientacja stylu, częściowe odcięcie się od banalnych, krótkich piosenek w schemacie zwrotka- refren, rozbudowanie instrumentarium, ze szczególnym wskazaniem na instrumenty klawiszowe, z dominującymi organami i melotronem.

            Rok później formacja stanęła przed wyzwaniem, zwanym niekiedy „syndromem drugiej płyty”. Tak do końca nie wiadomo, czyja to teoria i czy powyższa teza ma pokrycie w rzeczywistości. Ale patrząc na problem zdroworozsądkowo, sądzę, że prawdziwe jest mniemanie, że po edycji płyty z numerem „1” dowolnego artysty, który swoją propozycją odniósł sukces i jest na etapie hossy, nadchodzi okres weryfikacji umiejętności, talentu i wizji kariery, którą jest opublikowanie drugiego wydawnictwa z premierowym materiałem. Jeżeli muzycy traktują obraną drogę zawodową poważnie, to presja jest niesamowita, podobnie jak oczekiwania słuchaczy. „Syndrom drugiego dzieła” to także kwestia natury psychologicznej, a nie wyłącznie zawartości merytorycznej w dziedzinie nie tylko muzyki, również literatury, filmu czy teatru. Wielu twórców czuje na sobie oddech oczekiwań, podbijanie bębenka medialnego, nakręcanie spirali zainteresowania, co przyczynia się do tego, że artyści oblewają ten egzamin, tworząc muzykę przeciętną, a często słabą. Lądowanie na dupsku ze szczytu koniunktury bywa bolesne do tego stopnia, że niektórzy przez następne lata nie potrafią się pozbierać po upadku, ginąc w niezauważanej przeciętności. Nie czas i miejsce, aby zajmować się szerszą analizą tego zjawiska, ale z historii rocka wymienić można przykładów bez liku, choćby brytyjski skład Pure Reason Revolution, założony w roku 2003 (zginął „śmiercią tragiczną w 2011”), okrzyknięty na wyrost przez media branżowe następcą Pink Floyd, albo niemiecki Tyburn Tall z rewelacyjnym debiutem w 1972, a potem totalną pustką albo niemiecka Zarathustra, brytyjski Indian Summer (genialny debiut w roku 1971), czy francuski Iris ze świetnym albumem „Crossing The Desert” (1996). Taka lista mogłaby objąć wiele stron stanowiąc ponure świadectwo dawnej świetności, podeptanej brutalnie przez czas, a zbadanie tego problemu to szerokie pole do popisu dla wielbicieli szperania we wszelkiego rodzaju archiwaliach. Ale powróćmy do meritum. Także Earth & Fire stanął przed trudnym zadaniem stworzenia drugiego albumu, a muzycy postawili na ambicję i sztukę, odrzucając komercję. Dzisiaj taka postawa „nie mieści się w pale”, ponieważ różnej klasy muzykanci daliby się sprzedać za kilka srebrników. W roku 1971 światło dzienne ujrzał longplay „Song Of The Marching Children”, zdecydowanie największe dzieło w dorobku zespołu, monumentalne i wielowymiarowe, świadczące o potencjale projektantów i wysokich umiejętnościach Decydując się na wydanie tych pięciu nagrań z tytułową grubo przekraczającą 18 minut suitą muzycy nie ponosili jednak nadmiernego ryzyka, gdyż w Anno Domini 1971 ukazało się na rynku sporo płyt trudniejszych w odbiorze, z suitowymi kompozycjami, wielowątkowymi, tematycznie spójnymi. W Złote Erze lat 70-tych projektowanie długaśnych suit było swoistą normą dojrzałości artystycznej i multum kapel korzystało z tego źródła. Trudno zapomnieć oparte na suitowej strukturze „Mrowisko” swojskiego Klanu, jednej z najbardziej niedocenionych pozycji polskiego rocka, zapierającym dech w piersiach albumie UFO „UFO: Flying”, który był rzeczywistym „odlotem” i kompletnie się nie zestarzał, albo Floydowe „Atom Heart Mother” i „Meddle”. Oczywiście każdy przeciętnie osłuchany fan rocka mógłby podać własną klasyfikację, ale nie o to chodzi. Druga płyta Earth & Fire to przysłowiowy „strzał w dziesiątkę” wpisujący się w krajobraz progresji, monument jako dowód niesamowitych kompetencji twórczych i wykonawczych kwintetu. Wszystkie te walory, które Holendrzy tylko zasygnalizowali jako aspiranci rocka rok wcześniej, rozwinięte zostały i pięknie rozkwitły w przestrzeni dźwiękowej albumu numer dwa. Pisząc te słowa mam głównie na myśli efekty pracy Jerney Kaagman, która operuje mocnym głosem o ciepłej barwie, jak trzeba potrafi bez wysiłku zaostrzyć brzmienie czyniąc je surowym i chropowatym. Jej indywidualna paleta środków wokalnych pretenduje ją do składu wiodących postaci rockowej wokalistyki. Także poszczególni instrumentaliści „spięli” się mocno, wykonując perfekcyjnie poczynione założenia, począwszy od sekcji rytmicznej, często schowanej nieco w tle, ale swobodnie operującej beatami perkusji i basowymi akordami w przestrzeni każdego utworu. Jeden z braci Koerts, Chris wzniósł się na wyżyny sztuki gry gitarowej, wprowadzając sporo partii solowych, opartych na brzmieniu akustycznym i częściej, elektrycznym, doskonale dopasowanych i zintegrowanych z prawdziwą klawiszową ścianą, której „murarzem” pozostaje Gerard Koerts. Znacząco rozbudowany, unowocześniony jak na tamtą epokę skład klawiatur dominuje przede wszystkim w tych najbardziej epickich fragmentach, ale akcenty organowe, melotronu, fortepianu i syntezatora „wyłowić” można bez trudu także w tych bardziej piosenkowych formach, od których okazuje się, grupa nie chciała się całkowicie odciąć. Gerard Koerts odpowiedzialny jest również za urozmaicenie sekwencji tonów przez wdrożenie partii fletu oraz fraz mało wykorzystywanego w rocku wibrafonu, nie wspominając o tak oryginalnym przedstawicielu jak wirginał (odmiana klawesynu, z prostokątnym pudłem bez nóg, rozpowszechniony głównie w XVI i XVII wieku, budowany w belgijskiej Antwerpii). Album ma zmienną charakterystykę, zawiera liczne nawiązania do muzyki klasycznej, szczególnie dostrzegalne w partiach organowych oraz aranżacjach smyczkowych. Generalnie zauważam pewne prawidłowości w podziale ról, mianowicie w tych akapitach, w których grupa przemierza tereny rocka, dominantami stają się gitara elektryczna i mocny, pięknie brzmiący głos Kaagman, a gdy zespół przesuwa punkt ciężkości w stronę symfoniczności, wtedy przestrzeń wypełnia cała bateria dźwięków wzniecanych przez instrumenty klawiszowe. Oczywiście budując strukturę utworów konieczny jest duet rytmiczny, ale ten musi pozostać zawsze neutralny. Gdy złożymy te wszystkie puzzle w jeden integralny obraz dźwięków, uzyskamy wyśmienity rezultat, cieszący uszy każdego wymagającego słuchacza.

Wstęp w postaci „Carnival Of The Animals” przywołuje piosenkowe reminiscencje. Krótka forma, 2:43, trochę przesłodzona melodia, akcentowanie rytmu przez werble, na drugim planie organowe plamy, całość w cyklu powtórzonym dwukrotnie. Magnetyzmu w tych chwilach nie odczuwam, choć szacunek budzi skłonność do syntezatorowego eksperymentowania. Przypominam, że instrument ten narodził się jako w pełni funkcjonalny i ogólnie dostępny raptem kilka lat wcześniej (1963 rok), stąd Gerard Koerts może być uznawany jakojeden z pionierów, który wykorzystał jego możliwości w muzyce rockowej. Podobny piosenkowy styl demonstruje 3- minutowy fragment „Ebb Tide”, o łagodnym brzmieniu, w którym najbardziej spektakularnym wydarzeniem jest występ fletu. Sielski nastrój, odrobinę stłumiona i jednorodna dynamika, przyjemna melodyka dopełniają obrazu całości. Punkt trzeci programu nazwany „Storm And Thunder” to w konfrontacji z poprzednikami istny „grom z jasnego nieba”. Już intro zapowiada charakter kompozycji, z katedralnymi, natchnionymi organami, jak w trakcie rockowej mszy. Moje skojarzenia biegną w kierunku między innymi wczesnego Niemena, tego z okresu „Enigmatic”, trochę odniesień do Hammondowego szaleństwa autorstwa Keitha Emersona z debiutu płytowego Trio i dwójki pt. „Tarkus”. Styl tu wzniosły, tak jakby kompozytor i wykonawca opisywał dźwiękami jakiś mityczny, rycerski rytuał. Organowe solo bez akompaniamentu innych instrumentalistów trwa aż 1:40, przechodząc później płynnie do smyczkowej orkiestracji. Dopiero dokładnie w punkcie 2:30 do współpracy włącza się wokal, perkusja, następnie egzotyczny wirginał. Powolnie i majestatycznie toczą się losy utworu, dopiero w 3:53 następuje znaczące przyspieszenie z inicjatywy gitary elektrycznej. Kompozycja nabiera dynamiki, rozrastając się w formę hymnu, bombastycznego, wspaniale, bogato i z rozmachem zaaranżowanego, z cudownym wątkiem melodycznym. Kumulacja mocy zjednoczonego instrumentarium w części drugiej wywołuje znajome odczucie „gęsiej skórki”. Dla mnie rewelacja, od projektu po jego realizację. Brzmienie, nastrój, melodia, skojarzenie rocka z symfonią, wszystko na najwyższym poziomie. „In The Mountains” odgrywa rolę przerywnika między, moim zdaniem, najważniejszymi punktami programu. Jest to jeden z nielicznych przykładów w twórczości Earth & Fire kompozycji czysto instrumentalnej, w której duet organy- gitara prowadzi ładny temat melodyczny, utrzymany w spokojnym tempie, bez ekstrawagancji, o ilustracyjnym przekazie, mogącym stanowić podstawę ścieżki dźwiękowej do filmowego krajobrazu. Po nim opus magnum, kto wie, czy nie najwybitniejsze dzieło zespołu czyli tytułowa suita longplaya, trwająca prawie 18 i pół minuty „Song Of The Marching Children”, definiująca w rocku tamtej ery termin „progresywny”. Trudno słowami opisać piękno tego rockowego pomnika, jego liczne odniesienia do muzyki klasycznej, zmienność kolejnych odsłon tego spektaklu, którego aura tajemniczości budowana początkowo przez delikatne sekwencje brzmienia organów, które przez minutę występują tutaj jako aktor teatralnego monodramu, aby po ponad dwóch minutach wspiąć się także za sprawą melotronu i klawesynu na poziom podniosłego poematu o potężnym brzmieniu. Po kolejnej minucie z sekundami (3:30) włącza się wokal prowadząc imponującą, posągową melodię. Jeżeli ktoś słabo kojarzy hasło „rock symfoniczny”, ten powinien sięgnąć po ten właśnie utwór, który wręcz kipi symfonicznością. Słuchacz porwany żywiołem dźwięków wznosi się duchowo w bliżej nieokreśloną warstwę atmosfery, zapominając o realnie istniejącym świecie. Uczucie mi nieobce, ale do tej pory zarezerwowane dla rockowego absolutu, a mam na myśli w tym momencie nieśmiertelny „Epitaph” King Crimson. Po osiągnięciu punktu na skali dynamiki, który moglibyśmy określić jako apogeum, następuje radykalny zwrot (6:40), gdy odbiorca pozostawiony zostaje ze skromnymi, w porównaniu z frazą poprzedzającą, to nawet minimalistycznymi, pojedynczymi „okrzykami” Hammondów zwiastującymi okres wyciszenia i refleksji, zadumy, może medytacji. Po 30 sekundach przejście do kolejnego miłego dla uszu wątku melodycznego, brzmienie kształtują gitara, melotron i syntezator i głos w piosenkowej formie. Po następnej minucie wolta rytmiczna i w wyobraźni rozpościera się pejzaż malowany dźwiękami melotronu, z delikatnymi uderzeniami w talerze perkusji. Aby zaprojektować zdarzenie po 9:10 trzeba sporej dawki szaleństwa. Nagle instrumentaliści intonują melodyjkę rodem może z jakiegoś kabaretu, musicalu, rubaszną z odpustowego jarmarku? Kompletne zaskoczenie. Po tej wstawce profil przekazu ulega kolejnej zmianie, utwór przyspiesza, a jego ramy wypełnia mocny, masywny głos Jerney Kaagman, a potężne uderzenia perkusji i gęste brzmienie melotronu wprowadzają kompozycję ponownie na wyżyny epickości. Poruszające to „manewry” holenderskiego kwintetu. Po 11 minucie odzywa się gitarowa akustyka z akcentami folkowymi. Superdelikatna partia strunowa trwa w najlepsze zapraszając do fiesty wokal oraz smyki i osiąga punkt, w którym oprócz absolutnej ciszy słychać pojedyncze uderzenia bębnów. Wydaje się, że dokładnie w 15 minucie epos dotarł do kresu. Ale nic bardziej złudnego. Sygnałem jest narastający marsz werbli, coraz intensywniejsze organy i melotron, które jak śnieżna lawina stają się z każdą upływającą sekundą potężniejsze, wywołując grozę, a po kulminacji brzmienia przestrzeń wypełniają tylko suche trzaski werbli. Tak kończy się wspaniałe dzieło Earth & Fire, jeden z z najbardziej okazałych przykładów rocka progresywnego, współcześnie równie intrygujący jak przed 43 laty. Jeżeli kandydaci do nabycia tego bogatego zbioru dźwięków zastanawiają się, czy warto zaopatrzyć się w omawianą publikację tego zespołu, to gorąco do tego zachęcam, a tytułowy hymn zadowoli najbardziej wybredne gusta poszukiwaczy niesamowitych przeżyć estetycznych.

Wydawca, czyli Esoteric Recordings zadbał jeszcze o świetnie brzmiące nagrania bonusowe, pochodzące ze stron „A” i „B” singli Earth & Fire, wśród których szczególne wrażenie robi „Song Of The Marching Children” w pigułce, czyli singlowa wersja suity oparta na jej głównym wątku melodycznym. Spektakularne jest również o półtorej minuty krótsze opracowanie „Storm And Thunder”. Podsumowując powiem, że nie mam najmniejszych wątpliwości co do jednej kwestii, mianowicie jestem przekonany , że „Song Of The Marching Children” stanowi najlepszy album Earth & Fire w każdym zakresie, doboru rozwiązań melodycznych, transformacji struktury rytmicznej, klarownego i selektywnego brzmienia, szaty graficznej. A tutaj część pochwał skierować należy w kierunku wydawnictwa, które niezwykle starannie opracowało tę perłę w kolekcji Earth & Fire i światowej fonografii. Przy ocenie nie mogę mieć żadnych wątpliwości, bo jest to album bardzo solidny, a gdyby nie pierwszy kawałek, trochę pretensjonalny i banalny, to mógłby kandydować do najwyższej cenzurki naszej 6- punktowej skali.

Ocena 5/ 6

Włodek Kucharek

126_bulletraid_baner2.gif 124_italian_metal.png 129_exhorder_158x600px_eu.gif 125_mantiz_pion.jpg 127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png

Goście

2540699
DzisiajDzisiaj2878
WczorajWczoraj3238
Ten tydzieńTen tydzień9226
Ten miesiącTen miesiąc58162
WszystkieWszystkie2540699
34.204.191.31