Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 77sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

epicaposterz m

wardruna poster b

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

EARTH & FIRE - Atlantis

 

(1973 Polydor, CD 2009 Esoteric Recording)

Autor: Włodek Kucharek

 

 

 

earthandfire-atlantis

 

1.Atlantis (16:12)

I)Prelude

II)Prologue

III)The Rise And Fall (Under A Cloudy Sky)

IV)Theme Of Atlantis

V)The Threat (Suddenly)

VI)Destruction (Rumbling From Inside The Earth)

VII)Epilogue

2.Maybe Tomorrow, Maybe Tonight (3:12)

3.Interlude (1:57)

4.Fanfare (6:03)

5.Theme From Atlantis (1:51)

6.Love, Please Close The Door (4:12)

SKŁAD:

Jerney Kaagman (wokal)

Ton van de Kleij (perkusja)

Chris Koerts (gitara/ wokal)

Gerard Koerts (organy/ fortepian/ flet/ mellotron/ syntezator/ virginal*/ wokal)

Hans Ziech (bas)

Swój trzeci pełnowymiarowy album studyjny Holendrzy zatytułowali „Atlantis” i uczynili to z rozmysłem, ponieważ jego jądrem jest suita „Atlantyda”, zajmująca stronę „A” starego, dobrego winyla. Sam byłem ciekaw, jak poradzą sobie bracia Koerts z taką wielowątkową materią, którą podzielili na siedem części. Ale zanim odniosę się do zarejestrowanej muzyki, wykorzystam okazję i podam garść faktów okołomuzycznych, odnoszących się do tajemnicy „Atlantydy”, nazwy i historii które wywołują u niektórych pasjonatów problematyką mitów i legend istne cierpnięcie skóry. Samo wykorzystanie przez Earth & Fire tego tematu trudno nazwać rewolucyjnym i na pewno niderlandzki kwintet nie należał do pionierów we wskrzeszaniu zjawiska kulturowego „Atlantis” ( proszę o wybaczenie ekspertów od szeroko rozumianych nauk o kulturze i być może przeszarżowanie recenzenckie przy użyciu formy „zjawisko kulturowe”).

Krótka historia Atlantydy

Tak naprawdę to do końca nie wiadomo, kto powinien się zajmować eksploracją tematyki związanej z Atlantydą, może historycy, może pasjonaci starożytności i tekstów literackich z tej epoki, może tropiciele sensacji, albo fani opowieści fantasy. Ja nie podejmuję się wydawać w tej sprawie werdyktu. Ponieważ Atlantyda nie należy do tzw. „twardych” zjawisk udokumentowanych faktograficznie. Atlantis to kraina mityczna, która- i w tym fragmencie tekstu wystąpi przypuszczenie- miała być miejscem istnienia rozwiniętej cywilizacji zniszczonej przez trzęsienia ziemi i zatopionej przez wody morskie. Nazwa Atlantyda pojawia się w licznych kulturach świata, między innymi greckiej jako „atlantis nesos”, frankofońskiej „L’Atlantide (ile d”Atlas)”, włoskiej „isola di Atlante”, czy w strefie wpływów języka angielskiego w formie „Atlantis”. Tak rozległa terminologia pozwala chyba na opinię, że badania nad genezą, rozwojem i upadkiem Atlantydy traktować należy zupełnie poważnie. Jako pierwszy krainę opisał Platon, który miał usłyszeć historię od egipskich kapłanów, którzy wspomnieli o wspaniałym królestwie na wyspie położonej za Słupami Heraklesa (Gibraltar). Pierwszym panującym na tej bogatej wyspie był król Atlas. Przez całe wieki interesowano się losami Atlantydy, do roku 2000 ukazało się blisko 2000 (!) opracowań naukowych i literackich, w których analizowano ten temat. Współcześnie środowiska naukowe podchodzą raczej sceptycznie do hipotezy Atlantydy jako zatopionego kontynentu.

Motyw Atlantydy w kulturze

Historia Atlantydy stanowiła inspirację w wielu gatunkach sztuki od malarstwa przez literaturę do muzyki i filmu. W literackim ujęciu Atlantydą zajmowali się między innymi Arthur Conan Doyle (1859-1930), Aleksy Tołstoj (1883-1945), Juliusz Verne (1828-1905), w którego powieści „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” pojawia się motyw odkrycia ruin Atlantydy przez Kapitana Nemo. Na micie Atlantydy wzorował się także J.R.R. Tolkien (1892-1973), który w swoich książkach stworzył wyspę Numenor (mitologia Śródziemia), będącą kopią Atlantis. Także popularny w Niemczech pisarz książek fantasy Wolfgang Hohlbein (ur. 1953, autor serii o przygodach Indiany Jones’a oraz 8 „Kronik Nieśmiertelnych”, na podstawie których zaprzyjaźniony z nim zespół Vanden Plas stworzył płytę „Chronicles Of The Immortals- Netherworld (Part 1)” (2014), wydał w roku 2001 powieść „Das Mädchen von Atlantis”. Wątek Atlantydy zaistniał również w licznych filmach: „Atlantyda, zagubiony kontynent” (1961), reżyser Goerge Pal (1908-1980), animowany film „Atlantyda- zaginiony ląd” (2001) oraz serial „Gwiezdne wrota: Atlantyda” (2004). W architekturze Bernhard Hoetger zaprojektował w Bremie dom „Haus Atlantis”, a w muzyce poważnej łotewski kompozytor Janis Ivanows (1906-1983) napisał Symfonię Nr 4 Es- Moll, która traktuje o wersji Platona mitu o Atlantydzie. Także w muzyce rozrywkowej wskrzeszano przypowieść o Atlantydzie, m.in. legendarna grupa The Shadows singlem „Atlantis” (1963), power- metalowy Iron Savior na kilku swoich albumach, no i przede wszystkim kultowy Eloy na koncept- albumie „Ocean” (1977), którego cztery części powiązane są tematycznie z powstaniem i upadkiem Atlantydy.

„Atlantis” Earth & Fire

Holendrzy z Earth & Fire nie byli pierwszymi w rocku progresywnym, którzy „wzięli na tapetę” muzyczne opracowanie legendy Atlantydy. Rok wcześniej swoją wizję przedstawili muzycy włoskiej kapeli The Trip (warto posłuchać wszystkich czterech albumów w ich dyskografii, kolejno „The Trip” (1970), „Caronte” (1971, „Atlantide” (1972) i „Time Of Change” (1973) i kiedy „Nadszedł czas na zmiany” zespół się rozwiązał). Naturalnym postępowaniem jest porównanie z perspektywy czasu włoskiego projektu, wspaniałego wydawnictwa Eloy „Ocean” i publikacji Earth & Fire. W tej rywalizacji bohater tego tekstu pozostaje niestety daleko w tyle, ponieważ ich prezentacja jest zdecydowanie bardziej oszczędna, skromna w zakresie brzmienia, dosyć jednowymiarowa i mniej spójna. Brak tego ostatniego elementu potrafi naprawdę irytować, gdyż niektóre z części suity sprawiają wrażenie dosyć nieudolnie posklejanych. Muzycy rozpoczynają fajny temat, słuchacz delektuje się dźwiękami i nagle ni stąd ni zowąd pojawia się inny pomysł, wykazujący rażący brak kontynuacji poprzednika choćby w ograniczonym wymiarze. Nie wiem, czy to robota producenta czy kwestia koncepcji twórczej, ale każdy z aktów „Atlantis” nie przechodzi bezkonfliktowo do następnego etapu, lecz wygląda jak pocięta materia w najmniej stosownych punktach. Ta krytyka to główny zarzut dotyczący clou programu albumu. Jeśli chodzi o formalną konstrukcję płyty to kwintet Earth & Fire skopiował strukturę poprzedniczki, stronę „A” tradycyjnego longplaya zajmuje 16- minutowa kompozycja tytułowa, na stronie „B” zarejestrowano pięć drobniejszych kawałków, tematycznie uzupełniających główną suitę. Co jeszcze zwraca uwagę nawet przy pobieżnym przesłuchaniu? Zdecydowanie rozbudowanie sekcji instrumentów klawiszowych. To akurat należy zapisać na plus, ponieważ dzięki pokaźnym inwestycjom w instrumentarium brzmienie stało się dosyć radykalnie bogatsze, bardziej selektywne, muzyka nabrała przestrzeni, stała się epicka z progresywną godnością. Moim faworytem jako składnik instrumentarium jest bezdyskusyjnie wspaniały melotron, który jak już wkracza do akcji, a zdarza się to dosyć często, demonstruje nietuzinkowe możliwości, a w tamtych czasach wręcz wywołuje rewolucję, przywołując natychmiast z pamięci klasyczne „Karmazynowe” dźwięki z ery „In The Court Of The Crimson King” czy „In The Wake Of Poseidon” i nie jest to metoda taniego naśladownictwa, raczej dążenie do wykreowania czegoś zupełnie pionierskiego. Z powodzeniem, ponieważ chwile dominacji melotronu gwarantują niebanalne przeżycia. Istotnym czynnikiem jest także fakt silnej ekspozycji organów Hammonda, wykorzystywanych do tej pory w twórczości grupy dosyć zachowawczo. Tak nakreślone spektrum Gerard Koerts uzupełnił odrobinę płaskimi tonami syntezatorów oraz wygenerowaniem sekwencji smyczkowych i dętych („Fanfare”). Taka różnorodność raduje duszę fana, tym bardziej, że to postępowanie nie doprowadziło w żadnym wypadku do marginalizacji roli gitary prowadzącej, zarówno w wersji łagodniejszej czyli akustycznej, jak też bardziej dynamicznej, nawet drapieżnej, elektrycznej. Autorzy zachowali także skrawek przestrzeni dla partii fletu i w tej kwestii prawie nic się nie zmieniło, bo flet pozostał instrumentem z drugiego szeregu, ale chyba dobrze się stało, ponieważ Gerard Koerts w kategorii „flecista” plasuje się o mile od wiodących postaci rocka, a konfrontacja i próba porównania jego umiejętności z Andy Latimerem z Camela, albo Ianem Andersonem z Jethro Tull, byłaby dla obu wymienionych swoistą obrazą. Ekipa Earth & Fire nie zmodyfikowala na szczęście swoich poglądów w aspekcie znaczenia partii wokalnych i eksponowania walorów głosowych Jerney Kaagman, przypisując swojej wokalistce znaczące terytorium epopei „Atlantis” do „zagospodarowania” słowami. Z bardzo pozytywnym efektem. Nawet dla laika w sztuce wokalnej słyszalne jest, że Kaagman przez prawie trzy lata od debiutu włożyła sporo wysiłku w doskonalenie i wykształcenie swoich zalet głosowych, a rockowym owocom kompozytorskim grupy wyszło to tylko „na zdrowie”. Następnym komponentem, który uległ istotnej poprawie jest swobodne operowanie zmiennością nastrojów, zaakcentowanie mitycznego klimatu kompozycji, dosyć prostymi środkami, przykładowo manipulowania, w dobrym znaczeniu tego słowa, tempem, „wklejaniem” licznych przełomów rytmicznych. Rezultat: odbiorca przeżywa wiele niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, a to z kolei pobudza koncentrację i odpędza myśli o monotonii. Dlatego tytułowe dzieło nawet po kilku przesłuchaniach nie nuży. Jak dodamy do tego opisu przyjemne rozwiązania melodyczne i walor symfoniczności uzyskamy obraz udanego dokonania na polu progrocka. I jeszcze łyżeczka dziegciu. Rzadko, ale bywa też tak na ścieżkach „Atlantydy”, występuje w niektórych, nielicznych fragmentach nieznośna maniera do „upopowienia”, czyli wpadania w tendencję gry zgodnej z wzorcami muzyki pop. Stoi to w jaskrawej sprzeczności z bombastyczną, hymniczną aurą. Z jednej strony powaga i arystokratyczny blichtr, z drugiej zaś strony naiwne „trele morele”. To się musi ze sobą kłócić, choć po sprawiedliwości należy dodać, że serwują nam takie „klopsy” stosunkowo rzadko. Podsumowując pierwszy punkt programu, można stwierdzić, że Earth & Fire stworzył wielopłaszczyznową konstrukcję dźwiękową, w której pop miesza się z przeważającymi siłami symfonicznej progresji. I jeszcze kilka spostrzeżeń odnośnie pozostałych rozdziałów albumu.

„Maybe Tomorrow, Maybe Tonight”- marszowy, charakterystyczny, energetyczny wstęp wybijany przez bębny z towarzyszeniem organów przeobraża się w zwykłą piosenkę, choć marszowy motyw z „załączoną” gitarą zostaje powtórzony jeszcze dwukrotnie, w części śodkowej i końcowej.

„Interlude”- wspaniały przerywnik, śliczny, klimatyczny pasaż instrumentalny, w którym na podłożu brzmienia klasycznego melotronu zwięzłą partię prezentuje gitara elektryczna.

„Fanfare”- znakomite 6 minut świetnej muzyki, o zmiennej konfiguracji rytmicznej, bogatym profilu brzmienia, z istotną rolą gitary prowadzącej i po raz pierwszy tak wyeksponowanej gitary basowej. Obrazu dopełnia intensywność klawiszy z bajecznym melotronem.

„Theme From Atlantis”- krótki, ale godny zapamiętania instrumentalny hymn, o gęstej fakturze, z dominacją analogowych keyboardów i współpracującą gitarą plus motoryczną sekcją rytmiczną ze szczególnym uwzględnieniem perkusji.

„Love, Please Close The Door”- akustyczny, balladowy wstęp (prawie cała pierwsza minuta), po czym rozciągnięte aż po horyzont organowo- melotronowe pejzaże, smyczkowe aranżacje i ponowne wstawki akustyczne z aktywnym udziałem wokalu.

Typowe granie retro, ale czy może być inaczej, jeżeli spojrzymy na datę wydania albumu. Słyszalny entuzjazm wywołany możliwością aktywnego wykorzystania melotronu, który w parze z Hammondami potrafi całkowicie zaanektować przestrzeń w styli Keitha Emersona. Więcej gitarowej energii, występującej w licznych fragmentach z „żywymi” partiami solowymi. Strona wokalna albumu bez zastrzeżeń, Jerney Kaagman okrzepła na pozycji frontwoman i nie przeszkadza jej „rządzenie” przed mikrofonem. Bardziej spektakularna praca sekcji z nieśmiałymi próbami zaakcentowania mocy zarówno basu jak i perkusji. Wszystkie wymienione cechy pozwalają na pozytywną ocenę artystycznego osiągnięcia kwintetu Earth & Fire, który po publikacji „Song Of The Marching Children” ugruntował wydawnictwem „Atlantis” swoją pozycję europejskiego średniaka.

Ocena 4/ 6

Włodek Kucharek

PS.”Virginal”-forma klawesynu, w którym struny biegną równolegle do klawiatury (pierwsza wzmianka pochodzi z 1460 roku)

 

121_axe_crazy_baner.gif 131_ot1020.gif 129_evangelist_banner158x600px.jpg 120_slider_ot.gif

Goście

3583393
DzisiajDzisiaj20
WczorajWczoraj290
Ten tydzieńTen tydzień1317
Ten miesiącTen miesiąc1317
WszystkieWszystkie3583393
44.192.112.123