Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 73 sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pestilence poster oba net 1k m

torture fest vol 3 poster m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

moonspell plakat pion m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

deeppurple-poster m

plakat-b1-zpm m

heavy attack posterver final 1 m

hrllhaim plakat poster m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

pol wieku w chaosie poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

RARE BIRD - Rare Bird

 

(1969 Virgin Records/ Charisma; CD Remaster 2007 Esoteric Recordings)

Autor: Włodek Kucharek

 

rarebird-rarebird

1. Iceberg

2. Times

3. You Went Away

4. Melanie

5. Beautiful Scarlet

6. Sympathy

7. Natures Fruit

8. Bird On A Wing

9. God Of War

Bonus Tracks

10. Devil’s High Concern (single version)

11. Sympathy (mono version)

SKŁAD:

Graham Field (organy)

David Kaffinetti (fortepian elektryczny)

Steve Gould (bas/ wokal)

Mark Ashton (perkusja/ wokal)

CO O ZESPOLE RARE BIRD WIEDZIEĆ NALEŻY?

Kwartet założony w Birmingham w roku 1969, istniał przez pięć lat, z krótkimi przerwami, nagrywając w tym okresie pięć dużych płyt, publikując także kilka singli, co w przypadku tego zespołu odegrało istotną rolę, ale o tym fakcie za moment. Formacja należała rzeczywiście do muzycznego gatunku „Rzadkich Okazów”, ponieważ chłopaki postanowili w swojej twórczości pójść „pod prąd”, rezygnując z gitary elektrycznej, również akustycznej, w składzie instrumentalnym. Jednym z głównych założeń brzmienia grup rockowych była i jest e-gitara, stąd istnienie zespołu łamiącego te standardy było swoistym ewenementem. Choć w tym miejscu należy zastrzec, że w odniesieniu do lat, w których rodziły się różne rockowe odmiany, czyli przełom lat 60-tych i 70- tych, zjawisko to nie było niczym dziwnym. Powiem więcej, znam kapele, które bez gitary brzmiały tak, że nie znającemu ich słuchaczowi nie przyszłoby w ogóle do głowy, że w instrumentarium nie ma gitary elektrycznej, ponieważ muzycy potrafili zupełnie świadomie jej brak tak udanie zakamuflować, że nie odczuwało się braku soczystych riffów zagranych na strunach. Nie jestem historykiem śledzącym dzieje rocka, ale przypuszczam, że współcześnie zdarza się niezwykle rzadko, że ekipa rockowa nie chce znaleźć przestrzeni dla gitarowych partii. Zastanawiając się nad aktywnością bandów bez- gitarowych przyszło mi do głowy kilka nazw, mniej lub bardziej znanych, które z przyjemnością przytoczę odbiorcom rockowej muzy, być może niektórzy z nich ruszą na poszukiwania odpowiednich dźwięków. Znakomity, brytyjski skład Greenslade (1972-1976, ponownie odświeżony w roku 2000), którego nazwa pochodzi od nazwiska założyciela, klawiszowca wspaniałego Colosseum. Także holenderski Ekseption, znany głównie z parafraz tematów muzyki klasycznej, ale nie tylko, radził sobie doskonale w wielu kompozycjach bez gitarowych akordów. A legendarny Van Der Graaf Generator stworzył wiele utworów, w których Peter Hammill obsługiwał fortepian i inne instrumenty klawiszowe, zatem brzmienie zespołu pozbawione było gitarowego wdzięku. Często bez gitarowych dźwięków obywał się rockowo- symfoniczny Renaissance. Podsumowując ten aspekt należy podkreślić, że braku gitary nie należy traktować w kategoriach osobliwości.

Ale wracając do bohaterów tego tekstu, założycielami formacji byli: dwóch klawiszowców Graham Field i Dave Kaffinetti, wokalista i basista Steve Gould oraz perkusista Mark Ashton. Ta konfiguracja wyształciła dosyć unikalne brzmienie polegające na współpracy, a niekiedy rywalizacji organów i fortepianu, natomiast duet Gould- Ashton dbali o solidny fundament rytmiczny. Innym znakiem rozpoznawczym Rare Bird był niezwykle charakterystyczny głos Steve’a Goulda, w którym odkrywano akcenty tajemniczości i „gotyckiego” mroku, krytycy twierdzili, że ta niespotykana barwa głosu znacząco pomogła wywindować utwór „Sympathy”, który jako piosenka demonstruje raczej mroczny, posępny nastrój, na wysokie pozycje list bestsellerów. Singiel z tym nagraniem stał się niekwestionowanym, acz jedynym przebojem grupy, która stała się bohaterem list niejako nie z własnej woli. Debiutancki album zatytułowany od nazwy zespołu mógłby bez problemu zostać sklasyfikowany jako kamień milowy historii muzyki rockowej. Tak się niestety nie stało, ponieważ zespołowi ewidentnie nie sprzyjało szczęście, a paradoksem jest fakt wykreowania na wielki hit piosenki „Sympathy”, która stylistycznie „dołowała” cały longplay, ponieważ niewiele miała wspólnych cech z innymi nagraniami wydawnictwa. Ogół słuchaczy w tamtych czasach kojarzył Rare Bird z przebojem „wyciętym” z debiutu, ignorując pozostałe składniki pierwszej płyty, które niesłusznie zostały zapomniane. Jednak w dobie płyt CD wytwórnia Virgin wydała kompilację wybranych utworów z całej twórczości Rare Bird, wywołując niezłe pozytywne zamieszanie, a wielu słuchaczy po wysłuchaniu tej krótkiej ballady rzekło „Wow, skąd u diabła wziął się ten śliczny kawałek?”, zaczęło śledzić jej losy, dochodząc do informacji, że przecież w marcu 1970 „Sympathy” wspięła się dosyć wysoko, bo na 24 „stopień” brytyjskiego zestawu przebojów. Dwa lata później, w 1992 Marillion nagrał własną interpretację, potwierdzając niejako klasę kompozycji. Po premierze wydawnictwa „Rare Bird” kwartet zarejestrował i wydał w roku 1970 drugi czarny krążek zatytułowany „As Your Mind Flies By”, płytę śmiało można powiedzieć genialną, która spotkała się z bardzo życzliwymi ocenami krytyków muzycznych i znacznym odzewem słuchaczy. I gdy wydawało się, że wrota do sławy stoją otworem, stała się rzecz zupełnie niezrozumiała, grupa postanowiła się rozwiązać, Graham Filed skoncentrował się na własnym projekcie (zrealizował własne ambicje tworząc ensamble „Field”, który okazał się niewypałem), a Mark Ashton poświęcił się karierze solowej. Stan ten nie przetrwał nawet roku, panowie zeszli się ponownie, by w krótkim czasie nagrać pozycję dyskograficzną numer trzy, „Epic Forest” (1972) (według dosyć zgodnej opinii mediów jest to najsłabszy element w biografii zespołu), na której nastąpiły istotne zmiany personalne. Głównym punktem było zrekrutowanie do składu Andy „Seth” Curtisa,….gitarzysty, oraz basisty Nicka Pottera (przedtem w Van Der Graaf Generator). Te manewry „uśmierciły” charakterystyczny styl grupy, przypominam brak gitary, a Rare Bird zaczął brzmieć jak setki kapel tego okresu. Sił i pomysłowości wystarczyło na jeszcze dwa albumy, kolejno „Somebody’s Watching You” (1973) (Ta płyta z kolei uznawana jest za brzmieniowo najmocniejszy filar twórczości, wyróżnia się powerem i ostrością, ciekawostką jest dokooptowanie do składu dodatkowych trzech perkusistów) oraz „Born Again” (1974), po czym zespół rozpadł się i wszelki słuch o nim zaginął. Podstawową przyczyną był jak się wydaje brak sukcesu komercyjnego, przedkładający się na mało zadowalający poziom sprzedaży płyt. Tak kończy się opowieść o losach jednej z wielu zapomnianych kapel, tworzących kiedyś zręby progrockowej kultury. Po latach, dzięki pasjonatom z wydawnictw płytowych, które próbują z dobrym skutkiem wskrzesić rockową przeszłość, między innymi Esoteric Recordings, fani, szczególnie ci średni wiekowo i młodsi otrzymują niepowtarzalną okazję poznania twórczości mało znanych formacji. Ja będąc starym zgredem wychowałem się na tej muzie, dlatego dla mnie odnowienie edycji osiągnięć Rare Bird jest wyłącznie przyjemną wycieczką w czasie.

RARE BIRD WKRACZA NA SCENĘ

Pytanie retoryczne, czego można oczekiwać, głównie w zakresie brzmienia, po kwartecie, o którym wiemy, że pełnowymiarowymi „ersatzami” gitary prowadzącej zostały fortepian i organy? Oczywiście można w tej sytuacji przed wysłuchaniem tylko spekulować, dochodząc do wniosku, że taki skład instrumentarium będzie miał bezpośrednie przełożenie na dosyć miękkie, łagodne brzmienie. Pudło! Od początku można poczuć się zaskoczonym ciężarem dźwięków, intensywnością kompletnych sekwencji oraz nietuzinkową melodyką. Hammondy tworzą także klimat pompatyczności, nadając utworom rangę muzycznych hymnów. Ten charakter podkreśla także wokal, surowy i dynamiczny, dlatego mamy wrażenie obcowania z powagą i mocą. Zdarzają się fragmenty, z których dosyć łatwo można wychwycić także relikty schyłkowych lat 60-tych ery big- beatu, oraz luźno nawiązujące do jazzu partie fortepianu. Jednak podstawą są epickie dźwięki organów, które już na wstępie wprowadzają patos i dostojny charakter. Albumowi obejmującemu dziewięć rozdziałów można chwilami także postawić zarzut braku spójności, a wygląda to tak, jakby zespół próbował w ramach dosyć krótkich kompozycji, wyjątkiem jest „Iceberg” trwająca prawie siedem minut, zgromadzić multum autorskich idei i przechodzić od jednej do następnej. Niestety przy tych dosyć karkołomnych przejściach następuje zakłócenie zasady płynności, stąd na niektórych odcinkach tworzą się wrażenia chaosu.

„Iceberg” to istny monument na tle swoich „współplemieńców”, dzielący się na kilka różniących się od siebie na polu rytmu, linii melodycznej, brzmienia, udziału „aktorów” instrumentalnych, fraz. Sporo w nim niedługich, zwartych, konkretnych akcentów solowych, oraz dosyć karkołomnych przekształceń struktury utworu. Od początku mamy do czynienia z cyklem skomplikowanego, trudnego podbijania tempa i orgiastycznymi, ocierającymi się o granice szaleństwa podziałami harmonicznymi, które rozprzestrzeniając się tworzą gęstą siatkę złożonych pasaży. Część pierwsza utworu, wokalno- instrumentalno, demonstruje potencjał wokalny, tembr i moc głosu Steve’a Goulda, część druga o profilu czysto instrumentalnym zamyka się w sakralnych liniach organów Hammonda, wspieranych napędzającymi rytm partiami basu. Prawie pełną minutę zajmuje organowe intro, z dołączającą się nieco później perkusją, kreujące przyjemną, łagodną melodię, która przekształca się gwałtownie za sprawą beatów perkusji i wariacji fortepianowej w istny huragan dźwięków. Radykalnie podnosi się dynamika kompozycji, a organy hulają od prawego do lewego kanału, a fortepian tworzy istne kaskady spadających tonów. Przed drugą minutą następuje wyhamowanie i na pierwszym planie pojawia się wokal przy akompaniamencie gitary basowej, której towarzyszy brzmiąca jak marszowy werbel perkusja. Godny podkreślenia jest temat melodyczny, uporządkowany i wyrazisty. To chyba najpiękniejszy odcinek „Iceberg”, kumulacja zalet utworu. Jednak sielanka trwa tylko do 2:30, gdy perkusja daje soczystego „kopa” strukturze rytmu, a wokal przyspiesza znacząco. Po kilkudziesięciu sekundach karawana dźwięków organy- bębny-głos zmienia swoje preferencje rytmiczne, odmieniając wizerunek pieśni, która pulsuje w rytm koalicji Hammondy- perkusja, a surowy, chropowaty głos milknie w punkcie 3:30. Do końca muzycy żonglują swobodnie tonami, zaczynając od delikatnych uderzeń w talerze i werble, po którym na froncie dominuje improwizacja organowa. Jest głośniej, coraz głośniej, intensywność przekazu rośnie jak krzywa na osi współrzędnych. Genialny pokaz mocy klawiatur na tle bombardującej powierzchnię sekcji rytmicznej. Wzorowo poprowadzona akcja rytmiczna zbliża się do apogeum, bas „wycina” swoje akordy, szalejące organy, wicher perkusyjny powodują, że krzywa dynamiki pnie się chyba pionowo ku górze, osiągając kulminację dokładnie w 6:15. Nagle jak ręką odjął milknie szarża instrumentalna, po której wyłania się wręcz niebiański krajobraz „malowany” klawiszami organów. Coś kapitalnego! Niecałe siedem minut, a setki różnorodnych bodźców dźwiękowych ujarzmionych w jednym utworze. Tak potrafią tylko mistrzowie. Akt drugi „Times” może wzbudzić kontrowersje, ponieważ stanowi denerwujący dysonans w odniesieniu do poprzednika. Trywialna melodyjka w przestarzałej manierze big- beatowej, której nośnikiem w kołyszącym rytmie są dziarskie, skoczne wstawki organowe, przekształcone w fazie późniejszej w pompatyczny, nadęty i pretensjonalny styl, który może irytować. Ballada „You Went Away” sprowadza Rare Bird ponownie na tory bombastycznej piosenki, nachalnie nawiązującej do charakterystyki wielkiego, ponadczasowego przeboju Procol Harum „A Whiter Shade Of Pale”. Owszem melodia może się podobać, delikatne organy dominujące na ścieżce dźwiękowej, emocjonalny wokal, a całość w tradycji ckliwego szlagieru. Nie rozumiem tylko, dlaczego pod koniec nie stąd ni zowąd pojawia się perkusyjno- organowy „szał” wkraczający w strefę kakofonii? Takie rozwiązanie nie pasuje do tej kompozycji za cholerę, a słuchacz stoi w rozkroku, zastanawiając się, co to u diabła było, kołysanko- ballada, czy free jazzowa improwizacja. „Melanie” to od początku energiczny, dziarski, ale odrobinę archaiczny kawałek, „przełamany” rytmicznie po 1:10, płynący do finału w rytmie songu pozbawionego dźwiękowej osobowości, w którym pod koniec powraca motyw znany ze wstępu. Po „Iceberg”, drugim najciekawszym i najbardziej różnorodnym utworem jest według mnie „Beautiful Scarlet”, który startuje dynamicznie wokalem i tradycyjnie gęstym brzmieniem organów, a w programie kilka udanych akcentów solowych, znaczący przełom po 2:25, kiedy następuje radykalne zwolnienie rytmu, z emocjonalnym wokalem. Tony sączą się leniwie z głośników w balladowym tempie przez ponad dwie minuty, aby przywołać w formie kody temat ze wstępu zamykający utwór. Spiritus movens, siła sprawcza całego albumu, czyli hit nad hity „Sympathy”, dla jednych urokliwa ballada, dla innych monotonna „pościelówa”, ale jedno jest pewne, że te niecałe trzy minuty mają w sobie „to coś”, co ściąga uwagę słuchaczy, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Może to nienagannie ułożona melodia, może barwa głosu, może powolny jak walec rytm, a może finałowy zgiełk? „Natures Fruit”, po tak znanym numerze brzmi jak staroświecki, kiczowaty gadżet wytargany z piwnicy, przykładowo obciachowy krasnal ogrodowy, który jest po to aby wypełnić czymś przestrzeń. Podobnie z tą piosenką, która „pachnie” starzyzną i mogłoby jej z równym powodzeniem nie być, a nikt nie zauważyłby różnicy. Wokalno- instrumentalny „Bird On A Wing” zaczyna się w atmosferze dosyć powolnej piosenki, z sympatyczną melodią, po czym „wysuwa” brzmieniowe pazurki dając szansę „powojowania” z pewną dozą agresji klawiszom, które powielają awangardowe harmonie rodem ze stylu grup z Canterbury. Pewną niewygodą dla słuchacza staje się konfrontacja dwóch teoretycznie wykluczających się kierunków, z jednej strony mamy formę piosenkową w strukturze zwrotka- refren, o miłej dla ucha, przystępnej i nie pozbawionej chwytliwości melodii, z drugiej zaś strony improwizację organów Hammonda, wykorzystującą psychodelię i jazzowe konotacje a’la grupa Caravan, która powstała raptem rok przed Rare Bird. Podobieństwo stylu to zbieg okoliczności czy świadome działanie? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ostatnim w zestawie utworów z programu podstawowego jest „God Of War”, który poraża wzniosłością. Uderzenia w kotły, sakralna zagrywka organów, minimalizm w fazie początkowej, wokal sprawiający wrażenie partii chóru mnichów w starej katedrze, narastające natężenie brzmienia, szepty Goulda inscenizujące tajemniczy spektakl. Tak wygląda przebieg zdarzeń przez pierwsze trzy minuty. Część środkową wypełnia wspaniały popis instrumentalny, rywalizacja instrumentów perkusyjnych, gitary basowej, organów, przecinające się wzajemnie partie solowe, których „walkę” studzi dopiero krzyk wokalu, po czym zapada cisza.

Do kompletu nagrań z winyla dołączono dwa bonusy, „Devil’s High Concern”, pulsujący energią numer, z dynamicznymi wstawkami Hammondów. Drugim dodatkiem jest ponownie „Sympathy” w wersji monofonicznej, technicznie wersja tak starannie opracowana, że jakościowo nie różni się od oryginału stereo.

Podsumowując, napiszę zwięźle, że debiutancki album Rare Bird jest dosyć nierówny. Obok fragmentów genialnych, znakomitych, podpartych profesjonalnymi umiejętnościami i talentem kwartetu, by wymienić singlowy przebój, czy „Iceberg” albo God Of War”, pojawiają się mielizny, które trudno zdzierżyć, na przykład pretensjonalna i naiwna „Melanie”. W związku z powyższym forma muzyczna zespołu faluje, raz wysoko ponad ziemią, innym razem dołowanie, chociaż jako całość płyta nie wymaga chyba dodatkowej rekomendacji, dokumentując start do kariery jednego z najbardziej obiecujących przed ponad 40 laty rockowego bandu. A że do końca nie wyszło, tak jak sobie panowie wyobrażali, to zbieg wielu czasami niezależnych od artystów okoliczności.

Ocena 4/ 6

Włodek Kucharek

 

123_reklama158X600.gif 126_bulletraid_baner2.gif 125_heavy_attack_ad_banner.jpg 124_baner_axe.jpg 128_slayer_158x600px_eu.gif 128_pol-wieku-w-chaosie3.gif

Goście

2668894
DzisiajDzisiaj3364
WczorajWczoraj3670
Ten tydzieńTen tydzień17501
Ten miesiącTen miesiąc81104
WszystkieWszystkie2668894
34.204.203.142