Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

CAMEL - Nude

 

(1981 Decca/ Deram; 2009 CD Remaster Esoteric Recordings)

Autor: Włodek Kucharek

 

 

camel-nude

1.City Life (4:41)
2.Nude (0:23)
3.Drafted (4:21)
4.Docks (3:50)
5.Beached (3:35)
6.Landscapes (2:40)
7.Changing Places (4:11)
8.Pomp & Circumstance (2:05)
9.Please Come Home (1:13)
10.Reflections (2:39)
11.Captured (3:12)
12.The Homecoming (2:50)
13.Lies (5:00)
14.The Last Farewell (4:12)
-The Birthday Cake
-Nude’s Return
Skład:
Andy Latimer (gitara/ wokal/ flet/ koto/ instr. klawiszowe)
Colin Bass (bas/ wokal)
Andy Ward (perkusja)
Goście:
Mel Collins (flet/ piccolo/ saksofony)
Duncan Mackay (instr. klawiszowe)
Jan Schelhaas (fortepian “The Last Farewell”)
Chris Green (wiolonczela)
Gasper Lawal (perkusja “Changing Places”)
Herbie Flowers (tuba)

 

Uwagi wstępne
1. Wnikliwi poszukiwacze szczegółów edytorskich bądź fonograficznych znajdą zapewne informację, że różne źródła w różny sposób podają skład podstawowy Camela w czasie nagrywania tego albumu. Jedna opcja mówi, że Camel w tamtych czasach to trio, tak jak wymieniłem powyżej, ale są również wiarygodne wskazania, że „Nude” zarejestrowała ekipa w sile pięciu muzyków, a w „żelaznym” składzie „Wielbłąda” znaleźli się jeszcze Mel Collins oraz Duncan Mackay.
2. Był to ostatni album z udziałem perkusisty Andy Warda.
3. Nie wiem, czy ktokolwiek zwróci na ten drobiazg uwagę, ale Andy Latimer gra na tej płycie na instrumencie o nazwie „koto”, stąd moje wyjaśnienie, że jest to instrument japoński z grupy szarpanych, rodzaj cytry.
4. W roku 2009 nakładem Esoteric Recordings ukazał się dysk zremasterowany, obejmujący aż 23 pozycje, licząc finał „The Last Farewell” jako jeden track. Te bonusowe utwory pochodzą z sesji live zarejestrowanej w londyńskiej Hammersmith Odeon 22 lutego 1981 roku dla BBC Radio One.
5. Ostatni fragment tego rozdziału dotyczy już bezpośrednio zawartości muzycznej albumu „Nude”, który w przeważającej części należy do grona gatunków instrumentalnych, gdyż tylko cztery rozdziały tej opowieści można nazwać piosenkami, mianowicie te z numerami 1,3,9 i 13 na liście tracków. Z tym, że piosenki „Please Come Home” i „Lies” wykonuje Latimer, natomiast songi „City Life” i „Drafted” to wokalna „robota” Colina Bassa.
„Nude” jako album koncepcyjny
Po tych uwagach porządkujących przejdę do meritum, czyli tekstu traktującego o różnych aspektach wydawnictwa płytowego „Nude” z sygnaturą roku 1981. Analizując wcześniejsze studyjne dokonania Camela „Rain Dances”, „Breathless” i „I Can See Your House From Here”z przykrością należy stwierdzić, że poziom artystyczny tych pomysłów twórczych Andy’ego and company w zakresie prezentowanego poziomu „leciał na łeb i szyję” i niebezpiecznie zbliżał się do granicy kompletnej katastrofy. Mówienie o tym, że „Nude” uratował całkowicie wizerunek zespołu, byłoby nadużyciem, ale zapewne uspokoił rozedrgane dusze fanów, budząc nadzieję na lepsze czasy. Ta nadzieja się na szczęście spełniła, bo z wyjątkiem masakrycznego „The Single Factor” (choć pojawiły się także pozytywne głosy w obronie tego, moim zdaniem ewidentnego knota), kolejne krążki przywróciły jakość i równowagę estetyczną wśród fanów. „Nude” to także dowód na tezę, że Latimerowi i spółce zawsze wychodziły projekty koncepcyjne, bo przecież ten omawiany to typowy przedstawiciel gatunku „concept albums”. Trudno w dyskografii Camela pominąć takie dzieła muzycznej sztuki koncepcyjnej jak „The Snow Goose”, „Dust And Dreams” czy „Harbour Of Tears”. Jak macie cierpliwość przeczytać poniższe wynurzenia na temat wymienionych pozycji fonograficznych z dorobku grupy, to przeczytajcie to, o czym od kilkudziesięciu lat wiedzą zaprzysięgli fani Camela, do kręgu których zalicza się także autor tekstu.
Informacje ogólne
Concept album- album koncepcyjny to płyta muzyczna, na której zawarte utwory tworzą spójną całość pod względem literackim i są skupione wokół tematu pozamuzycznego. Często motywem stanowiącym rzeczony koncept jest przykładowo wcześniejsze dzieło z dziedziny literatury, filmu lub sztuk plastycznych. Genezy albumu koncepcyjnego szukać należy już we wczesnych latach 30-tych w muzyce jazzowej. W połowie lat 60-tych ich idea zaadoptowana została na potrzeby muzyki rozrywkowej, głównie rockowej. Przypominając pobieżnie niektóre tylko wytwory artystycznej kreatywności w planowaniu takich złożonych projektów wymienić należy słynnego „Sierżanta Pieprza” The Beatles, ale dla mnie takim pierwszym zachwycającym koncept albumem jest dzieło z 1967 autorstwa The Moody Blues „Days Of Future Passed”. A potem to już „poleciało” jak lawina, ponieważ słuchacze chętnie mierzyli swoje zasoby intelektualne z najbardziej pokręconymi i trudnymi w odbiorze projektami. Dzisiaj nie jest to zjawisko tak powszechne, z jednego powodu, ale to tylko moja teoria, mianowicie ówcześni słuchacze byli znacznie wszechstronniej wyedukowani w odbiorze różnych sztuk muzycznych, nie tylko rozrywkowych, także jazzowych czy klasycznych, stąd znacznie łatwiej akceptowali wielowątkowe dzieła rozpisane na pięcioliniach. Nie mam zamiaru sporządzać na tych łamach spisu najpopularniejszych koncept- albumów, ale kilka z nich wybiórczo przywołam z pamięci:
„Aqualung” i „Trick As A Trick” Jethro Tull
“The Final Cut” i “The Wall” Pink Floyd
Przepiękny “Brave” Marillion
Całkiem współczesny “Into Electric Castle” Ayreon
Wspaniały “Posthumous Silence’ niemieckiego Sylvan
Honorowany po dziś dzień słynny “Baranek…” Genesis
Chyba najbardziej złożony muzycznie “Tales From Topograhic Oceans” Yes
Także te z historii mocniejszych odmian rocka: genialny „Metropolis Pt.2: Scenes From A Memory” Dream Theater; niezasłużenie zapomniany „Operation: Mindcrime” Queensryche; czy mało znany „Remedy Lane” Pain Of Salvation.
            Także Camel nie traktował swoich projektów koncepcyjnych jak nic nie znaczących epizodów, ponieważ Andy Latimer i jego Koledzy kilka razy zademonstrowali światu rocka owoce swojej pracy w tym zakresie. Oczywiście najsłynniejszy jest pełen wspaniałości longplay „The Snow Goose”, według powieści, a w zasadzie noweli amerykańskiego pisarza Paula Gallico (1897- 1976) pod tym samym tytułem, wydanej w roku 1941. Opowiada o malarzu Rhayaderze, żyjącym w latarni morskiej i opiekującym się ranną gęsią, którą przyniosła do niego dziewczynka o imieniu Fritha. Po tym sukcesie poszło zespołowi już „z górki” i opublikował właśnie „Nude”, do której za moment wrócimy, następnie „Stationary Traveller” o życiu zwykłych ludzi w podzielonym po wojnie Berlinie, „Dust And Dreams” inspirowanym słynną powieścią Johna Steinbecka (1902- 1968) „Grona gniewu” (1939). Na końcu tej prowizorycznej listy wymienię „Harbour Of Tears”, chyba najbardziej wzruszająca płyta, dedykowana pamięci ojca Andy Latimera. Jest to historia o porcie w irlandzkim mieście Cobh, skąd wypływały statki z emigrantami do Ameryki, a łzy były nieodłącznym elementem pożegnań, niekiedy na zawsze. Na okładce płyty znalazła się taka oto adnotacja: „Przylądek Cobh jest pięknym, głębokim portem w County Cork w Irlandii. Był on ostatnim skrawkiem Irlandii dla setek z tysięcy złamanych rodzin, które odpływały od jej brzegów ku nieznanemu przeznaczeniu. Nazywano go „Portem Łez”.
Sorry za moje gadulstwo, ale tak mnie „naszło”, że to wcale nie taki głupi pomysł, by przypomnieć kilka faktów o „concept albums”. Jeżeli kogoś zanudziłem „na śmierć” proszę o rozgrzeszenie. Obiecuję poprawę.
Powrót do „Nude”
Jest to opowieść o wydarzeniu z okresu II wojny światowej. Japończyk Hiro Onoda, porucznik Armii Cesarskiej, od grudnia 1944 pełnił służbę na filipińskiej wyspie Lubang z zadaniem prowadzenia sabotażu i utrudnienia Amerykanom lądowania na wyspie. Operacja kończy się fiaskiem i Amerykanie lądują na wyspie w ostatnim dniu lutego 1945 roku. Podaję szczegółowe daty, ponieważ w tym przekazie odgrywają one istotną rolę. Onoda wraz z kilkoma żołnierzami ucieka w góry tocząc przez wiele lat walkę partyzancką i nie dając wiary informacjom o kapitulacji Japonii. Gdy na Lubang dochodzi w roku 1972 do starcia zbrojnego z Filipińczykami na wyspę przybywa ekspedycja w celu wyjaśnienia niewiarygodnej sytuacji. Bez sukcesów. Dopiero 20 lutego 1974 podróżnik- amator Norio Suzuki odnalazł, uznawanego od 1959 za zmarłego Onodę, próbując go przekonać, że wojna dobiegła końca. Jednakże Onoda uważał, że rozkaz złożenia broni może wydać jedynie jego dowódca. Podróżnik wrócił do Japonii, odnalazł majora Yoshimi Tahiguchi i wraz z nim ponownie spotkał się z Onodą, który dopiero wtedy złożył broń. Major przemówił:
- Poruczniku Onoda! Wojna zakończyła się dwadzieścia dziewięć lat temu, a my ją przegraliśmy. Rozkazuję wam złożyć broń.
Zamek karabinu szczęknął metalicznie i na ziemię zaczęły wypadać naboje. Człowiek nazwany porucznikiem Onodą zrzucił plecak, z którego wysypało się kilka granatów. Chwilę potem na plecaku wylądował karabin.
Po pooranej bruzdami twarzy starego wojownika popłynęły łzy.
Hiro Onoda zmarł niedawno, 16 stycznia 2014 w Tokio. Musicie przyznać, że niesamowita to historia, którą skrupulatnie przeanalizowała Susan Hoover (partnerka Latimera), a następnie napisała teksty piosenek zamieszczonych na albumie (Czytaj pkt. 5- Uwagi wstępne). Oczywiście z lekturą musieli zapoznać się także instrumentaliści, żeby oddać klimat tej true story. 14 kompozycji stapia się w jednorodną całość, utrzymaną w starym, dobrym „Wielbłądzim” stylu, jednak z pewnymi wyjątkami. Jednym z nich jest „City Life”, który rytmicznie i instrumentalnie nie pasuje do koncepcji. Nie trzeba mieć specjalnie wyczulonego ucha, żeby stwierdzić, że gdy utwór po niecałej minucie przyspiesza, robi nam się przaśna dyskoteka w remizie strażackiej. Jedynym składnikiem, który słuchacz ma szansę tolerować, jest barwa głosu Colina Bassa, rozmarzone, leniwe intro i może jeszcze partia solowa saksofonu po 3 minucie. Reszta nie spełnia standardów „rasowej” artrockowej piosenki. Całe szczęście, ten beztroski i trochę banalny i schematyczny wstęp nie jest zwiastunem miałkości całej materii. Już za moment po ślicznym instrumentalnym drobiazgu „Nude” z głośników dobiega melodia jednego z najwspanialszych songów Camela, żelaznego punktu programów koncertowych, „Drafted”. Zachwycać się można każdą chwilą tej nostalgicznej symfonii dźwięków, od delikatnego i szatańsko melodyjnego śpiewu Colina, po rewelacyjną partię gitary Latimera i wbijający w ziemię nieprzeciętną urodą refren. Wszystkie komponenty znalazły swoje właściwe miejsce, tworząc jednorodny wzorzec, w sumie prostej acz urokliwej piosenki o niepowtarzalnym klimacie. Dzięki niej rozpierzchły się gdzieś bure chmury utożsamiane z obawami o mikry poziom kompozycji. Dalej jest już tylko lepiej i z rzadka, prawie niezauważenie dochodzi do załamania formy wykonawczej. „Docks” to klawiszowa baza i floydowska gitara zjednoczone w wyrazistej melodii. Energiczny, z wstawką instrumentów dętych „Beached” podnosi tempo, wyróżniając się ponownie znakomitym brzmieniem generowanym przez elektryczne struny i bezbłędnym, jakby ukrytym w tle towarzystwem zawiesistych organów. „Landscapes” to niesamowicie liryczny krajobraz, fantastyczna nastrojowość i instrumentalna skromność z prowadzącymi brzmienie i melodię fletem i fortepianem elektrycznym. Cudowna to fraza, ujmująca delikatnością i estetycznym wyrafinowaniem, stanowiąca pole do popisu dla każdego słuchacza uruchamiającego swój indywidualny potencjał wyobraźni. Bo według mnie, bardzo łatwo pod wpływem tej błogiej nastrojowości przenieść się na terytorium sielskiej ale groźnej wyspy na Morzu Południowochińskim. Jak ktoś nie wierzy, niech sprawdzi po wysłuchaniu tego kawałka opis dotyczący zalet krajobrazowych Lubang gdziekolwiek w sieci. „Krajobrazy” kończą akt pierwszy albumu, zgodnie z podziałem dokonanym na tradycyjnym winylu.
Nominalnie drugą stronę tradycyjnego czarnego krążka inauguruje „Changing Places”, który zaskakuje doskonałym dopasowaniem do klimatu fabuły, operując na bazie partii fletu dziesiątkami dźwięków o azjatyckim posmaku. Także praca perkusjonaliów przywołuje skojarzenia z proweniencją Dalekiego Wschodu. Pozwalam sobie nawet zauważyć, że wykorzystanym tutaj bębenkom przypisać można pochodzenie etniczne, a partia fletu miejscami ociera się o stylistykę jazzową, a nie jestem także wolny od asocjacji z grą Thijsa van Leera z legendarnej formacji rodem z Kraju Tulipanów, Focus. „Changing Places” sprawia wrażenie fundamentu, na którym można budować niekończące się improwizacje. Muzycy Camela dotarli do końca utworu po niedługiej, trwającej raptem nieco ponad 4 minuty drodze i jest to czas czarów i magicznej nastrojowości. Klimatyczną kontynuację zapewnia jeszcze „Pomp & Circumstance”, zmierzający przez 2 minuty do strefy absolutnej ciszy, po której architekci tego projektu artystycznego serwują nam wokalną miniaturę, niestety średnio udaną i dosyć przeciętną, w której trudno wskazać ożywcze akcenty. Jednak ten moment zawahania poziomu wędruje szybko w zapomnienie, gdyż „Reflections” wytwarza autorski nastrój odrobiny tajemniczości i wyczekiwania, a klawisze delikatnie szkicują nostalgiczne kontury, w które w drugiej części kompozycji wpisuje się gitara Latimera z kunsztowną frazą. I tym sposobem docieramy do punktu kulminacyjnego programu albumu z sekwencją czterech elementów. W „Captured”, dynamicznym i niespodziewanie szybkim, najmocniejszym walorem są niewątpliwie saksofonowe, dosyć drapieżne wstawki Mela Collinsa, a swoje „trzy grosze” dorzuca Duncan Mackay obsługujący keyboardy. „Homecoming” wypełnia orkiestrowa aranżacja na instrumenty dęte, defiladowy rytm, gwar ludzkich głosów z jakiejś ulicznej parady, symbolizujący „Powrót do domu” honorowanego publicznie głównego bohatera opowieści. „Zalatuje” trochę „strażacką jarmarcznością”, ale te niecałe 3 minuty można zdzierżyć. Zupełnie inny charakter wykazuje akapit „Lies”, w którym wyraźnie prezentują się typowe dla Latimera atrybuty twórczości i sztuki wykonawczej, jego głos i brzmienie gitary. W części środkowej utworu sporo przestrzeni zajmuje fajne solo Hammondów, urozmaicające przekaz. Kończący płytę, dwuczęściowy „The Last Farewell” nasączony nutami lirycznymi, przebijającymi się okruchami melancholii wkracza podniosłym nastrojem na ścieżki epickie, podkreślane uderzeniami werbli, finalizując udaną publikację Camela.
            Zestawiając różne okresy z działalności zespołu można je podsumować pisząc, że „Nude” obok „Stationary Traveller” stanowi najciekawszy i najbardziej udany album studyjny końca lat 70-tych i całej dekady lat 80-tych aktywności „Wielbłąda”. Oczywiście zbiór tych 14 kompozycji nie jest pozbawiony wad, rekompensują je jednak przeważające mocne strony historii japońskiego żołnierza Hiro Onody i to one znalazły miejsce na długie lata w programie występów „live” grupy, wymieniając choćby tylko trzy, „Lies”, „Drafted” i „Captured”. Natomiast prawie cały materiał z „Nude” zarejestrowano w wersji koncertowej na dysku „On The Road 1981” wydanym w roku 1997 przez Camel Productions.
Ocena 4/ 6

140_fatum-158x600-singiel.png 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753129
DzisiajDzisiaj319
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4272
Ten miesiącTen miesiąc2870
WszystkieWszystkie3753129
54.227.97.219