Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

JOHN KONGOS - Kongos

 

(1972 Fly/ Cube Records; 2014 Remaster Cherry Red Records/ Esoteric Recordings)
Autor: Włodek Kucharek
johnkongos-kongos
 
TRACKLIST:
1.Tokoloshe Man
2.Jubilee Cloud
3.Gold
4.Lift Me From The Ground
5.Tomorrow I’ll Go
6.Try To Touch Just One
7.Weekend Lady
8.I Would Have Had A Good Time
9.Come On Down Jesus
10.He’s Gonna Step On You Again
BONUS TRACKS:
11.Sometimes Is Not Enough
12.Tokoloshe Man (Single Version)
13.Can Someone Please Direct Me Back To Earth
14.Great White Lady
15.Shamarack
16.Higher Than God’s Hat
17.Would You Follow Me
18.Ride The Lightning
19.I Won’t Ash You Where You’ve Been
 
SKŁAD:
John Kongos (gitara rytmiczna/ wokal/ kastaniety)
Caleb Quaye (gitara prowadząca/ fortepian)
Ray Cooper (perkusja)
Dave Glover (bas)
Roger Pop (perkusja)
 
GOŚCIE:
Sue Glover (wokal)
Sunny Leslie (wokal)
Ralph McTell (gitara)
Lol Coxhill (saksofon)
 
            Album “Kongos” wyróżnia się kilkoma cechami. Jest- nazwałbym to- tajemniczy, ponieważ sporo czasu należy poświęcić na poszukiwanie danych faktograficznych w jednym punkcie, mianowicie składu personalnego, który „skrzyknął” autor, John Kongos do pracy nad rejestracją płyty. Zresztą w czasie sesji nagraniowej w „okolicach” autora projektu kręciło się sporo osób, poza tymi wymienionymi w „Line-up”, bo przemknął gdzieś boczkiem wcześniejszy współpracownik, Chris Demetriou (instr. klawiszowe). Również z wcześniejszego składu pochodził gitarzysta Pete Clifford, wtedy jeszcze luźno powiązany z zespołem. Pomimo starań, co do efektów prawdziwości moich poszukiwań nie mam jednak absolutnej pewności, czy nazwiska muzyków zapisane powyżej zgodne są ze stanem faktycznym sprzed ponad 40 lat. Niby to regularny longplay wykonawcy, wydany jako oficjalna produkcja fonograficzna, a jednak istnieją trudności i pewne rozbieżności dotyczące daty wydania, gdyż niektóre źródła podają rok edycji longplaya 1971, a na przykład autorzy najnowszego remasteringu, czyli Esoteric Recordings powołują się na datę z roku 1972. Płyta doczekała się kilku swoich wersji winylowych, a te najbardziej znane wydane zostały pod szyldem takich wytwórni jak Elektra, Fly, Ariola. A gdzieś tam na peryferiach istnieją jeszcze wydania australijskie czy japońskie. Innym aspektem jest sprecyzowanie priorytetów stylistycznych, bo muzyka na tym albumie zawiera multum właściwości, które pochodzą z różnych dziedzin, od psychodelii i rocka epoki hippisowskiej, przez glam rock, gospel, rockową balladę do world music i wpływów folkowych. Słuchając tego zbioru dźwięków jednego możemy być pewni, płyta charakteryzuje się eklektyzmem, nawet w strukturze pojedynczych kompozycji mieszają się różne kierunki kultury rockowej, tworząc barwną reprezentację rozwoju muzyki rozrywkowej na początku lat 70- tych.
            John Kongos, dzisiaj już zapomniany autor piosenek pochodzi z Republiki Południowej Afryki. To w tym kraju zdobył relatywnie dużą popularność we wczesnych latach 60- tych, komponując folkowe ballady, w których wskazać można wpływy muzyki country, world music i rocka. Niezależnie od tego, czy uznamy klasę Johna Kongosa, czy jest ona nam zupełnie obojętna, przyznać należy, że facet miał niezwykły talent do tworzenia melodii, które zapadały w pamięć słuchaczy. Jednakże lokalne sukcesy odnoszone na kontynencie afrykańskim nie wprawiły Johna Kongosa w samozachwyt, dlatego postanowił poszukać artystycznych przygód, wybierając pod koniec lat 60-tych jako cel podróży Brytanię, a jako swoich potencjalnych słuchaczy poddanych jej Królewskiej Mości. W Londynie najpierw związał się kontraktem z wytwórnią Pye Records i pod jej egidą wydał debiutancki album, następnie zmienił „barwy klubowe” na Fly/ Cube Records, która sama mianowała się na „progressive label”. Hitowe single „He’s Gonna Step On You Again”, a przede wszystkim „Tokoloshe Man” zwróciły uwagę na jego twórczość najpierw środowiska londyńskiego, później szerszej publiczności. Prezentowany na łamach HMP album „Kongos”, zarejestrowany w roku 1971/ 72 (z zastrzeżeniami podanymi na wstępie tekstu) „okupował’ listy przebojów oraz zestawienia najlepszych longplayów w Anglii. Fachmani z Esoteric Recordings wygrzebali te nagrania z „podziemnych” zasobów światowej fonografii, oczyścili, wypielęgnowali technicznie, dodali dziewięć bonusów i w tej „wypasionej” formie oddali w ręce słuchaczy.
Powracając jeszcze na moment do biografii barda i bohatera tej recenzji, czuję się zobowiązany do przedstawienia „garści” informacji z jego działalności po to, żeby John Kongos stracił swoją anonimowość jako twórca i wykonawca rockowych piosenek. Swoją działalność muzyczną w RPA rozpoczął na progu lat 60-tych zakładając w Johannesburgu kapelę Johnny Kongos & the G-Men. Ich styl można nazwać muzyką big- beatową, którą w Polsce przed 50 laty upowszechnił Franciszek Walicki, a nazywano ją „mocnym uderzeniem”. Definiowany w naszym kraju jako „bigbit” styl stanowił synonim rodzącego się na Zachodzie rock and rolla. Na świecie w tym czasie największą sławą „big- beatową” cieszyły się takie grupy jak Gerry And The Pacemakers, Herman’s Hermits czy The Zombies. Z perpektywy dzisiejszych czasów przyznać trzeba, że oglądani w czasie występów na archiwalnych kronikach, w tych swoich wówczas modnych garniturkach i krawatkach, wywołują życzliwy uśmiech. Natomiast Kongos po przeprowadzce do Londynu został liderem bandu grającego muzykę pop Scrugg, z pierwiastkami psychodelicznymi, rejestrującego kilka singli dla wytwórni Pye. Przełom w karierze Johna Kongosa nastąpił po ukazaniu się tzw. „małej płyty” z kompozycją „He’s Gonna Step On You Again”, która przyniosła autorowi międzynarodowy sukces. Pewną ciekawostką jest fakt, że wymieniony song był zdaniem historyków rocka pierwszym w muzyce rozrywkowej, w którym na ścieżkach, a w zasadzie rowkach projektując profil brzmienia wykorzystano sample, wtedy jeszcze dosyć prymitywne, ale początki zostały zrobione. Także następny singiel „Tokoloshe Man” trafił w Wielkiej Brytanii na listę Top- Ten pilotując wydanie longplaya „Kongos”, który niejako siłą rozpędu znalazł sobie miejsce w zestawieniu Top- 30, stanowiąc największe osiągnięcie komercyjne artysty.
            Program podstawowy płyty obejmuje dziesięć nagrań, a inauguruje go, opracowany i nagrany w licznych wersjach alternatywnych „Tokoloshe Man”. Oczywiście nie ma co ukrywać, że już pierwsze dźwięki wskazują jasno, że ten materiał powstał wiele lat wcześniej i znacznie bliżej mu, nie tylko metrykalnie, lecz także stylistycznie, do ery festiwalu w Woodstock, aniżeli do nowoczesności. Jednym słowem brzmi nieco staroświecko. Ale jak weźmiemy poprawkę na fakt, że w roku 2015 będzie już lekko po czterdziestce, to można go „łyknąć” ciesząc uszy przykładowo surowymi i dosyć ostrymi riffami gitary rytmicznej Johna Kongosa. Także głos przypomina trochę manierę wykonawczą nieodżałowanego Joe Cockera z jego nieśmiertelną chrypką. Z kolei brzmienie instrumentów perkusyjnych i bongosów zawiera akcenty muzyki etnicznej. Jak do tego dodamy, słyszalne z tła wstawki saksofonowe, autorstwa należącego do kręgu jazzu awangardowego Lola Coxhilla, to możemy stwierdzić, że różnorodność pierwszej europejskiej, „dużej” płyty Kongosa budzi szacunek.
Dynamiczny utwór prowadzony w jednorodnym rytmie, łącząc brzmienie gitarowej „surowizny”, „gęstych” partii bębnów i wejść jazzowego saksofonu oraz mocny wokal w czasach sobie współczesnych łamał zapewne konwencję „ugrzecznionych” ballad i big-bitowej maniery wykonawczej Johna Kongosa, wyniesionych z artystycznego debiutu w RPA. Struktura kompozycji jest otwarta, tzn. z dużą łatwością można pokusić się o wdrożenie nowych elementów i poszerzenie kompozycji, np. w wersji koncertowej, albo zredukować niektóre frazy, po to, żeby utwór zmieścił się czasowo na tradycyjnym, winylowym singlu. I to wyjaśnia zapewne fakt, że „Tokoloshe Man” doczekał się kilku przeróbek, alternatywnych miksów na różnych wydaniach płytowych. Kolejna pozycja na liście nosi tytuł „Jubilee Cloud” i w niczym nie nawiązuje do stylu nagrania z prologu. Przede wszystkim wyróżnia się charakterystyczną „bujającą” melodyjnością. Poza tym brzmienie jest zdecydowanie łagodniejsze, wręcz sielsko- balladowe. Innym komponentem są zapożyczenia z muzyki gospel, słyszalne szczególnie dobitnie w partiach wielogłosowych, głównie za sprawą towarzyszących Kongosowi dwóch śpiewających dam, Sue Glover i Sunny Leslie, które swoim występem w chórku tworzą odrobinę mistyczny klimat rodem z zaśpiewów…… kościelnych. A jako podsumowanie podam informację ze źródeł historycznych, że określano ten utwór jako „brytyjską wariację gospel rocka z wykonań amerykańskiego wokalisty Normana Greenbauma, któremu „przypięto łatkę” „One Hit Wonder”, ponieważ na świecie stał się znany dzięki tylko jednej piosence z 1969 roku, „Spirit In The Sky”, która zawojowała listy przebojów na wszystkich kontynentach”. „Gold” to kolejny przełom w zakresie różnorodności, piękna, spokojna kompozycja, w której głos głównego wykonawcy „recytuje” kolejne strofy wiersza przy akompaniamencie gitary akustycznej i subtelnie zaznaczonego fortepianu, z dodatkiem akcentów smyczkowych. Pomimo tylko czterech minut konfiguracja dźwięków ewoluuje, rozrasta się po 1:40, a utwór nabiera „rozbiegu”, nie tracą jednak „ani grama” ze swojego czaru i intymności. Magiczny moment albumu, który pod koniec piosenki za sprawą symfonicznej aranżacji wznosi się na poziom patosu, dostojności i dosyć konserwatywnej muzycznej elegancji. „Lift Me From The Ground” inauguruje sekwencję w sumie trzech piosenek, poza nią również „I Would Have Had A Good Time” i „Try To Touch Just One”, wykazujących pewną zbieżność z manierą wykonawczą wczesnego Eltona Johna, zarówno w kwestii wokalnej, jak też instrumentalnej, w której dominującym czynnikiem jest fortepian. Obok niego charakterystyczne brzmienie gitary rytmicznej Johna Kongosa, oraz chórki zasilające głos „szefa” artystycznego całego przedsięwzięcia. Wszystkie trzy pozycje mieszczą się w charakterystyce piosenek rock’n’rollowych z ambicjami przebojowości. Zapożyczenia z bogatego dorobku Eltona Johna łatwo uzasadnić. Producentem albumu „Kongos” jest Gus Dudgeon, znany z długoletniej współpracy właśnie z Eltonem Johnem, przy produkcji jego klasycznych albumów z lat 70-tych, który „przemycił” pewne patenty wokalne i rozwiązania instrumentalne na ścieżki płyty Kongosa. Delikatniej, spokojniej i bardziej melodyjnie jak w „Tomorrow I’ll Go” już się chyba nie da. Spora dawka nostalgii w tej pół- akustycznej, dosyć ckliwej balladzie, takim trochę „leku dla nadwrażliwych wielbicieli kinowych komedii romantycznych”. Choć przyznać trzeba, że temat melodyczny potrafi bez trudu „zagnieździć” się w percepcji emocjonalnej i pobudzić wzruszenie. Godne uwagi dyskretne pasaże klawiszowe oraz epizody smyczkowe. „Weekend Lady” za sprawą gitary „odjeżdża” na terytorium country z żeńskim chórkiem towarzyszącym Kongosowi. „Come On Down Jesus” przypomina trochę czasy hippisowskie, z rozedrganym fortepianem, „wyciętym” jakby z saloonu Dzikiego Zachodu w filmowym westernie. Sporo gitarowego „hałasu”, tamburyn Raya Coopera i śpiewające w chórkach ladies czynią z utworu beztroskie party w atmosferze hippisowskiej, którą pamiętam ze scen rewelacyjnego filmu Milosa Formana, z długą siwą brodą, „Hair”. Podstawowy zestaw zamyka kawałek „He’s Gonna Step On You Again”, niespodziewany zwrot w kierunku elektrycznego rocka, pulsujący etnicznymi, „indiańskimi” bębnami oraz ostrą, dosyć ciężką gitarą, której styl pasuje jak ulał do- ot niespodzianka- figur rytmicznych znanych z rewolucyjnej „Jedynki” Led Zeppelin. Przyznać trzeba, że ryzykowne to połączenie, ale w tym przypadku nie wywołuje żadnych zgrzytów, budząc raczej ciekawość niż irytację.
            W materiale dodatkowym plusem niewątpliwie jest umieszczenie utworów, które z wyjątkiem sztandarowej pozycji repertuarowej, czyli „Tokoloshe Man” w wersji singlowej, nie stanowią „powtórki” w alternatywnych opracowaniach kompozycji zawartych na longplayu „Kongos”. Zdecydowana większość tych propozycji to songi utrzymane w wolnym bądź średnim tempie, raczej balladowej rytmice, z wykorzystaniem instrumentarium akustycznego ze wskazaniem gitary oraz fortepianu, przykładowo „Can Someone Please Direct Me Back To Earth”. W licznych fragmentach odnotować można wyraźne wpływy muzyki folk, jak choćby w „Sometimes Is Not Enough” albo „Shamarack”. Pojedyncze „wyskoki” elektryczne to „Great White Lady” i „Higher Than God’s Hat”, w którym odnaleźć można sugestie do melodyki beatlesowskiej. Moim zdaniem najbardziej urozmaiconym utworem jest zamykający bonusy „I Won’t Ask You Where You’ve Been”, gdzie obok tradycyjnych akordów gitary akustycznej, delikatnie zaznaczonych klawiszy, o swojej obecności w czasie sesji nagraniowej przypomina Coxhill, wprowadzając brzmienie swojego saksofonu. Generalnie dziewięć dodatkowych nagrań posiada charakter tradycyjnych piosenek, w których więcej Johna Kongosa jako folkowego barda aniżeli rasowego rock’n’rollowca.
Album „Kongos” przypomina rozdział, dodajmy niezbyt obszerny, w rozwoju rocka, który posiada walory przede wszystkim poznawcze, ponieważ uczciwie należy powiedzieć, że muzykę zawartą na tej płycie upływający czas pokrył dosyć grubą warstwą patyny. Oczyszczenie jej, pomimo usilnych starań, nie zmieniło tych nagrań na tyle, aby zapomnieć o procesie starzenia się. Dlatego trudno wpadać w zachwyt nad kształtem kompozycji Johna Kongosa z dosyć archaicznym brzmieniem, ale faktem jest, że całości słucha się z przyjemnością, choć z dzisiejszej perspektywy ta muzyka nie ma  w sobie nic odkrywczego.
Ocena 3/ 6
Włodek Kucharek

139_gojira_158x600 kopia.jpg 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753075
DzisiajDzisiaj265
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4218
Ten miesiącTen miesiąc2816
WszystkieWszystkie3753075
54.227.97.219